poniedziałek, 19 lutego 2018

Ku chwale familiocentryzmu

W świecie niewiele jest pewników, więc fakty, co do których mamy tytanową pewność, powinny być doceniane w sposób szczególny. Nutella jest pycha, szczenięta labradorów są w dyszkę, słońce wschodzi i zachodzi, a rodzina jest matecznikiem szczęścia i bezpieczeństwa wszystkich jej członków.
Tym ustaleniem daje się zapewne wytłumaczyć sytuację, w której od lat rozmawiamy w debacie o aborcji, in vitro i wysokości podatków, ale nie rozmawiamy o bezpieczeństwie dzieci, bo już je zdefiniowaliśmy i nie mamy tu większych wątpliwości. Realizacja praw dzieci, w tym ich bezpieczeństwo i szczęście, może nastąpić wyłącznie w rodzinie, to oczywiste, więc nazwaliśmy nawet ustawę dotyczącą problemów w rodzinie "Ustawą o wspieraniu rodziny". Nie nazwaliśmy jej ustawą o wspieraniu dziecka, bo dziecko jako podmiot zaprząta naszą uwagę, dopóki jest nienarodzone. Kiedy już się narodzi, staje się własnością rodziny, więc dobro tegoż dziecka będziemy realizować poprzez wzmacnianie rodziny i reintegrowanie jej, jeśli ulegnie rozdzieleniu, a nie przez wspieranie dziecka, co pięknie wyraził minister Patryk Jaki:

"Nie ma zgody na dalsze niszczenie rodziny. Rodzina od zawsze była sercem Polski. Będziemy dbali o to, żeby to serce dalej mocno biło" (źródło)
...a co w polskiej literaturze zostało nazwane przejściem od modelu pajdocentrycznego do modelu familiocentrycznego:
(podział zaproponowany przez dr Jarosława Przeperskiego, UMK, doradcę i eksperta Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej; grafika pochodzi z prezentacji Tomasza Polkowskiego, Perspektywa zastępowania pieczy instytucjonalnej nad dzieckiem przez usługi wspierające rodzinę na poziomie społeczności lokalnej, Eurochild i Fundacja Dziecko i Rodzina, Gdańsk 31 marca 2017 roku)



That's being said, rozważmy najpoważniejsze problemy dotykające polskich rodzin, którym odbiera się dzieci godząc tym samym w integralność rodziny i prawa dziecka:
1. odbieranie dzieci z biedy
2. zbyt szybkie i nieuzasadnione interwencje państwa w rodzinę, której należy się raczej wsparcie i pomoc, niż pozbawianie jej dzieci
3. adopcje zagraniczne, będące przykrywką dla handlu dziećmi
4. niedostateczne wysiłki systemu na rzecz reintegracji rodzin (połączenia dzieci z rodzicami)

Kto śledził działalność byłej ministry Beaty Szydło ten wie, że w kwestii punktu pierwszego, rząd Prawa i Sprawiedliwości podjął już zdecydowane działania i wprowadził w 2016 roku do Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego "zakaz odbierania dzieci z biedy" (źródło). 






