czwartek, 16 lutego 2012

Domowe narodziny

Notka miała być poświęcona wychowywaniu dzieci w zgodzie z Pismem Świętym, ale tymczasem wpadła mi w ręce książka "Domowe narodziny. Fanaberia szaleńców czy powrót do normalności?" autorstwa Ewy Janiuk i Emilii Lichtenberg-Kokoszki, wydana przez Oficynę Wydawniczą Impuls, i podziałała jak magdalenka na Marcela:


To kolejna książka dostępna na polskim rynku poruszająca temat porodu domowego z perspektywy par (czy raczej powinnam napisać: małżeństw) spodziewających się dziecka, decydujących się na poród domowy i dzielących się swoim unikalnym doświadczeniem z innymi. Klasyczną pozycją tego gatunku jest "Poród w domu" Ireny Chołuj, książka jest dostępna wirtualnie tutaj.
Tyle formalnie i opisowo, teraz przejdziemy do części osobistej i retrospektywnej.

marzec-maj 2009

Jestem w połowie drugiej ciąży, wczytuję się w książki Sheili Kitzinger i Michela Odenta. Chcę kolejne dziecko  urodzić w domu, jest to silne, biologiczne niemal pragnienie. Stary ma wątpliwości, rozmawiamy, analizujemy, wreszcie Stary mówi "rodzimy w domu, mam do ciebie zaufanie". To fajnie, bo ja mam zaufanie do niego.
Mam już jedno dziecko urodzone siłami natury, brak obciążeń wywiadu, obecna ciąża jest podręcznikowa. Wyszukuję numery do lokalnych położnych przyjmujących porody w domu. To trudny wybór, oglądam z uwagą profile i zdjęcia, próbuję wyczuć, czy mogłybyśmy nadawać na podobnych falach. Decyduję się w końcu na Joannę.

Dzwonię na służbowy numer Joanny. Rozmowa przebiega ciepło. Opowiadam o pierwszym porodzie, Joanna sprawdza swój grafik: październik jest wolny, może się umówić ze mną na spotkanie i porozmawiać o przyjęciu naszego dziecka. Rozmawiamy o odległości od najbliższego szpitala, warunkach domowych, ustalamy termin wspólnej kawy.
Na końcu Joanna pyta:
- "to co, jesteśmy umówione czy chcesz coś jeszcze od siebie powiedzieć?"
- "w zasadzie wszystkie ważne rzeczy już ci przekazałam, mogę jeszcze dodać, że czekaliśmy na ciążę cztery lata, bardzo wyczekujemy naszego dziecka. Na szczęście pierwsze in vitro się udało".
Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza. W końcu Joanna decyduje się upewnić:
- "mówimy o ciąży z in vitro?
- "tak" odpowiadam
- "wobec tego poród domowy jest wykluczony, nie podejmę się tego"
Czuję supeł w gardle, potrzebuję chwili, aby się pozbierać.
- "dlaczego to ma coś zmienić?" pytam
- "przyjmowałam w szpitalu wiele porodów, dzieci z in vitro zachowują się dziwnie", odpowiada Joanna stanowczym głosem, po czym żegna się i odkłada słuchawkę.
Stoję jak idiotka przy oknie tarasowym, patrzę na ogródek i nie umiem ogarnąć tego, co się przed chwilą wydarzyło. Dzwonię do Starego i krzyczę "kiedy to się skończy?! Czy podczas bilansu pięciolatka w przychodni także usłyszę, że in vitro wszystko zmienia?!". Stary jest zdenerwowany, mówi, że wróci wcześniej z pracy. Wieczorem analizujemy sytuację, Stary decyduje,  że nie ma co się koncentrować na wydarzeniu incydentalnym, mam dzwonić dalej i nie histeryzować.
Tym razem ignoruję profile i zdjęcia, zaczynam szukać według nowego klucza- z miejsca skreślam wszystkie położne mówiące o pomagającej im Bożej łasce i Dzieciątku Jezus. Drugi raz nie dam rady przejść podobnej sytuacji, muszę się zabezpieczyć psychicznie, bo inaczej nie tylko nie urodzę w domu, ale w ogóle nie dociągnę do terminu porodu.
Wybieram Zuzannę. Wygląda na sensowną, nic nie mówi o swojej duchowości, za to wiele o podziwie dla wiedzy i determinacji par, z którymi pracuje. Brzmi to dobrze, jestem zdeterminowana, wiem dokładnie, czego chcę, z wiedzą też nie najgorzej, podziękować. Dzwonię.

