środa, 3 listopada 2010

naprotechnologia

Sierpień 2009- a pamiętam dokładnie, bo dźwigałam wtedy przed sobą siedmiomiesięczny brzuch- był gorący i parny, co negatywnie korelowało z faktem, iż krzesła w sali konferencyjnej Episkopatu Polski są wykonane z chamskiego plastiku.
Jednak cóż tam ciało i jego cierpienia! Może i zebrani spływali potem, ale za to dusze i umysły pozostawały w stanie ekscytacji i uniesienia: właśnie zaprezentowano wyniki leczenia  niepłodności  metodą NaProTechnologii:
"konkluzja otwierająca konferencję: skuteczność modelu Creightona i NaPro wynosi 80% dla par z problemem niepłodności!".

Czyż to nie optymistyczne i radosne? Zanim omówię dalsze doniesienia pozwólcie, że popastwię się przez moment nad podaną wyżej informacją.
Po pierwsze: model Creightona zawiera się w NaProTechnologii, więc prezentowanie rozłączne jest tautologią, ale dobra, to nie jest poważny błąd.
Po drugie: kto powiedział, że 80%?
Doktor Boyle powiedział. Ach joj, że zacytuję klasyka Zdenka Millera, a któż to jest ten doktor Boyle i jakie ma namaszczenie badawcze, żeby tak sobie strzelać procentami?
Dr Boyle jest postacią tajemniczą i chyba nie lubi tego wynalazku belzebuba, Internetu. Trzeba się mocno napracować, aby z zasobów światowych wycisnąć informacje o tym, że:
- Boyle jest lekarzem medycyny i urodził się w 1961 roku
- prowadzi katolicką klinikę w Galway, Doughiska w Irlandii
- lubi jeździć w delegacje i rozmawiać z dziennikarzami Naszego Dziennika, którym mówi, że "niegodne jest wyprodukowanie dziecka przez techniczną interwencję", nasz mały, błyskotliwy celebryta; 
- w świadomości miejscowych  istnieje głównie jako "lekarz, który nie chce leczyć par niebędących małżeństwem", o czym donosi lokalny Superak czyli Galway Advertisement:
http://www.advertiser.ie/galway/article/24903
http://www.irishtimes.com/newspaper/ireland/2010/0415/1224268372829.html

To tyle. Na wypadek, gdybym została posądzona o tendencyjną ocenę doktora B. powiem, że riserczowi poświęciłam sporo czasu szukając źródeł naukowych lub światopoglądowo nieuwikłanych, zaś rozmyślnie pomijając to, co na temat dra Boyle'a mają do powiedzenia następujące miejsca sieciowe: http://www.catholicbishops.ie/, http://www.lifesitesnews.com/, http://www.fertilitycare.net/ i http://www.naszdziennik.pl/.
W tym miejscu oddam Boyle'owi sprawiedliwość: mają do powiedzenia dużo i w samych superlatywach.
Google niezaangażowane jako jedyne świadectwo istnienia i praktykowania Boyle'a wyrzuca różne wersje zamieszczonej wyżej notki o odmowie leczenia konkubinatu.

Zatem dr Boyle opierając się na swojej praktyce medycznej prowadzonej w Doughiska twierdzi, iż skuteczność naprotechnologii w leczeniu niepłodności wynosi 80%.
Oczywiście dowody na powyższe twierdzenie nie trafiają do żadnych medycznych baz i nie są przez nikogo weryfikowane, nie istnieją też w naukowym i ginekologicznym mainstreamie.
Wyjaśnienie tej zagadki podaje kilka katolickich portali: otóż owszem, NaProTechnologia wprawdzie istnieje od 31 lat, ale jeśli do tej pory była <baczność, eufemizm!> niewystarczająco popularna, to tylko dlatego, że podręcznik do NaProTechnologii wydano dopiero sześć lat temu. Ale jak już go wydano to ho ho! Zobaczycie, dopiero się zacznie!
A zresztą badania są prowadzone regularnie, tylko, no ojejku, no po prostu nie trafiają w ręce profanów i ktytykanckich laików ateistów. To naprawdę wyjaśnia wszystko, nieprawdaż.
Kolejny ślad po Boyle'u, nie pozostający w związku z konkubinatami i  lokalnymi dziennikami, istnieje w PubMedzie, gdzie wymieniony jest jako współautor jedynego zweryfikowanego badania nad naprotechnologią:

J Am Board Fam Med. 2008 Sep-Oct; 21(5):375-84
Outcomes from treatment of infertility with natural procreative technology in an Irish general practice.
Stanford JB. Parnell TA, Boyle PC

Podam też przy okazji ilość cytowań tej pracy w prasie branżowej. Wynosi ona 1, słownie: jeden.

