czwartek, 7 lipca 2016

In vitro czy nie, hajs się musi zgadzać (rzecz o AneVivo)

Być może nie śledzicie zbyt namiętnie polskich nowinek invitrowych, ponieważ w naszym kraju  nieustannie dzieją się, ujmijmy to oględnie, fascynujące rzeczy, a do tego potencjalna kwestia niechcianej ciąży i możliwości jej przerwania dotyczy o wiele większej grupy ludzi niż potencjalna kwestia niepłodności. I w porządeczku, jest to zrozumiałe.
W dzisiejszej notce jednak chciałabym Was przekonać, iż brak zainteresowania kwestią in vitro i Sprawą Polską jest pewnym błędem, a przynajmniej pozbawia Was dostępu do interesujących obserwacji socjologicznych, z których potem możecie wysnuć równie interesujące wnioski i przedstawić je na przykład na randce z Tindera (o ile macie skłonności do samobójstw towarzyskich) albo gdzieś indziej, na przykład na imieninach cioci.
Założywszy, iż akurat Jesteście ludźmi, którym naprawdę bliższa jest kwestia prawa do aborcji z uwagi na jego szersze społeczne konsekwencje, zacznijmy właśnie od kwestii aborcji i jednego pytania:
Jak sądzicie, kto najbardziej zyskał finansowo na Ustawie z 1993 roku zakazującej aborcji?
Tą grupą nie były kobiety, i nie było nią państwo (państwo co najwyżej straciło), i nie był nią nawet Matka Nasza Najświętsza, Kościół katolicki. Tą grupą byli oczywiście lekarze, którzy dalej przeprowadzali aborcje licząc sobie dutki za własne usługi, ale tym razem ściągając haracz z prywatnej kieszeni, a nie z NFZu, dzięki czemu przy okazji unikali też opodatkowania. W sumie bardzo przyjemna finansowo sytuacja.
Nie ośmielę się tutaj podnieść i uargumentować tezy, że za postępującą konserwatyzacją środowisk lekarskich wobec dostępności państwowej aborcji stoi również aspekt monetarny, bo nie mam na to żadnych dowodów, a poza tym sądzę, że są inne ważniejsze źródła tego zjawiska, niemniej jednak chciałabym, abyście w tym miejscu zapamiętali, że generalnie money makes the world go round. O czym i tak wiecie.

Teraz na krótko wrócimy do tematu in vitro: od maja 2016 rozmawiamy w Polsce o poprawce do Ustawy o leczeniu niepłodności z listopada 2015. Poprawkę przygotował poseł Jan Klawiter (niezrzeszony, wcześniej Prawica Rzeczpospolitej), jeśli ktoś jest ciekaw pełnego tekstu to proszę uprzejmie. Generalnie pan Klawiter, z zawodu inżynier chemik, chce zaostrzenia obowiązującej Ustawy poprzez:
- nakaz zapłodnienia maksymalnie 1 komórki jajowej w procedurze in vitro
- zakaz mrożenia zarodków (zarodek może pozostawać poza organizmem kobiety maksymalnie 72 godziny, potem musi być przeniesiony do macicy)
- zakaz ustanawiania afiliacji ojcowskiej pomiędzy dzieckiem i  mężczyzną, którego żona/partnerka zaszła w ciążę w wyniku dawstwa nasienia. Dziecko stanie się szczególnym rodzajem bezprizornego w rozumieniu: "nie mam tatusia, bo jestem z dawstwa, więc mój tata społeczny nie może uznać mnie za swoje dziecko, bo prawo mu tego zabroni"

Projekt nowelizacji jest tak bezdennie głupi zarówno pod względem medycznym, prawnym i społecznym, jak również i naukowym, że nie mam zamiaru go tu szerzej komentować (może w jakiejś kolejnej notce), ale wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze zapamiętajcie, proszę, "nakaz zapłodnienia jednej komórki jajowej", a po drugie ogólną tendencję, której jesteśmy świadkami: tendencję zaostrzenia obecnych warunków ustawowych. Nie mam pojęcia, czy projekt Klawitera przejdzie w obecnym wariancie, czy sejmowa Komisja Zdrowia dołoży do niego później coś w rodzaju rzekomej "liberalizacji" (np. wolno zapłodnić AŻ dwie komórki jajowe), czy też finalnie obudzi się Jarosław Gowin i przypomni sobie, że ekspert od in vitro jest w Bolandii jeden i jest nim właśnie on, ale jedno jest pewne: ustawa zostanie zaostrzona i jest bezdyskusyjne, że ograniczona zostanie liczba zapładnianych komórek (obecnie ta liczba wynosi 6 komórek jajowych u kobiet poniżej 35 roku życia).