Szlachetność tego pomysłu jest niekwestionowana, więc możecie poczuć się nieco zaskoczeni informacją, że odbieranie dzieci z powodu biedy rodziców nigdy nie było problemem w Polsce, wbrew jeremiadom przejętych posłów i posłanek, co w końcu  w 2015 roku zbadał Rzecznik Praw Dziecka i NIK:
"W analizowanych przez Rzecznika Praw Dziecka sprawach do najczęściej występujących w rodzinie problemów lub czynników skutkujących koniecznością ingerencji sądu w rodzinę należały: choroba alkoholowa rodziców (52% analizowanych przypadków); zaniedbania opiekuńczo-wychowawcze, w tym zdrowotne i higieniczne (39% analizowanych przypadków); przemoc, w tym przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna (36% analizowanych przypadków); trudna sytuacja materialna rodziny (21% analizowanych przypadków); brak odpowiedniego nadzoru ze strony rodziców (18% analizowanych przypadków); zaburzenia psychiczne rodziców (12% analizowanych przypadków) i pozostawienie dziecka pod opieką innego członka rodziny lub w szpitalu (27% analizowanych przypadków). (...)  w żadnej z prowadzonych spraw ubóstwo nie było jedyną przesłanką ingerencji sądu we władzę rodzicielską." (źródło)
Sprawa zabierania dzieci z biedy jest jednak politycznym tokenem, który ukochali politycy, więc dane płynące z NIKu, od RPD i z Ministerstwa Sprawiedliwości, nie przeszkodziły Beacie Szydło w ogłoszeniu rozwiązania ważkiego problemu społecznego, który wszakże nie istniał. Wiadomo to od 2013 roku, kiedy posłanka Elżbieta Rafalska, dziś ministra, pytała w interpelacji Ministerstwo Sprawiedliwości, ile dzieci odebrano z biedy, i uzyskała odpowiedź, że w 2013 roku ośmioro, w tym dwoje zabrano na wniosek ich własnych matek (źródło). Ktoś może zauważyć mimo to, że ośmioro dzieci odebranych z powodu biedy to i tak o ośmioro za dużo, ale chciałabym uprzejmie zauważyć, że w 2013 roku liczba dzieci odebranych rodzicom wyniosła 56 646 dzieci, której to liczby ośmioro dzieciaków stanowi 0.01416 %.
Dość zabawny jest przy tym fakt, że kwestia odbierania dzieci z biedy zaprząta umysły polityków niezależnie od przynależności partyjnej, bo spanikowane interpelacje w tej sprawie wnosili posłanka Małgorzata Szmajdzińska (SLD, 2014, interpelacja), poseł Mieczysław Łuczak (PSL, 2014, interpelacja ), poseł  Michał Wojtkiewicz (PiS, 2014, interpelacja), poseł Waldemar Andzel (PiS, 2014, interpelacja). Każde z nich postanowiło na własną rękę wysondować sytuację, zapewne uważając, że dotyka czubka góry lodowej, i każde uzyskiwało tę samą odpowiedź od Ministerstwa Sprawiedliwości (źródło).
W tym miejscu, jeśli na przykład wykonujecie zawód graficzki komputerowej i codziennie musicie odpowiadać na te same pytania klientów oraz klientek, możecie posłać kilka współczujących myśli pod adresem urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości, którzy mają ten sam problem, co Wy. Z tym, że ludzie, którzy piszą do MS, pełnią funkcję publiczną, więc można by było oczekiwać, że zanim złożą interpelację i wzmogą społeczną panikę, sprawdzą wcześniej, czy ich pytanie nie uzyskało już odpowiedzi. No ale to jest Polska, wiadomo. Nie spodziewajmy się cudów.

Skoro już wiemy, jak na polu faktów wygląda odbieranie dzieci z biedy, przyjrzyjmy się innym danym liczbowym, to jest sprawdźmy, ile rodzin w Polsce ma założoną tzw. 'niebieską kartę'. Jak wynika z oficjalnych statystyk policyjnych, w 2016 roku zarejestrowano 73 531 niebieskich kart w rodzinach, w których zgłoszono występowanie przemocy (statystyki).
Myślę, że wszyscy doskonale rozumiemy, że rozważając liczbę 73 531 rodzin z problemem przemocy, i rozważając wartość 0.01416 % dla dzieci odebranych z powodu biedy, łatwo możemy wskazać, co jest rzeczywistym problemem dla polskiego dziecka.
Oczywiście ryzyko odebrania z  powodu biedy, nie przemocy.
Dlatego Beata Szydło wprowadziła ustawę o zakazie odbierania dzieci z powodu biedy, i dlatego właśnie polski rząd zastosował się do Konwencji antyprzemocowej wdrażając jej zapisy.
Ha ha, żarcik.
Nie stosujemy zapisów Konwencji, ponieważ przemoc nie dotyka polskich rodzin, a sam prezydent RP stojący na straży Konstytucji (kolejny żart, ależ mam dziś frywolny nastrój) objaśnił, że Konwencji przede wszystkim "nie należy stosować"(Andrzej Duda, Warto rozmawiać, TVP - 02/02/2017).