Zuzanna

Rozmowa z Zuzanną zaczyna się ostro. "To Wy macie mnie przekonać, że chcecie rodzić w domu", mówi. Wchodzę w to, podoba mi się jej konkretne podejście. Rozmawiamy kilkanaście minut, ja także stawiam sprawę jasno: nie chcę żadnych komentarzy odnośnie niepłodności i stanu mojej ciąży, które nie będą wynikały z obiektywnych przesłanek medycznych. Zuzanna mówi w końcu "przyjedźcie, pogadamy".

Tydzień później odwiedzamy Zuzannę w jej gabinecie.
Jest miło, delfiny śpiewają, błękitne ściany koją. Zuzanna zaczyna od poinformowania nas, że źle Joannę odebraliśmy. To fachowa, fantastyczna położna, współpracują w jednej ekipie. Żadnych uprzedzeń. Po prostu została zaskoczona.
Już po kilku minutach rozmowy z Zuzanną staje się jasne, że celem naszego spotkania nie jest rozpoczęcie przygotowań do porodu domowego, a odwiedzenie nas od tej myśli.
Bo czy ja naprawdę jestem pewna, że chcę rodzić w domu? Tak, jestem. A może mam poszpitalną traumę? Nie, nie mam. I nie boję się zaryzykować zdrowia tak wyczekanego dziecka? Nie uważam porodu domowego w ciąży przebiegającej fizjologicznie za ryzyko. Oboje z mężem jesteśmy przekonani do tej formy, o ile tylko ciąża będzie dalej przebiegać tak książkowo, jak dotychczas. Jeśli wyniki się pogorszą, pojawią się jakiekolwiek przesłanki do porodu szpitalnego to nie będziemy z nimi dyskutować.

Wykładam swoją dokumentację i relacjonuję: nigdy nie przechodziłam sztucznej menopauzy w związku z leczeniem niepłodności, nie miałam żadnych zabiegów w obrębie jamy brzusznej. Brak zrostów, brak osłabienia szyjki macicy, wiek modelowy. Wyniki hormonów ciążowych od początku prawidłowe, suplementacja progesteronem symboliczna i zakończona w 12 tc. Żadnych skurczów, plamień ani stanów nietypowych dla ciąży fizjologicznej, poprzedni poród bez powikłań, zakończony sn.
Dodaję, że twardo stąpamy z mężem po ziemi i przyjmiemy każdy kontrargument, o ile będzie mieć oparcie w faktach. Argument "dzieci z in vitro zachowują się podczas porodu dziwnie" jest niepoważny i jako takiego nie bierzemy go pod uwagę. Po prostu.
aAe nikt mnie nie pyta o wywiad ciążowy, moje wyniki leżą nietknięte na biurku.

 Zuzannę mój słowotok chwilowo studzi, więc decyduje się na wyciągnięcie ostatecznej armaty:
"słuchajcie, od razu zaznaczę, że nie jestem uprzedzona ani do metody in vitro, ani do was. Chodzi o obiektywne względy medyczne i Joannie również o nie chodziło. Przy in vitro często są transferowane dwa zarodki i nawet jeśli ciąża finalnie jest pojedyncza to mogą powstać dwa łożyska. To wielkie ryzyko podczas porodu domowego, łożysko może się nie urodzić w całości, pojawia się krwotok. Nie narażę twojego życia i zdrowia. Gdyby nie to nie byłoby problemu z tym, że to ciąża z in vitro, moglibyśmy rodzić w domu".

Wychodzimy. Stary mówi "skoro tak to faktycznie trzeba zmienić plany". Ja też jestem zdruzgotana- świadomość świadomością, pragnienia pragnieniami, ale z medycyną konwencjonalną od dawna się nie kłócę. Zawarliśmy rozejm.
Jednak po przyjściu do domu nie mogę zasnąć, coś mi nie gra, wstaję w nocy i  wyciągam swoją dokumentację, porównuję wyniki badania betaHCG i zastanawiam się nad wartościami hormonu. Rano wczytuję się w literaturę fachową, aby potwierdzić wątpliwości.
W końcu dzwonię do znajomych lekarzy zajmujących się leczeniem niepłodności. Referuję sprawę. Sondują ostrożnie źródło tych informacji: czy sama wpadłam na koncepcję podwójnych łożysk czy ktoś mi ją podsunął? Odpowiadam, że położna. Lekarze oddychają z ulgą, jeden wali prosto z mostu "myślałem, że na głowę ci od tej ciąży padło", drugi jest bardziej oględny:  "jest Pani od początku w ciąży pojedynczej, pierwsze USG robiłem w piątym tygodniu ciąży, był jeden pęcherzyk, nawet nie miało się co absorbować. Gdzie podwójne łożysko, litości, ono się wykształca w dwunastym tygodniu ciąży, a u Pani drugi zarodek nie dotrwał nawet do implantacji".