Teraz dołożymy drugą zmienną, nad którą też się nie będę nadmiernie rozwodzić. Jest wiedzą powszechną, dostępną i zweryfikowaną, że na powodzenie procedury in vitro (powodzenie = urodzenie dziecka) bezpośredni wpływ ma ilość zapładnianych komórek jajowych. Konkretnie - im mniej komórek zapładniamy, tym mniejsza szansa na dziecko. Wynika to z wielokrotnie opisywanego na tym blogu mechanizmu ludzkiego zapłodnienia i tzw. czynnika selekcji ewolucyjnej.

I jeszcze trzecia oraz czwarta zmienna:
Trzecia: każde pozyskanie komórki jajowej z organizmu kobiety wymaga interwencji zabiegowej, bo komórki pobiera się w znieczuleniu ogólnym przez sklepienie pochwy, co jest ingerencją w jajniki i sam organizm. Kobieta musi być znieczulona, jej jajniki nakłute (może to wpłynąć na ich dalszą pracę, negatywnie oczywiście), a wcześniej najczęściej przechodzi stymulację hormonalną. Mamy więc cały ciąg zdarzeń medycznych.
Czwarta: niezależnie od tego, ile komórek się zapłodni, cena za zabieg będzie stała. Złożą się na nią pewne rutynowe czynności i składowe, na przykład praca laboratorium, lekarzy i położnych, znieczulenie, hodowla zarodków i tak dalej. W sumie zapłacimy około 10 tysięcy za sam zabieg (nie licząc kosztu leków).

Zapomniałam o piątej zmiennej, która jest kluczowa. Ok, nie zapomniałam, zostawiłam ją celowo na koniec, bo dość często ta zmienna nam magicznie zanika w dyskusji. Tą zmienną jest fakt, że w Polsce istnieje obecnie ok. 50 klinik in vitro i - nie uwierzycie - one nie działają na energię słoneczną i wolontariat. Pracują w nich ludzie, którzy - jeśli są właścicielami lub radą nadzorczą - zainwestowali kupę kasy w sprzęt, technologię i dzierżawę budynku, a teraz dodają dwa do dwóch i wychodzi im, że czas żniw właśnie chyli się ku końcowi, a kredyt trzeba płacić.

Tak się bowiem składa, że o ile skrobaneczkę możecie sobie machnąć na czarnym rynku, co pochłonie jakieś 4 godziny pracy lekarza i anestezjologa, a potem inkasujemy gotówkę i  "do widzenia, pani się zgłosi na kontrolę", to z in vitro totalnie to nie zadziała. Potrzebujecie działającego cały czas laboratorium, sztabu ludzi i procesu trwającego co najmniej 14 dni (podawanie leków, kontrola cyklu, operacyjne pobranie komórek, hodowla zarodków, transfer) i w żadnym razie nie zrobicie tego w podziemiu.
Podziemie invitrowe nie istnieje nigdzie na świecie i nie zaistnieje też w Polsce.
Kliniki o tym wiedzą.
Wiedzą też, że w Czechach, Słowacji i Ukrainie ceny za in vitro są podobne/niższe niż w Polsce, i że centymetry zaczynają ich dzielić od pacjenckiego Exodusu. Któż, mając do wydania kilkanaście tysięcy złotych i pogodzony z tą myślą, pozostanie w Polsce zyskując kilka procent szans na dziecko (po ograniczeniu liczby zapłodnionych komórek do jednej, skuteczność jednego cyklu IVF będzie się wahać w granicach 3-7% zamiast obecnych 30%), skoro może pojechać do Czech, zapłacić tę samą sumę i zachować szanse na dotychczasowym poziomie?

I w tym momencie właśnie zaczynają dziać się ciekawe rzeczy. Panie i Panowie, przedstawiam Wam pionierską metodę AneVivo oddając głos Poradnikowi Zdrowie (informacje prasową znajdziecie też w pierdylionie innych źródeł):

AneVivo to nowa metoda leczenia niepłodności. Ma być ona alternatywą dla tych, którzy nie chcą skorzystać z in vitro.