(źródło zdjęcia: Gazeta Wyborcza, http://wyborcza.pl/TylkoZdrowie/7,137474,21289520,przemoc-wobec-dzieci-lekarz-rodzinny-nie-powinien-wierzyc-w.html)

Dobrze, wróćmy do dzieci i problemów polskich rodzin. Tych prawdziwych, a nie wydumanych w rodzaju przemocy. W sprawie zagrożenia adopcjami zagranicznymi możecie zerknąć tu, zaś w sprawie reintegracji i zbyt szybkich interwencji w rodzinę - no cóż, ta notka jest właśnie o tym i teraz zaczniemy się przyglądać właśnie tej sprawie.
Jeśli czytacie czasem prasę to wiecie, że polscy obywatele mają dwa problemy związane z krzywdą dzieci, które wylądują na urazówce lub na cmentarzu.
Pierwszym problemem jest dramatyczny okrzyk: GDZIE BYŁA POMOC SPOŁECZNA?
Jeśli jednak dziecko nie trafi na urazówkę, ani na cmentarz, a po prostu zostanie zabrane rodzinie,  problemem jest dramatyczny okrzyk: DLACZEGO POMOC SPOŁECZNA ZABIERA DZIECI BEZ POWODU?

Zajmijmy się najpierw wyjaśnieniem, gdzie jest pomoc społeczna i zajrzyjmy do uroczej miejscowości Brojce k. Gryfic, gdzie w 2017 roku rodzice pięcioletniej Nikoli całkowicie przypadkowo i omyłkowo wykąpali córkę we wrzątku powodując rozległe poparzenia krocza i ud. "Poślizgnęła się i wpadła do brodzika" zeznawała skruszona mama. Pięć dni później dziecko trafiło na pogotowie z poparzeniami II i III stopnia, bo przez wszystkie te dni matka i ojczym nie zgłosili się z dzieckiem do lekarza, choć 'cały czas popłakiwało'. Sąd rodzinny uznał jednak, że pomyłka może zdarzyć się każdemu i nie uznał za uzasadnione skierować Nikoli do rodziny zastępczej, czyli odebrać dziecka matce. Wprawdzie w momencie hospitalizacji dziecka matka miała we krwi 2,6 promila alkoholu, ale zaklinała się, że podczas feralnej kąpieli była trzeźwa. Poza tym zadeklarowała, że podda się leczeniu odwykowemu, co stanowiło przesłankę tego, że kocha i będzie się troszczyć. Tak więc Nikola wróciła do mamy.
Kilkanaście dni później lokalna komenda policji odebrała telefon od pracownika społecznego, że mama Nikoli jest znów pijana. Tym razem dziecko odebrano matce i skierowano do rodziny zastępczej (źródło 1, źródło 2, źródło 3).
Wybrałam tę sprawę nie dlatego, ponieważ jest wyjątkowo drastyczna - nie jest, w Polsce dzieciom zdarzają się gorsze rzeczy od maltretowania, przez gwałty, a na pobiciu ze skutkiem śmiertelnym kończąc (w roku 2017 ofiarami przemocy stało się 13 515 dzieci, jak donoszą statystyki policji).

Wybrałam ją, ponieważ w tej sprawie jest kilka ważnych wątków.

Pierwszym jest ten, że pomoc społeczna może rwać włosy z głowy i pisać wnioski o natychmiastowe odebranie dziecka z rodziny z powodu zagrożenia jego zdrowia i życia, ale jeśli sędzia rodzinny ma inny pogląd na dobro dziecka to dziecko zostanie w rodzinie. Ta jest bowiem naturalnym środowiskiem dla dziecka, jak wierzymy, a wraz z nami wielu sędziów i sędzi rodzinnych. Ten kulturowy klimat nie wziął się z powietrza.

Drugi to ten, że pięcioletnie dziecko (i każde dziecko) zawsze jest najbardziej bezbronnym podmiotem w sprawie, bo nie posiada takich kompetencji społecznych jak osoba dorosła. Nie może na przykład powiedzieć, że nastąpiła pomyłka, ona mnie uwiodła, wysoki sądzie; nie rozpłacze się deklarując miłości do dzieci; nie napisze pisma wskazując na rażące przekroczenie uprawnień wobec władzy rodzicielskiej; nie zastraszy pracowników społecznych i nie pójdzie do mediów, aby opowiedzieć własną smutną historię. A te zawsze są smutne i zawsze chodzi w nich o to, że okoliczności obiektywne przeszkodziły w dotarciu na terapię, spotkanie z dzieckiem, do urzędu pracy, jak również te same przyczyny uniemożliwiły zrealizowanie kontraktu spisanego z asystentem rodziny. Ale chęć i wola wciąż są, proszę nie odbierać mi bezprawnie dziecka lub dzieci. Tak działa familiocentryzm, w odróżnieniu od pajdocentryzmu, który wskazuje, że w sprawie toczącej się o dobro dziecka należałoby podążyć jednak za interesem dziecka, nawet jeśli rodzinie zrobi się z tego powodu przykro.