Do Boyle'a jeszcze wrócę, tymczasem zajmijmy się mgliście brzmiącym terminem "para z problemem niepłodności"- a cóż to u diabła jest ten "problem niepłodności"?! Czynnik żeński? Męski? Endometrioza? Niepłodność wtórna?
Niestety nie dowiadujemy się tego na konferencji, choć magia wielkiej liczby zdążyła od tamtego czasu zadziałać i półtora roku później hasło "naprotechnologia 80%" odsyła nas w polskich zasobach sieci do:
-"skuteczność stosowania naprotechnologii wynosi 80%", źródło: e-mlodzi.com/naprotechnologia
-"z badań wynika, że skuteczność naprotechnologii sięga 80%!!!", źródło: kafeteria
-"dzięki naprotechnologii w ciążę zachodzi nawet 80% leczących się małżeństw. W przypadku in vitro ten odsetek wynosi zaledwie 30%", źródło: wiara.pl

Ponieważ rekordów jest 9580 nie będę cytować pozostałych 9577, w każdym razie byliśmy wspólnie świadkami narodzin legendy, a ja nawet odbierałam ten poród, niech Bóg Robak Ngoth mi wybaczy.
Dobrze- nie wiemy więc, ile par poddało się leczeniu, jaka była diagnoza i co było konkretnie leczone, nie znamy również wieku partnerek, ale za to wiemy, bo Simon says, że 80% tych par doczekało się ciąży.
Wiemy też coś jeszcze, bo dr Boyle był uprzejmy podać tę informację małym druczkiem dla tajemniczych badań z 2004 roku : uśredniony czas prowadzenia terapii wynosił 60 miesięcy (dla pacjentek z endometriozą 72 miesiące).

Tak, teraz audytorium ma minutę na zebranie żuchwy z linoleum.
Doktor Boyle chce nam przez to powiedziec, że poddając x par cierpiących na bliżej nieokreśloną "niepłodność" leczeniu naprotechnologicznemu czyli: farmakoterapii, endoskopii, zabiegom chirurgicznym, a także nakazując im regularne, comiesięczne uprawianie seksu w określonych godzinach, w ciągu pięciu lat zdołał uzyskać 80% pozytywnych prób ciążowych.
Co polscy entuzjaści nazywają rewolucją, przełomem oraz alternatywą dla metody in vitro.
Z kolei badania pubmedowe trwały cztery lata i wskaźnik ciąż wyniósł- ups-  52,8%, co jakby jest mniej euforyczne i w ogóle, więc tego wyniku się nie podaje. W końcu średnia powodzeń dla in vitro wynosi, w zależności od ośrodka,  circa 40% na jeden cykl (sic!) i dysproporcja jest rozkosznie miażdżąca na rzecz metody ART, co niekoniecznie należy nagłaśniać.

Teraz odezwie się racjonalista z offu:
Średni wiek pierworódki w Polsce wynosi obecnie 27,5 lat, co oznacza, że statystyczna Polka zaczyna myśleć o przedłużeniu gatunku mając lat 26.
Załóżmy, że jest osobą niepłodną, udaje się więc do  naprotechnologa, który już w ciągu pięciu lat doprowadzi ją do pozytywnej próby ciążowej.
Nasza Polka ma więc 31 lat, kiedy rodzi swoje pierwsze dziecko.
Ciąża trwa 9 miesięcy, następnie mamy karmienie piersią związane z brakiem równowagi hormonalnej ergo nie zachodzimy w tym czasie w ciążę.
Zatem nasza bohaterka ma lat 33, kiedy jest ewentualnie gotowa do dalszego rozmnażania.
I od nowa wesoły oberek.

Dowiedzieliśmy się więc do tej pory, że naprotechnolodzy bardzo lubią liczbę 80. Poza tym wiemy też, że są długodystansowcami, posiadają wstręt do umieszczania swoich doświadczeń w publikacjach naukowych, za to nie odmówią wywiadu Katolickim Biskupom.