AneVivo może zrewolucjonizować leczenie niepłodności w Polsce. W tej nowej metodzie wspomagania rozrodu cały proces zapłodnienia i wczesnego rozwoju zarodków odbywa się w łonie matki, a nie tak jak do tej pory w szalce Petriego i pod mikroskopem. Technikę opracowała szwajcarska firma biotechnologiczna Anecova przy wsparciu naukowców z Politechniki Federalnej w Lozannie.
W metodzie AneVivo wykorzystuje się silikonową kapsułkę, która ma 1 cm długości i 1 mm szerokości. Wypełnia się ją plemnikami i komórkami jajowymi, a następnie umieszcza na 24 godziny w macicy. W kapsułce dochodzi do połączenia się komórek i wczesnego rozwoju zarodka. Po 24 godzinach mający 1 cm długości i 1 mm szerokości pojemniczek jest wyjmowany. Następnie wybiera się z niego zdrowe zarodki i po 2-4 dniach umieszcza je z powrotem w ciele kobiety.

- To prawdziwy przełom w leczeniu niepłodności w Polsce. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której możemy przeprowadzić zapłodnienie wewnątrz ciała kobiety, bez używania szalki i nakłuwania komórek jajowych - mówi dr n. med. XXX z kliniki w Katowicach.
Ale to niejedyne plusy nowej metody. Kluczowy jest także aspekt psychologiczny. - Większość procesu zachodzi tutaj w ciele kobiety. To znacznie zwiększa więź pomiędzy matką a przyszłym potomstwem - przekonuje dr XXX.
Metoda jest już dostępna w Polsce. Zważywszy na fakt, że zanim dotarłam do zacytowanego tekstu, zostałam najpierw dokładnie odpytana przez dwóch dziennikarzy poczytnych periodyków na okoliczność znajomości "nowej rewolucyjnej metody", a potem przez kilka godzin dyskutowałam z pacjentkami ("alternatywa dla in vitro" zdążyła już zrobić rundkę po telewizjach i zasiać nadzieję w sercach) - wróżę wielki sukces metodzie AneVivo.
Abstrahując od faktu, jakie znaczenie dla więzi pomiędzy matką i dzieckiem ma zapłodnienie w macicy, oraz co na ten temat do powiedzenia może mieć lekarz ginekolog, chciałabym zwrócić Waszą uwagę na kilka drobnych smaczków:

1. naturalność metody polega na tym, że pacjentka przechodzi normalną stymulację hormonalną, jest poddawana operacyjnemu pobraniu komórek, jej partner oddaje nasienie do fiolki, potem do jej pochwy jest wkładana kapsułka, 24 godziny później z jej pochwy jest wyjmowana kapsułka, z kapsułki jest wyjmowany zarodek (o ile powstał), zarodek jest hodowany na szkle, w końcu do macicy kobiety ponownie wkładany jest zarodek. Czy moglibyście w przybliżeniu zdefiniować "naturę" w tym procesie?

2. W chwili obecnej ponad 60% procedur in vitro w Polsce przeprowadza się w technologii ICSI - wybierany jest jeden plemnik i wstrzykuje się go do komórki jajowej, co zapewnia większe prawdopodobieństwo zapłodnienia i jest jedyną opcją dla par z obniżonymi parametrami nasienia (ok. połowy pacjentów). Jeśli przeczytaliście uważnie tekst to wiecie, że w AneVivo tak się nie stanie, ponieważ w kapsułce umieszcza się chmurę plemników, które muszą same próbować zapłodnić komórkę/ki. Ta metoda nie ma żadnego znaczenia dla par z czynnikiem męskim.

3. Komórki jajowe są bezcenne, ponieważ pobiera się je operacyjnie, trzeba je wcześniej wystymulować, a następnie znieczulić kobietę. To powoduje, że koszt jednej komórki jajowej jest niebotyczny i powinna być traktowana jako skarb, którego się nie marnuje, bo rezerwy tego skarbu są ograniczone.