Trzeci wątek to  miłość rodzica do dziecka. Nie wiedzieć czemu wielu z nas uważa, że dzieci krzywdzone przez swoich rodziców i opiekunów to dzieci, które nie są kochane. Zatem brak miłości jest bezpośrednią przesłanką na rzecz prawdopodobieństwa krzywdy, a istnienie miłości - przesłanką na rzecz bezpieczeństwa dzieci. To zaskakujące, że w społeczeństwie, które potrafi latać w kosmos i rozbijać atomy, wciąż nie uświadomiliśmy sobie, że deklarowana (na ogół zupełnie szczerze) miłość do dziecka zupełnie nie wyklucza się z jego krzywdzeniem. Dorosły człowiek ma bowiem tę własność, że potrafi sprawnie racjonalizować własne zachowania. Bije dziecko nie dlatego, bo go nie kocha, a dlatego, że zasłużyło. Gwałci dziecko nie dlatego, bo źle mu życzy, a dlatego, bo samo tego chciało, a poza tym po wszystkim kupił mu/jej słodycze, więc o co chodzi? Głodzi dziecko nie dlatego, bo o nie nie dba, ale dlatego, bo kuzyn świętował długie imieniny i po prostu przez trzy dni nie dotarł trzeźwy do domu. Istnienie miłości do dziecka i istnienie bezpiecznej więzi z dzieckiem nie są synonimami.
Jako opiekunka zastępcza mogę potwierdzić, że nie spotkałam się nigdy z rodzicem, który nie kochałby swojej córki lub syna, co zupełnie nie oznaczało, że był dla tego dziecka bezpieczną osobą. Co istotniejsze, żadne badania nad rodzinami rozdzielonymi nie potwierdziły, że zachodzi zależność pomiędzy subiektywnym odczuwaniem przez rodzica miłości wobec dziecka, a gwarancją bezpieczeństwa dziecka. Dlatego w literaturze przedmiotu nie używamy pojęcia 'dobra dziecka' ani nie mierzymy głębi miłości rodzica, a posługujemy się kategoriami konkretnymi: czy dziecko dobrze sobie radzi edukacyjnie? Czy ma zaspokojone potrzeby pielęgnacyjne, emocjonalne i opiekuńcze? Czy nie wchodzi w konflikt z prawem? Jak wyglądają jego relacje społeczne, w tym z rówieśnikami? Jak wygląda stan jego/jej zdrowia?
Wyżej opisany paradoks wyjaśnia jednak, dlaczego tak dużo można załatwić deklaracją miłości i czemu czujność systemu familiocentrycznego  nie ma nastawionych radarów na interes dziecka, skoro rozpatruje interes rodziny.

Czwarty wątek jest zaś taki, że Nikola została finalnie odebrana mamie, bo pracownik społeczny jednak poszedł do domu i sprawdził, jak w praktyce wygląda terapia odwykowa, a potem zadzwonił na policję.
I ta ostatnia kwestia jest najważniejsza.

Pomimo istnienia ponad 56 tysięcy dzieci zabranych rodzinom z różnych powodów, które opisał już wyżej RPD, paradygmat familiocentryzmu nakazuje nam czynić wszelkie wysiłki, aby połączyć ponownie dziecko z rodziną.
Zaskoczeniem może być więc dla Was informacja, że jeśli do reintegracji dojdzie i sąd przywróci prawa rodzicom, nikt w Polsce nie monitoruje dalszych losów dzieci. 
Oznacza to, że tracimy historię dziecka z oczu w momencie, w którym rodzic odbierze je z domu dziecka, rodziny zastępczej czy placówki, w której się do tej pory znajdowało.
Statystyk dotyczących losów dzieci przywróconych rodzinom nie prowadzi ani Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ani Ministerstwo Sprawiedliwości, ani nie zainteresowała się nimi żadna z posłanek i posłów polskiego Sejmu, choć ci ostatni mają wiele czasu na pisanie interpelacji w sprawie odbierania dzieci z biedy.
Nie prowadzą tych statystyk również organizacje pozarządowe działające na rzecz reintegracji rodzin i systemowego wsparcia rodziny.
Czyż to nie ciekawe?