Hint: czy warto rodzić z położną, która nie jest pewna, w którym tygodniu ciąży wykształca się łożysko i jak przebiega fizjologia rozrodu wspomaganego?

No ale idziemy dalej, euforia powraca, rozdzwaniają się dzwony na poród domowy. Piszę triumfalnego maila do Zuzanny: mogę ją uspokoić, nie ma mowy o żadnych podwójnych łożyskach. Załączam wyniki badań i opinię lekarską, ciąża przebiega książkowo, lekarze mnie wstępnie kwalifikują do porodu pozaszpitalnego.

Zuzanna odpowiada, że to świetnie, ale jest inny problem. Skoro starałam się o ciążę kilka lat to na pewno suplementowałam się pochodnymi progesteronu, przecież sama o tym wspomniałam, tak? Tak. No więc niestety to mnie dyskwalifikuje. Ciąże suplementowane progesteronem mają tendencje do "wzmożonego przytwierdzania się łożyska do macicy, co podnosi ryzyko krwotoku poporodowego". A to jest bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu.

To ten moment, w którym pierwszy raz mówię "kurwa żesz mać". Na razie jeszcze do siebie. Połowa, jeśli nie więcej, ciężarnych i płodnych trzydziestolatek w tym kraju żre duphaston na potęgę, dokłada luteiną i no-spą, a nikt ich nie dyskwalifikuje z porodu domowego.
Mojemu lekarzowi prowadzącemu kończy się poczucie humoru i stwierdza "kolejna bzdurna teoria, masz sobie tym głowy nie zaprzątać. Lepiej znajdź inną położną, bo ta szuka pretekstu, aby nie przyjąć twojego porodu".
Myślę sobie jednak, że Tomasz myli się w ocenie ludzi. Jest uprzedzony. Ludźmi kierują dobro, puszyste jednorożce i różowe kocięta. Poza tym nie ma w mieście innej położnej przyjmującej domowe porody. Ostatnia, która została na liście, bierze udział w marszach w obronie życia poczętego, nawet nie chcę do niej dzwonić i usłyszeć trzasku rzucanej słuchawki.
Niemniej Tomasz ma bogów w sercu i sporą słabość do mnie i męża, więc wystawia mi kolejne zaświadczenie, że ciąża jest najzupełniej prawidłowa, podobnie jak łożysko, pępowina, poziom wód i co jeszcze.

----
Na razie stop reminiscencjom. Siedzę sobie przed komputerem trzy lata po tej beznadziejnej bitwie i stwierdzam, że to nadal ten sam emocjonalny kanał, choć tysiące razy analizowałam temat, czytałam kolejne relacje i książki o porodach domowych. Z czasem z coraz większą podejrzliwością wobec prostoty opowieści oraz deklaracji. Ta prostota jest warunkowa. Jak się dużo później okaże można mieć na koncie cesarskie cięcie, wieloletnią niepłodność (ale nie in vitro, o nie Cthulhu, o nie) i łyżeczkowania jamy macicy, a kwalifikacja do porodu domowego będzie.

---

Zuzanna jest asertywna. Tak, ciąża rozwija się prawidłowo, żadnej cukrzycy, zakażeń układu moczowego, zaświadczenia od lekarzy są, jednak Zuzanna musi postawić sprawę jasno: nie przyjmie naszego porodu domowego.
Nie jest to zależne od niej, naprawdę jest pełna podziwu dla naszej postawy, dojrzałości i świadomej decyzji, jakby mogła to nieba by przychyliła, ale tutaj, o, są zasady kwalifikacji do porodu domowego, proszę bardzo:



ZASADY KWALIFIKACJI DO PORODU POZASZPITALNEGO







1/ PRZECIWWSKAZANIA BEZWZGLĘDNE DO PORODU POZASZPITALNEGO

•- GDM1, GDM2

•- PIH

•- cholestaza ciężarnych

•- stan po leczeniu niepłodności (obecna ciąża w wyniku terapii hormonalnej, zapłodnienia pozaustrojowego)

