poniedziałek, 19 września 2011

o in vitro bez ściemy


Poniżej treść wczorajszego panelu przedstawionego na III Kongresie Kobiet.
Był to jedyny panel na Kongresie Kobiet poświęcony prawom reprodukcyjnym.
Cztery poniższe historie wydarzyły się naprawdę i zostały opisane przez bohaterki na stronie
www.proinvitro.pl
stworzonej w 2009 z inicjatywy niepłodnych pacjentów, jako odpowiedź na prace nad ustawą bioetyczną posła Jarosława Gowina.
Stąd też w niektórych tekstach pojawiają się odniesienia do ówczesnej sytuacji politycznej. Teksty nie były zmieniane ani stylistycznie, ani merytorycznie, pozostawiłam je w wersji pierwotnej. Każda z przedstawionych historii ma trzy zakończenia- jedno wydarzyło się naprawdę, dla dwóch pozostałych inspiracją były autentyczne historie polskich pacjentów opisane na pacjenckim forum Naszego Bociana. 
Zakończenia stanowią futurystyczną próbę ukazania, co realnie zmieniłoby się w życiu konkretnych ludzi, gdyby w życie weszła każda z trzech poniższych ustaw:


- o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego oraz Polskiej Radzie Bioetycznej i zmianie innych ustaw.
Wniesiona przez Platformę Obywatelską reprezentowaną przez posła Jarosława Gowina

- o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego.
Wniesiona przez Prawo i Sprawiedliwość reprezentowane przez posła Bolesława Grzegorza Piechę

- o zmianie ustawy o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów.
Zwana „ustawą tkankową” lub „ustawą ekspercką”- jest to projekt społeczny współtworzony między innymi przez Stowarzyszenie na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”, który został wybrany jako ustawa bazowa do prac Podkomisji ds. in vitro, a wniesiony został przez Sojusz Lewicy Demokratycznej reprezentowany przez posła Marka Balickiego.

***



Historia Kasi: początek

Nazywam się Kasia, mam 25 lat. Kiedy miałam osiemnaście lat zachorowałam na autoimmunologiczną chorobę tarczycy, która znacząco wpłynęła na moją płodność. Do tego mam zespół policystycznych jajników (PCO) powodujący brak samoistnej owulacji oraz macicę jednorożną – defekt w budowie, brak jej lewej części. Mąż ma zaniżone parametry nasienia.
 Mamy za sobą setki badań, starania naturalne, próby wywoływania owulacji, 6 zabiegów inseminacji, w tym jeden udany. Niestety tylko do 11 tygodnia ciąży. Zabieg łyżeczkowania, po którym pozostał zrost na macicy i wielka rana w sercu. Gdzie był wtedy Bóg – nie wiem, wolę o tym nie myśleć. Po tych 6 inseminacjach podjęliśmy decyzję o in vitro. Wybraliśmy jedną z najlepszych klinik leczenia niepłodności w Polsce. To nic, że musieliśmy pokonywać ponad 400 km w jedną stronę.
Mam wielką nadzieję, że dzięki procedurze in vitro będę mogła zostać matką.

Historia Kasi po wejściu w życie Ustawy bioetycznej Jarosława Gowina, PO

- o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego oraz Polskiej Radzie Bioetycznej i zmianie innych ustaw.

Rozdział I
Przepisy ogólne
Art.2
Ustawa chroni godność i życie człowieka, dobro dziecka, małżeństwo i rodzinę

Rozdział II
Procedura medycznie wspomaganej prokreacji
Art.16
Do procedury medycznie wspomaganej prokreacji może być dopuszczona para małżeńska, w stosunku do której stwierdzono brak skuteczności w leczeniu bezpłodności.


Bezpłodność: stan trwałej, nieusuwalnej i nieomijalnej biologicznej niezdolności do poczęcia dziecka np. w wyniku braku macicy, braku jąder, całkowitego ustania spermatogenezy. Jest to błąd definicyjny, gdyż bezpłodności się nie leczy. Ustawa zawiera błąd terminologiczny.

Ustawa nie precyzuje, w jaki sposób, przez kogo, w jakim czasie i w oparciu o jakie procedury diagnostyczne ustala się „brak skuteczności w leczeniu bezpłodności”. Oznacza to możliwość wieloletniej diagnostyki, w trakcie której para może wciąż nie być zakwalifikowana do procedury zapłodnienia pozaustrojowego, podczas gdy jej biologiczne szanse na zostanie rodzicami obniżają się.

Po wielomiesięcznym uzyskiwaniu zgody na przeprowadzenie zabiegu in vitro zostaliśmy zakwalifikowani do zabiegu.
Z uwagi na Zespół Policystycznych Jajników stymulacja była bardzo trudna i lekarze uzyskali dziesięć komórek jajowych. Niestety otrzymaliśmy zgodę na zapłodnienie tylko dwóch komórek, więc pozostałych osiem komórek jajowych zostało zniszczonych.

Rozdział II
Procedura Medycznie Wspomaganej Prokreacji
Art.21
W procedurze medycznie wspomaganej prokreacji można tworzyć tylko jeden embrion w celu transferu do organizmu kobiety; tworzenie dwóch embrionów jest dopuszczalne wyłącznie pod warunkiem ich jednoczesnego transferu do organizmu kobiety.

Po pobraniu komórek jajowych zaczęłam odczuwać liczne dolegliwości- bolał mnie brzuch, chciało mi się wymiotować. Wiedziałam, że w moim przypadku wystąpienie OHSS- zespołu hiperstymulacji jajników jest wysoce prawdopodobne: zaliczałam się do grupy ryzyka ze względu na młody wiek i swoją chorobę. Zawsze źle reagowałam na stymulację hormonalną i lekarz mnie uprzedzał, że powinnam być przygotowana na wystąpienie trudności podczas stymulacji do in vitro. Mimo, iż stymulacja była prowadzona ostrożnie i z zastosowaniem najniższych dawek hormonów, wiedziałam, co oznaczają moje objawy.
Dobrą –i jednocześnie złą- wiadomością była ta, że obie komórki się zapłodniły.
To mnie cieszyło, bo podnosiło szansę na ciążę.
Ale jednocześnie mnie martwiło, bo wiedziałam, że nie jestem w stanie donosić ciąży bliźniaczej z uwagi na moją wadę macicy. Nie chciałam być w ciąży tylko po to, aby za chwilę ją poronić.
Na szczęście OHSS nie było na tyle poważne, abym musiała być hospitalizowana. Jednak lekarz ocenił, że w tej sytuacji transfer obu zarodków nie wchodzi w grę, byłoby to niebezpieczne dla mojego zdrowia i obniżałoby szansę zarodków na urodzenie się.
Musieliśmy odczekać dwa miesiące, aby mój organizm się uspokoił. Otrzymaliśmy zgodę na zamrożenie obu zarodków.

Rozdział II
Art.22
Jeżeli po utworzeniu embrionu zachodzą przeciwwskazania medyczne do transferu embrionu lub gdy matka genetyczna wycofa zgodę albo z innych przyczyn wskazanych w ustawie nie ma możliwości transferu embrionu, podlega on kriokonserwacji w warunkach umożliwiających jego późniejszy transfer i rozwój w organizmie kobiety.

Dwa miesiące później wróciłam do kliniki. Podano mi jeden zarodek, mojego mrozaczka.
Ku mojemu szczęściu zaszłam w ciążę. Dziewięć miesięcy później urodziłam zdrowego synka. Planowaliśmy z mężem powrót po drugi zarodek, jak tylko będzie to możliwe i bezpieczne dla mojego zdrowia.


Procedura Wspomaganej Medycznie Prokreacji
Art. 24
Sąd może wyrazić zgodę na transfer embrionu innej kobiecie w przypadku:
- Śmierci matki genetycznej
- Wycofania przez matkę genetyczną zgody na transfer,
- Upływu 2 lat od daty utworzenia embrionu, chyba że matka genetyczna, która nie wycofała zgody na transfer, zastrzegła w Centralnym Rejestrze Biomedycznym przedłużenie tego okresu do trzech lat.

Karmiłam synka piersią osiemnaście miesięcy. Cieszyłam się tym okresem, wspominam go jako czas wyjątkowej bliskości. Przez całą laktację miałam czerwone światło na kolejną ciążę- moje hormony nie były uregulowane i lekarz powiedział, że podchodzenie w tej sytuacji do kriotransferu (transferu zamrożonego zarodka) byłoby równoznaczne z wydaniem wyroku na powodzenie tej ciąży. Czekałam więc, aż będziemy gotowi do rozstania z piersią.
Po odstawieniu synka od piersi pojechaliśmy na wakacje, planowaliśmy wrócić po zarodek we wrześniu, byłam już umówiona na wizytę w klinice. Na początku września zaczęły mnie męczyć ataki duszności i nagłe spadki kondycji, męczyło mnie nawet wchodzenie do naszego parterowego mieszkania. Znałam dobrze te objawy z przeszłości: wskazywały na to, że moja tarczyca znów zaczęła sprawiać problemy.
Wizyta u endokrynologa dała całkowitą jasność: miałam poporodowe zapalenie tarczycy i hormony rozchwiane jak karuzela w starym cyrku. Kategorycznie zakazano mi myślenia o ciąży w najbliższych miesiącach i poddano ostrej terapii hormonalnej oraz skierowano na zabieg usunięcia tarczycy.
Kiedy doszłam do siebie po zabiegu był już kwiecień. Poszliśmy z mężem do kliniki porozmawiać o kriotransferze, ale poinformowano nas, że nasz zarodek, nasze dziecko, został oddany innej parze wbrew naszej wiedzy i woli!
Nie wiem, do kogo trafiło moje drugie dziecko, nie wiem, jak można mi było to zrobić?! Podobno zrobiono to w pełni prawa, ci obcy ludzie przechodzili wywiad środowiskowy, orzekał sąd opiekuńczy… Nic mnie to nie obchodzi! Chciałam przyjąć drugi zarodek, chcieliśmy mieć z mężem zawsze dwoje dzieci, byliśmy na to gotowi, tymczasem odebrano nam nasze dziecko i oddano je obcym ludziom!
Nie wiem, jak będziemy żyć z tym dalej, jak mamy pogodzić się z tym, że być może żyje gdzieś nasze kolejne dziecko, brat lub siostra naszego synka i nigdy się nie poznamy.



Historia Kasi po wejściu w życie Ustawy posła Bolesława Piechy, PiS

- O ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego.

Preambuła

Uznając, że nienaruszalna godność człowieka przynależy mu w każdej fazie jego życia, a kultura zakorzeniona w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach znajduje wyraz w normach Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej stanowi się, co następuje:
Rozdział III
Ochrona embrionu ludzkiego
Art.15
Zakazane jest tworzenie embrionu poza organizmem kobiety.


Z uwagi na moją nienaruszalną godność i ogólnoludzkie wartości, odebrano mnie i mojemu mężowi możliwość zostania rodzicami. Nie wiem, jak wpływa to na prawa i godność mojego syna, który nigdy się nie urodzi.




Historia Kasi po wejściu w życie ustawy posła Marka Balickiego, SLD

- o zmianie ustawy o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów.

Prawdziwe zakończenie tej historii:

Po tych 6 inseminacjach podjęliśmy decyzję o in vitro. Wybraliśmy jedną z najlepszych klinik leczenia niepłodności w Polsce. To nic, że musieliśmy pokonywać ponad 400 km w jedną stronę. Oni mają wspaniałych specjalistów, duży procent uzyskiwanych ciąż i najlepsze wyniki w mrożeniu zarodków.
Stymulacja ze względu na PCO nie była łatwa, do transferu nie doszło w związku z wystąpieniem zespołu hiperstymulacji jajników. Wszystkie 10 uzyskanych zarodków zostało zamrożone.