4. AneVivo ma taką fajną, zmyślną kapsułeczkę, która jest, nieprawdaż, rewolucyjna i nowa, ale okazuje się, że niekoniecznie. Koncepcja kapsułeczki istnieje w historii technik wspomaganego rozrodu od ponad 20 lat i rezultaty jej stosowania są - użyję eufemizmu - mierne. Gdybym nie chciała użyć eufemizmu to napisałabym "beznadziejne" zważywszy na brak zarejestrowanych ciąż. Dowód:Intrauterine fertilization capsules--a clinical trial. Tu z kolei mamy opis przypadku pacjentki, u której zastosowano technikę umieszczania gamet w macicy, z równie pesymistycznymi konkluzjami:  Ectopic pregnancy occurred after oocyte intrauterine transfer (OUT)--a case report. Więcej badań Wam nie podam, ponieważ ich nie ma (jest jeszcze jedno zabawne dotyczące umieszczania spermy i komórek jajowych w macicy, które zaowocowało nawet 6 ciążami na 23 cykle, ale w macicy umieszczano po 4 komórki jajowe, co nie mieści się w ogóle w obecnych standardach bezpieczeństwa położniczego, badanie z początku lat 90tych, jeśli ktoś ciekaw to służę).

5. Na koniec zachowałam najfajniejsze. Hej, wiecie, ile kosztuje AneVivo? 11 tysi (słownie: jedenaście tysięcy złotych polskich)


Ale w porządku, możecie powiedzieć, że niesłusznie się czepiam, bo przecież nasza kapsułeczka nie jest zrobiona z agaru, tylko jest wielorazowa i w ogóle pracował nad nią szwajcarski zegarmistrz (serio, oni się tym chwalą w mediach, oczywiście publicznych), więc wyprowadzanie znaku równości nie jest tu uzasadnione; że jeśli coś jest rewolucyjne to ma prawo dużo kosztować (owszem); i że jeśli coś działa to furda z tym, czy jest naturalne czy nie.
No to zobaczmy, jakie jest to rewolucyjne działanie, za które warto zapłacić 11 tysięcy.

Najpierw sprawdźmy PubMed. Ileż to mamy badań nad AneVivo?




Z kolei zapytania o mikrokapsułę i domaciczny transfer wyrzucają badania, które już wyżej wkleiłam, a których rezultaty są żadne. Firma produkująca kapsułę pytana o efekty jej stosowania mierzone w tzw. success rate (ciąża) odsyła do strony clinicaltrials, z której wynika, że dopiero rekrutuje uczestników badania (sic!):


Nieliczne światowe kliniki in vitro oferujące tę usługę piszą na swoich stronach uczciwie, że badania nad efektami AneVivo są wciąż w toku i że wyniki mogą się okazać mało skuteczne i generujące niepotrzebny wzrost kosztów dla pacjentów. Ale też te kliniki działają w krajach, w których w codziennym użyciu jest normalna procedura in vitro pozwalająca na zapładnianie więcej niż jednej komórki i dopuszczająca mrożenie zarodków. One nie muszą ściemniać pacjentom.
W kolejnych miesiącach przewiduję cudowne rozmnożenie technologii i innowacyjnych metod, które dzięki zapłodnieniu jednej komórki jajowej w tej samej cenie, którą ma aktualnie klasyczne IVF, będą kusić rewolucyjnością i  obietnicami ciąży.