Warto więc przypomnieć teraz parę oczywistości, które umykają w ferworze walki o Święty Zarodek i godność odmienianą przez wszystkie przypadki:

1. kobieta jest człowiekiem, mężczyzna również;

2. połączeni w parę kobieta i mężczyzna, zamieszkujący pewien kraj nad Wisłą, statystycznie chcą mieć dwoje dzieci;

3. wychowanie dzieci pochłania czas, energię i finanse, co oznacza, że -z jednej strony- należy je powołać do życia na tyle wcześnie, aby ten czas i energię na ich wychowanie mieć, a z drugiej strony warto to zrobić na tyle późno, aby mieć także finanse na ich utrzymanie. Zatem raczej nie powinniśmy liczyć na obniżenie średniej 27,5 dla polskiej pierworódki;

4. celem leczenia niepłodności nie jest, jak uparcie twierdzą portale katolickie, wyleczenie niepłodności. Na ogół zresztą wyleczyć się jej nie daje, gdyż jest leczalna, ale nie jest uleczalna. Odnosi się to do niepłodności męskiej idiopatycznej, niepłodności onkologicznej, zaawansowanej endometriozy, niedrożności jajowodów i szeregu innych.
Celem terapeutycznym, do którego się dąży,  jest uzyskanie ciąży.
Pięcioletni czas oczekiwania na ciążę jest pomysłem fatalnym z punktu widzenia jednostki (gdzie czas na kolejne dzieci? Co z kosztami pośrednimi czyli leczeniem depresji na przykład? Szczyt depresji przypada na 2-3 rok leczenia niepłodności i dotyczy- uwaga- ponad 70% pacjentek, źródło: Eur. J. Obstet. Gynecol. Reprod. Biol. 2004, 117: 126-131., co oznacza, że pacjentki klinik naprotechnologicznych będą w szczególny sposób narażone na ten skutek uboczny) oraz społeczeństwa.  Im późniejsza ciąża tym większe koszty społeczne czyli ryzyko powikłań okołoporodowych, ale też wyższy sam koszt uzyskania tej ciąży: wieloletnia terapia farmakologiczna to narażanie zdrowia kobiety i potężne obciążenie dla budżetu.

5. medycyna jest racjonalna a nie ideologiczna. Racjonalność terapeutyczna oznacza dążenie do uzyskania przewagi zysków nad stratami. In vitro jest metodą obciążającą organizm kobiety i kosztowną, jednak w zestawieniu ze średnim cyklem leczenia NaPro wydaje się być metodą tańszą. Niewiarygodne, a jednak.

6. Jest całkiem prawdopodobne, iż osoby niepłodne skonfrontowane z tą wiedzą wcale nie chciałyby być poddawane pięcioletnim programom leczenia w celu uzyskania płodności, która ostatecznie może im być psu na budę.
Jakość oocytu począwszy od ukończenia przez kobietę 35 roku życia zaczyna spadać. Może być więc tak, że po pięcioletniej terapii NaPro przyczyna niepłodności mechanicznej zostaje wprawdzie usunięta, tylko nie bardzo jest co zapładniać.
Na pewno umieracie z ciekawości, co jeszcze tamtego pięknego popołudnia mieli do przekazania arcybiskup Henryk Hoser, profesor Bogdan Chazan, dr Maciej Barczentewicz (szczęśliwy papa jedenaściorga, pozdrawiam serdecznie, panie Macieju), dr Anna Dzioba i mgr farmacji Janina Filipczuk (Janina jest pionierką, instruktorką i edukatorką NaProTechnologii- tak, bingo, brak wykształcenia lekarskiego w niczym tu nie przeszkadza), ale notka robi się dość długa, więc zmieniamy kurs:

Około trzech lat temu, choć dokładnie w czasie tego nie umiejscowię, do dyskursu medycyny rozrodu wprowadzono nowe pojęcie subfertylności.
Do tej pory mieliśmy niepłodność oraz bezpłodność. To nie są synonimy wbrew temu, co roi się posłance Wargockiej i posłowi Piesze.
Bezpłodność to trwała i nieusuwalna niezdolność do bycia rodzicem biologicznym polegająca na- na przykład- niedorozwoju macicy, usunięciu jajników lub całkowitym wygaśnięciu spermatogenezy. Niepłodność z kolei to przeszkoda prokreacyjna mogąca mieć bardzo różne przyczyny, jednak dająca się leczyć przyczynowo lub objawowo, w wyniku czego uzyskujemy ciążę.
Do czynników z zakresu niepłodności zaliczamy: patologie jajowodowe (niedrożność, zrosty, polipy, endometriozę wchodzącą na jajowody czyli stopień III- IV itd), zaburzenia cyklu miesiączkowego (wymagające korekty farmakologicznej, PCOS) oraz upośledzenie jakości nasienia w stopniu kwalifikującym parę do zabiegu inseminacji lub in vitro.