Ustawa o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów z dnia 1 lipca 2005 r. (Dz.U. Nr 169, poz. 1411 z późn zm.), której tzw. „ustawa tkankowa Marka Balickiego” jest nowelizacją:
Art.2
8) Konserwowanie- użycie czynników chemicznych, zmiany czynników środowiskowych lub innych czynników, podczas przetwarzania w celu zapobieżenia biologicznej lub fizycznej degradacji komórek, w tym komórek rozrodczych, tkanek lub zarodków;
12) przetwarzanie- wszelkie czynności związane z przygotowaniem, transportowaniem, konserwowaniem i pakowaniem komórek, w tym komórek rozrodczych, tkanek, narządów lub zarodków przeznaczonych do zastosowania u ludzi;
9a) ośrodek medycznie wspomaganej prokreacji- zakład opieki zdrowotnej albo jednostkę organizacyjną zakładu opieki zdrowotnej prowadzącą działalność w zakresie stosowania procedur medycznie wspomaganej prokreacji; jednostka ta może pobierać,przetwarzać, testować i dystrybuować komórki rozrodcze lub zarodki przeznaczone do zastosowania w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji;
 Banki tkanek i komórek mają prawo do konserwowania komórek rozrodczych, tkanek i zarodków, co w praktyce oznacza dopuszczenie procedury mrożenia komórek rozrodczych, tkanek i narządów.

Oddaliśmy też 2 komórki jajowe parom, które same nie mogą ich uzyskać. Mamy nadzieję, że ten dar serca zaowocował pojawieniem się na świecie kochanych, wymarzonych dzieci.

Art.2
Komórki rozrodcze mogą być pobierane od żywego dawcy w celu dawstwa niepartnerskiego, przy zachowaniu następujących warunków:
Zasadność i celowość pobrania komórek rozrodczych od określonego dawcy i zastosowania ich w celu dawstwa niepartnerskiego, ustalają lekarze na podstawie aktualnego stanu wiedzy medycznej
Pobranie zostało poprzedzone niezbędnymi badaniami lekarskimi i laboratoryjnymi, o których mowa w ust. 1 pkt. 2;
Ustawa tkankowa Marka Balickiego dopuszcza dawstwo komórek rozrodczych, w tym dawstwo komórek jajowych na rzecz innej pary, anonimowej lub wskazanej




Podejście do kriotransferu nie było takie łatwe – mieliśmy trudności z wywołaniem owulacji, uzyskaniem odpowiedniej wielkości endometrium, w którym zarodek mógłby się zagnieździć. Pierwsze dwie próby nieudane. Potem histeroskopia, wycięty zrost i zdiagnozowana macica jednorożna. Kolejny trzeci kriotransfer i dwa tygodnie oczekiwania na wynik.

Byłam pewna, że się nie udało. Na pani w laboratorium wymusiłam, by podała mi wynik przez telefon. Nie chciałam iść zapłakana przez miasto. Dzwoniłam do laboratorium z drżącym sercem i po usłyszeniu wyniku byłam święcie przekonana, że to pomyłka. To nie mogła być prawda, przecinek pewnie znajduje się dwa miejsca bliżej. A jednak to nie była pomyłka. Doczekaliśmy się naszych II kreseczek na teście.

Po pierwszej euforii przyszedł strach, czy beta będzie prawidłowo przyrastać, czy znowu nie stracę ciąży. Przez pierwszy tydzień, zanim poszliśmy na usg, spałam po 2 godziny w nocy, w dzień rozwolnienie i próby przekonania siebie, by za bardzo się nie przyzwyczajać, nie cieszyć się. U ginekologa na monitorze zobaczyliśmy maleńki pulsujący punkcik – to serduszko naszego dziecka. Dzisiaj już wiemy, że pod moim sercem harcuje synek, nasz ukochany mrozaczek.

Gdy dzisiaj głaszczę swój podskakujący brzuszek, zdaję sobie sprawę, że jeśli w życie weszłaby ustawa bioetyczna projektu posła Gowina wiele niepłodnych par nie będzie miało szans na takie szczęście. Zostanie zabronione mrożenie zarodków i procent powodzenia zabiegów drastycznie spadnie.

Mamy jeszcze 4 zamrożone zarodki – nasze ukochane dzieci, które czekają na to byśmy mogli zabrać je do domu. I na pewno po nie wrócimy, to przecież rodzeństwo naszego maleńkiego synka – nasze kochane mrozaczki.


***

Historia Ewy- początek


Mam na imię Ewa. Czekamy z mężem na upragnione dziecko już 4 lata. Małżeństwem jesteśmy 8 rok. Pierwsze lata małżeństwa nie mogliśmy się starać o dziecko ze względu na walkę z chorobą.
Dzięki medycynie możemy z mężem czekać na dziecko, które będzie darem serca od innej kobiety.
Chociaż jestem młoda mam menopauzę.
To był wyrok okrutny, kiedy po latach badań i starań usłyszałam to słowo. Jak to przed menopauza przed trzydziestką?! Myślałam, że lekarz się pomylił. Kazał powtórzyć badania. Pokazały to samo. Byłam u innego lekarza potwierdził - MENOPAUZA.
Mogę zostać matką, być w ciąży jedynie dzięki komórkom jajowym innej kobiety. Przepłakałam wiele dni, żyłam jak w letargu, nadal nie wiem jak sobie poradziłam z depresją.

(…)

Dylemat przyjęcia komórki od innej kobiety, aby być w ciąży i urodzić dziecko - spróbujcie sobie to wyobrazić - boli, wydaje się niemożliwe stanięcie przed takim problemem, mając mniej niż 30 lat. To się dzieje teraz i nie jestem jedynym przykładem. Dlaczego mam być skazana na niemożność podejścia do in vitro - bo ktoś to źle rozumie, nie wie, co przechodzą pary starające się o dziecko?

Niepłodność to choroba XXI wieku, bardzo trudna dla osób, które otrzymały taką diagnozę.

Przetrwanie próby starania się o potomka pokazuje jak bardzo dwie osoby się kochają, aby przejść cierniową drogę do macierzyństwa i ojcostwa trzeba się załamać wiele razy, ale i wstać i w tym wstawaniu wspiera nas właśnie Bóg. Bez Boga nie wstałabym i nie mielibyśmy z mężem sił walczyć o nasze malutkie ogromne szczęście. Adopcja też jest możliwa, ale nikt nie ma prawa odbierać nam możliwości poczęcia naszego dziecka dzięki pomocy medycyny skoro Bóg zadecydował, że nie możemy go począć zgodnie z wyobrażeniem kościoła.

Ewa - czekam na in vitro z komórką dawczyni, kobiety dzielącej się najwspanialszym darem życiem



Historia Ewy po wejściu w życie ustawy bioetycznej  Jarosława Gowina, PO

- o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego oraz Polskiej Radzie Bioetycznej i zmianie innych ustaw.

Preambuła

Uznając, że przyrodzona, niezbywalna i nienaruszalna godność człowieka jest źródłem przynależnych mu praw i wolności, a ochrona prawna życia ludzkiego na każdym etapie jego rozwoju jest koniecznym warunkiem ochrony godności człowieka, stanowi się, co następuje:
Art.8
3) zakazane jest umieszczanie w organizmie kobiety w celach prokreacyjnych gamety innej kobiety

Uzbieraliśmy z trudem pieniądze po rodzinie. Poszliśmy do znanej kliniki leczenia niepłodności, chcieliśmy podejść do zabiegu in vitro z użyciem komórki dawczyni. Powiedziano nam, że jest to nielegalne.
Błagaliśmy lekarza, aby „coś się dało zrobić”. Nie chciał nawet o tym słyszeć, powiedział, że gdyby miał słuchać takich próśb już dawno byłby w więzieniu.

Przepisy kodeksu karnego, które wprowadza ustawa bioetyczna Jarosława Gowina:

Art. 64
Kto wbrew przepisom ustawy, w celach prokreacyjnych, za pomocą zabiegu medycznego pobiera gametę z organizmu ludzkiego lub umieszcza gametę w organizmie kobiety, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 2.



Lekarz zasugerował nam trzy wyjścia: wyjazd za granicę i tam przystąpienie do in vitro z komórką dawczyni. Nie mamy na to pieniędzy, to ponad nasze możliwości finansowe. Poza tym to przerażające: gdzie, u kogo, za co, w jaki sposób? A jeśli coś pójdzie nie tak, do kogo mieć wtedy pretensje, gdzie się upomnieć o swoje prawa i zdrowie? Mój Boże, nawet nie znamy obcych języków.
Odrzuciliśmy myśl o wyjeździe z kraju w celu leczenia.
Drugim wyjściem była adopcja embrionu.


Art.24


3. Sąd wyraża zgodę na transfer określonego embrionu gry brak przeciwwskazań medycznych do przeprowadzenia transferu i spełniony jest warunek określony w art. 16. Ust.2, a kwalifikacje osobiste małżonków uzasadniają przekonanie, że będą należycie wywiązywali się z obowiązków rodzicielskich. Przed wydaniem oświadczenia sąd może nakazać przeprowadzenie przez kuratora sądowego wywiadu środowiskowego w celu ustalenia sytuacji wnioskodawców oraz zasięgnąć opinii placówki specjalistycznej na temat ich sytuacji osobistej, w szczególności prezentowanych postaw rodzicielskich

8. W sprawie wyrażenia zgody na transfer embrionu orzeka w trybie nieprocesowym sąd opiekuńczy właściwy dla miejsca zamieszkania wnioskodawców na podstawie przepisów kodeksu cywilnego o przysposobieniu. Orzeczenie o wyrażeniu zgody na transfer embrionu jest skuteczne z chwilą jego wydania.

Pomyślałam, że to jakiś żart: mój mąż jest płodny! Może być ojcem! Chcę wychowywać nasze wspólne dziecko nawet jeśli nie będę jego genetyczną matką! Chcę, żeby moje dzieci były ze sobą spokrewnione, były rodzeństwem! Lekarz powiedział mi, że będziemy musieli złożyć wniosek do Centralnego Rejestru Medycznego, a potem kurator i sąd sprawdzą, czy będziemy dobrymi rodzicami i przeprowadzą wywiad środowiskowy.
Nie wiedzieliśmy czy śmiać się czy płakać- od pięciu lat mieszkamy w mieszkaniu komunalnym, mój mąż pracuje na czarno, nie mamy zdolności kredytowej, do tego mąż co dwa miesiące wyjeżdża na kolejne dwa miesiące. Jaki wywiad środowiskowy i jaki kurator… I w imię czego? Bycia w ciąży? Równie dobrze moglibyśmy podejść do normalnej adopcji.
Ale ja nie chcę adoptować. Po prostu nie. To nie jest droga dla nas, wiele o tym rozmawialiśmy.
Na końcu lekarz powiedział, że zawsze możemy kupić sobie psa.
Mam ochotę wyć, czuję, że się duszę.



Historia Ewy po wejściu w życie ustawy posła Bolesława Piechy, PiS

- O ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego.
Rozdział III
Ochrona Embrionu Ludzkiego
Art.15
Zakazane jest tworzenie embrionu poza organizmem kobiety.
Art.16
Procedury zapłodnienia pozaustrojowego, o których mowa w art.18, rozpoczęte do dnia wejścia w życie ustawy, prowadzi się wyłącznie na zasadach określonych w niniejszej ustawie mając na względzie przede wszystkim dobro dziecka.