Dla tych z Was, którzy - jak wspomniałam - nie śledzą invitrowych nowinek dość szokująca może się wydać hipoteza, iż polscy lekarze zajmujący się in vitro nie chodzą w glorii rychłej beatyfikacji i nie bronią piersią oraz pazurami Evidence Based Medicine, która w przypadku niepłodności ma bardzo jasne i od wielu lat znane rekomendacje. Są to ci sami lekarze, którzy przez lata dzielili się z nami na łamach prasy doniesieniami o swoich kolejnych rewolucyjnych odkryciach, zapewniając nas, że diagnostyka preimplantacyjna powinna być legalna, że mrożenie zarodków jest bezpieczne, że zaczynają właśnie kliniczne triale nad nowymi protokołami hormonalnymi. Większość z nich to członkowie ESHRE będący na bieżąco z wiedzą medyczną i myślący do tej pory ze zgrozą, że wariant włoski (jedno z bardziej restrykcyjnych praw bioetycznych) mógłby się wydarzyć w Polsce.
Teraz jednak polscy lekarze wiedzą już na pewno, że Dobra Zmiana nadejdzie i prawo się zaostrzy. Wiedzą też, że nie przeniosą swoich kosztownych klinik za granicę, a muszą z czegoś się utrzymać. Nigdy nie twierdziłam, że polscy lekarze są idiotami. Nie są oczywiście.
Twierdziłam co najwyżej, że wielu z nich ma po prostu kręgosłupy z żelatyny i nadal podtrzymuję te słowa.
Dlatego kiedy prezentowałam w tym roku na ESHRE referat o skutkach zmian w polskim prawie dla pacjentów i ograniczeniu ich autonomii, które dokonało się przy całkowitej bezwolności ekspertów medycznych zaproszonych do komisji pracującej nad ustawą, Europejscy specjaliści wydawali się kompletnie nie rozumieć tej sytuacji.  Dlaczego świat polskiego in vitro nie protestował, kiedy ustawodawca wprowadzał do prawa zakaz odbierania zarodków przez samotne kobiety? Czemu teraz nie krzyczy i nie tupie nogami "nie pozwalamy cofać medycyny rozrodu o 30 lat wstecz!"?
Ci Europejczycy są tacy głupi. Po prostu nie rozumieją, że kiedy płoną prawa pacjentów, należy się spokojnie przestawić na protokoły z zapładnianiem jednej komórki i przekalkulować ceny.
W tym sensie aborcja i in vitro okazują się mieć kolejną wspólną cechę, choć akurat nie taką, o której fantazjuje Terlik.
Ciało pacjentów bowiem, a kobiet zwłaszcza, jest zawsze najtańszą pozycją w cenniku polskiej biomedycyny.















23 komentarze:

  1. "Czy moglibyście w przybliżeniu zdefiniować "naturę" w tym procesie?"

    Skoro podstawowa "naturalna metoda antykoncepcji" zakłada użycie przyrządu pomiarowego, najlepiej cyfrowego z rozdzielczością do czterech cyfr znaczących, to o czym tu rozmawiać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no niezupełnie, nasza sztandarowa naprotechnologia wyklucza pomiary termiczne, tylko obserwacja śluzu. Ale owszem, są tam też interwencje medyczne (badania hormonalne, laparoskopia etc.). AneVivo moim zdaniem zwiększa wyraźnie ilość interwencji przez sam fakt wkładania/wyjmowania kapsuły, co nie musi oczywiście działać na jej niekorzyść, ale wtedy nie należy jej reklamować w Pl jako metody bliższej naturze i odpowiadającej parom ze światopoglądowymi zastrzeżeniami do IVF.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się robi słabo jak czytam takie głupie komentarze jak Twój. Biednej, skrzywdzonej, "maltretowanej i nieszczęśliwej" kobiety. Oczywiście w imię... Nawet nie wiem w imię czego można takie bzdury wypisywać. W imię głupoty?

      Usuń
    2. ponieważ mnie też się robi słabo czytając takie niemerytoryczne wpisy, możesz ładnie dygnąć nóżką i powiedzieć nam tu "do widzenia", bo więcej się już nie spotkamy

      Usuń
    3. To wyżej było oczywiście do Anonima, a nie do Agulhi

      Usuń
  3. Ja mam rozwiązanie dla osób które próbują in-vitro. Zamiast kombinować w gabinecie lekarskim za kilkanaście tysięcy, proponuję podejść do najbliższego sierocińca i adoptować jednoroczne czy dwuletnie dziecko.

    Co do autorki tego bloga. Tobie, droga autorko proponowałbym zamiast zajmować się analizą in-vitro, zabrać się za przeanalizowanie czynników powodujących niepłodność u kobiet czy też u mężczyzn. Zamiast szukać dziury w całym, zainteresuj się co takiego sprawia, że ludzie są zmuszeni z in-vitro korzystać. I może tam, gdzie ma miejsce początek tego problemu, zacznij działać a nie na końcu przy zwalczaniu skutków.

    Cała wspomniana przez Ciebie sytuacja czyli: "laboratorium, sztab ludzi i proces trwający co najmniej 14 dni (podawanie leków, kontrola cyklu, operacyjne pobranie komórek, hodowla zarodków, transfer)" świadczy o tym, że nie powinno to być praktykowane. Zwłaszcza jeżeli dorzuci się do tego opisany przez Ciebie sposób pobierania komórek jajowych (jak sama napisałaś, szkodliwy).

    Tak więc generalnie rzecz biorąc to nie te wszystkie ustawy a sam proces in-vitro jest tutaj problemem.