Jest jednak dobra wiadomość. Choć polskie państwo nie interesuje się losami dzieci, inne państwa to zrobiły i postanowiły jednak sprawdzić, jakie efekty ma familiocentryzm, czyli idea przywracania dzieci rodzinom biologicznym.
W 2017 roku Brytyjskie Ministerstwo edukacji opublikowało rozległy raport dotyczący m.in. długofalowych efektów reintegracji. Poza potwierdzeniem tez, które postawiłam wyżej (tak, rodzice biologiczni krzywdzący dzieci wciąż na ogół kochają swoje dzieci; tak, odebranie dziecka rodzinie jest dla tej rodziny dramatem; tak, rodzice są wtedy bardzo smutni; tak, rodzice chcą odzyskać swoje dzieci; tak, większość rodziców czyni jakieś wysiłki, ale rzadko kiedy są one wystarczające, by dziecko było bezpieczne i dostało szansę na pełen rozwój) pojawiło się w nim wiele interesujących liczb, statystyk i interpretacji, na przykład:

"Wśród dzieci, które wróciły do domów, istnieje wysokie ryzyko, że doświadczą ponownej przemocy lub zaniedbania. W badaniach Elaine Farmer (2011) wykazano, że niemal połowa z nich (46%) była krzywdzona po reintegracji. W kolejnych badaniach prowadzonych przez Farmer i Lutman (2012) w ciągu dwuletniego follow-up okazało się, że ponad połowa dzieci doświadczyła przemocy lub zaniedbania po reintegracji. Większość z tych dzieci była krzywdzona również we wcześniejszych okresach, co pokazuje trwałość modelu przemocowego w wielu rodzinach. (...)".

Nina Biehal i współpracownicy (2015) na podstawie badań nad przypadkami 149 dzieci w siedmiu brytyjskich hrabstwach wykazali, że 35% dzieci, które wróciły do rodzin jest ponownie odbierana rodzinom w ciągu 6 miesięcy po reintegracji, a 63% dzieci ostatecznie zostało odebranych interwencyjnie, jeśli okres monitorowania wynosił cztery lata.

Szansa na udaną reintegrację drastycznie malała w rodzinach, gdzie problemem było nadużywanie alkoholu: aż 81% takich reintegracji zakończyło się ponownym interwencyjnym zabraniem dziecka z rodziny (Wade 2011).
Potwierdzono także zjawisko sztafety zaniedbań. W badaniach Gillian Schofield i Olive Stevenson (Schofield i Stevenson 2009) oraz Elisabeth Neil (Neil et al. 2010) wykazano,  że rodzice, którym odebrano dzieci, najczęściej sami w dzieciństwie padli ofiarą maltretowania lub zaniedbania i/lub wciąż są ofiarami jako dorośli. 
Mimo to z doświadczeń polskich streetworkerek i wolontariuszy pracujących z rodzinami zagrożonymi wykluczeniem wynika, że im wyraźniejsza jest 'sztafeta zaniedbań' w rodzinie tym mniejsza szansa, że dojdzie do interwencji w postaci odebrania małego dziecka z rodziny i umieszczenia go w rodzinie zastępczej. Być może wychodzi się z założenia, że złe drzewa wydają złe owoce, więc nie warto o takie dzieci walczyć. Sedno w tym, że brak walki o dobrą przyszłość tych dzieci doprowadza do wzrostu ryzyka, że za kilka lat to z ich dziećmi będą pracować kolejni streetworkerzy i wolontariuszki.
Z mojej korespondencji z pracownikami domów dziecka płyną podobne konkluzje (nie mam zgody autorów na cytowanie, więc wyrażę ich doświadczenia w formie parafrazy): system interweniuje wtedy, kiedy nie da się już zamiatać problemu pod dywan. Dopóki dziecko stawia się w szkole i przechodzi z klasy do klasy, przymyka się oczy na to, że jest brudne, zaniedbane, głodne i zachowuje się agresywnie, co nota bene jest jedyną racjonalną strategią przetrwania w środowisku, w którym można być albo ofiarą, albo agresorem. Interwencja następuje dopiero wówczas, kiedy dojdzie do erupcji: dziecko usiłuje zgwałcić koleżankę, pobije nauczyciela albo samo podejmie próbę samobójczą.
Wtedy jednak sytuacja przemocy w rodzinie jest już tak dojrzała i utrwalona, że szanse rodziny na wyjście na prostą są już relatywnie nieduże, bo doszło do wieloletniej demoralizacji rodziców poprzez zaniechanie, którego dokonywał system polityki rodzinnej. Jeśli przez wiele lat nie było reakcji, trudno wytłumaczyć dorosłym ludziom, że szkole nagle nie podoba się zachowanie dziecka, skoro wcześniej zachowywało się podobnie ( = krzyczało o pomoc w swoim języku), tylko w mniejszej skali.
Wtedy również nie mówimy już dłużej o małych dzieciach, które można ze znacznymi sukcesami wyciągać z zaniedbań, rehabilitować, resocjalizować, stymulować i tak dalej, a o dzieciach starszych, na które nie czeka żadna rodzina adopcyjna, a do rodziny zastępczej najprawdopodobniej nie trafią, bo przekroczyły magiczny wiek 10 lat (o czym jeszcze niżej).