Udało się, zdobyliśmy pieniądze i podeszliśmy do programu in vitro z komórką dawczyni zanim ustawa Piechy weszła w życie. Jeszcze trzy miesiące i in vitro zostałoby całkowicie zakazane w Polsce, moglibyśmy jedynie adoptować cudzy zamrożony zarodek.
Nie wiem, czy podjęliśmy właściwą decyzję, czujemy się jak na roller coasterze. Musimy zdążyć przed ustawą, a wejdzie w życie już na dniach. Obyśmy zdążyli. Nie wiem, nic nie wiem. To będzie dziecko mojego męża, wiem, że będę je kochać, ale po prostu nie miałam czasu zastanowić się, co czuję ja sama. Nie było czasu na rozważania, albo teraz, albo już nigdy.
Dziś podpisaliśmy umowę o biorstwie komórek jajowych, dawczyni przekazała nam aż cztery piękne jajeczka. Teraz czekamy, czy się zapłodnią.

Cztery dni później.


Art.20
Transfer embrionu jest dopuszczalny tylko do organizmu matki genetycznej, z zastrzeżeniem art. 22.
Wycofanie zgody przez ojca genetycznego lub męża matki na transfer embrionu do organizmu matki genetycznej, nie ma wpływu na uprawnienie matki genetycznej do transferu embrionu do jej organizmu.


Nie wierzę, to nie może się dziać naprawdę! Otrzymaliśmy dziś z kliniki telefon z wiadomością, która mogła być wspaniała, a okazała się być ciosem w serce. Wszystkie cztery komórki się zapłodniły, mamy cztery zarodki, ale co z tego? Wczoraj zaczęła obowiązywać ustawa Piechy. Lekarz powiedział, że nie może nam transferować naszych zarodków! Nie jestem matką genetyczną i nie ma znaczenia, że mój mąż jest ojcem genetycznym- prawo mówi podobno, że to nie są nasze zarodki i nie możemy ich teraz przyjąć, dostanie je inna para, która zgodzi się je zaadoptować.
Mam wrażenie, że to jakiś koszmarny sen- nieznana dawczyni ma większe prawa do naszych zarodków niż mój mąż, który jest ich ojcem, niż ja, dla której są to już własne dzieci!

Art.22
Sąd może wyrazić zgodę na transfer embrionu innej kobiecie niż matka genetyczna w przypadku:
- Śmierci matki genetycznej,
- Wycofania przez matkę genetyczną zgody na transfer,
- Upływu 2 lat od utworzenia embrionu, chyba że matka genetyczna, która nie wycofała zgody na transfer, zastrzegła w Centralnym Rejestrze Biomedycznym przedłużenie tego okresu do 3 lat.

Lekarz mówi, że istnieje niewielka szansa, że jeśli przez dwa lata nikt się nie zgłosi po nasze dzieci, to dostaniemy zgodę na ich adopcję. Równie dobrze jednak może tę zgodę dostać każda inna para. Nie mam sił patrzeć na mojego męża i na jego cierpienie- byliśmy tak blisko od upragnionego celu, a teraz potraktowano nas jakby mój mąż był jakimś obcym facetem dla swoich biologicznych dzieci. Odebrano mu wszelkie prawa i to w imię czego- godności i dobra naszych zarodków, które trafią za dwa lata do kompletnie obcych ludzi. I będzie się nam wmawiać, że to dla naszego dobra.
Nie mam sił myśleć, co dalej, co teraz. Nie wiem, co zrobić z mężem, który rozpadł się dziś na kawałki.






Historia Ewy po wejściu w życie ustawy posła Marka Balickiego, SLD

- o zmianie ustawy o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów.

Art.19a
Komórki rozrodcze mogą być pobierane od żywego dawcy w celu dawstwa niepartnerskiego, przy zachowaniu następujących warunków:
Pobranie następuje na rzecz anonimowej biorczyni; jeżeli uzasadniają to szczególne względy osobiste, pobranie może nastąpić na rzecz określonej biorczyni;


 Prawdziwe zakończenie tej historii dopisane przez autorkę dwa miesiące później:

Jestem w upragnionej, wymarzonej ciąży podarowanej mi przez Boga dzięki życzliwej kobiecie i klinice zajmującej się z troską pacjentkami, które z różnych powodów nie mogą mieć dzieci drogą naturalną.
Niektórzy z Was sądzą, że w ciążę zachodzi się łatwo jak po pstryknięciu palcami, niektórzy mają przed sobą tak trudną drogę i decyzję jak budowa największej piramidy w pojedynkę. Dzięki ivf jestem w ciąży przepełniona wdzięcznością za ten cud. Czekamy na nasze dziecko z miłością. Dziękuję politycy, że nie zdążyliście odebrać nam tej szansy.

***


Historia Magdy- początek



Nazywam się Magda. Zawsze chciałam mieć dzieci. Co najmniej dwoje.
Pamiętam, jak kiedyś mąż powiedział: „E tam, wiadomo, że jesteśmy płodni, jesteśmy młodzi i zdrowi”. Ciąża jakoś nie przychodziła. Mimo że staraliśmy się o dziecko regularnie, a ja znałam swój cykl na wylot.
Z cyklu na cykl byłam smutniejsza, co miesiąc przeżywałam żałobę. Modliłam się, płakałam, zazdrościłam innym. Pisałam w swej tęsknocie listy do przyszłego dziecka. Unikałam koleżanek, które miały dzieci, bo nie byłam w stanie się uśmiechać. Za bardzo bolało. Wysłuchiwałam słów typu: „A wy co? Dzieci mieć nie będziecie?”, „Latka lecą!”, „Nie wiecie jak to się robi?”. Do tej pory z niesmakiem myślę o życzeniach świątecznych w moim zakładzie pracy. Zawsze były okazją do dowcipnych uwag – „No i dziecka w końcu życzę, bo już czas najwyższy. Jakby co, to mogę pomóc”.

Po sześciu latach małżeństwa mąż zbadał nasienie. Wpatrywałam się w wynik badania i nie mogłam pojąć, tego co czytam. Na kartce napisano: „nie znaleziono żadnego plemnika”, dalej stały trzy wykrzykniki. Niedowierzanie („to pomyłka w laboratorium, przecież to niemożliwe, nigdy o tym nie słyszałam”), rozpacz, złość – to bardzo oklepane słowa i nie oddają tego, co przeżyłam. Pominę tu to, co wtedy czułam, bo nie jesteście w stanie tego zrozumieć, nigdy. Świat się zawalił. Naprawdę.

Pomyłki laboratorium nie było. Chciałam cudu.

Z portalu www.nasz-bocian.pl dowiedziałam się, że istnieje szansa na znalezienie plemników w jądrach i najądrzach - można je wtedy pobrać i wykorzystać do in vitro. To było moje marzenie, ale po biopsji jąder okazało się, że plemniki wcale się nie produkują. I nie będą. Nigdy.

Cudu nie było. I wiedziałam, że nie będzie.

Mąż nie chciał adopcji.

Historia Magdy po wejściu w życie ustawy bioetycznej Jarosława Gowina, PO

- o ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego oraz Polskiej Radzie Bioetycznej i zmianie innych ustaw.

Rozdział II.
Procedura medycznie wspomaganej prokreacji
Art. 16
Do procedury medycznie wspomaganej prokreacji może być dopuszczona para małżeńska, w stosunku do której stwierdzono brak skuteczności w leczeniu bezpłodności.
Art.19
W ramach procedury medycznie wspomaganej prokreacji mogą być wykorzystane wyłącznie gamety pobrane od osób określonych w art. 16 ust. 1, uczestniczących w tej procedurze

Te dwa artykuły oznaczają całkowity zakaz dawstwa heterologicznego (od anonimowych dawców i dawczyń). Szacuje się, że 10% wszystkich zabiegów in vitro i inseminacji przeprowadzanych jest z użyciem dawstwa nasienia lub komórek jajowych. Najczęstszą przyczyną korzystania z banku nasienia/komórek jajowych jest brak plemników w nasieniu (azoospermia), przedwczesna menopauza lub nosicielstwo chorób genetycznych, których rodzice nie chcą przekazać swojemu potomstwu.
Dodatkowo zapis ten dyskryminuje pary niebędące w związku małżeńskim.

Rozważyliśmy dostępne opcje: nie mieliśmy szans na in vitro, bo z czego je robić? Z zera plemników? Jedyna możliwość to skorzystać z nasienia dawcy. Ale to zabronione i grozi za to więzienie.
Łatwiejszą i tańszą opcją byłaby inseminacja z nasieniem dawcy. Zabrano nam jednak i tę możliwość.
Po roku trwania w rozpaczy i zawieszeniu poszliśmy do Ośrodka Adopcyjnego.
Zaczęliśmy kurs, widziałam po mężu, że walczy ze sobą.
Kiedy na końcu okazało się, że jednak nie dostaliśmy kwalifikacji na rodziców adopcyjnych poczułam ogromny żal, ale i… ulgę. Panie z ośrodka były bardzo miłe i powiedziały to, co wiedziałam sama w głębi serca, choć miałam nadzieję, że okaże się nieprawdą: że mąż wciąż nie przeżył żałoby po naszym wspólnym dziecku, o które nie pozwolono nam walczyć.
I że w tej sytuacji nie możemy zostać rodzicami adopcyjnymi, byłoby to bardzo nie fair wobec adoptowanego syna lub córki.
Rodzina nie ułatwia sprawy, osobista teściowa wzięła mnie niedawno na bok i powiedziała „to ty nie wiesz, co zrobić? Jeden skok w bok, wychowacie jak swoje własne”. Zrobiło mi się niedobrze, choć czasem w przypływie rozpaczy mój mąż wspomina o czarnym rynku inseminatorów.
Jest tajemnicą Poliszynela, że Internet pęka w szwach od ogłoszeń chętnych panów, którzy umawiają się w hotelach na, jak to nazywają, „naturalne inseminacje”.
Płacisz, kładziesz się i szybko jest po wszystkim.
Nie sądzę, żebym się na to zdecydowała. Tłumaczę mężowi, że ci mężczyźni nie mają żadnych badań, że to w ogóle jakieś szaleństwo. Ale lata płyną, a pokój, który przeznaczyliśmy dla dziecka wciąż stoi pusty.
Nie wiem, co dalej. Nie chce mi się żyć.

Historia Magdy po wejściu w życie ustawy posła Bolesława Piechy, PiS

- O ochronie genomu ludzkiego i embrionu ludzkiego.

Rozdział IV
Obrót Gametami

Art.26
Zezwolenie Prezesa Urzędu ds. Biomedycyny nie jest wymagane na zabieg lekarski pobrania gamet w celu bezpośredniego ich użycia w procedurze zapłodnienia wewnątrzustrojowego, jeżeli dawca z biorcą pozostają w związku małżeńskim albo we wspólnym pożyciu

Ten zapis oznacza legalność zabiegu inseminacji pod warunkiem, że jest to inseminacja homologiczna. Zakazana zostaje inseminacja heterologiczna (z użyciem nasienia anonimowego lub nieanonimowego dawcy)

Lekarze nie pozostawili nam złudzeń: takich jak my nie można w Polsce leczyć. Chyba, że chce się iść do więzienia.
Pytaliśmy „co teraz?”- usłyszeliśmy, że możemy zastanowić się nad adopcją lub świadomą bezdzietnością. Ale nasza bezdzietność wcale nie jest świadoma, jest wymuszona. My jej nie chcemy i nie wybraliśmy. Po prostu zabrano nam wybór.
Niedawno wpadł mi w ręce stary wywiad  z biskupem Kiernikowskim, w którym powiedział, że niepłodność jest powołaniem. Swoje powołanie można zrealizować na przykład poprzez duchową adopcję.
Dawno nie czytałam czegoś tak głupiego i bezwzględnego: nie chcę duchowo adoptować afrykańskich dzieci, płodów zagrożonych aborcją ani kociąt. Nie chcę być bezdzietna.  Chcemy być rodzicami, chcemy przynajmniej spróbować nimi być.
Ostatnio usłyszałam od koleżanki, że na Słowacji moglibyśmy podejść do inseminacji nasieniem dawcy, być może to rozważymy.