•- choroby przewlekłe

•- choroby i wady serca

•- astma oskrzelowa

•- infekcja dróg moczowych ( potwierdzona posiewem moczu) w III trymestrze ciąży

•- infekcja w organizmie z gorączką potwierdzona badaniami laboratoryjnymi (CRP, morfologia z rozmazem) w III trymestrze ciąży

•- nawracające, liczne infekcje w przebiegu ciąży

•- niedoczynność lub nadczynność tarczycy leczona farmakologicznie

•- czynna depresja lub inne choroby psychiczne
•- uzależnienia (narkotyki , alkohol, papierosy w ciąży)

•- HCV (+)

•- HIV (+)

•- WR (+)

•- CMV IgM (+)

•- Toxoplazmoza IgM (+)

•- HBS (+)

•- położenie miednicowe płodu

•- położenie poprzeczne i/lub skośne płodu

•- ciąża mnoga

•- poród przed ukończeniem 37 tyg. ciąży

•- poród po ukończeniu 42 tyg. ciąży

•- nieprawidłowa lokalizacja łożyska

•- hypotrofia płodu

•- makrosomia płodu

•- małowodzie (AFI poniżej 5)

•- wielowodzie (AFI powyżej 20)

•- nieprawidłowe przepływy w badaniu USG

•- nieprawidłowa budowa miednicy kostnej ciężarnej

•- głęboka niedokrwistość ciężarnej

•- małopłytkowość (PLT poniżej 130 tys.)

•- nieprawidłowe zapisy KTG

- stan po cięciu cesarskim


Czy widzę punkt "ciąża po leczeniu niepłodności"? Widzę. Więc właśnie.
Standardy nie są wprawdzie oficjalne, ale muszę zrozumieć: w sytuacji, w której tak wiele kobiet walczy o poród domowy, a położne muszą dokładać wszelkich starań, aby zachować ostrożność, byłoby z mojej strony nieodpowiedzialne namawiać do złamania tych standardów. Nie mogę sabotować pracy tylu ludzi. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne oferuje mi możliwość wyboru cesarskiego cięcia, czy nie daje mi to do myślenia? Czy uważam się za mądrzejszą od PTG? I czy muszę to wszystko tak utrudniać?
Ale paręnaście tygodni od naszej pierwszej rozmowy mam PubMed w ulubionych i znam abstrakty większości badań dotyczących porodów dzieci poczętych in vitro. Wytyczne PTG również. Jestem pacjentką-koszmarem. Mam spłaszczone pośladki od ślęczenia nad stanowiskiem PTG, a za sobą rozwikłaną tajemnicę frazy "ciąża specjalnej troski".
Dzielę się tą radosną wiadomością z Zuzanną:
termin "ciąża specjalnej troski" odnosi się do ciąż mnogich i/lub zagrożonych położniczo nie z powodu poddania się IVF, a z powodu przyczyn, które w konsekwencji doprowadziły do niemożności poczęcia naturalnego. Będą to zrosty w obrębie jajowodów i macicy, wady anatomiczne, zaburzenia pracy organizmu, które uniemożliwiają spontaniczne zajście w ciążę. Samo zapłodnienie in vitro nie jest bezpośrednim powodem ani niskiej wagi urodzeniowej, ani porodu przedwczesnego.




Moja ciąża przebiega nudno i najzupełniej fizjologicznie, więc uważam, że mam prawo do oceny uczciwej- standardowej kwalifikacji, przejścia przez wszystkie oka sita i potraktowania mnie jak każdej innej pacjentki.
Nie fiksuję się na rodzeniu w domu, Zuzanna może być spokojna- jeśli odpadnę z powodu gestozy, złej krzepliwości krwi, niewspółmierności, whatever- nie ma problemu, próbowałam, nie wyszło, finalnie liczy się bezpieczeństwo zycia i zdrowia.
Na koniec dodaję, że w kraju porodów naturalnych, Holandii, nikt nie stawia ograniczeń kobietom niepłodnym, liczy się stan ciąży, a nie sposób jej powstania. Podobnie jest w Belgii. W Danii. W USA. W niektórych landach niemieckich. Ciąża naturalna może być powikłana, ciąża po leczeniu niepłodności może być fizjologiczna. To nie miejsce zapłodnienia decyduje o przebiegu porodu.Zuzanna replikuje krótko: rozważcie więc poród domowy bez asysty medycznej, bo żadna z położnych przyjmujących porody w domu do was nie przyjedzie.