Czym jest więc subfertylność? To po prostu ograniczenie płodności dotyczące 70-80% par, które do tej pory klasyfikowaliśmy jako niepłodne. Tymczasem one są subfertylne i mogą cierpieć na (za: Reproductive Medicine, N. de Haan, M. Spelt, R. Gobel, Amsterdam 2010, ESHRE):
- łagodne lub umiarkowane obniżenie jakości spermy
- wrogość śluzu szyjkowego
- łagodną lub umiarkowaną endometriozę  (stopień I-II)
- niecelowane współżycie seksualne (poza owulacją lub nieregularnie)
- nieprawidłowości dotyczące czynnika macicznego:
* mięśniaki
* Zespół Ashermana
* anomalie fizyczne (tyłozgięcie, macica dwurożna itd)

To wszystko lekkie bądź umiarkowane przeszkody w zapłodnieniu, które przez samą parę są często nieprawidłowo odczytywane jako niepłodność (wedle definicji samej WHO zresztą: roczne bezskuteczne współżycie w okolicach dni płodnych). Ale naprawdę fajne jest to, co o subfertylności w moim ulubionym textbooku czytamy dalej:

"these couples still have a considerably good chance of falling pregnant without any treatment in their second year of trying, namely around 65%"


ej, zaraz, stop. Ale jak to "without any treatment"?! Znaczy się wystarczy- będąc subfertylnym- po prostu radośnie bzykać się dalej i już szansa na ciążę w drugim roku wynosi 65%?
Nie inaczej, Drogi Watsonie, nie inaczej.
Wystarczy bowiem oprzeć się na statystyce kopulacji subfertylnych osobników gatunku ludzkiego, aby bez kiwnięcia palcem w bucie mieć statystyki poczęć na poziomie 65% w drugim roku współżycia "niepłodnej" pary. Jeśli dołożymy do tego celowane stosunki seksualne (termometr, obserwacja śluzu, palpacyjne badanie szyjki) szansa trafienia zwiększa się nam o kolejne punkty procentowe.
Do tego- a niech tam!- dołóżmy suplementację progesteronem, nigdy nie zaszkodzi. I może jeszcze coś na ładny śluz i endometrium poza duphastonem: olej z wiesiołka?
Możemy też zalecić HSG, czemu nie? Jajowody zawsze warto przedmuchać.

A co z parami faktycznie niepłodnymi, którym wiesiołek, duphaston i dmuchanie jajowodów nie wystarczają? Ba, im nie pomoże nawet chirurgia ani seks w owulację? Te podręczymy przez 5 lat (nieszczęśnice z endometriozą sześć) i jak w ruskim cyrku: uda się albo się nie uda. Jeśli się nie uda to zawsze mamy piąty stopień terapeutyczny naprotechnologii, adopcję, i sporą szansę, że wymęczeni pacjenci zrobią wszystko, byleby tylko spieprzać jak najdalej z naszej kliniki.

A oto, jaka jest medyczna misja  "nowoczesnej metody naprotechnologii" popularyzowanej w Polsce:

"Wobec tej sytuacji, jako laikat odpowidzialny za misję i obraz Kościoła oraz kształtowanie cywilizacji miłości, chcąc podejmować te obowiązki i dziedzictwo nauczania Sługi Bożego Jana Pawła II zainicjowaliśmy pod koniec 2007 roku, w Lublinie, powstanie Fundacji, Instytutu Leczenia im. Jana Pawła II. (...)
Pamiętamy, że Stwórca daje możliwość poznawania przyczyn i leczenia bezpłodności zatem jeśli niepłodność jest chorobą czy objawem choroby nie należy proponować małżeństwom sztucznej reprodukcji w fabrykach dzieci, jakimi są kliniki "in vitro" i technicznych metod hodowlanych (na przykład sztuczna inseminacja) ponieważ te metody nie są leczeniem lecz obejściem problemu w sposób niegodny człowieka.
Fundacja (...) została założona aktem notarialnym w kwietniu 2008, wcześniej zwróciła się do ks. Arcybiskupa Metropolity Lubelskiego Józefa Życińskiego z prośbą o błogosławieństwo dla swoich poszukiwań i prac związanych z utworzeniem ośrodka leczenia i profilaktyki niepłodności i szkoleń w zakresie NaProTechnology. (....)
19 stycznia 2009 otrzymaliśmy następujące słowa błogosławieństwa od księdza kardynała Stanisława Dziwisza: (...)Mam nadzieję, że lekarze i cały personel Instytutu złożą czytelne świadectwo wiary, nadziei i miłości respektując nauczanie Kościoła.

podpisano: dr Maciej Barczentewicz, dr Anna Dziuba".