W chwili obecnej w Unii Europejskiej znajdują się tylko dwa kraje, które nie posiadają odrębnego ustawodawstwa bioetycznego oraz nie mają wdrożonych dyrektyw unijnych zapewniających pacjentom bezpieczeństwo leczenia, a także nie kontroluje się w nich placówek wykonujących zapłodnienia in vitro. Te kraje to Polska i Słowacja.



Historia Magdy po wejściu w życie ustawy posła Marka Balickiego, SLD: prawdziwe zakończenie historii Magdy

- o zmianie ustawy o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów.

Art.3.1 Za pobrane od dawcy komórki, w tym komórki rozrodcze, tkanki, narządy lub zarodki nie można żądać ani przyjmować zapłaty, innej korzyści majątkowej lub korzyści osobistej

Art. 19a
Komórki rozrodcze mogą być pobierane od żywego dawcy w celu dawstwa niepartnerskiego, przy zachowaniu następujących warunków:

Pobranie następuje na rzecz anonimowej dawczyni; jeżeli uzasadniają to szczególne względy osobiste, pobranie może nastąpić na rzecz określonej biorczyni;
4) zasadność i celowość pobrania komórek rozrodczych od określonego dawcy i zastosowania ich w celu dawstwa niepartnerskiego, ustalają lekarze na podstawie aktualnego stanu wiedzy medycznej;
5) pobranie zostało poprzedzone niezbędnymi badaniami lekarskimi i laboratoryjnymi, o których mowa w ust. 1 pkt. 2;
6) kandydat na dawcę został przed wyrażeniem zgody szczegółowo, pisemnie poinformowany o rodzaju zabiegu, ryzyku związanym z zabiegiem pobrania komórek rozrodczych i o dających się przewidzieć następstwach dla jego stanu zdrowia w przyszłości oraz o zakresie i skutkach prawnych zastosowania pobranych od niego komórek rozrodczych w celu dawstwa niepartnerskiego na rzecz anonimowej biorczyni albo na rzecz określonej biorczyni


Ponadto ustawa umożliwia pobranie i przechowywanie komórek rozrodczych w celu zabezpieczenia płodności na przyszłość (np. terapia onkologiczna).
Wprowadza rejestr dawców i dawczyń oraz przyznaje dziecku urodzonemu wskutek dawstwa prawo do poznania nieidentyfikujących informacji o dawcy lub dawczyni. Dodatkowo biorczynie mają prawo zapoznać się z informacjami dotyczącymi zdrowia dawcy/dawczyni.

Ustawa Balickiego umożliwiłaby wydarzenie się prawdziwego końca tej historii, ale dodatkowo zabezpieczyłaby prawa i interesy rodziców genetycznych, rodziców biologicznych (biorców) oraz dziecka. Ustawa tkankowa zapewnia pełną implementację dyrektyw unijnych.


Mąż nie chciał adopcji.
I cieszę się, że się na nią nie zdecydowaliśmy - ja byłam gotowa pokochać „obce” (to nieładne słowo) dziecko, ale on nie. A w takim wypadku, adopcja nie była dla nas. Bo adopcja powinna być świadoma i odpowiedzialna.

Zdecydowaliśmy się na zapłodnienie nasieniem dawcy. Krótko sprostuję, że takie zapłodnienie to nie spotkanie z dawcą. Nasienie lekarz podaje do macicy za pomocą specjalnej „strzykawki”. Dawca jest anonimowy, nigdy go nie poznałam i nie poznam. Wiem jednak, że dzięki niemu mogło narodzić się życie. 

Narodziło się.

Całą ciążę drżałam o dziecko.
Leżałam.
Rozmawiałam z brzuchem.
Śpiewałam kołysanki.
Pisałam pamiętnik ciąży.
Nie mogłam doczekać się porodu.
Każdego wieczoru o 19.00 Skreślałam miniony dzień. Ten który dzielił mnie od wielkiego spotkania.

Urodziłam zdrową córeczkę.

Nie pokażę Wam jej zdjęcia.

Z prostego powodu – wiem jak bardzo głupota ludzka może krzywdzić. Czasem nie wierzę własnym oczom, gdy czytam komentarze ludzi pod artykułami np. dotyczącymi in vitro. Przeraża mnie bezmyślność, łatwość wydawania krzywdzących opinii bez znajomości tematu, okrucieństwo, posługiwanie się obiegowymi sloganami, które w dodatku są nieprawdziwe.

Nie pokażę Wam jej zdjęcia.
Ale opowiem Wam o niej.

Jest połączeniem delikatności i twardego charakteru.
Ma duże jasne oczy i główkę usianą loczkami.
Jej rączki chwytają za wszystko co można i czego nie można. 
Jej skóra pachnie słońcem. Zawsze. Nie wiem jak to się dzieje, bo teraz – zimą – też.

Ma ponad rok.
Kocha zwierzęta, parówki, jogurty i kefir, makaron i pomidorową z lanymi kluskami.
Gdy zapytacie: „Jak kochasz mamusię?”, ściska mnie mocno za szyję.

Nie pamiętam już, jak to było, gdy nie było jej. I nie chcę tego pamiętać.
Bo ona rozjaśniła mi życie.

Patrzę w projekt ustawy, który przygotowuje p. Gowin i wiem, że gdyby przeszedł w takiej formie, moje dziecko nie miałoby prawa istnieć.
Nie powinno go być.
Jest poczęte niemoralnie, niewłaściwie i niegodnie.
Mimo tego, że nikogo nie skrzywdziłam, nie zabiłam. Ona także.
Nie narodziła się niczyim kosztem.

Urodziła się z miłości. 

Magdalena

***



Historia Karoliny podsumowująca panel:

Znaliśmy się przed ślubem 9 długich lat, wiele razem przeszliśmy. 
W dniu ślubu myślałam o dziecku... o tym jak ładnie będę wyglądać w ciąży, o kupowaniu mu wyprawki, o wybieraniu wózka. O tym na jakiego człowieka będę chciała go wychować. Przyrzekając podczas przysięgi małżeńskiej " i w zdrowiu i w chorobie", nie pomyślałam o bezpłodności, właściwie nie wiem o czym myślałam...O zapaleniu oskrzeli czy o anginie.

Po ślubie chcieliśmy powiększyć rodzinę, miało to być pierwsze dziecko wśród dorosłych, wyczekane przez dziadków, oczekiwane przez rodziców. Ale ciąża nie następowała, a ciągle powtarzane testy były "jednokreskowe". Gdy szłam do apteki, znajoma aptekarka, nie pytając po co przyszłam, wyciągała test ciążowy.

Zaczęłam chodzić do lekarza, skierowany został również mąż. Przyjechał z wynikami zapłakany. Mówił, że to wyrok - że nie będziemy mieć dziecka, bo zbyt mało plemników.
Pojechaliśmy do specjalistycznej kliniki, tam po serii badań okazało się, że tylko in vitro daje nam szanse na dziecko.

Podeszliśmy do tej próby, podano mi dwa zarodki. Nie było ich więcej, niczego nie zamrożono.

Jakaż była nasza radość, gdy po dwóch tygodniach oczekiwań okazało się, że jestem w ciąży. Ciąża przebiegała prawidłowo. Będąc w 6 miesiącu,  pewnego dnia obudziłam sie z okropnym bólem głowy. Gdy ból był nie do zniesienia, pojechaliśmy do szpitala. Tam odesłano mnie bez badania i kazano wziąć lek przeciwbólowy. Następnego dnia zaczął bolec mnie brzuch. Znowu pojechaliśmy do szpitala. Okazało się, że pęcherz płodowy jest już w pochwie i właściwie, jak to określił lekarz, "jest po ciąży"...

Leżałam dwa tygodnie bez ruchu. Po dwóch tygodniach urodziłam syna.
Zmarł.

Nie muszę pisać, co czułam. Każdy, kto ma dziecko, umie chyba sobie to wyobrazić - jak mogłam się czuć, gdy po wielu latach starań traci się kogoś, o kogo się bardzo walczyło. Kogo się bardzo kochało. Traci się dlatego, bo lekarz w porę nie założył szewka.
Po sekcji dziecka okazało się, że było całkowicie zdrowe.

Gdy doszłam do siebie, podeszłam do kolejnej próby. Podano mi dwa zarodki, nie było innych, znowu niczego nie mrożono.
Po dwóch tygodniach wynik bety: 0.

Pamiętam, że mąż tego dnia jedząc zupę płakał, a łzy kapały mu do talerza i zupy było coraz więcej i więcej.

Wiedziałam, że już nigdy nie podejdę do in vitro, m.in. ze względów finansowych.

Po jakimś czasie dojrzeliśmy do rozmów o adopcji... Do decyzji o kochaniu dziecka, które gdzieś się zagubiło, tylko po prostu musimy je odnaleźć.
I zaczęliśmy szukać... I tęsknić... I cierpieć ze świadomością, że jest gdzieś tam, bez nas swoich rodziców i że też tęskni i płacze za nami...

Przeszliśmy trudne procedury adopcji... I w końcu nastał dzień, gdy wzięłam Go w ramiona... Spojrzałam na niego i powiedziałam: "Tak długo Ciebie szukałam, synku mój jedyny".

Jest z nami... Kochamy go bardzo, nie wyobrażam sobie życia bez niego, jest całym moim życiem i szczęściem.
Mój mąż powiedział kiedyś, że jego przekleństwo stało sie naszym błogosławieństwem.

I może ktoś pomyśli, że moja historia to dowód na to, że niepotrzebne jest in vitro, że trzeba od razu podejść do adopcji.
Jest wręcz przeciwnie.

Moja historia to dowód na to, że każdy ma swoją drogę, jedni podchodzą do in vitro, inni do inseminacji, jeszcze inni do zapłodnienia nasieniem dawcy, a jeszcze inni do adopcji. I pozwólmy im dokonywać wyboru, bo nigdy nie będą szczęśliwi.

Aby kochać dobrze dziecko, potrzebna jest mądrość, decyzja, dojrzałość... Nie czyńmy niczego na siłę. Adopcja nie może być lekiem na bezpłodność, adopcja to takie samo rodzicielstwo jak inne. Jak czułoby się dziecko, gdyby jego rodzice żyli w przeświadczeniu, że jest tylko zastępcze, że to lek?

Więc błagam tych, którzy namawiają do adopcji - niech tego nie czynią. To musi być świadomy wybór.

Ja kocham moje dziecko, miłością szaloną, czasami usprawiedliwiającą , miłością wymodloną, wyczekaną..., Tak samo kochałabym dziecko -  to które zmarło... To z in vitro...