    Zamiast więc rozpisywać się w tym, tak naprawdę nic nie zmieniającym temacie, mogłabyś się zabrać za opracowanie naturalnych a nie laboratoryjnych sposobów walki z bezpłodnością. W końcu jakby nie było, naturalne poczęcie od samego początku do samego końca jest jednakże najzdrowsze i najbezpieczniejsze. Zarówno dla organizmu matki jak i dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już w drugim zdaniu wypowiedzi spiętrzone jest tyle bzdur naraz, że aż ciężko je zdebunkować.
      1) Nawet w Polsce nie ma już czegoś takiego, jak "sierocińce". Nie ma. Fizycznie. Jeżeli ktoś używa tego terminu, tzn. że tkwi mentalnie w XIX wieku, co zresztą dotyczy sporej części Polaków.
      2) Spraw o przysposobienie sądy rodzinne rozstrzygają niecałe 3,5 tys. rocznie, ta liczba powoli rośnie od paru lat. Leczących się na niepłodność jest przynajmniej 20 tys. par (tyle brało udział w programie rządowym), zapewne aktywnie leczących się będzie co najmniej 3 razy tyle par. Dzielimy 60 tys / 3,5 tys i wychodzi nam, no właśnie, ile lat?
      3) Nieznajomość procedury adopcyjnej aż boli. FYI, adopcja dziecka jest operacją nieco trudniejszą niż podejście do najbliższej Żabki celem zakupu bułek. W optymistycznej wersji od pierwszej wizyty w OA do uprawomocnienia się adopcji minęły niektórym moim znajomym dwa lata. To oczywiście pod warunkiem, że jesteś mniej wybredny niż w kwestii bułek i zamiast "jednoroczne czy dwuletnie" chętnie skorzystasz np. z sześcioletniego, ale za to z pełnoobjawowym FAS.


      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  4. Synuś, ile dzieci adoptowałeś z tych sierocińców, bo nie doczytałam? I dlaczego roczne lub dwuletnie- te starsze już się nie nadają?
    Generalnie rzecz biorąc problemem nie jest ani in vitro, ani adopcja, a Twoja ignorancja. Pozwolisz, ze nie będę się nad nią rozwodzić, po północy staję się bardziej miękka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Córcia, przyznaję szczerze, nie adoptowałem żadnego dziecka z sierocińca. Tak się składa, że jestem na tyle zdrowy, że w tej kwestii radzę sobie sam. Nie mniej jednak nie widzę kompletnie problemu. Jeżeli taka byłaby konieczność to wolałbym iść tą właśnie drogą. Jeżeli Cię to pocieszy, to znam dwie rodziny które adoptowały dzieci. Jedna ponad 8 lat temu. I jakoś nikt nie ma problemów.

    Dlaczego roczne lub dwuletnie? Podczas rozmów z osobami o podobnie głupich poglądach jak Twoje, na argument o sierocińcach często wyskakiwali z tekstem, że dzieci z sierocińców ciężko wychować, zwłaszcza starsze itd itp bzdury.

    Generalnie rzecz biorąc to faktycznie problemem nie jest ani in-vitro ani adopcja ale właśnie bezpłodność. I tym sugerowałbym Ci się zająć zamiast wypisywać głupoty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warunkiem adopcji otóż nie jest niepłodność ani bezpłodność (to nie są synonimy), dlatego też widzę pewien problem związany z teoretykami, którym się wydaje, że "woleliby iść pewną drogą", ale zaskakującą nią nie podążają. Przejdź, syneczku, kurs adopcyjny lub jeszcze lepiej kurs dla rodzin zastępczych i wróć tu, jak już spokorniejesz.
      Cieszę się, że znasz dwie rodziny adopcyjne- ja ich znam setki i właśnie dlatego nigdy nikomu nie napisałam, aby adoptował/podszedł do in vitro/został bezdzietny. To są życiowe wybory i zawsze muszą być podejmowane w zgodzie z wrażliwością i gotowością danej osoby. Tu nie ma miejsca na ekskatedralne rady.
      Na marginesie przyjmij też do wiadomości, ze nie istnieje taka instytucja jak "sierociniec". Prawdą jest także, że adopcje dzieci starszych bywają trudne, czasem bardzo trudne, ponieważ są to na ogół dzieci z trudną przeszłością, zaburzonymi więziami, FASami - i żadna z tych kwestii nie jest "bzdurą", jak Ci się roi.
      Sugeruję zacząć od polskiej literatury adopcyjnej, aby wyrobić sobie jakiekolwiek pojęcie.
      Twój kolejny wpis zostanie usunięty, chyba że dla odmiany wykażesz się kulturą dyskusyjną, czego niestety się nie spodziewam.