Zatyka mnie i na zewnątrz prezentuję płaksiwą służalczość, bo może Zuzanna zmieni zdanie? Tak bardzo się staram, proszę, proszęproszę. A to w końcu od niej zależy wszystko.
Wsobnie myślę jednak, że tylko w Polsce dochodzimy do takiej paranoi i zastraszenia, że aby wejść w dupę rodzimym lekarzom "prodomowym", należy sprzedać niepoprawne politycznie grupy i dołożyć do standardów nadgorliwie "niepłodność".
Bo tak się składa, że najaktywniejsi lekarze "prodomowi" to jednocześnie stali bywalcy konferencji w Episkopacie Polski i piewcy naturalnych metod planowania rodziny.
Tego jednak Zuzanna już nie słyszy, zaś standardy holenderskie i belgijskie ucina w zarodku: w Polsce jest inaczej. Najpierw musimy wywalczyć porody domowe, potem będziemy się zastanawiać.
I tak po raz nie wiem który w życiu drepczę posłusznie do kolejki, która ma czekać na lepsze czasy.


Wrzesień- Październik

Ostatecznie problem rozwiązuje samo dziecko. Cześć mu za to i chwała, bo na ostatnich nogach przed porodem mój stan psychiczny przypomina Nagasaki dziewiątego sierpnia, rok 1945, godzina 11.04.
Syn wyraża swój stosunek do sytuacji dobitnie i bez ogródek, niespodziewanie odwraca się tyłkiem do życzliwego mu świata zewnętrznego i układa poprzecznie w macicy. Wreszcie pojawia się bezwzględne przeciwwskazanie do rodzenia w domu, alleluja i fanfary.
Podejmuję próbę obrotu poprzecznego na główkę, próba jest nieudana, dostaję skierowanie na planowe cesarskie cięcie. Noc przed zabiegiem spędzam oglądając House'a na laptopie, rano rodzi się nasz syn, waży 3880 gramów i dostaje 10 punktów Apgar.

*

Teraz zaś trzymam w ręku kolejną książkę sławiącą zalety porodów domowych. Uduchowioną, mówiącą o szacunku, zawierającą wszystkie te piękne słowa, które robiły- i wciąż robią- na mnie takie wrażenie.
Oddaję głos Irenie Chołuj:

Coraz więcej kobiet wybierających szpital chce tam rodzić naturalnie, nie chcą być "leczone z powodu rodzenia". Jednak rzadko która ma na tyle odwagi, a czasem koniecznej desperacji, by o tym powiedzieć w momencie, gdy lekarz lub położna podejmują za nią decyzję: jak, kiedy i w jakiej pozycji ma rodzić. Rodzące słyszą, że lepiej jest słuchać personelu, bo to oni wiedzą lepiej, co im teraz potrzeba i nie pytają o zgodę na różne działania medyczne ingerujące w naturalny przebieg ich porodu. Kobiety najczęściej tracą wtedy poczucie niezależności, samostanowienia o sobie, bez sprzeciwu poddają się wszystkim nakazom, stają się bezwolnym przedmiotem działań gospodarzy miejsca, do którego zgłosiły się dobrowolnie.

Bardzo trafne uwagi. W książce "Domowe narodziny" jest tych trafności więcej. Ale są także wypowiedzi stawiające przywołane Zasady Kwalifikacji do Porodu Pozaszpitalnego w świetle co najmniej niejednoznacznym.
Liczne poronienia, po których jednak rodząca otrzymuje kwalifikację do rodzenia w domu. Zaawansowana depresja ciążowa, ale rodzimy w domu. Ośmioletnie leczenie niepłodności (ale nie metodą ivf, apage satana!) zakończone porodem domowym. Wcześniejsze rozwiązania ciąży cesarskim cięciem. Łyżeczkowania macicy. Zwężenia zastawki mitralnej i szereg chorób przewlekłych. Rodzą się "domowe" dzieci, porody przebiegają książkowo, na końcu wyrazy wdzięczności do położnej, współmałżonka, bardzo często do wyższych instancji.
No ale nie jest to jednak zapłodnienie in vitro ani bezbożna inseminacja. Prawda jest w nas, można czerpać z tego faktu poczucie potęgi i moralnej siły. Oddaję głos jednej z bohaterek "Domowych Narodzin", 37letniej pierworódce (bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu wg rozporządzenia Ministra Zdrowia):

Nie jest to łatwy czas, aby być kobietą, kiedy seks traktuje się jak usługę towarzyską pomiędzy jednym drinkiem, a drugim, kiedy człowiek poczyna się na szkle w laboratorium, a nie w sacrum własnego ciała, kiedy matka to partner A, a ojciec to partner B, by nie obrażać uczuć A i A, kiedy eutanazja zaczyna być prawnie usankcjonowanym polowaniem na bezużytecznych i nieproduktywnych, a rodzenie w domu do taki niezrozumiały kaprys.
Nie jest to łatwy czas, aby być położną. Dlatego dziękujemu Ewie, a także wielu rodzicom, którzy z potrzeby serca i ducha usiłują rodzicielstwu przywrócić jego naturalny sens.