Sądzę, że warto mieć to w przytomności, kiedy zastanawiamy się, czy interwencja w rodzinę nie jest w Polsce przeprowadzana za wcześnie: wczesna interwencja może mieć jeszcze walor trzeźwiący i korektywny dla rodziców, późna już nie.
Ale aby w ogóle móc to rozważać, należy postawić pytanie, czy walczymy o rodziny, czy walczymy o dzieci. Czasem nie da się tych dwóch celów realizować jednocześnie.

Teraz kilka zdań o tym, gdzie w ogóle trafiają te dzieci, o ile je już odebrano rodzicom lub rodzicowi.
Zgodnie z Ustawą o wspieraniu rodziny, dzieci do 10 roku życia powinny trafić pod opiekę rodziny zastępczej, a dzieci starsze - do pieczy instytucjonalnej, co w języku potocznym oznacza najczęściej dom dziecka. Jak łatwo wywnioskować, im dłużej przeciąga się dawanie szans rodzinie (czytaj: przymykanie oczu na sygnały wysyłane przez dziecko), tym większe prawdopodobieństwo, że dziecko finalnie trafi do domu dziecka, a po osiągnięciu pełnoletniości po prostu wróci do rodzinnego środowiska. Im dziecko młodsze tym większe ma szanse na wyrównanie deficytów i prawidłowe funkcjonowanie pomimo wcześniejszych krzywd.
W Polsce jednak wiele z nas uważa, że rodzina zastępcza to podejrzana instytucja (patrz Puck i zamordowanie dwójki dzieci), więc tym łatwiej przychodzi nam obrona rodziny biologicznej, jako mimo wszystko sensowniejszej alternatywy.
Tymczasem badania pokazują coś zupełnie innego. 

Helen Tausig (Tausig 2001) w sześcioletnim badaniu prospektywnym zbadała losy dzieci, które wróciły z rodzin zastępczych do rodzin biologicznych, a więc zostały 'zreintegrowane', z tymi, które pozostały w rodzinach zastępczych do pełnoletniości. Dzieci, które przywrócono rodzinom osiągnęły znacząco gorsze wyniki w edukacji (włączając w to odsetek przerwania edukacji szkolnej), znacząco gorsze wyniki zachowań autodestrukcyjnych, znacząco wyższe odsetki uzależnień i wchodzenia w konflikt z prawem, w porównaniu z tymi, którym pozwolono wychowywać się w rodzinach zastępczych i nie reintegrowano z rodzinami biologicznymi. 

Te same wyniki uzyskał John Wade (Wade 2011): jedynie 1/3 dzieci, która wróciła do rodzin biologicznych, pozostała w tych rodzinach kolejne cztery lata. Trzy czwarte dzieci ponownie zostały zabrane z rodzin, ponieważ doszło kolejny raz do przemocy wobec nich (włączając w to także przemoc seksualną i maltretowanie). Co interesujące, dzieci, których rodzicom udało się jednak nie dopuścić do ponownego odebrania dzieci przez pomoc społeczną, po czterech latach pozostawania w rodzinach biologicznych osiągały gorsze wyniki w edukacji, w rozwoju emocjonalnym i w funkcjonowaniu społecznym niż ich rówieśnicy, którzy pozostali w rodzinach zastępczych.