      Usuń
    2. możesz zacząć od lektury tego wywiadu na dobry początek:
      http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,18487611,adoptuj-zamiast-grzeszyc-metoda-in-vitro-wszystko-o-adopcji.html

      Usuń
    3. Rany boskie! Jeśli jesteś na tyle zdrowy, że w tej kwestii radzisz sobie sam, błagam, pozostań przy tym i nie udzielaj porad tym, którzy sobie "nie radzą".

      Usuń
  6. Teraz widzisz Anno, dlaczego "środowisko lekarskie" nie kruszy kopii w obronie naukowej rzetelności.

    Przywileje często obracają się przeciwko grupie uprzywilejowanej i tak jest w Polsce z pacjentami.

    Lekarza z imienia i nazwiska można bezkarnie i anonimowo (albo z użyciem fałszywego konta facebokowego) skrytykować w portalu Znany Lekarz. Można to zrobić nie będąc pacjentem i nie widząc lekarza na oczy. Można oskarżać o rzeczy absolutnie nie do weryfikacji (był niemiły, nie pomógł mi, nie zna się, nie chce pomóc, minął się z powołaniem). Sądy systematycznie odrzucają skargi tego typu praktyki.

    Lekarze nie chcą mieć na karku "armii trollów" (takich, jak Twój Dyskutant) i nie chcą się wikłać w kampanie społeczne. Kto na tym traci? Oczywiście grupa rzekomo uprzywilejowana, czyli pacjenci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sądzę, że obrona naukowości jest obowiązkiem lekarza niezależnie od serwisów Znany Lekarz i pochodnych. Po prostu. Jeśli lekarz ucieka od nauki w ideologię to znaczy, że nie ma kompetencji do wykonywania żadnego zawodu poza zawodem księdza lub bioenergoterapeuty. Ewentualnie polityka.

      Usuń
    2. Przepraszam, od kiedy to w Polsce pacjenci są "grupą uprzywilejowaną"? Chyba coś przeoczyłem...

      Usuń
    3. Tak, przeoczyłeś. Napisałem o "grupie rzekomo uprzywilejowanej". Wszystkie instytucje w Polsce są pełne frazesów "Pacjent jest Najważniejszy" i za tym idą fasadowe działania mające te frazesy uzasadnić. Skutki są właśnie takie. Ponieważ "dobro społeczne" i "interes Pacjentów" w znacznym stopniu utrudnia lekarzowi angażującemu się w dyskusję publiczną obronę przed armiami internetowych trollów, przeciętny lekarz ma ten "interes społeczny" głęboko w czterech literach.

      Usuń
  7. Ten człowiek naprawdę napisał "córcia" w tym samym zdaniu, w którym przyznał się do braku kompetencji, doświadczenia i wiedzy na wszystkie tematy, które poruszył.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wydaje mi się, że najlepiej jest jednak usiąść na tyłku, wymyślić plan działania, wziąć pożyczkę bądź kredyt, zagryźć zęby, pobawić się w marketing i tyle. Problem jest w tym, że ludziom się nie chce myśleć i nie wierzą w siebie. A dziś stać na to każdego, wystarczy ruszyć z miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  9. Z jednej strony in-vitro jest bardzo dobrym rozwiązaniem, z drugiej strony jednak nie lubię go ze względu na fakt, że z czasem nauka pozwoli na dowolne modyfikowanie genetyczne zarodka przez co będzie można "zrobić" sobie dziecko wedle uznania: kolor włosów, oczu i masa innych parametrów do wyboru. Osobiście uważam, że lepiej iść do sierocińca i adoptować małego szkraba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. małych szkrabów nie adoptuje się z sierocińców. Ale idź, przekonaj się, adoptuj.

      Usuń
  10. Moim zdaniem nie powinno się oceniać ludzi, tylko i wyłącznie przez pryzmat jednej decyzji. Nie wiem jak zachowałbym się w podobnej sytuacji i NIE CHCĘ WIEDZIEĆ.

    OdpowiedzUsuń