I wszystko jasne, systematyka patologii układa się w logiczną całość. Naturalny sens rodzicielstwa nie jest dostępny lesbom, aborcjonistom poczynającym w szkle, konkubinatom gżącym się po kątach  i ludziom z epizodem bujnej młodości seksualnej. No pasaran, do rodzicielskiego edenu wydolności wychowawczej i ludzkiej odpowiedzialności nie wejdziecie.
Mam w związku z tym sugestię, aby autorka cytatu przechowała Jej Świątobliwą Moralność w jedynym godnym jej  miejscu, to jest w sacrum własnego anusa.

Jako wytrwała czytelniczka for poświęconych rodzeniu w domu wiem, że obchodzenie bezwzględnej dyskwalifikacji nie stanowi większego problemu. To kwestia determinacji pary, siły jej argumentacji i indywidualnej decyzji samej położnej. Zasady kwalifikacji do porodu pozaszpitalnego precyzuje rozporządzenie Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw Nr 187 z dn. 7.10.2010 poz. 1259i wynika z niego jasno, że większość pań opisanych w przywoływanej książce powinna rodzić w szpitalu. W tym pani od eutanazji nieproduktywnych (czy pieprzenie od rzeczy podlega pod definicję nieproduktywności?).


W naszym przypadku argumentacja medyczna i osobista nie wystarczyły. Nie przyniosły też rezultatu u mojej znajomej, która w drugą ciążę zaszła w wyniku inseminacji z powodu bariery śluzu szyjkowego.
Naturalnie- cóż są te dwa przypadki w skali ogólnopolskiej? Promilem.
Piękno domowego porodu i dupochron osób zajmujących się przyjmowaniem domowych porodów zostały ocalone, nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Profesor Chazan może spać spokojnie, nie ma niesubordynacji w szeregach położniczych, kwalifikacje otrzymują ci, którzy na nie moralnie zasługują.


Kwalifikacja do porodu pozaszpitalnego i każdego innego  powinna być prowadzona w sposób rzetelny i transparentny, bez podpierania się żenującymi argumentami o podwójnych łożyskach i dziwnych zachowaniach noworodków. Bez patetycznych odezw o solidarność z innymi rodzącymi, którym nasza własna determinacja może w bliżej nieokreślony sposób zaszkodzić.
Tymczasem zdyskwalifikowanym nie mówi się wprost "nie", a utwierdza się w przekonaniu, iż WSPÓLNIE z położną podjęli jedyną właściwą decyzję opartą o przesłanki racjonalne.
Ilekroć próbowałam mówić o naszym doświadczeniu słyszałam dwie odpowiedzi:

1. jestem uprzedzona, bo byłam nie dość dobra i przekonująca, aby zjednać do siebie położne. Przemawia przeze mnie osobista gorycz z powodu porażki (nie, kuźwa, przez ostatni trymestr ciąży ćwierkałam jak ptaszę niebożę, bo przecież nikt mnie nie upokarzał kontrargumentami z dupy branymi. Swoją drogą to ciekawe, jak wielkie emo z powodu poniżania kobiet na porodówkach szpitalnych zmienia się w racjonalne tłumaczenie kobiecie, że jest winna, bo zachciało się Zosi domowych gruszeczek);

2. tak czy inaczej powinnam siedzieć cicho, bo pozycja porodów domowych w Polsce jest wciąż tak niepewna, że każdy głos krytyki jest argumentem dla negatywnie nastawionego środowiska lekarskiego. Czy nie mogę po prostu zacisnąć zębów i przestać się zachowywać jak pies ogrodnika? (nie).