"I w zdrowiu i w chorobie, dopóki śmierć nas nie rozłączy".
Powiem kiedyś mojemu synowi, aby wtedy, gdy on będzie składał taką przysięgę nie myślał o zapaleniu oskrzeli...

Karolina (mama adopcyjna)

***

Poseł Jarosław Gowin mimo ogromu zainteresowania godnością zarodka, ani razu nie pojawił się na posiedzeniach Podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia poselskich projektów ustaw.


Poseł Bolesław Piecha wziął udział w posiedzeniach Komisji dwa razy na dziesięć posiedzeń:  na samym początku i potem na posiedzeniu Prezydium Komisji gdy głosowano przyjęcie Sprawozdań z Prac Komisji– wszelkie jego działania miały na celu proceduralne opóźnienie postępu prac nad ustawą. Przestał pojawiać się gdy ostatecznie Podkomisja uznała, ze prace będą toczyły się w oparciu o ustawę o in vitro  Marka Balickiego (SLD) i ustawę bioetyczną Małgorzaty Kidawy – Błońskiej (PO) oraz uzyskano jednoznaczną opinię, ze prawidłowe legislacyjnie są prace, w ramach których ustawę Balickiego uzupełnia się przepisami z ustawy Kidawy- Błońskiej).

29 października 2010 roku odbyło się w Sejmie głosowanie nad odrzuceniem projektu ustawy Bolesława Piechy. Za tym, aby ustawy nie odrzucać i aby rozpocząć nad nią prace, było:

72 posłów PO, w tym minister do spraw równego statusu Elżbieta Radziszewska i poseł PO Jarosław Gowin
141 posłów PiS

Za nieodrzucaniem tzw. ustawy Wargockiej zakazującej zabiegu in vitro, zakazującej adopcji zarodków i nakładającej kary pozbawienia wolności dla praktykujących lekarzy i pacjentów poddających się procedurze, głosowało:

145 posłów PiS
18 posłów PO
13 posłów PSL

Ustawa o penalizacji in vitro przepadła zaledwie dwudziestoma sześcioma głosami w 460osobowym Sejmie.

***

Polecam do głębokiego przemyślenia przed zbliżającymi się wyborami.

czwartek, 1 września 2011

z tango i surogatką jest nas czworo

Podczas gdy w pewnym nadwiślańskim kraju szef największej lewicowej partii oznajmia, że "jego dzieci wolą klasyczne bajki" <a nie te o o pedałach pingwinach, a pfuj, i to jeszcze dziecko razem wychowują, poprzewracało się im w dupach, jak Marksa kocham- a co na to poseł Wikliński?> kraje zamorskie poszły nieco bardziej do przodu i omawiają warunki surogacji dla par gejowskich.
Być może jestem nadmierną optymistką, ale krajowym gejom daję maksymalnie dziesięć lat na dojście do rozwiązań surogacyjnych, co jest na poziomie praktycznym prostsze niż ustanowienie i wyegzekwowanie nowego prawa adopcyjnego.

Zajmiemy się więc dziś, proszę publiczności, dawstwem gamet, zarodków i surogacją  w odniesieniu do rodzicielstwa jednopłciowego. Z uwagi na rozległość zagadnienia notka poświęcona jest wyłącznie gejom, o rodzicielstwie lesbijek będzie kolejna część.
Notka jest pozbawiona suspensu: jestem przeciwniczką surogacji dla par gejowskich, jestem przeciwna przestawianiu poziomów "reprodukcyjnej piramidy interesów" i jestem za przyznaniem rodzinom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci.
Paraliżująca zapowiedź została dokonana i w ten prosty sposób ustaliliśmy, kto doczyta notkę do końca, kto przerwie lekturę, a kto dziś wieczór ubiczuje się mocniej w intencji grzesznych sodomitów.
Możemy więc przejść do właściwej treści.

Ten pan:


Nazywa się Robert Jay Green i ma, z punktu widzenia heteroseksualnej kobiety lubiącej partnerów z poczuciem humoru, wysoką inteligencją i tytułem profesora psychologii, kardynalną wadę: jest gejem.
Robert Jay Green od lat pozostaje w monogamicznym związku, w którym wychowuje czteroletnią córkę. Ponadto, rzecz interesująca dla Lachów i Laszek, mimo posiadania wąsów i niedobranego krawata, Robert Jay Green a) nie poluje b) jest fajny.
Powodem, dla którego Robert Jay występuje tu dziś gościnnie, jest zaprezentowanie wyników jego badań nad rodzicielstwem gejów na sesji Theory and practice in third party reproduction  mającej miejsce podczas dwudziestego siódmego corocznego kongresu ESHRE, który w tym roku odbył się w Sztokholmie.

*

Przybliżmy sobie sytuację wyjściową, jaką posiadają statystyczny Roman i Paweł pragnący zostać rodzicami.
Poza adopcją, nierealną w Polsce, nie mamy zbyt wielkiego wyboru.
W zakresie rodzicielstwa biologicznego opcja jest tylko jedna z dwoma podwariantami: siermiężnym i budżetowym oraz profesjonalnym i kosztownym.
Polega (w podwariancie pierwszym) na znalezieniu kobiety, która zgodzi się nam urodzić nasze dziecko w wyniku inseminacji lub stosunku płciowego, a następnie przekazać je po porodzie ojcu, na którego rzecz zrzeknie się również praw rodzicielskich. Realność tego wariantu wynosi na oko 1: 10 000, choć może nieco zaniżam tę drugą liczbę.

Podwariant profesjonalny, za którym lobbuje Robert Jay Green (z doskonałym osobistym skutkiem) polega na:
a) znalezieniu surogatki przez profesjonalny bank i opłaceniu jej;
b) zakupie komórki jajowej od kobiety niebędącej surogatką, aby wykluczyć związek genetyczny i emocjonalny ciężarnej i płodu;
c) zawiązaniu legalnej umowy między wszystkimi czterema stronami, na mocy której dziecko po urodzeniu jest przysposobione przez parę gejowską, a w akcie urodzenia dziecka widnieją obaj ojcowie.

Tyle teorii, która Romanowi i Pawłowi zda się na nic.
To, co oferuje im się realnie w krajowych warunkach to bezdzietność wsparta społecznym przekonaniem, że powinni ją traktować jako wartość dodaną swojego wyboru, który wyborem wprawdzie nie jest, choć Bogna Białecka twierdzi co innego.
Tu krótka przerwa na zmówienie modlitwy, mantry, ofiary całopalnej w intencji maniakalnego dzieła Bogny, niech jej rzeczywistość lekką będzie, bo ludzi chorych trzeba ukochać, a nie potępiać.

*

Dla jasności dodam, że omawiane w tej notce warianty i możliwości- poza samą surogacją, która na mocy poprawki do KRiO z 2008 roku ustala, iż matką dziecka jest rodząca bez względu na relacje genetyczne między nią a dzieckiem, zaś umowy surogacyjne nie posiadają ważności prawnej- są wariantami legalnymi.
W Polsce albowiem, niespodzianka, nie istnieje prawo regulujące obrót i handel gametami.
Handel komórkami rozrodczymi wyłączono spod zakazu handlu ludzkimi tkankami, organami i komórkami w przyjętej w 2005 roku ustawie transplantacyjnej.
Od tamtego czasu nie można kupić ludzkiej wątroby, ale można kupić zarodek.
Teoretycznie kupić może każdy, nie każdy natomiast sobie będzie mógł go wszczepić, bo prawa biorcy/biorczyni są uznaniowe, konkretnie zależą od uznania dyrektora każdej z klinik leczenia niepłodności.
Osobiście wydaje mi się dość zabawne, że w biznesie klinicznym istnieje miejsce dla uprzedzeń homofobicznych obudowywanych zawsze jakąś poruszającą ideologią, a jednocześnie bez problemu można się pobawić w mały handelek bez śladów w dokumentacji bądź też zostać dawczynią komórek, trzy tysiące za punkcję bez ubezpieczenia i wiedzy urzędu skarbowego.
Sądzę, że warto polecić tę kwestię uwadze wszystkich konserwatystów drących szaty i otwory gębowe nad prawami życia poczętego i godnością płodu.
Przez te wszystkie lata, włączając w to funkcjonowanie IV RP, nic z tym nie zrobiono i nie zanosi się na zmianę.
Najwidoczniej Marek Jurek wyszedł w tym czasie na papierosa i od sześciu lat nie wrócił.

Nawiasem mówiąc- dygresja, ale nie odmówię jej sobie- podczas sprawdzania zakresu zmian wprowadzonych w 2005 roku do tekstu ustawy transplantacyjnej z 1995 roku natrafiłam na oficjalne opracowanie, uwaga, Naczelnej Izby Lekarskiej, wyjaśniające na czym polega godna pochwały  progresywność nowej ustawy.
Autor jest prawnikiem i członkiem Towarzystwa Naukowego:


    Zwolennikiem zasady non profit był także nasz papież Jan Paweł II, który uważał, że "ludzkie ciało jest zawsze ciałem osobistym, ciałem osoby. Ciało nie może być traktowane jedynie jako rzeczywistość fizyczna czy biologiczna, a jego narządy i tkanki nie mogą być nigdy używane jako przedmioty sprzedaży lub wymiany. Tego rodzaju redukcjonistyczna, materialistyczna koncepcja prowadziłaby do czysto instrumentalnego posługiwania się ciałem, a więc i osobą. W takiej perspektywie przeszczepienie narządów, wszczepianie tkanek nie stanowiłoby już aktu ofiary, ale byłoby równoznaczne z wywłaszczeniem lub ograbieniem ciała.

Ta laurka dotyczy ustawy pozwalającej na swobodny handel ludzkimi gametami, w które w chwili obecnej zaopatrujemy dużą część Europy Zachodniej, najczęściej bez wiedzy dawczyń i dawców, bardzo często przy rozległych nadużyciach. Zawsze przy złamaniu prawa poczętych w ten sposób dzieci do wiedzy o swojej genetycznej tożsamości.
Co żadną miarą nie jest równoznaczne z redukcjonistycznym i materialistycznym traktowaniem przyszłego dziecka i jego praw, skądże znowu, apage satana i Magdaleno Środo.
Przywoływanie w tym kontekście figury retorycznej, "naszego papieża", która to figura tradycyjnie ma legitymizować każdy napisany i pomyślany w Polszy nonsens, jest po prostu kuriozalne, nie mówiąc już, że skandaliczne.
Wyjątkowo jestem pewna, że Karol Wojtyła alias Jan Paweł II zgodziłby się ze mną w tym punkcie. Poza wszystkim naprawdę nie wiem, dlaczego Naczelna Izba Lekarska nie informuje, co na temat handlu organami ma do powiedzenia Tenzin Gjaco czy Patriarcha Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego? Za mało naukowi i medyczni są czy jak?