Jasne, że rodzina zastępcza ma sens tylko wtedy, jeśli jest dobrą rodziną zastępczą. Wspaniale, inwestujmy więc w dobre rodziny zastępcze, to świetny pomysł, aby rodzicielstwo zastępcze uczynić powodem do zawodowej dumy, a nie ciągłego poczucia bycia pariasem społecznym. Aktualnie w Polsce obowiązkiem opiekunów zastępczych jest jednak w pierwszym rzędzie praca nad... reintegracją dziecka z rodziną biologiczną. Niektóre znajome rodziny zastępcze pod wpływem wezwania do działania na rzecz reintegracji posuwają się nawet do przywożenia rodziców biologicznych na spotkania z dziećmi, aby motywować ich do kontaktów z własnymi przecież dziećmi. Znam też takie, które nie ustają w wysiłkach, aby namówić rodziców biologicznych na terapię, znalezienie pracy czy podpisanie kontraktu z asystentem rodziny. Nie rozumiem więc zupełnie (kłamię), czemu te rodziny stwierdzają po latach, że jednak ich wysiłki nie przyniosły efektów i do trwałej reintegracji nie doszło?

No dobrze, ale czy nie ciekawi Was mimo to, dlaczego pracujemy nad reintegracjami, a nie sprawdzamy, co się dzieje po reintegracji? 
W Wielkiej Brytanii, która ma wystandaryzowany i dofinansowany system polityki rodzinnej, i gdzie pracuje się na zintegrowanych modelach wspomagania rodziny, dane nie wyglądają różowo dla dzieci, jak można się było przekonać.
W Polsce takich danych w ogóle nie prowadzimy, co by się jednak stało, gdybyśmy zaczęli? 
Pod wpływem ogłoszenia przez pewną organizację pozarządową "sukcesu" w postaci zreintegrowania kilkunastu rodzin przez Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie z województwa śląskiego, które program 'wspierania rodzin' prowadzi od 2002 roku, zapytałam pracownicę tego WCPRu o statystyki nieudanych reintegracji. Czy je prowadzą? Czy badają dalsze losy dzieci?
Okazało się, że doszło do tylko jednego nieudanego powrotu dziecka do rodziny biologicznej. Nieudanego, czyli dziecko później znów zostało odebrane z rodziny.
Jednego.
Wow.
Co takiego ma polska polityka rodzinna i jej pracownicy, czego nie mają Brytyjczycy?
Czy istnieje gdzieś jakiś komitet na wzór noblowskiego, do którego mogłabym zgłosić taki sukces? Jedna nieudana reintegracja od 2002 roku, a mamy 2018 rok. Szacunek.

Po bliższych indagacjach okazało się jednak, że ewaluacja prowadzona przez ten PCPR była dość osobliwa. PCPR nie śledził losów wszystkich dzieci, których rodzicom wcześniej pomagał je odzyskać z domów dziecka i rodzin zastępczych, a jedynie losy tych dzieci, których rodzice utrzymywali kontakt z PCPRem. Bo tylko do tych mieli dostęp. Reszta rozpłynęła się w szarej mgle, zabieram dziecko do domu, nara.
Jak być może właśnie się dowiecie, w Polsce żadni rodzice, którym przywrócono już pełnię praw rodzicielskich, nie mają obowiązku utrzymywać kontaktu z powiatowymi centrami pomocy rodzinie, psychologami, terapeutami uzależnień ani żadną instytucją kontrolno - monitorującą. Więc owszem, po prostu mówicie 'sayonara'. Macie pełnię praw wobec dziecka, nikt Was nie będzie już sprawdzać.
Chyba, że jednak chcecie wpaść co jakiś czas na kawę do urzędniczki PCPRu, z którą się zaprzyjaźniliście i w ten sposób pomóc jej sporządzić statystyki udanych reintegracji.
Jeśli więc czyta te słowa ktoś, komu marzy się kariera w ministerstwie rodziny i dalsze wzmacnianie paradygmatu familiocentryzmu to podsuwam mu bądź jej prosty sposób na obniżenie gorączki systemowej - stłuczcie termometr. To działa.

W tym świecie tworzonym przez nasze przekonania o świętości rodziny, bardzo prosto jest podnosić larum, że pomoc społeczna interweniuje bez powodu. Równie prosto jest oburzać się bezczynnością służb, gdy kolejni rodzice zakatują dziecko lub zagrożą jego zdrowiu. Nie widzimy związku między tymi dwiema sytuacjami.
Nie chcemy wiedzieć, co dzieje się z dziećmi, których rodzice już raz je skrzywdzili tak poważnie, że jednak system podjął straceńczą decyzję interwencyjnego zabrania dzieci z rodziny. A nie jest prosto taką decyzję podejmować w kraju, w którym sam Minister sprawiedliwości nie wyraża zgody na
"[D]alsze niszczenie rodziny. Rodzina od zawsze była sercem Polski. Będziemy dbali o to, żeby to serce dalej mocno biło"
a Prezydent RP nawołuje do łamania Konwencji antyprzemocowej.

Nie żyjemy bowiem w kraju pajdocentrycznym, który to przymiotnik nieprzypadkowo przecież jest pejoratywny. Żyjemy w kraju, gdzie wartością naczelną jest rodzina. I który wiele lat temu wydał Janusza Korczaka. Zapomnieliśmy prawie wszystko, o czym pisał i czego się domagał, ale na szczęście postawiliśmy mu parę pomników, więc w sumie nie ma o co robić krzyku.


bibliografia

Mary Baginsky, Sarah Gorin and Claire Sands (2017), The fostering system
in England: Evidence review. Research report.

Biehal, N., Sinclair, I. and Wade, J. (2015) Reunifying abused or neglected children: Decision-making and outcomes. Child Abuse and Neglect 49, 107–118.

Farmer, E. and Lutman, E. (2012) Effective Working with Neglected Children and Their Families: Linking Interventions to Long-term Outcomes. London: Jessica Kingsley Publishers.

Farmer, E. and Lutman, E. (2010) Case Management and Outcomes for Neglected Children Returned to Their Parents: A Five-year Follow-up Study. London: Department for Education.

Farmer, E. (2009) Reunification with birth families. In G. Schofield and J. Simmonds. The Child Placement Handbook. London: British Association of Adoption and Fostering 

Neil, E., Cossar, J., Lorgelly, P. and Young, J. (2010) Helping Birth Families: Services, Costs and Outcomes. London: British Association of Adoption and Fostering.

Schofield, G. and Stevenson, O. (2009) Contact and relationships between fostered children and their birth families. In G. Schofield and J. Simmonds (eds). The Child Placement Handbook: Research, Policy and Practice. London: British
Association of Adoption and Fostering.

Wade, J., Biehal, N., Farrelly, N. and Sinclair, I. (2011) Caring for Abused and Neglected Children: Making the Right Decisions for Reunification or Long-term Care. London: Jessica Kingsley Publishers.
































3 komentarze:

  1. "Rodzina od zawsze była sercem Polski. Będziemy dbali o to, żeby to serce dalej mocno biło" w kontekście przemocy wobec dzieci powinno zostać na stałe włączone do studiów językowych, marketingowych i czego tam jeszcze oO

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. te słowa mają bardzo konkretny polityczny wymiar, którego jedynie część zaszkicowałam: podejście do Konwencji jest jedynie składową. Pozostałe to wycofanie refundacji do ivf i obiecanie programu prokreacyjnego (z obiecanych 16 ośrodków referencyjnych działają 2, mimo wydatkowania milionów na ten program); ustawa Za życiem; próby zaostrzania prawa do przerywania ciąży; wycofanie ella one i szereg innych.
      To pokazuje pośrednio, że 'rodzina' została zdefiniowana biologicznie i jednoczesnie dokonano jej politycznej apoteozy, przy czym jakość życia dzieci nie doczekała się refleksji twórców polityki rodzinnej.

      Usuń
  2. Nie mogę, bo mnie po prostu skręca..
    Kurcze, czy z tym naprawdę nic nie da się zrobić?
    I dziwi mnie jedno: gdzie żyją, ci skądinąd dorośli politycy, w jakim świecie, sielsko-anielskim...
    Nie potrafię tego pojąć.

    OdpowiedzUsuń