Rodzenie po ludzku to nie tylko zadbanie o brzoskwiniowe ściany na porodówce i wklejenie na stronie internetowej treści Deklaracji z Aachen, to też uznanie porodu za wydarzenie egzystencjalne i immanentnie dotyczące kobiety, o czym piszą w zasadzie wszyscy piewcy rodzenia po ludzku. Większość z nich ma jednak opory przed zrozumieniem, że ta szczelina istnienia nie jest warunkowa i nie zależy ani od tego, jakiej płci jest nasz partner, ani od tego, w którym miejscu plemnik spotkał się z jajem.
Tak dużo słów o Bogu, misterium, doświadczeniu przenikającym, podmiotowości, a jednak cały czas tak trudno uwierzyć, że dyskryminacja odnosi się także do innych grup społecznych niż chrześcijanie w Afganistanie i Kaszmirze oraz pacjentki taśmowych porodówek.

W kagańcu trzymała mnie od trzech lat nadzieja, że może jednak trzecią ciążę- o ile ta będzie- urodzę w domu, a wobec tego wysoce nieostrożnie byłoby palić za sobą mosty. Prawdę mówiąc jednak, wysoki sądzie, mam to obecnie w dupie. Łgarstwo, że kolejne dziecko poczęło się naturalnie, a bliznę po cesarskim cięciu wykonałam sobie sama maszynką do golenia, ma kwantowe prawdopodobieństwo skuteczności. Ale nic to, może kiedyś wyemigruję do Holandii, albo do USA, voila:



Ten bobas nazywa się Margaux i urodził się pięć dni temu w swoim domu. Jego rodzice przeszli przez dwie nieudane próby IVF, trzecia okazała się szczęśliwa.
Wszystkiego dobrego w życiu, Margaux.


17 komentarzy:

  1. Witaj:)
    Chciałabym zaprosić Cię na mojego bloga, na którym zamieszczam swoje opowiadania, pisanie jest moją pasją od zawsze, teraz postanowiłam się nią dzielić :) Mam nadzieję,że znajdziesz na stronie coś dla siebie, pozdrawiam :)

    www.malinowoherbaciana.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. oborze chyba się potnę przed porodem, bardzo "krzepiące" są Twoje opowieści :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też pozdrawiam bobasa. Czytając o problemach rodziców dzieci poczętych invitro, pomyslałam sobie, że ja, adoptując też niejako jestem naznaczona i często tłumaczona przez "A! z adopcji, wszystko jasne"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Nie można tak mówić, ale patrzeć raczej na to w ten sposób, że jeżeli ktoś adoptuje dziecko, to jest to oznaką jego wielkiego serca i miłości, którą chce mu dać. Tyle dzieci żyje przecież w domach dziecka, bez rodziców...To, które zostanie stamtąd zabrane ma ogromne szczęście, nieopisane. Pewnego dnia ktoś wchodzi do jego życia i nagle ma ono kochającą rodzinę. Nie wolno tu mówić o naznaczeniu, myśleć o sobie w ten sposób...

      www.malinowoherbaciana.blogspot.com

      Usuń
    3. Monika, to trochę nie tak. Dziecko które straciło rodzinę biologiczną nie ma wielkiego szczęścia. Fakt że ktoś je adoptuje również nie jest wielkim szczęściem, może jest odrobiną farta ... ale bez względu na działania i starania rodziców adopcyjnych jest to dziecko porzucone, pokiereszowane i wcześniej czy później będzie się mierzyć ze swoimi korzeniami. Wśród motywacji rodziców adopcyjnych raczej trudno będzie ci znaleźć altruizm (ja uważam że coś takiego jak altruizm nie istnieje). Wbrew pozorom motywacje rodziców adopcyjnych są egoistyczne, co samo w sobie złe nie jest. Dobrze jeśli ta motywacja to nie jest próba ratowania związku, zamiennik dla dziecka którego nie udało się spłodzić, czy nadzieja, że po tak wielkodusznym czynie Bóg pobłogosławi potomkiem.
      Adopcja to droga wymagająca dużej odpowiedzialności, przemyślenia wielu spraw przed i zmierzenia się z wieloma problemami w trakcie. Choć pewnie gorzej brzmi to co napisałem niż wygląda w rzeczywistości ;)
      Nie można pisać o wielkich sercach rodziców adopcyjnych, wielkim szczęściu adoptowanych dzieci i nie da się uniknąć ich "naznaczenia", szczególnie, gdy adopcja nie jest tajemnicą.

      Usuń
  4. mit o braniu biednych sierotek jest żywy niczym Lenin i długo nie umrze. Prawdopodobnie odzwierciedla to, co społeczeństwo chce myślec o adopcji, a chce ją- w tym najbardziej powszechnym i trywialnym rozumieniu- postrzegać jako akt miłosierdzia wobec dziecka. Skoro 60 lat historii adopcji w Polsce, i 20 lat adopcji jawnej, świadomej, nastawionej na pogłębione rozumienie relacji między dzieckiem i rodzicami, nie zmieniło recepcji tego zjawiska, to znaczy to dla mnie tyle, iż społeczeństwo nie chce dotrzymać kroku nowym trendom adopcyjnym, bo szuflada miłosierdzia, sierot i wybawienia, nadal jest do czegoś potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, jest. Pocieszające, że ludzie prezentujący takie podejście są najczęściej uwalani przez państwowych psychologów kwalifikujących do adopcji. OK, powinni być, znam teorię, nie praktykę niestety.

      Poświęcanie się dla dziecka, swojego czy adoptowanego to przecież stała pieśń "kościoła" i jego fanklubu, z resztą by było zabawniej w ramach owego poświęcania swojego życia dzieciątku domagają się oni zniesienia zakazu kar fizycznych wobec owego obiektu poświęcenia...

      Usuń
  5. Bytw, co nie tak jest z tymi polskimi położnymi? Mam tylko anecdata, ale jakoś tak wychodzi na to, że owa grupa zawodowa charakteryzuje się statystycznie podwyższonymi współczynnikami świętojebliwości, pogardy dla kobiet rodzących i ogólnej bucery, choć wydawałoby się że powinno być na odwrót.

    Z góry przepraszam te przedstawicielki zawodu, które nie pasują do powyższej charakterystyki, nie chciałom was urazić, zwłaszcza że to wy powinniście stanowić większość.

    OdpowiedzUsuń
  6. no dobra, czuję się obrażona i nieujęta w statystykach, wszak powiedziałam "no chyba sobie, kurwa, żartujesz" albo coś podobnego

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wszystkie położne odlatują w świętojebliwość, są też po drugiej stronie mocy. Jedna z pracownic szkoły najsłynniejszej warszawskiej położnej reklamuje się
    "Ukończyłam Studium Psychotroniki oraz wiele kursów z zakresu bioenergoterapii, jogi kaukaskiej, masażu tybetańskiego i fitoterapii.
    Krąg moich zainteresowań obejmuje wszystko, co jest związane z życiem człowieka. Zrozumienie człowieka ujawnia wzajemne powiązania na poziomie socjalno-bytowym, emocjonalno-psychicznym i mentalno-duchowym a także zależność od sił przyrody.
    Pracuję metodą wibracyjną, bezdotykową, polegającą na oczyszczeniu organizmu z negatywnych energii, zbilansowaniu siły życiowej. "

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wiesz, to ciekawe, homeopatia też jest bardzo lubiana w tym środowisku. Kiedy Młody ułożył się poprzecznie zaproponowano mi a) zostawienie tego w spokoju (lekarz prowadzący) b) obrót poprzeczny na głowę (moja koncepcja, przeforsowana) c) masaż shiatsu i kurację, niech no sobie przypomnę, pulsatillą, czyli poczciwą sasanką. Podobno nieoceniona w odwracaniu płodów.
      Btw. polecam wywiad z Gregosiewiczem jeśli jeszcze ktoś nie czytał:
      http://srodowisko.ekologia.pl/wywiady/Homeopatia-nie-ma-nic-wspolnego-z-medycyna-wywiad-z-prof-Andrzejem-Gregosiewiczem,16564.html

      @asmo, Ty nie byłaś reprezentatywna, sorasy.

      Usuń
  8. Z innej beczki zdecydowanie ja :) pisze taki mały blog o małym mieście a tak naprawdę chyba o sobie :) chciałbym jako motto wykorzystać ten fragment - Ludźmi kierują dobro, puszyste jednorożce i różowe kocięta. Uprzejmie się zapytuje o zgodę. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. bardzo dzięki http://owoc2010.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzięki za ten post. Dotychczas żyłam w mglistym przeświadczeniu, że ciąża z in vitro jest jakaś specjalna, zagrożona. Zwłaszcza, że jedyna koleżanka, o której wiem, że ma dziecko dzięki in vitro, miała planową cesarkę.
    Wyprowadziłaś mnie z błędu :) Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Przed porodem pierwszego dziecka, dowiedziałam się od jednej położnej, że powinnam mieć w karcie ciąży wpis, że to ciąża po leczeniu niepłodności. A wiesz czemu? "Bo kobiety po leczeniu to najczęściej histeryczki i podczas porodu zachowują się nieracjonalnie." Kurtyna.

    OdpowiedzUsuń