*

Wracając do Roberta Dżeja i jego badań* prowadzonych przez Rockway Institute:
Badaniami objęto czterdziestu ojców, którzy zostali rodzicami w sposób opisany wyżej (płatna surogacja, zakup oocytu, zapłodnienie nasieniem jednego lub obu partnerów, przekazanie praw po porodzie), wszyscy ojcowie pracują, wszyscy zaliczyli po porodzie spadek dochodów, deprywację snu (ha, skąd my to znamy) i, odkąd zostali ojcami, odczuwają wyraźny wzrost samooceny oraz poprawę relacji w pracy i najbliższej rodzinie.
Poza tym większość z nich zmieniła mieszkanie na większe i zatrudniła nianię.
Inne interesujące dane:

- średnia długość związku rodziny gejowskiej decydującej się na dziecko wynosi 12 lat;
- żadna z par nie rozstała się odkąd urodziły się dzieci, choć przeżywają kryzysy;
- więcej niż połowa straciła przyjaźnie z okresu "sprzed dzieci";
- choć badana grupa przed urodzeniem dzieci określała się jako "niereligijni", po urodzeniu dziecka aż 47% zadeklarowało wzrost religijności (chlip);
- informacja zupełnie nieprzydatna dla wszystkich poza Frondystami do dziś lejącymi łzy nad Rodzicem A i Rodzicem B: dzieci zwracają się do ojców daddy, baba, papa

Teraz rzucę bombę na Frondę i deklarującego konserwatywne poglądy Jacka Poniedziałka: otóż z badań prof. Greena wynika (Sziwie dzięki badał on tylko populację zepsutej Kaliforni), że 62% gejów deklaruje chęć zostania rodzicem, a 70% deklaruje chęć wstąpienia w związek z małżeńskim z partnerem. Potwierdza się więc najczarniejszy scenariusz Krzysztofa Ziemca, Tomasza Terlikowskiego i Brygidy Grysiak : daj kurze grzędę, a ona wyżej siędę.

To były pozytywne wieści. Mniej pozytywne są następujące:

- Robert Dżej jest bardzo fajnym facetem i nie wątpię, że także fantastycznym ojcem. Niestety stoję na straży  poglądu Konwencji Praw Dziecka, iż każdy człowiek ma prawo do wiedzy o swoim genetycznym pochodzeniu, a dziecko nie może być przedmiotem handlu niezależnie od tego, czy handel ten miałby się odbywać postnatalnie czy prenatalnie. Włączam w to także handel gametami.

- średnia zarobków rodzica geja wynosiła czterysta koła zielonych, tłumaczę na literacką polszczyznę: czterysta tysięcy dolarów rocznie. Chyba nie muszę wyjaśniać, jak koreluje to z ekonomiczną dyskryminacją gejów pracujących w Taco Bell?

- piramida interesów w adopcji społecznej i medycynie rozrodu wygląda identycznie i nie jest to dobra wiadomość dla gejów. Ani dla pomysłowych heteroseksualistów, którzy, jak wiemy z innej notki, pasjami lubią udawać, że zapłodnienie nasieniem dawcy lub z użyciem komórki dawczyni nie jest póładopcją prenatalną.
Jest to jednocześnie piramida nadużyć.
Podstawę trójkąta tworzy dobro dziecka, jego prawa i oczekiwany dobrostan. Dopóki pozostajemy na poziomie ogólników, większość przyszłych rodziców akceptuje obecność tej podstawy: to jasne, że dziecku ma być dobrze.
Szczegółowe gmeranie patykiem w "dobrostanie" i "prawach" ujawnia jednak wielość interpretacji tych pojęć. Na przykład czy dziecko musi koniecznie wiedzieć, kto był dawcą genów? Kto je urodził? Na jakich warunkach? A po co?
Generalnie wszyscy jesteśmy za prawami, szacunkiem i zapewnieniem bezpieczeństwa, ale gówniarz musi znać swoje miejsce, które w intuicji większości Polaków stoi zaraz za ich osobistym prawem do rozmaitych rzeczy, na przykład prawem do własnej wykładni obu tych terminów.

Dlatego kursy dla rodziców adopcyjnych są dobrym wynalazkiem: odzierają ze złudzenia sprawczości dając w zamian uodparniającą szczepionkę realizmu i pokory. Powinien przejść je każdy rodzic, nie tylko adopcyjny.
Podczas takiego kursu uzupełnia nam się również drugi stopień piramidy interesów- jest nim interes matki biologicznej, dawczyni lub surogatki.
Są one uznawane za grupę -zaraz po dziecku- najbardziej podatną na wykorzystanie.

Nie ma co ukrywać: wbrew tendencjom promowanym przez Caroline O'reilly, które popieram, średnią dawczyń i surogatek stanowią młode kobiety w złej lub dramatycznej sytuacji ekonomicznej.
 Szukają okazji dodatkowego zarobku, często są to także pacjentki namawiane do dawstwa z programem dzielonego oocytu. Polega on na oddaniu połowy uzyskanych podczas stymulacji komórek, w zamian za co biorczyni pokryje połowę kosztów zabiegu in vitro.
Brzmi to nieźle, niestety nie ma w chwili obecnej ani jednej kliniki w Polsce, która by pacjentki z programów z dzielonymi oocytami informowała o dalekosiężnych skutkach psychologicznych, jakie mogą towarzyszyć tej decyzji i wprowadzała do tematu jawności dawstwa oraz praw dziecka.
Normą jest także niepodpisywanie umów o dawstwie gamet, brak opieki psychologicznej nad dawczyniami i biorczyniami oraz brak jakichkolwiek oficjalnych regulacji w tym zakresie.
Tak oto wygląda polska praktyka dawstwa i biorstwa dziejąca się w kraju, w którym Naczelna Izba Lekarska cieszy się z obowiązującej ustawy transplantacyjnej realizującej pryncypia nauczania Jana Pawła II.

Surogatki są w jeszcze trudniejszej sytuacji.
Chciałabym wierzyć, że kobiety użyczające swoich macic robią to dla idei i z potrzeby altruizmu, ale praktyka surogacji komercyjnej zdaje się wskazywać na dominujące znaczenie innych motywacji. Wysoki odsetek matek, często już wielodzietnych, z roczników 88-91, o wykształceniu średnim i niżej, daje wyobrażenie, kim są oferentki banków surogacyjnych w USA. Poza USA jest tylko gorzej.
Utrzymywanie się w przekonaniu, że korzystając z ich usług korzystamy z wolnego rynku, w którym uczestniczy każdy na mocy wolnej woli, jest brnięciem w fantastyczną społeczną niewrażliwość, która ma zamaskować fakt, że bierzemy udział w realnym wyzysku.
Z drugiej strony nie można pominąć badań Blytha (1991) i van der Akkera (2003), którzy przeprowadzili wywiady z siedemnastoma amerykanskimi surogatkami twierdzącymi, iż ich motywacje były w przeważającej części altruistyczne:


 Most surrogates enjoyed pregnancy and childbirth, and many surrogates said surrogacy fulfilled or added something to their lives (increased feelings of self-worth and self-confidence, and the development of intense and unusual friendships with the commissioning parents, particularly the commissioning mothers). In van den Akker’s (2005c, in preparation) samples, some surrogates went through a phase of positive personal development (climbing a mountain, starting a degree, studying midwifery, etc.). Relinquishment of the baby was a happy event for most surrogates, although some said they felt relief when it was all over. Happiness was mixed with sadness during relinquishment for a proportion of the women. Similar sentiments were found in American surrogates by Ragone (1994)
Oczywiście siedemnaście surogatek to bardzo mała próba, niemniej nie należy jej lekceważyć. Do podobnych wniosków dochodzi Robert Jay Green w badaniu, w którym udział wzięło 300 dawczyń komórki jajowej i 600 surogatek. Surogatki deklarują satysfakcję i utrzymywanie kontaktu z rodzinami, którym urodziły dziecko.

*

Kiedy córka Roberta Jaya zapytała z wdziękiem trzylatki "tato, kto jest moją mamą, bo dwóch panów nie może mieć przecież dziecka?" otrzymała odpowiedź "pewna miła pani zgodziła się nam cię urodzić i oto jesteś".
Prawda i nieprawda.
Miła pani się zgodziła, bo dzięki temu mogła sobie opłacić czynsz czy co tam chciała. Nikt jej do tego nie zmuszał. Nikt nie odbierał siłą dziecka. Tru, tru, tru.
Czy miła pani by cię urodziła, gdybyśmy ją o to ładnie poprosili?
Szczerze wątpię. Surogacja niekomercyjna zawsze będzie marginesem, bo oddaje bezcenne (czyli dziewięć miesięcy ciąży, obciążenie własnego zdrowia, zaangażowanie hormonów i emocji) w imię idei, jaką jest uszczęśliwienie tych, którzy bez naszej pomocy nie zostaną rodzicami.
Jeśli Robert Jay chce nieść rodzicielską nowinę innym parom gejowskim to koncepcja niekomercyjnej surogacji jest dla niego bezużyteczna. Altruistyczne surogatki nie zaspokoją popytu dziesiątek, setek, tysięcy par gejowskich. On to wie i ja to wiem. Wszyscy to wiemy.
Pozostaje więc surogacja płatna, która pozostawia bez odpowiedzi wszystkie pytania stawiane na drugim poziomie piramidy interesów: czy matka biologiczna/surogatka jest świadoma swojej decyzji i podejmuje ją bez finansowej presji? Czy podjęła ją po konsultacjach z psychologiem i po rozważeniu krótko- i długoterminowych skutków? Czy własne dzieci surogatki powinny mieć kontakt z rodzeństwem i jak zjawisko "znikającego niemowlęcia" odbije się na ich poczuciu bezpieczeństwa? Jaki powinien być limit oddanych oocytów, próbek nasienia, donoszonych ciąż? Czy każda ciąża uzyskana w ten sposób jest monitorowana i otoczona opieką doradców rodzinnych, których celem jest reprezentacja interesu surogatki i dziecka, a nie tylko pomyślna finalizacja transakcji? Czy dla urodzonego w ten sposób dziecka wiedza o tym, iż jest efektem transakcji zawartej z dawczynią oocytu i surogatką, nie będzie wiedzą obciążającą i negatywnie wpływającą na postrzeganie samego siebie?
Wreszcie: kto będzie faktycznym beneficjentem takiej surogacji, skoro- aby miała ona szansę być przeprowadzona w bezpieczny sposób, z profesjonalnym doradztwem psychologicznym dla rodziców, dziecka i surogatki, oraz z  amortyzacją kosztów zapłodnienia, ciąży i porodu- jej koszt nie zejdzie do poziomu dostępnego dla większości?

Odpowiedź na niektóre z tych pytań dają kolejne badania, w tym cytowane już badania Blytha i van der Akkera, z których wynika, że - poza szeregiem skutków, które były akceptowane przez surogatki i zostały odebrane przez nie jako wartości dodane surogacji- część surogatek czuła się wykorzystana i oszukana zerwaniem z nimi relacji po urodzeniu dziecka.
Wszystkie surogatki biorące udział w badaniach Blytha (1995) i van der Akkera (2003, 2005) posiadały już własne rodziny, w tym dzieci, dla których "znikające niemowlę" było niezrozumiałym zjawiskiem:

As a result of this, most surrogate mothers expected some contact between them to continue following relinquishment of the baby, so that they maintained their new friendships and their children could still see the surrogate child. It was argued that this made it easier for their own children to understand what is involved and who the couples are who will have their mother’s ‘tummy baby’. Unfortunately, in some cases, this contact ceased unexpectedly after the legal proceedings had been completed. It is seen as a betrayal when the intended couple with the surrogate baby disappears from the surrogate and her children’s live.
*

To wszystko powoduje, iż rodzicielstwo surogacyjne jest bardzo nieprzewidywalne w swoich społecznych skutkach niezależnie od szczegółowości podpisanej umowy, bo uczestniczą w nim co najmniej cztery jednostki, z których każda może mieć inny pomysł na interpretację "dobra dziecka" w przyszłości.
A to z kolei powoduje, że ryzyko zaniedbania prawa dziecka staje się bardzo wysokie.
Surogacja jest ponadto rozwiązaniem trudnym do skontrolowania z powodu niemożności przeprowadzenia badań długoterminowych, narażającym surogacyjne matki na ryzyko eksploatacji, a urodzone w ten sposób dzieci na gubienie ogniw w łańcuchu ich pochodzenia.
Nie jest więc prawdą, że surogacja to tylko rodzenie dzieci przez miłe panie.
W tle mamy jeszcze matki genetyczne (dawczynie), które zupełnie znikają z amerykańskiego obrazka i niestety także z życia dziecka.

Na końcu wreszcie objawia się czubek piramidy i jest to- duże zaskoczenie dla polskich dla biorczyń i Roberta Jaya- interes oraz pragnienia przyszłych rodziców.
Jest więc tak, że najsilniejszy argument kochającej się gejowskiej pary czy kochającej się pary korzystającej z dawstwa, a brzmi on "JA CHCĘ BYĆ RODZICEM, BO MAM PRAWO", zostaje rozpatrzony w ostatniej kolejności.

Pomysły w rodzaju mieszania spermy dwóch partnerów, aby oboje mieli poczucie, że dziecko jest ich wspólne (czytaj: nie wiadomo, który plemnik zapłodnił jajo) są naprawdę beznadziejne, choć rozumiem, dlaczego Rockway Institute je rozważa i promuje. Jednak w rodzicielstwie powinno chodzić o coś więcej niż o ochronę wątłej sajko dwóch dorosłych facetów, dwóch dorosłych kobiet czy dorosłej pary.

I to jest głęboko fair, wbrew pierwszym intuicjom, bo skoro para deklaruje chęć posiadania dziecka to powinno to oznaczać, że sama wyszła już z okresu piaskownicowego dzieciństwa.
Ogarnijcie się więc, Chłopcy, i prześledźcie od początku piramidę zadając sobie pytanie, jak przejść przez poziomy piramidy w sposób odpowiedzialny i mający na uwadze dobro dziecka?
Tym rozwiązaniem dla gejowskich rodzin powinna być adopcja.
I, szczerze, jeśli kiedykolwiek będziecie, Chłopaki, potrzebować, aby ktoś szedł z Wami w pierwszym rzędzie pochodu krzycząc o prawa adopcyjne dla gejów to możecie na mnie liczyć. Pójdę choćby i w Rzeszowie przed nosem posłanki Wargockiej.
Ale na wsparcie w rodzicielstwie przez surogację nie liczcie.
Dopóki nie macie możliwości samodzielnego urodzenia dziecka nie mamy o czym gadać, bo zbyt wiele interesów koliduje z Waszym oczekiwaniem, aby móc postawić Wasze oczekiwanie na miejscu pierwszym. Pierwsi muszą być zawsze ci, którzy są bardziej bezbronni, a najbardziej bezbronne jest dziecko, potem surogatka/dawczynie, na samym końcu mamy przyszłych rodziców, którzy muszą przełknąć tę gorzką pigułkę.

Z tych i innych powodów, dla których już zabrakło miejsca w notce, wynika więc, że kobiety decydujące się na założenie jednopłciowej rodziny zachowują się w biologicznej realizacji swojego pragnienia o wiele bardziej fair w sensie społecznym i pedagogicznym, niż mężczyźni w podobnej sytuacji.
Okolicznością niezręczną jest zaś ta, iż posiadanie macicy jest tu warunkiem  kluczowym, a posiadanie macicy nie zależy od zasług ani przewin, a od chromosomu w plemniku tatusia.

Nie jest jednak przypadkiem, że w obszarze trudności z poczęciem dziecka rozróżniamy aż trzy stany: subfertylność, niepłodność i bezpłodność.
Dwa pierwsze są jasne, trzeciemu przy okazji tego tematu należy się słowo: bezpłodność jest z założenia niesprawiedliwością losu, bo nie jest sprawiedliwe, że mężczyźni z niewykształconymi jądrami lub wygasłą spermatogenezą nigdy nie będą mogli mieć biologicznych dzieci.
Nawet jeśli są o niebo milsi, zabawniejsi i inteligentniejsi od Zbigniewa Ziobro, co nie jest znów tak wielką sztuką.
To samo odnosi się do kobiet: brak macicy nie jest ani godny, ani sprawiedliwy, ale zaprawdę powiadam Wam: jest jak jest i lepiej być nie może, dopóki prace badawcze nad transplantacjami macicy nie pójdą do przodu. Na razie stoją w miejscu.
To sytuacja, która jest nieprzekraczalna dla tysięcy bezpłodnych par heteroseksualnych, to także sytuacja, z którą konfrontowane są pary gejowskie. Tak, to smutne. Tak, to nie jest w porządku. Ale wyżej dupy się nie podskoczy, moi mili, dlatego należy szukać rozwiązań z jednej strony realnych, z drugiej strony bezpiecznych dla dziecka, genetycznego rodzica i rodziców prawnych.


W tym punkcie ktoś mógłby słusznie zauwazyć, ze o ile dziecko jest szczęśliwe i ma zaspokojone podstawowe i ponadpodstawowe potrzeby życiowe, to nie ma sensu kłócić się o jawność dawstwa i zasady wynajmowania macicy.
Po pierwsze jednak należałoby uściślić, kogo mamy na myśli mówiąc "dziecko". Bo jeśli jest to trzyletni berbeć to zapewne spora część bogoojczyźnianych heteryków przegrałaby w przedbiegach z Robertem J. i jego mężem.
Problem w tym, że dzieci dorastają, chorują, dojrzewają i część z nich- a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że większość- zakłada własne rodziny.
Pytania "skąd jestem i dlaczego jestem?" zadaje w pewnym momencie życia prawdopodobnie każdy. Warunki, na których przyszliśmy na świat, są dla wielu z nas istotne, warto więc troszczyć się o to, aby odpowiedź na te pytania nie niszczyła więzi między rodzicami i dziećmi.

Po drugie: pytanie o pochodzenie często pada w innych okolicznościach, na przykład w szpitalu, w którym rodzic musi podjąć błyskawiczną decyzję: dalej bawimy się w niejawność czy ratujemy zdrowie i życie córki/syna podając prawdziwe dane?
A tak w ogóle które dane są prawdziwe, skoro - za sugestią Roberta Jaya- zdecydowaliśmy się wymieszać swój materiał genetyczny z materiałem partnera, aby "uwspólnić" dziecko?
To z kolei cofa nas do fundamentalnego pytania: skoro tak się rzeczy mają to komu ma służyć taka forma rodzicielstwa- dziecku czy rodzicom?
Krzyżowanie ras kotów wydaje się być bezpieczniejsze, a dostarcza niemal tej samej ilości wzruszeń, co zabawa z mieszaniem nasienia dwóch partnerów, aby podczas porodu przeżyć fenotypową niespodziankę.

*

Jednak, co trzeba podkreślić wężykiem, nierówność spowodowana ograniczeniami biologicznymi nie jest tym samym, co nierówność spowodowana uprzedzeniami społecznymi. Dramat polega zaś na tym, że te dwie sytuacje są nierozróżnialne przez polskie posłanki i posłów.
O ile warunkiem rodzicielstwa biologicznego i/lub genetycznego jest reprodukcyjna wydolność, o tyle warunkiem rodzicielstwa adopcyjnego jest wydolność wychowawcza, ta zaś nie jest przyznawana według klucza koedukacyjnych sypialni.
Cała reszta, czyli dowodzenie, iż kompetencje rodzicielskie, życiowe i wychowawcze nie zależą od orientacji seksualnej (nie powinna więc ona odgrywać roli podczas procedury adopcyjnej), byłaby obraźliwa dla inteligencji każdego czytającego tę notkę, więc zostawię ją wyłącznie tym, którzy odczuwają potrzebę udowadniania, że są bucami.

Na koniec pragnę wyrazić głęboką abominację w stosunku do postawy Poniedziałka Jacka, któremu obiecywałam sobie wcześniej zadedykować oddzielną notkę poświęconą jego stosunkowi do adopcji przez pary gejowskie, ale wyszło tak, że dostał tu tylko trzeciorzędną rólkę:
Shame on you.

_________________________


Publikacje, do których odnosi się notka i które polecam zainteresowanym tematyką rodzicielstwa gejowskiego:


Tasker, F. and Bigner, J. (eds) (2007) Gay and lesbian parenting: New directions. New York: Haworth Press.


* Bergman, K., Rubio, R.-J., Green, R.-J. & Padron, E. (2010). Gay men who become fathers via surrogacy: The transition to parenthood. Journal of LGBT Family Studies, 6, 111-141.


Green, R-J. (in press). Gay and lesbian families: Risk, Resilience, and Raising Expectations. In F. Walsh (Ed.), Normal Family Processes (4th.ed.). New York: Guilford.


Brodzinsky. D.M., Green, R.-J., & Katuzny, K. (in press). Adoption by lesbians and gay men: What we know, need to know and ought to do. In D. M. Brodzinsky & A. Pertman (Eds.), Adoption by lesbians and gay men: Research and practice issues. New York: Oxford University Press.


http://humupd.oxfordjournals.org/content/13/1/53.full.pdf





poniedziałek, 8 sierpnia 2011

wielka księga bezeceństw czyli kolonie po polsku

Telefon zadzwonił akurat, gdy usypiałam ziewającego Młodszego.
- mogę zająć pani chwilę? zapiał sopran w słuchawce i nie czekając na odpowiedź wystrzelił pytaniem, jakie książki dałam synowi na kolonię?
- "Pamiętnik niegrzecznego psa", odpowiedziałam niepewnie
- proszę pani, bo pani nie wie co się stało, on powiedział, że kupiła mu pani jakąś "wielką księgę siusiaków" i demoralizuje kolegów...
Kolonijna wychowawczyni mojego syna była bardzo poruszona.
- Czy pani wie, pytała retorycznie, że w tej książce są takie określenia jak bzykać, ciupciać, brandzlować?!

***

Granice mojej percepcji rodzicielskiej poszerzyły się po raz kolejny, tym razem za sprawą rozmówczyni, od której dowiedziałam się, że jest to książka nienadająca się dla dzieci, dyrektorka jest wstrząśnięta, nie spodziewała się czegoś takiego.
Kolonia była wyraźnie dla dzieci z "dobrych domów", co ostatecznie mnie utrwaliło w poglądzie, że porzucenie przeze mnie koncepcji elitaryzmu związane z rezygnacją ze szkolnictwa społecznego było ze wszech miar słuszne i dziesięć razy lepiej bym zrobiła upierając się przy obozie harcerskim.
Monolog trwał już jakieś dwie minuty, kiedy zaczęłam powoli dochodzić do siebie i rejestrować, że oto jestem regularnie opierniczana za brak umiejętnosci wychowawczych i demoralizację własnego dziecka.

Przy okazji uświadomiłam też sobie, że skoro w naszym społeczeństwie istnieje możliwość uczenia dzieci, że Darwin był idiotą (gdyż się w to wierzy), to istnieje także możliwość uczenia dzieci, że pewna część dorosłych ludzi stosuje prezerwatywy celem zapobieżenia ciąży i chorobom przekazywanym drogą płciowym (gdyż się taką koncepcję podziela).
Obie koncepcje mają prawo istnieć, jak długo ich głoszenie nie narusza cudzych granic- realizacja mojego prawa nie naruszała dotąd cudzych granic, ale nie jestem duchem świętym i nie byłam w stanie przewidzieć, że mój syn wywinie numer i zajmie się edukacyjną misją wobec rówieśników.
Nie umiałam wprawdzie oszacować zakresu tej edukacji, bo ze słów wychowawczyni wynikało, że doszło do czegoś pomiędzy zbiorową orgią, a teoretycznymi warsztatami z "Justyny czyli nieszczęść cnoty", jednak jako człowiek z natury łatwowierny przyjęłam, iż wydarzył się kataklizm.
Książki synowi na kolonię nie dałam i nie umiałam powiedzieć, jakim cudem znalazła się w walizce. Ponieważ jednak mamy ze Starym zwyczaj puszczania dzieci wolno po własnym mieszkaniu, to zawsze istnieje szansa, że podejdą do półki z książkami i wezmą, co chcą.

Przerwałam więc rozmówczyni mówiąc, że chciałabym mieć szansę przedstawienia swojego stanowiska, co zaowocowało tym, że przez dobrą minutę mówiłyśmy w stereo, gdyż byłam zagłuszana i nie dopuszczano mnie do głosu.
Kiedy już się to udało, wyjasniłam, że:
- mój syn zabrał książkę bez mojej wiedzy i wbrew naszym ustaleniom;
- kupiłam tę książkę świadomie i zgadzam się z wieloma tezami w niej zawartymi, jest to mój pogląd, ale jest to pogląd, ktorym nie epatuję i oczywiście uznaję różne wrażliwości innych rodziców. Właśnie dlatego jest to nasza książka domowa (wygłaszając ten stand pot perlisty wystąpił mi na czoło. Jeśli czytelnik sądzi, że to prosto powiedzieć "a ja, kurna, uważam, że siusiaki są w porzo" to informuję, że w warunkach polskich cholernie nieprosto);
- chcialabym poznać cel naszej rozmowy oraz dowiedzieć się, co mogłabym w tej sprawie zrobić konstruktywnego.

W odpowiedzi usłyszałam, że trzeba samemu pakować dziecko i kontrolować zawartość walizki.
Ponadto moja rozmówczyni nie rozumie, że chcę wychowywać swojego syna w kulcie dla rozpasania seksualnego.
Celem naszej rozmowy jest uświadomienie mi, że pozostałe dzieci zostały nieodwracalnie zepsute treściami tej ksiązki i porobiły sobie z niej nawet notatki (oborzeborze!). Awantura jest wielka, to pani dyrektor będzie teraz oskarżana przez innych rodziców, a nie ja.
I co ona ma im wówczas powiedzieć?!
Dodam, że do końca kolonii zostały trzy dni i doprawdy nie wiem, dlaczego sprawa pękła dopiero dziś- albo dzieci się tajniaczyły, albo nie wiem co, zresztą to nie moja sprawa.
I właśnie to ostatnie próbowałam wyjaśnić pani dyrektor: to nie moja sprawa, co ona z tym teraz zrobi. Jest mi przykro, że mój syn złamał naszą umowę, oczywiście porozmawiam z nim, ale są to sprawy naszej rodziny i nie będą omawiane publicznie, ani z nią przez telefon.
Nie mam pomysłu, co mogłabym zrobić z odległości 300 km z faktem, że dzieci zrobiły notatki.
Nie mam pomysłu, co pani dyrektor ma odpowiedzieć innym rodzicom.
Oczekiwanie, że się pokajam i przeproszę było wyrażone bardzo wprost, niestety pozostałam na nie głucha.

Odłożyłam słuchawkę. Wprawdzie potraktowano mnie jak gówniarę objeżdżając z góry na dół z powodu oskarżeń, których prawo do stawiania przez dyrektora kolonii nie jest dla mnie jasne, jednak gdzieś na dnie totalnego zdołowania majaczyło mi, że:

- dziesięciolatki mają prawo zachować się gówniarsko;

- mam prawo wychowywać swoje dzieci w poszanowaniu dla zasad, które są dla mojej rodziny ważne, nawet jeśli te zasady nie są ważne dla innych rodzin;

- nie muszę się tłumaczyć z tego, dlaczego słowo "prezerwatywa" mnie nie bulwersuje i uważam za stosowne podzielić się wiedzą o tym (przykrawaną do rozumienia dziesięciolatka) ze swoim synem. I odkrycie: zdarzają się dorośli ludzie oczekujący ode mnie, że się jednak wytlumaczę i przeproszę;

- łatwiej jest uczyć swoje dziecko, że o koleżance mówimy per suczka bądź świnka niż podzielić się z nim podejrzeniem, że bóg nie istnieje, a narządy płciowe są takimi samymi częściami ciała jak każde inne.


Zadzwoniłam do syna, ale niestety! Dzieci miały wyznaczoną jedną godzinę dziennie do kontaktów z rodzicami i ta godzina minęła. Musiałam więc czekać cały dzień, aby usłyszeć wersję małego grzesznika.
W tym czasie przypomniałam sobie, że Wielka Księga Siusiaków zabrana na wczasy z babcią po prostu została w tylnej kieszeni walizki, bo jej nie wypakowałam. Zapomniałam tam zajrzeć.
Wyglądało więc na to, że sama pchnęłam mojego syna w szpony obsceny i grzechu narażając niewinne duszyczki pozostałych kolonistów.
Następnego dnia zapoznałam się z opowieścią syna:

Otóż gówniarzyk zaproponował czterem kolegom napisanie listu do autora. Istotnie, w książce jest prośba skierowana do czytelników, która brzmi "jeśli znacie jakieś określenia siusiaków, których nie ma w tej książce, a których używacie, piszcie do mnie śmiało" i tu podany mail. Pod tym cała lista nazewnictwa od siusiaka począwszy przez wacki, cześki itd.
Panowie wymyślili więc twórczo, że podadzą mu swoje określenia, których spis w pocie czoła umieścili na karteczce. Sprawa się wydała, pięciu chłopców wezwano na dywanik i przeprowadzono dochodzenie.
Mój syn został poinformowany w obecności kolegów, że jest niedopuszczalne, żeby miał taką książkę, że to książka nie dla niego, że jego mama popełniła błąd, bo tak sie nie wychowuje dzieci, że książka jest obrzydliwa i wulgarna. Że Starszy złamał prawo innych rodziców do wychowywania dzieci tak, jak uważają za stosowne, a edukacja seksualna jest tematem bardzo delikatnym i nie należy o nim rozmawiać.
"Próbowałem powiedzieć, mamo, że ta książka znalazła się w mojej walizce przez przypadek i wcale mi jej na kolonię nie dałaś, ale pani powiedziała, że nie wolno mi nic mówić i mam słuchać".
Za karę pięciu winowajców nie poszło na basen.

Pomyślałam z czułością o smarkatej druhnie mojego syna, która maluje oczy dookoła czarną kreską, ma pięć kolczyków i czyta fatalną literaturę, a jednak jestem dziwnie pewna, że poradziłaby sobie z tą sytuacją o niebo lepiej niż pani wychowawczyni, nauczycielka szkolna, lat 50.

Parę dni temu Starszy wrócił.
W ręce trafił mi corpus delicti: kartka, na której pięciu 10latków spisało swoje określenia dotyczące męskich narządów płciowych. Ze względu na drastyczność użytych terminów zrobię teraz odpowiedni odstęp, aby osoby o co większej wrażliwości słownej mogły w tej chwili przerwać lekturę.
Na kartce znajdowało się sześć okresleń:



















psipsiak
pitek
pitulinek
frendzlasty
pociągaj
kutapas


***
A oto, jak doszło do tej dramatycznej sytuacji seksualnego rozpasania i dni Sodomy. Po spisaniu rzeczonych bezeceństw, kartka przypadkowo wypadła z notesu kolegi Kuby i spłynęła wprost (jak w dobrej sensacji) pod nogi wychowawczyni.
Rada kolonijna w osobie wychowawczyni i dyrektorki nakazała im opowiedzieć, czemu wypisali te "świństwa".
- bo w książce tak napisali, odparł mój syn
- w jakiej książce?! spytała pani wychowawczyni
- no w Wielkiej Księdze Siusiaków
Tu mój syn wyjaśnił, że książkę dostał od rodziców w czerwcu. Wychowawczyni  wyraziła niedowierzanie, że istnieje w ogóle jakakolwiek książka o siusiakach. Gdyż nikt ksiązek o wulgaryzmach nie pisze, a tym bardziej nie daje ich dzieciom.
- to ja przyniosę i pokażę, zaoferował się usłużnie Starszy.


Tym sposobem również wychowawczyni dostała szansę poszerzenia granic swojej percepcji. Wczytywała się w książkę, a jej oburzenie rosło proporcjonalnie do ilości adrenaliny produkowanej przez gruczoły dokrewne. Niespodzianka, pani pedagog, ludzie piszą nie tylko książki o siusiakach, ale nawet o cipkach. I aborcji. Dla dzieci.
Starszy zapierał się, że edukacji globalnej nie było, gdyż macierz kazała książkę zachować dla siebie, więc zachował. Ale spisanie nazw siusiaka? To insza inszość, korespondencja z autorami jest bardzo wskazana, rodzice zawsze ją popierali, a tu nadarzyła się okazja podbicia towarzyskiego statusu kolonisty, więc skorzystał.
Starszy jest dzieckiem, które bardzo dba o niewychylanie się i brak obciachu, a zapytane o profesję rodziców odpowiada bez drgnienia powieki "matka jest kucharką zawodową, a ojciec gazeciarzem".
Przyciśnięty przez Starego, dlaczego wciska taki kit, odparł "a co mam mówić? Skąd mam wiedzieć, jaki ludzie mają pogląd na in vitro i politykę?".
Jednym słowem wyglądało na to, że cała afera rozegrała się o kutapasa i pitulka. To właśnie nimi mój syn zdewastował wrażliwą psychikę kolegów, którzy wprawdzie nie wahali się oglądać Różowych Majteczek o 23.30 (każdy pokój na Koloniach Dla Dzieci z Dobrych Domów posiadał telewizor z kablówką), ale wiedza o erekcji i nocnych polucjach mogła ich nieodwołalnie zepsuć.

***

Czytając spis nie mogłam się powstrzymać przed zaskoczeniem graniczącym z -jednak!- pewną dozą rozczarowania (choć to bardzo niepedagogiczne, wiem) i powiedziałam:
- synu, no nie ukrywam, spodziewałam się tu większych wulgaryzmów
Starszy wzruszył ramionami i odparł:
- wszystkie wulgaryzmy już wypisano w tej ksiązce, to co niby mieliśmy jeszcze wymyślić?

***

Teraz powinnam chyba wysłać maila do autora i opisać mu tę historię. Nie wiem tylko, naprawdę nie wiem, jak po angielsku będzie "psipsiak"

***

Pytana w Sztokholmie o program profilaktyki niepłodności, jaki wdrożyła Polska, wiłam się jak Piekarski na mękach:
- eee.. bo ty nie rozumiesz, w Polsce jest jakby trochę inaczej, wyjaśniałam reprezentantce Izraela, wprowadzenie dystrybutorów z kondomami jest naprawdę niemożliwe.
- ale dlaczego, dopytywała Ofra, to jak edukujecie dzieci seksualnie bez ruszenia tematu prezerwatyw?

Droga Ofro, obawiam się, że skoro dziesięciolatki nie mają prawa mieć siusiaka, nie mówiąc o frendzlastym czy wacku, dojście do tematu lateksowego ubranka na rzeczony jest tym bardziej nierealne.
Zresztą to przecież nieważne, grunt to wychować dzieci na prawdziwych Polaków, którzy w chwili próby założą powstańczy hełm i pójdą pod grad kul, aby oddać życie za Ojczyznę.
I żaden kondom im w tym nie przeszkodzi, tak nam dopomóż rzęsistku i nastoletnia ciążo!