Pewnie się zastanawiasz, drogi czytelniku, cóż to za deklaracja powyżej? Czyżby był to fragment Statutu Fundacji ds. Uzdrawiania Wodą z Licheńskiego Żródełka? A może to preambuła aktu założycielskiego Fundacji Ora et Labora?
Ależ skąd, to deklaracja ideowa placówki medycznej, która zamierza leczyć ludzi z bezpłodności (cóż, powodzenia). Dodatkowo, będąc przyczółkiem Cywilizacji Miłości nie wzdraga się przed użyciem słów "fabryka dzieci", no bo co kurczę blade, w końcu ma być tak tak, nie nie.
A jeśli uważasz, że to mimo wszystko dość nieuprzejma forma wyrażania swoich myśli to niepoświęcony kij ci w oko, piewco cywilizacji śmierci.

Teraz jednak powinnam zweryfikować siebie samą i uczynię to, owszem, oddając NaPro, co jej się słusznie należy.

Zatem oczywiście nie twierdzę wyżej, iż NaProTechnologia jest szalbierstwem i mydleniem oczu. Twierdzę, że to, co się z nią próbuje zrobić w Polsce, a co chyba dość nieźle niestety wychodzi, jest szalbierstwem i mydleniem oczu.
Sama NaProTechnologia może być cenną propozycją dla wszystkich par, dla których nauczanie bioetyczne KK jest istotne.
Podnosi ponadto samoświadomość własnego ciała i zachodzących w nim procesów fizjologicznych. Na ogół trenerzy naprotechnologiczni mogliby też udzielać lekcji podstawowych umiejętności psychologicznych lekarzom pracującym w klinikach leczenia niepłodności.

Jednocześnie konkluzja, iż NaProTechnologia może być alternatywą dla zapłodnienia in vitro jest nieuprawniona i bezpodstawna.
Medycyna tradycyjna, której metody wykorzystuje NaPro w swoich "schodach Hilgersa" (1.CRmS 2. Hormony, Laparoscopy, Ultrasound, SHSG 3. Treat Organic Disease 4. Treat, Cycle by cycle Hormon and Target Organ Dysfunction 5. Adoption) jest bezradna wobec szeregu przyczyn niepłodności, co od 30 lat nie jest tajemnicą, i co jednocześnie było  przyczynkiem do podjęcia prac badawczych nad zapłodnieniem pozaustrojowym.
W ostatnich latach należy podkreślić wybijający się w niepłodności czynnik męski.
W  marcu 2010 WHO po raz kolejny obniżyła normy jakości nasienia męskiego, co pozwala przypuszczać, iż jesteśmy świadkami globalnego i systematycznego spadku parametrów spermy.
Czynnik męski w niepłodności jest w ponad 80% przypadków niekorygowalny medycznie, jego jedynym sposobem obejścia jest rozród wspomagany (IUI lub ivf).

To wszystko rzecz jasna nie oznacza, że zapłodnienie pozaustrojowe jest cymesem, nie ma skutków ubocznych i należy je ordynować bez namysłu i po wielokroć. Ale o tym szerzej innym razem.


***

Dziś poza tym w SuperEkspresie pojawiło się poza tym wstrząsające wyznanie pani Mazurkiewicz, wdowy po senatorze PiS Andrzeju Mazurkiewiczu. Pani Mazurkiewicz żyje w stresie codziennie wypatrując u swych czteroletnich bliźniąt poczętych ivf pierwszych oznak wad genetycznych lub innych dowodów ingerencji Ciemnych Mocy.
Pani Joasiu! Ducha nie gaście.
Nigdzie nie jest powiedziane, że działanie Ogoniastego objawi się w Waszym przypadku akurat poprzez siatkówczaka albo Zespół Beckwitha Wiedemanna. Proszę myśleć pozytywnie. Być może skończy się tylko na odbieraniu mleka krowom sąsiadki lub seksie przedmałżeńskim z koleżankami z klasy.
A przykład Dartha Vadera pokazuje, że nadzieję trzeba mieć do ostatniej chwili.






2 komentarze:

  1. Dzięki, jestes moim najlepszym jak dotąd źródłem wiedzy o in vitro i tym całym cyrku, który się odbywa.
    Szkoda, że mój ulubiony mąż pewnie nie poczyta sobie tego co napisałaś o globalnym upadku nasienia, bo może by się szybciej zdecydował rozmnożyć ponownie, zamiast pracowac na kolejne metry kwadratowe. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciesz sie,ze nie mialas problemu z zajsciem w ciaze.
    Nie wszyscy maja taka mozliwosc.
    NaPro lecze sie w UK wiec nie wiem czasami o czym Ty piszesz??? Metoda ta byla dofinansowywana przez JPII wiec nic dziewnego,ze lecza w duchu kkk jedynie malzenstwa.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń