Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dawstwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

lekarze, odwagi! Słów parę o liberalizmie w medycynie

Ponieważ pojawiły się głosy, że Lemingarnia tchnie społeczną depresją, oto krótki katalog dobrych nowin:
- 11 kwietnia do stołecznego zoo przyjechał takin o imieniu Benny. Tak wygląda:














- w najbliższą sobotę temperatura ma sięgnąć 30'C

- Harry Potter pokonał Voldemorta

Możemy przejść do dalszej części notki, będzie jak zawsze.

Disclaimer: lubię lekarzy. Naprawdę bardzo i bez ironii. Ale.



scenka I:

dr Y: bo ja pani powiem prosto, nie żeby panią obrazić, tak dla jasności. Słyszała pani o Lindberghu? Proszę nie brać tego osobiście, ale pani jest jak Lindbergh. Bo co to dobrego komu przyniesie? Po prostu nazizm też zaczynał się od idei i czym się to skończyło? A powiem pani, bo pani jest młoda, w zasadzie jak dziecko przy mnie, że w Polsce był PRL, a teraz mamy rządy katolickie. I jeśli nie będziemy cicho to w końcu nam się dobiorą do dupy.

ja: (wyrozumiałe milczenie, rozumiem wszystko i w ogóle, w drugim zdaniu Godwin, wow, jak dotąd dr Y jest najwyżej w rankingu)

scenka II:

dr Q: teoretycznie podzielam pani założenia, tylko że myślę o Włoszech i Antinorim. No wszystko było dobrze dopóki Antinori nie ogłosił, że sklonował ludzi i że dwie kobiety są w ciąży. Na szczęście nie urodziły, ale jakie to miało skutki? Zaostrzenie ustawy, teraz Włochy mają najgorsze prawo bioetyczne w Europie. I ten liberalizm się skończył. Tak, on się skończył po prostu. Więc jeśli zgłaszamy takie postulaty jak jawność dawstwa i centralne rejestry dawców, czy w ogóle szerzej ustawa, prawda, to miejmy na uwadze, że liberalizm się skończy i że za to zapłacimy.


Zatem ogłoszenia parafialne:

1. aczkolwiek argument o smarkaterii zasadniczo mi pochlebia (dziękuję ci pudrze chanel, cudownie rozpraszasz światło), jestem także niezwykle wdzięczna za krótki apdejt historii najnowszej, to jednak wolałabym dyskutować bez argumentów ad hominem i zapędzania się w ageizm.

2. Antinori Severino. Postać, która wywołała wiele zamieszania wokół swojej osoby ogłaszając w 2002 roku, iż udało jej się wyhodować sklonowany ludzki embrion. Embrion miał być transferowany do macicy anonimowej matki zastępczej, jednakże do porodu nie doszło i nie było komu wysyłać kwiatów na porodówkę.

3. Włochy. Kraj ojczysty Severino Antinoriego. Było tam bardzo wesoło i progresywnie, aż Antinori podzielił się swoim sukcesem o sklonowaniu człowieka i szeregiem pomniejszych sukcesów zapłodnienia kilkudziesięciu matek w wieku 55-60+ w prowadzonej przez niego klinice leczenia niepłodności.
Wtedy kraj mozarelli i Sophii Loren doszedł do przykrej refleksji, że jednak sprawy zaszły nieco za daleko. W konsekwencji rok później przyjęto restrykcyjne prawo bioetyczne, o którym szerzej napisano w tej notce, a także w wielu innych bardziej godnych polecenia źródłach.
Italia przykryła się kirem żałoby, żadnego klonowania i żadnego, nawet malutkiego, zapłodnionka sześćdziesięciolatek. Liberalizm kaputt.
Jednak wtedy potomkowie Petrarki skonstatowali, że wylewając kąpiel wylali wraz z nią dziecko. Ustawa bowiem była tak restrykcyjna, że w efekcie nieetyczna: narażała zdrowie i życie kobiet, dyskryminowała osoby bezpłodne i niepłodne, zwiększyła odsetki poronień i uszkodzeń okołoporodowych, przyczyniła się także do wzrostu aborcji z powodów medycznych.
Na arenę wkroczyli rozżaleni pacjenci, cztery włoskie organizacje pacjenckie i włoscy członkowie Parlamentu Europejskiego, którzy zaczęli silnie lobbować, co zaowocowało serią wyroków włoskiego Trybunału Konstytucyjnego i zaangażowaniem w sprawę Strasburga (Costa, Pavan vs. Italy).
Obecnie, w roku 2012, z restrykcyjnej ustawy włoskiej pozostały: stanowisko krajowego konsultanta, obowiązek akredytacji klinik, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Medycznej, rekomendacje etyczne, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Laboratoryjnej. Pozostała też refundacja i tak, niestety, zakaz klonowania, chlip.
Jedyne restrykcje, które nadal są w mocy, to zakaz dawstwa gamet i zarodków, natomiast wycofano się z banu na PGD (diagnostykę preimplantacyjną) i mrożenie zarodków.
Jak więc widać bez specjalnego naciągania, w krótkim powyższym zarysie mogliśmy prześledzić zmiany na osi "skrajny liberalizm- skrajny konserwatyzm- pragmatyzm".
Doktorowi Q kraja się z tego powodu serce, cóż, moje się nie kraja. Zwłaszcza, że zakaz dawstwa ma silny lobbing pacjencki i sądzę, że w ciągu paru lat i ten ban zostanie ostatecznie zniesiony.

4. liberalizm oznacza wszelako coś więcej niż "zainkasować należność i spierniczaj". Naprawdę przykro mi z powodu używania słów, po których babcia kazała myć buzię mydłem, mam jednak niejasne wrażenie, że liberalizm w rodzimym wydaniu ma polegać na dalszym utrzymywaniu próżni prawnej w dziedzinie medycyny rozrodu wspomaganego. Czego beneficjentami będą oczywiście lekarze oraz- jak sami lekarze twierdzą- pacjenci. Alternatywą dla próżni prawnej są jeremiady dorosłych ludzi, którzy nadal nie wyzwolili się spod mentalnej okupacji PRLu i żyją w poczuciu, że jeśli pisną głośniej to przyjdzie ksiądz biskup albo zaprzyjaźniony z nim polityk i urządzą nam piekło na ziemi. Zupełnie jakbyśmy teraz żyli w Edenie.

5. liberalizm nie oznacza też zielonego światła na klonowanie ludzi, ekskjuzmi.

6. podobnie jak są rzeczy tak samo złe jak brak liberalizmu. Na przykład liberalizm bez ograniczeń.



A więc mam kolejny disclaimer:

Szanowni doktorzy. Zdaję sobie sprawę, że bezruch legislacyjny jest szeroko ceniony, o czym świadczy na przykład powołanie pierwszego w Polsce komercyjnego banku komórek jajowych, który nie miałby szansy zaistnieć w żadnym innym kraju UE, ponieważ prawo unijne zakazuje handlu gametami i czerpania korzyści z pośrednictwa.
W związku z tym lokalna wykładnia liberalizmu bardzo się części z was opłaca, jest to jasne i zrozumiałe, o wiele lepiej jest wszak zarabiać pieniądze na sprzedaży komórek jajowych niż siedzieć z tego powodu w więzieniu.
Chciałabym Wam jednak przekazać kilka moich uwag:

po pierwsze na pacjenta, którego leczycie, składają się -poza powłoką skórną i wsadem biologicznym- także pewne prawa. Wchodzimy tu na nieprzyjazny teren nauk humanistycznych, mam tego świadomośc, mimo to spróbujmy.
Pacjent ma na przykład prawo do informacji o leczeniu, w tym obszernej informacji o skutkach ubocznych leczenia i statusie terapii (eksperymentalna versus zgodna z EBM).
Dalej: pacjent ma prawo do odmowy poddania się terapii.
Dalej: pacjent ma prawo być chroniony prawem i dzięki temu bezpieczny.
Dalej: pacjent ma prawo do konsultacji psychologicznej przed poddaniem się terapii. Tu wyjaśnienie: psycholog to ta pani w szarej garsonce lub pan w brązowym garniturze, których czasem zatrudnia się w klinice, aby ładniej to wyglądało na stronie www.
Otóż celem pracy tych ludzi nie jest przeszkadzanie w pracy lekarza, a pomoc i wsparcie udzielane pacjentom. Niektórzy lekarze z krajów zgniłego Zachodu nauczyli się doceniać wkład psychologów i doradców pacjenta, ponieważ przeczytali parę badań i doszli do wniosku, że pacjent świadomy i współpracujący z lekarzem to lepszy pacjent, niż pieczarka na krowim nawozie hodowana. W Polsce jesteśmy niestety wciąż przed osiągnięciem tego etapu, tu kłaniam się w pas psychoonkologom i psychologom szpitalnym, wiedzą, o czym mówię.
Skutek uboczny: czasem pacjent po konsultacji z psychologiem zaczyna zadawać różne pytania, których wielu lekarzy nie lubi. Wtedy trzeba na te pytania odpowiadać. To może być problemem. Zwłaszcza dla kogoś, kto nauczył się, że jego status lokalny jest czymś pośrednim między Bogiem Stwórcą, a prezydentem USA.


Po drugie. Oto, jak radzicie sobie z trudnym zadaniem utrzymania rozkroku pomiędzy kompetencjami lekarza i kompetencjami tych wszystkich profesji, których formalnie nie wykonujecie:

głos pierwszy:
"Wysłałam pytanie do Kliniki X i spotkałam się z dużo ostrzejszą odmową niż sądziłam. Nawet nie że prawo albo regulamin tego nie przewiduje, ale że "z długoletniej praktyki wiemy, że jawność nic dobrego przynieść nie może". Trochę mnie zmroziło to poczucie nieomylności, bo niestety z moich lektur wynika coś całkiem odwrotnego. Nie chodzi mi przecież o szukanie drugiego taty dla mojego potencjalnego dziecka, ale o danie mu możliwości dowiedzenia się czegokolwiek, uzupełnienia układanki genetycznej. I wolałabym to wszystko przemyśleć zanim podejdę do pierwszej AID."

głos drugi:
"pojechaliśmy do kliniki Y, zawiozłam całą swoją dokumentację. Lekarz popatrzył i powiedział "nie ma pani szans na ciążę, pani jajniki nie pracują". Potem zawołał mojego męża i powiedział "zona jest bezpłodna. Jeśli planujecie dziecko to trzeba skorzystać z dawczyni komórek". Mój mąż o niczym wcześniej nie wiedział, nie chciałam, aby był obecny przy wizycie, ale nikogo to chyba nie obchodziło. Ledwo wyszliśmy z gabinetu jeszcze w szoku, a przejęła nas miła pani asystentka i powiedziała "wybierzemy wam dawczynię, może być nawet podobna do pani. Możemy zaczynać już w kolejnym cyklu"

głos trzeci:
"mój mąż próbował pytać o dawcę, jaką ma grupę krwi i wykształcenie, no i jak w ogóle do tego podejść, czy mówić rodzinie, czy nie, ale lekarz powiedział "niech pan się nie rozczula, to jest decyzja techniczna, umieścimy plemniki dawcy w macicy pana żony, a co potem- proszę żyć jak zawsze i zapomnieć, ze to dawcy"

głos czwarty:
"w klinice V, gdzie się leczymy, pracuje też psycholożka. Była pierwszą osobą w klinice, która zapytała się nas o to, jak się czujemy z naszą chorobą i decyzją o leczeniu. Dopiero po rozmowie z nią zaczęliśmy z eMkiem rozmawiać- jak on się czuje ze swoją bezpłodnością, czy akceptuje dawstwo, jak on to widzi. Odbyliśmy kilka takich rozmów, nie obeszło się bez łez. Potrzebowaliśmy paru miesięcy, aby to sobie poukładać w głowie i podjąć decyzję o AID. Opowiedzieliśmy potem o tym naszemu lekarzowi, był zdziwiony, że zaprzątamy sobie głowy "bzdetami", jak to ujął"

Jak widać radzicie sobie fantastycznie. Myślę, że Polskie Towarzystwo Psychologiczne powinno poważnie rozważyć nadanie członkostwa honorowego polskim lekarzom pracującym z niepłodnymi parami. Wielu lekarzy ma obfite doświadczenie na polu jawnego dawstwa, choć w Polsce nigdy nie było jawnego dawstwa. Inni mają sporo do powiedzenia o doświadczeniu Wielkiej Brytanii, która od roku 2004 dopuszcza wyłącznie jawne dawstwo gamet, choć nie spotkałam dotąd lekarza kojarzącego bliżej taką instytucję jak National Gamete Donation Trust. Konsternację wywoływała też informacja, że w roku 2011 Wielka Brytania zaspokoiła popyt na dawstwo, bo przekroczyła podaż, w 2010 roku zaś do osiągnięcia tego stanu zabrakło jedynie siedmiu dawców.


Przy okazji: na ESHRE'owskich panelach Psychology and Counseling oraz Ethics and Law nie było polskich nazwisk, choć reprezentacje lekarskie innych krajów były silne.
Ta sama uwaga odnosi się do struktur ESHRE- jak to możliwe? ESHRE jeszcze nie doceniło polskiej myśli medyczno-psychologicznej opierającej się na redukcji kosztów doradczych, skoro każdy szeregowy lekarz potrafi wykonać obowiązki psychologa i psychoterapeuty? Koniecznie należy to zmienić. Europa czeka.


Uwaga trzecia: to, że Wyborcza nie napisała o banku komórek, nie oznacza jeszcze, że informacje można skontrolować i wygrać cokolwiek w loterii na największy konformizm. Żyjemy w dobie Internetu, warto to przypominać.



Uwaga czwarta: w tym roku Boże Narodzenie nie nadeszło dla Frondy wcześniej. Ani dla adonai.nieplodnosc.pl.
Rozmawiamy o klasycznym syndromie oblężonej twierdzy, który w tym przypadku występuje po obu stronach muru.
Chłopcy z krótkimi grzywkami i imponującą muskulaturą boją się, bo zagłada chrześcijańskich wartości, białego katolika biją, a Polska przedmurzem chrystusowej Europy. Dlatego hełm na czerep i do okopów.
Ale nie lepiej jest w szeregach liberalnych nerwicowców. Tu z kolei obowiązuje doktryna "nie ma prawa, ale wszyscy jesteśmy białymi owcami i tego będziemy się oficjalnie trzymać w imię sprawy".
Siedzę właśnie nad spisem polskich klinik i widzę coś innego: na 47 istniejących placówek wykonujących in vitro, do ESHRE raportuje 27. Pozostała dwudziestka znika z rejestru. Jedna z tych nieujętych w raporcie placówek zatrudnia embriologa na godziny i zrobi wszystko, co klient sobie zażyczy. Inna wplątała się w przykrą i niestety głośną sprawę z surogacją. Jeszcze inna mieści się w piwnicy domu prywatnego i przy próbie kontaktu telefonicznego odzywa się sekretarka "jeśli dzwonisz do państwa Kowalskich wybierz 1, jeśli dzwonisz do kliniki leczenia niepłodności wybierz 2".
Dodatkowo wszystkie raportują dobrowolnie, a wyniki raportu nie są przez nikogo weryfikowane, bo przecież nie mamy w Polsce systemu kontroli.
Patrząc na wyniki ujęte w tabeli "cross border patients" (EIM 2009), które dowodzą, że w Polsce prawie nie istnieje turystyka zagraniczna i corocznie leczenie podejmuje ledwie 300 pacjentów z innych krajów, odczuwam zadziwienie: z kontaktów z europejskimi organizacjami pacjenckimi wynika niezbicie, że Polska, obok Ukrainy, Cypru, Słowacji i Czech, stanowi najpopularniejszą destynację medyczną Europy.

Głównie z uwagi na brak ograniczeń w dawstwie komórek jajowych i nasienia, ale też dlatego, bo wiek menopauzalny dla sporej grupy klinik nie jest żadnym ograniczeniem leczenia.
Gdzie więc są te pacjentki w raporcie?
Ach, pewne wyjaśnienie może stanowić adnotacja, że dane do tabeli "cross border patients" przesłało dziewięć klinik na czterdzieści siedem istniejących w Polsce.
To chyba nie jest powód do chwalebnego obwieszczenia, że każdy polski lekarz ma głęboko zinternalizowane myśli Immanuela Kanta? Być może jednak jest to powód, dla którego warto byłoby zacząć mówić wreszcie wprost o pewnych sprawach.

Pisząc te słowa deklaruję się jasno jako adwokatka dawstwa. Zwolenniczka prawa do wyboru pacjenta, osoba przekonana do surogacji niekomercyjnej i obywatelka wspierająca metody wspomaganego rozrodu.
Ale nie, przepraszam bardzo, nie będę deklarowała wiary w uczciwość bez ram prawnych, ani w to, że wszyscy mamy złote serca i oddajemy wdowi grosz na sieroty. Jak również nie napiszę, że nie potrzebujemy legislacji, bo radzimy sobie znakomicie bez niej.
Ponieważ jest to kłamstwem- zupełnie i po prostu.

Moja strona barykady została zbudowana chwilę przedtem, zanim na polskie ulice wyjechały czołgi. Nie jestem na "ty" z Michnikiem, nie siedziałam z nim w jednej celi, nawet go nie znam.
Nie mam długu wobec Kościoła Katolickiego, ponieważ moja wdzięczność mogłaby dotyczyć ewentualnie paru opakowań odżywek dla niemowląt z kościelnych darów.
Nie czuję się obywatelką kondominium niemieckiego, nie uważam, aby Putin miał ręce unurzane w polskiej krwi i wymawiam nazwisko "Churchill" bez czkawki.

W przeciwieństwie do pokolenia, które sprzedawało mi parówki na kartki, naprawdę, całkowicie na serio i bez ściemy czuję się Europejką, poza tym, że Polką.
Nie widzę powodu, dla którego moja generacja miałaby rezygnować z walki o swoje prawa, ponieważ nie spodoba się to ludziom noszącym sutanny, ludziom zasiadającym w Sejmie i kogo tylko czytelnik zażyczy sobie w to miejsce wstawić.
Odkąd Białoszewski napisał "ćśśś" minęło ponad pół wieku, tymczasem Marsjanie wciąż siedzą w rodzimej ścianie, więc trzeba być cicho i lepiej nie domagać się ustanowienia prawa rozrodczego po 25 - słownie, dwudziestu pięciu - latach bezprawia w Polsce, bo "liberalizm się skończy i będziemy płakać".

Zatem znów disclaimer:

Nie będę płakać, kiedy skończy się liberalizm w obecnym kształcie, który pozwala na skupowanie komórek jajowych od dawczyń z ulicy, cztery tysiące za punkcję. Nie wzrusza mnie możliwość ograniczenia swobód polskich pacjentek, które po ukończeniu 45 roku życia będą mieć czerwone światło na metody wspomaganego rozrodu.
Nie uważam, aby zasada "transferujemy trzy zarodki, jeśli klientka sobie życzy: niech statystyki prób ciążowych wyglądają ładnie na naszej stronie" była zasadą, za którą warto umierać. Wręcz przeciwnie, czekam na chwilę, kiedy w Polsce zacznie obowiązywać SET (single embryo transfer) przy jednoczesnym wsparciu mrożenia zarodków, bo tak jest w każdym innym cywilizowanym kraju Europy, dzięki czemu znacząco obniża się ilość poronień, powikłań okołociążowych i spadają koszty opieki neonatologicznej chorych dzieci, gdyż rodzą się dzieci zdrowe.
Refundacja leczenia niepłodności nie jest dla mnie niczyją łaską, należy mi się ona jak psu miska, płacę podatki tak samo jak ludzie płodni i chcę korzystać z systemu świadczeń, który finansuję.
I przede wszystkim uważam za skandal milczenie o tym, że obok klinik rzetelnych i profesjonalnych istnieje spora liczba klinik-krzaków pracujących na przestarzałym sprzęcie, bez spełniania wymogów jakości, obok wytycznych terapeutycznych, ale należy przyjąć postawę buzi w ciup, rączek w małdrzyk, gdyż spadniemy z gałęzi.


Otóż jest pewne, że jeśli dalej sytuacja będzie tak wyglądać to z tej gałęzi nie tylko spadniemy, ale spadając zrobimy duże BUM! Nie dlatego, bo Kościół Katolicki i Tomasz Terlikowski, a dlatego, ponieważ nasz wieczny asekurantyzm w końcu do tego doprowadzi.
No i jeszcze jedna mała kwestia: pomocnie byłoby rozróżnić między "milczymy, bo brak legislacji jest nam na rękę" od "milczymy, bo brak legislacji jest na rękę pacjentom".
Niezależnie od tego, ilu pacjentów dało się przekonać, że żyje w medycznym raju, fakty są takie, że:

- nikt nie kontroluje ilości potomstwa dawców i dawczyń, ponieważ nie prowadzi się centralnej bazy;
- nikt nie rejestruje narodzin dzieci poczętych dzięki metodom wspomaganego rozrodu, przez co nie możemy także badać ich liczby i kondycji zdrowotnej. W tej kwestii zawsze odwołujemy się do badań zagranicznych, które takie rejestry prowadzą. I jakoś nie zdelegalizowano w nich ani metody in vitro, ani innych metod leczenia niepłodności;
- nikt nie sprawdza jakości sprzętu medycznego, jakości wykonywanych procedur ani wykształcenia personelu zatrudnionego w ośrodkach leczenia niepłodności;
- nikt nie weryfikuje wyników leczenia polskich ośrodków, ponieważ nie mają one obowiązku sprawozdawania tych danych i rozliczania się z każdej procedury;
- polityka wobec zamrożonych zarodków zależy od uznania właściciela każdej placówki medycznej. I owszem, jest faktem, że znacząca ilość ośrodków zarodków nie niszczy, ale przykro mi: te, które to robią działają przeciwko całemu środowisku, bo kiedy wreszcie przyjdzie do rozliczenia nikt nie będzie rozliczać klinik indywidualnie. Wszyscy zapłacą za błędy mniejszości;


poprawcie mnie więc jeśli się mylę, ale nie sądzę, aby było to na rękę pacjentom. Jest za to bardzo na rękę lekarzom, również naprotechnologom, bo jadą dokładnie na tym samym wózku. Mogą więc opowiadać do woli o 90%owej skuteczności, za co nikt nie może ich pociągnąć do odpowiedzialności, bo nie ma ani kontroli Ministerstwa Zdrowia, ani dyrektyw, ani certyfikacji.
Tym sposobem dotarliśmy do punktu, w którym kuria może paść w ramiona klinikom leczenia niepłodności, oba środowiska pożywiają się tym samym tortem.
Pacjenci natomiast mogą pozmywać naczynia po deserze.

Jednak tak, to z pewnością legislacja nas zniszczy. Tak samo jak zniszczyła transplantologię, bo przecież o wiele przyjemniej byłoby załatwiać wątroby do przeszczepu na lewo. W końcu to nie prawo reguluje naszą uczciwość, a ten, jak mu tam, wewnętrzny imperatyw.

Mam więc taki postulat, aby - po pierwsze - lekarze pozostali przy leczeniu i oddali poradnictwo psychologiczne ludziom, którzy mają do tego odpowiednie kwalifikacje potwierdzone dyplomem.
Po drugie- aby wzięli poważnie pod rozwagę, że totalitaryzm, o który nieustannie podejrzewają prawicowe partie i środowiska konserwatywne, ma się całkiem nieźle również w ich działce. I wybierają go całkowicie dobrowolnie, ponieważ lęki wciąż są silniejsze od argumentów racjonalnych.
Po trzecie, aby zakonotowali, że główną grupę ich pacjentów stanowią ludzie z mojego pokolenia, których coraz trudniej zastraszać Białoszewskim.
I po czwarte, dopuścili do siebie myśl, że nie ten ptak kala gniazdo, co je kala, lecz ten co o kalaniu mówić nie pozwala.

I jeszcze parę ciepłych słów o obecnym ministrze zdrowia, Bartoszu Arłukowiczu. Teraz będzie ten moment, na który czekają ludzie dobrej woli, czyli obwieszczenie podnoszącej na duchu nowiny: w Polsce nie ma ludzi wykluczonych.
Zaczęli istnieć w maju 2011 roku i przestali pół roku później, kiedy minister ds. osób wykluczonych zwinął się z urzędu, który wraz z nim się rozpłynął w niebycie.
W tak zwanym międzyczasie bardzo trudno było złapać pana ministra i skierować jego uwagę na problemy ludzi niepłodnych, ponieważ zajmował się sumiennym wykonywaniem obowiązków służbowych, które w tym okresie sprowadzały się do- jak usłużnie doniósł mi Facebook- bawienia na Festiwalu Słowian i Wikingów w Szczecinie.
Naprawdę nie sądziłam, że polscy wikingowie są tak strasznie wykluczeni, ale widać są.
W przeciwieństwie do homoseksualistów, beneficjentów zasiłków społecznych, uchodźców i wspomnianych już niepłodnych.

Będę bardzo zaskoczona, jeśli choć jeden z nakreślonych wyżej problemów, o których nawiasem mówiąc minister zdrowia bardzo dobrze wie, zyska jego uwagę, która przełoży się na jakąkolwiek zmianę legislacyjną.
Z takim ministrem wszyscy zastraszeni lekarze mogą spać spokojnie, nic się nie zmieni. Oczywiście do czasu, aż gruchną o ziemię, czego konsekwencją będzie nie tylko przyjęcie rygorystycznej ustawy, ale przede wszystkim bardzo złe prawo, szkodliwe dla ludzi i rodzących się dzieci.
A nam zostanie zafundowane wiele lat czekania na liberalizację prawa, co stało się udziałem Włochów. Prawdopodobnie byłoby to do uniknięcia, gdyby tylko ktoś przytomny na czas zareagował i powstrzymał Antinoriego, wychodząc wcześniej z legislacyjną inicjatywą racjonalnej ustawy- liberalnej, ale również odpowiedzialnej.
Ale to już wiąże się z zasadą odkładania gratyfikacji w czasie, z czym ludzie na ogół mają kłopot.

disclaimer ostatni, ale najważniejszy:

To właściwy moment, aby wrócić do disclaimera pierwszego, a brzmiał on "lubię lekarzy. Naprawdę i bez ironii".
Jeśli ktoś pomyślał, że w niniejszej notce usiłuję obrazić środowisko lekarskie lub przeciwko niemu wystąpić (a takie wrażenie miał na przykład mój mąż, czym swoją drogą srodze mnie rozczarował) to pomyślałam sobie, że dobrze będzie się z tego wytłumaczyć, na wypadek, gdybym jednak przeceniła czytelników tego bloga. Co jest prawdopodobne, skoro zdarzyło mi się to z osobistym mężem.
O leczeniu, również o leczeniu niepłodności, można i należy mówić odpowiedzialnie, bez przemilczeń, za to mając na uwadze skutki długoterminowe i - przede wszystkim - prawa człowieka: pacjenta i jego rodziny. Tylko pod takim stanowiskiem, w moim poczuciu, człowiek uczciwy może się w spokoju ducha i rozumu podpisać.
Wpędzanie debaty w skrajności i wpieranie zaangażowanym stronom, iż ich moralną powinnością jest "w imię sprawy" zamknąć oczy na nadużycia, i skoncentrować się na pozytywach ideologicznych (czy to ideologii konserwatywnej czy liberalnej) jest jednocześnie zgodą na to, aby okupacja infantylizmu trwała dalej.
Mierzi mnie dyskurs, który proponuje Fronda, Nasz Dziennik czy nawet mniej agresywne tytuły prasy katolickiej. Ale to nie oznacza, że wobec tego popieram paradygmat "siedzieć cicho i korzystać tak długo jak się da; nie ruszać fekaliów, bo fetor się rozejdzie".
Wolność rodzi odpowiedzialność, bez odpowiedzialności wolność nie ma sensu.
Jestem głęboko przekonana, że właściwą ścieżką każdej publicznej debaty jest jej otwarcie i dostrzeżenie spektrum zjawisk.
Ta postawa nie tylko nie jest przeciwna lekarzom, ale jest w ich długofalowym interesie: w 2003 roku we Włoszech było wielu uczciwych, etycznych i profesjonalnych ginekologów. Podobnie jest dziś w Polsce. Pracuje tu spora grupa lekarzy (i klinik także), dobrowolnie działających według wytycznych i na rzecz interesu pacjentów.
Włochom jednak wystarczył jeden Antinori, któremu nie przeszkadzano, aby rachunek legislacyjny wraz z odsetkami wystawiono wszystkim- lekarzom uczciwym i nieuczciwym, pacjentom, i całemu społeczeństwu. Tak się bowiem składa, że zasada wspólnego pastwiska zakłada również wspólną za nie odpowiedzialność i jest ona ważniejsza od zasady konkurencyjności sektora prywatnego. Właśnie z tego powodu czarne owce nigdy nie spadają z gałęzi samotnie, a ciągną za sobą resztę stada.


Zatem, panie i panowie, odwagi.



czwartek, 1 września 2011

z tango i surogatką jest nas czworo

Podczas gdy w pewnym nadwiślańskim kraju szef największej lewicowej partii oznajmia, że "jego dzieci wolą klasyczne bajki" <a nie te o o pedałach pingwinach, a pfuj, i to jeszcze dziecko razem wychowują, poprzewracało się im w dupach, jak Marksa kocham- a co na to poseł Wikliński?> kraje zamorskie poszły nieco bardziej do przodu i omawiają warunki surogacji dla par gejowskich.
Być może jestem nadmierną optymistką, ale krajowym gejom daję maksymalnie dziesięć lat na dojście do rozwiązań surogacyjnych, co jest na poziomie praktycznym prostsze niż ustanowienie i wyegzekwowanie nowego prawa adopcyjnego.

Zajmiemy się więc dziś, proszę publiczności, dawstwem gamet, zarodków i surogacją  w odniesieniu do rodzicielstwa jednopłciowego. Z uwagi na rozległość zagadnienia notka poświęcona jest wyłącznie gejom, o rodzicielstwie lesbijek będzie kolejna część.
Notka jest pozbawiona suspensu: jestem przeciwniczką surogacji dla par gejowskich, jestem przeciwna przestawianiu poziomów "reprodukcyjnej piramidy interesów" i jestem za przyznaniem rodzinom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci.
Paraliżująca zapowiedź została dokonana i w ten prosty sposób ustaliliśmy, kto doczyta notkę do końca, kto przerwie lekturę, a kto dziś wieczór ubiczuje się mocniej w intencji grzesznych sodomitów.
Możemy więc przejść do właściwej treści.

Ten pan:


Nazywa się Robert Jay Green i ma, z punktu widzenia heteroseksualnej kobiety lubiącej partnerów z poczuciem humoru, wysoką inteligencją i tytułem profesora psychologii, kardynalną wadę: jest gejem.
Robert Jay Green od lat pozostaje w monogamicznym związku, w którym wychowuje czteroletnią córkę. Ponadto, rzecz interesująca dla Lachów i Laszek, mimo posiadania wąsów i niedobranego krawata, Robert Jay Green a) nie poluje b) jest fajny.
Powodem, dla którego Robert Jay występuje tu dziś gościnnie, jest zaprezentowanie wyników jego badań nad rodzicielstwem gejów na sesji Theory and practice in third party reproduction  mającej miejsce podczas dwudziestego siódmego corocznego kongresu ESHRE, który w tym roku odbył się w Sztokholmie.

*

Przybliżmy sobie sytuację wyjściową, jaką posiadają statystyczny Roman i Paweł pragnący zostać rodzicami.
Poza adopcją, nierealną w Polsce, nie mamy zbyt wielkiego wyboru.
W zakresie rodzicielstwa biologicznego opcja jest tylko jedna z dwoma podwariantami: siermiężnym i budżetowym oraz profesjonalnym i kosztownym.
Polega (w podwariancie pierwszym) na znalezieniu kobiety, która zgodzi się nam urodzić nasze dziecko w wyniku inseminacji lub stosunku płciowego, a następnie przekazać je po porodzie ojcu, na którego rzecz zrzeknie się również praw rodzicielskich. Realność tego wariantu wynosi na oko 1: 10 000, choć może nieco zaniżam tę drugą liczbę.

Podwariant profesjonalny, za którym lobbuje Robert Jay Green (z doskonałym osobistym skutkiem) polega na:
a) znalezieniu surogatki przez profesjonalny bank i opłaceniu jej;
b) zakupie komórki jajowej od kobiety niebędącej surogatką, aby wykluczyć związek genetyczny i emocjonalny ciężarnej i płodu;
c) zawiązaniu legalnej umowy między wszystkimi czterema stronami, na mocy której dziecko po urodzeniu jest przysposobione przez parę gejowską, a w akcie urodzenia dziecka widnieją obaj ojcowie.

Tyle teorii, która Romanowi i Pawłowi zda się na nic.
To, co oferuje im się realnie w krajowych warunkach to bezdzietność wsparta społecznym przekonaniem, że powinni ją traktować jako wartość dodaną swojego wyboru, który wyborem wprawdzie nie jest, choć Bogna Białecka twierdzi co innego.
Tu krótka przerwa na zmówienie modlitwy, mantry, ofiary całopalnej w intencji maniakalnego dzieła Bogny, niech jej rzeczywistość lekką będzie, bo ludzi chorych trzeba ukochać, a nie potępiać.

*

Dla jasności dodam, że omawiane w tej notce warianty i możliwości- poza samą surogacją, która na mocy poprawki do KRiO z 2008 roku ustala, iż matką dziecka jest rodząca bez względu na relacje genetyczne między nią a dzieckiem, zaś umowy surogacyjne nie posiadają ważności prawnej- są wariantami legalnymi.
W Polsce albowiem, niespodzianka, nie istnieje prawo regulujące obrót i handel gametami.
Handel komórkami rozrodczymi wyłączono spod zakazu handlu ludzkimi tkankami, organami i komórkami w przyjętej w 2005 roku ustawie transplantacyjnej.
Od tamtego czasu nie można kupić ludzkiej wątroby, ale można kupić zarodek.
Teoretycznie kupić może każdy, nie każdy natomiast sobie będzie mógł go wszczepić, bo prawa biorcy/biorczyni są uznaniowe, konkretnie zależą od uznania dyrektora każdej z klinik leczenia niepłodności.
Osobiście wydaje mi się dość zabawne, że w biznesie klinicznym istnieje miejsce dla uprzedzeń homofobicznych obudowywanych zawsze jakąś poruszającą ideologią, a jednocześnie bez problemu można się pobawić w mały handelek bez śladów w dokumentacji bądź też zostać dawczynią komórek, trzy tysiące za punkcję bez ubezpieczenia i wiedzy urzędu skarbowego.
Sądzę, że warto polecić tę kwestię uwadze wszystkich konserwatystów drących szaty i otwory gębowe nad prawami życia poczętego i godnością płodu.
Przez te wszystkie lata, włączając w to funkcjonowanie IV RP, nic z tym nie zrobiono i nie zanosi się na zmianę.
Najwidoczniej Marek Jurek wyszedł w tym czasie na papierosa i od sześciu lat nie wrócił.

Nawiasem mówiąc- dygresja, ale nie odmówię jej sobie- podczas sprawdzania zakresu zmian wprowadzonych w 2005 roku do tekstu ustawy transplantacyjnej z 1995 roku natrafiłam na oficjalne opracowanie, uwaga, Naczelnej Izby Lekarskiej, wyjaśniające na czym polega godna pochwały  progresywność nowej ustawy.
Autor jest prawnikiem i członkiem Towarzystwa Naukowego:


    Zwolennikiem zasady non profit był także nasz papież Jan Paweł II, który uważał, że "ludzkie ciało jest zawsze ciałem osobistym, ciałem osoby. Ciało nie może być traktowane jedynie jako rzeczywistość fizyczna czy biologiczna, a jego narządy i tkanki nie mogą być nigdy używane jako przedmioty sprzedaży lub wymiany. Tego rodzaju redukcjonistyczna, materialistyczna koncepcja prowadziłaby do czysto instrumentalnego posługiwania się ciałem, a więc i osobą. W takiej perspektywie przeszczepienie narządów, wszczepianie tkanek nie stanowiłoby już aktu ofiary, ale byłoby równoznaczne z wywłaszczeniem lub ograbieniem ciała.

Ta laurka dotyczy ustawy pozwalającej na swobodny handel ludzkimi gametami, w które w chwili obecnej zaopatrujemy dużą część Europy Zachodniej, najczęściej bez wiedzy dawczyń i dawców, bardzo często przy rozległych nadużyciach. Zawsze przy złamaniu prawa poczętych w ten sposób dzieci do wiedzy o swojej genetycznej tożsamości.
Co żadną miarą nie jest równoznaczne z redukcjonistycznym i materialistycznym traktowaniem przyszłego dziecka i jego praw, skądże znowu, apage satana i Magdaleno Środo.
Przywoływanie w tym kontekście figury retorycznej, "naszego papieża", która to figura tradycyjnie ma legitymizować każdy napisany i pomyślany w Polszy nonsens, jest po prostu kuriozalne, nie mówiąc już, że skandaliczne.
Wyjątkowo jestem pewna, że Karol Wojtyła alias Jan Paweł II zgodziłby się ze mną w tym punkcie. Poza wszystkim naprawdę nie wiem, dlaczego Naczelna Izba Lekarska nie informuje, co na temat handlu organami ma do powiedzenia Tenzin Gjaco czy Patriarcha Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego? Za mało naukowi i medyczni są czy jak?

*

Wracając do Roberta Dżeja i jego badań* prowadzonych przez Rockway Institute:
Badaniami objęto czterdziestu ojców, którzy zostali rodzicami w sposób opisany wyżej (płatna surogacja, zakup oocytu, zapłodnienie nasieniem jednego lub obu partnerów, przekazanie praw po porodzie), wszyscy ojcowie pracują, wszyscy zaliczyli po porodzie spadek dochodów, deprywację snu (ha, skąd my to znamy) i, odkąd zostali ojcami, odczuwają wyraźny wzrost samooceny oraz poprawę relacji w pracy i najbliższej rodzinie.
Poza tym większość z nich zmieniła mieszkanie na większe i zatrudniła nianię.
Inne interesujące dane:

- średnia długość związku rodziny gejowskiej decydującej się na dziecko wynosi 12 lat;
- żadna z par nie rozstała się odkąd urodziły się dzieci, choć przeżywają kryzysy;
- więcej niż połowa straciła przyjaźnie z okresu "sprzed dzieci";
- choć badana grupa przed urodzeniem dzieci określała się jako "niereligijni", po urodzeniu dziecka aż 47% zadeklarowało wzrost religijności (chlip);
- informacja zupełnie nieprzydatna dla wszystkich poza Frondystami do dziś lejącymi łzy nad Rodzicem A i Rodzicem B: dzieci zwracają się do ojców daddy, baba, papa

Teraz rzucę bombę na Frondę i deklarującego konserwatywne poglądy Jacka Poniedziałka: otóż z badań prof. Greena wynika (Sziwie dzięki badał on tylko populację zepsutej Kaliforni), że 62% gejów deklaruje chęć zostania rodzicem, a 70% deklaruje chęć wstąpienia w związek z małżeńskim z partnerem. Potwierdza się więc najczarniejszy scenariusz Krzysztofa Ziemca, Tomasza Terlikowskiego i Brygidy Grysiak : daj kurze grzędę, a ona wyżej siędę.

To były pozytywne wieści. Mniej pozytywne są następujące:

- Robert Dżej jest bardzo fajnym facetem i nie wątpię, że także fantastycznym ojcem. Niestety stoję na straży  poglądu Konwencji Praw Dziecka, iż każdy człowiek ma prawo do wiedzy o swoim genetycznym pochodzeniu, a dziecko nie może być przedmiotem handlu niezależnie od tego, czy handel ten miałby się odbywać postnatalnie czy prenatalnie. Włączam w to także handel gametami.

- średnia zarobków rodzica geja wynosiła czterysta koła zielonych, tłumaczę na literacką polszczyznę: czterysta tysięcy dolarów rocznie. Chyba nie muszę wyjaśniać, jak koreluje to z ekonomiczną dyskryminacją gejów pracujących w Taco Bell?

- piramida interesów w adopcji społecznej i medycynie rozrodu wygląda identycznie i nie jest to dobra wiadomość dla gejów. Ani dla pomysłowych heteroseksualistów, którzy, jak wiemy z innej notki, pasjami lubią udawać, że zapłodnienie nasieniem dawcy lub z użyciem komórki dawczyni nie jest póładopcją prenatalną.
Jest to jednocześnie piramida nadużyć.
Podstawę trójkąta tworzy dobro dziecka, jego prawa i oczekiwany dobrostan. Dopóki pozostajemy na poziomie ogólników, większość przyszłych rodziców akceptuje obecność tej podstawy: to jasne, że dziecku ma być dobrze.
Szczegółowe gmeranie patykiem w "dobrostanie" i "prawach" ujawnia jednak wielość interpretacji tych pojęć. Na przykład czy dziecko musi koniecznie wiedzieć, kto był dawcą genów? Kto je urodził? Na jakich warunkach? A po co?
Generalnie wszyscy jesteśmy za prawami, szacunkiem i zapewnieniem bezpieczeństwa, ale gówniarz musi znać swoje miejsce, które w intuicji większości Polaków stoi zaraz za ich osobistym prawem do rozmaitych rzeczy, na przykład prawem do własnej wykładni obu tych terminów.

Dlatego kursy dla rodziców adopcyjnych są dobrym wynalazkiem: odzierają ze złudzenia sprawczości dając w zamian uodparniającą szczepionkę realizmu i pokory. Powinien przejść je każdy rodzic, nie tylko adopcyjny.
Podczas takiego kursu uzupełnia nam się również drugi stopień piramidy interesów- jest nim interes matki biologicznej, dawczyni lub surogatki.
Są one uznawane za grupę -zaraz po dziecku- najbardziej podatną na wykorzystanie.

Nie ma co ukrywać: wbrew tendencjom promowanym przez Caroline O'reilly, które popieram, średnią dawczyń i surogatek stanowią młode kobiety w złej lub dramatycznej sytuacji ekonomicznej.
 Szukają okazji dodatkowego zarobku, często są to także pacjentki namawiane do dawstwa z programem dzielonego oocytu. Polega on na oddaniu połowy uzyskanych podczas stymulacji komórek, w zamian za co biorczyni pokryje połowę kosztów zabiegu in vitro.
Brzmi to nieźle, niestety nie ma w chwili obecnej ani jednej kliniki w Polsce, która by pacjentki z programów z dzielonymi oocytami informowała o dalekosiężnych skutkach psychologicznych, jakie mogą towarzyszyć tej decyzji i wprowadzała do tematu jawności dawstwa oraz praw dziecka.
Normą jest także niepodpisywanie umów o dawstwie gamet, brak opieki psychologicznej nad dawczyniami i biorczyniami oraz brak jakichkolwiek oficjalnych regulacji w tym zakresie.
Tak oto wygląda polska praktyka dawstwa i biorstwa dziejąca się w kraju, w którym Naczelna Izba Lekarska cieszy się z obowiązującej ustawy transplantacyjnej realizującej pryncypia nauczania Jana Pawła II.

Surogatki są w jeszcze trudniejszej sytuacji.
Chciałabym wierzyć, że kobiety użyczające swoich macic robią to dla idei i z potrzeby altruizmu, ale praktyka surogacji komercyjnej zdaje się wskazywać na dominujące znaczenie innych motywacji. Wysoki odsetek matek, często już wielodzietnych, z roczników 88-91, o wykształceniu średnim i niżej, daje wyobrażenie, kim są oferentki banków surogacyjnych w USA. Poza USA jest tylko gorzej.
Utrzymywanie się w przekonaniu, że korzystając z ich usług korzystamy z wolnego rynku, w którym uczestniczy każdy na mocy wolnej woli, jest brnięciem w fantastyczną społeczną niewrażliwość, która ma zamaskować fakt, że bierzemy udział w realnym wyzysku.
Z drugiej strony nie można pominąć badań Blytha (1991) i van der Akkera (2003), którzy przeprowadzili wywiady z siedemnastoma amerykanskimi surogatkami twierdzącymi, iż ich motywacje były w przeważającej części altruistyczne:


 Most surrogates enjoyed pregnancy and childbirth, and many surrogates said surrogacy fulfilled or added something to their lives (increased feelings of self-worth and self-confidence, and the development of intense and unusual friendships with the commissioning parents, particularly the commissioning mothers). In van den Akker’s (2005c, in preparation) samples, some surrogates went through a phase of positive personal development (climbing a mountain, starting a degree, studying midwifery, etc.). Relinquishment of the baby was a happy event for most surrogates, although some said they felt relief when it was all over. Happiness was mixed with sadness during relinquishment for a proportion of the women. Similar sentiments were found in American surrogates by Ragone (1994)
Oczywiście siedemnaście surogatek to bardzo mała próba, niemniej nie należy jej lekceważyć. Do podobnych wniosków dochodzi Robert Jay Green w badaniu, w którym udział wzięło 300 dawczyń komórki jajowej i 600 surogatek. Surogatki deklarują satysfakcję i utrzymywanie kontaktu z rodzinami, którym urodziły dziecko.

*

Kiedy córka Roberta Jaya zapytała z wdziękiem trzylatki "tato, kto jest moją mamą, bo dwóch panów nie może mieć przecież dziecka?" otrzymała odpowiedź "pewna miła pani zgodziła się nam cię urodzić i oto jesteś".
Prawda i nieprawda.
Miła pani się zgodziła, bo dzięki temu mogła sobie opłacić czynsz czy co tam chciała. Nikt jej do tego nie zmuszał. Nikt nie odbierał siłą dziecka. Tru, tru, tru.
Czy miła pani by cię urodziła, gdybyśmy ją o to ładnie poprosili?
Szczerze wątpię. Surogacja niekomercyjna zawsze będzie marginesem, bo oddaje bezcenne (czyli dziewięć miesięcy ciąży, obciążenie własnego zdrowia, zaangażowanie hormonów i emocji) w imię idei, jaką jest uszczęśliwienie tych, którzy bez naszej pomocy nie zostaną rodzicami.
Jeśli Robert Jay chce nieść rodzicielską nowinę innym parom gejowskim to koncepcja niekomercyjnej surogacji jest dla niego bezużyteczna. Altruistyczne surogatki nie zaspokoją popytu dziesiątek, setek, tysięcy par gejowskich. On to wie i ja to wiem. Wszyscy to wiemy.
Pozostaje więc surogacja płatna, która pozostawia bez odpowiedzi wszystkie pytania stawiane na drugim poziomie piramidy interesów: czy matka biologiczna/surogatka jest świadoma swojej decyzji i podejmuje ją bez finansowej presji? Czy podjęła ją po konsultacjach z psychologiem i po rozważeniu krótko- i długoterminowych skutków? Czy własne dzieci surogatki powinny mieć kontakt z rodzeństwem i jak zjawisko "znikającego niemowlęcia" odbije się na ich poczuciu bezpieczeństwa? Jaki powinien być limit oddanych oocytów, próbek nasienia, donoszonych ciąż? Czy każda ciąża uzyskana w ten sposób jest monitorowana i otoczona opieką doradców rodzinnych, których celem jest reprezentacja interesu surogatki i dziecka, a nie tylko pomyślna finalizacja transakcji? Czy dla urodzonego w ten sposób dziecka wiedza o tym, iż jest efektem transakcji zawartej z dawczynią oocytu i surogatką, nie będzie wiedzą obciążającą i negatywnie wpływającą na postrzeganie samego siebie?
Wreszcie: kto będzie faktycznym beneficjentem takiej surogacji, skoro- aby miała ona szansę być przeprowadzona w bezpieczny sposób, z profesjonalnym doradztwem psychologicznym dla rodziców, dziecka i surogatki, oraz z  amortyzacją kosztów zapłodnienia, ciąży i porodu- jej koszt nie zejdzie do poziomu dostępnego dla większości?

Odpowiedź na niektóre z tych pytań dają kolejne badania, w tym cytowane już badania Blytha i van der Akkera, z których wynika, że - poza szeregiem skutków, które były akceptowane przez surogatki i zostały odebrane przez nie jako wartości dodane surogacji- część surogatek czuła się wykorzystana i oszukana zerwaniem z nimi relacji po urodzeniu dziecka.
Wszystkie surogatki biorące udział w badaniach Blytha (1995) i van der Akkera (2003, 2005) posiadały już własne rodziny, w tym dzieci, dla których "znikające niemowlę" było niezrozumiałym zjawiskiem:

As a result of this, most surrogate mothers expected some contact between them to continue following relinquishment of the baby, so that they maintained their new friendships and their children could still see the surrogate child. It was argued that this made it easier for their own children to understand what is involved and who the couples are who will have their mother’s ‘tummy baby’. Unfortunately, in some cases, this contact ceased unexpectedly after the legal proceedings had been completed. It is seen as a betrayal when the intended couple with the surrogate baby disappears from the surrogate and her children’s live.
*

To wszystko powoduje, iż rodzicielstwo surogacyjne jest bardzo nieprzewidywalne w swoich społecznych skutkach niezależnie od szczegółowości podpisanej umowy, bo uczestniczą w nim co najmniej cztery jednostki, z których każda może mieć inny pomysł na interpretację "dobra dziecka" w przyszłości.
A to z kolei powoduje, że ryzyko zaniedbania prawa dziecka staje się bardzo wysokie.
Surogacja jest ponadto rozwiązaniem trudnym do skontrolowania z powodu niemożności przeprowadzenia badań długoterminowych, narażającym surogacyjne matki na ryzyko eksploatacji, a urodzone w ten sposób dzieci na gubienie ogniw w łańcuchu ich pochodzenia.
Nie jest więc prawdą, że surogacja to tylko rodzenie dzieci przez miłe panie.
W tle mamy jeszcze matki genetyczne (dawczynie), które zupełnie znikają z amerykańskiego obrazka i niestety także z życia dziecka.

Na końcu wreszcie objawia się czubek piramidy i jest to- duże zaskoczenie dla polskich dla biorczyń i Roberta Jaya- interes oraz pragnienia przyszłych rodziców.
Jest więc tak, że najsilniejszy argument kochającej się gejowskiej pary czy kochającej się pary korzystającej z dawstwa, a brzmi on "JA CHCĘ BYĆ RODZICEM, BO MAM PRAWO", zostaje rozpatrzony w ostatniej kolejności.

Pomysły w rodzaju mieszania spermy dwóch partnerów, aby oboje mieli poczucie, że dziecko jest ich wspólne (czytaj: nie wiadomo, który plemnik zapłodnił jajo) są naprawdę beznadziejne, choć rozumiem, dlaczego Rockway Institute je rozważa i promuje. Jednak w rodzicielstwie powinno chodzić o coś więcej niż o ochronę wątłej sajko dwóch dorosłych facetów, dwóch dorosłych kobiet czy dorosłej pary.

I to jest głęboko fair, wbrew pierwszym intuicjom, bo skoro para deklaruje chęć posiadania dziecka to powinno to oznaczać, że sama wyszła już z okresu piaskownicowego dzieciństwa.
Ogarnijcie się więc, Chłopcy, i prześledźcie od początku piramidę zadając sobie pytanie, jak przejść przez poziomy piramidy w sposób odpowiedzialny i mający na uwadze dobro dziecka?
Tym rozwiązaniem dla gejowskich rodzin powinna być adopcja.
I, szczerze, jeśli kiedykolwiek będziecie, Chłopaki, potrzebować, aby ktoś szedł z Wami w pierwszym rzędzie pochodu krzycząc o prawa adopcyjne dla gejów to możecie na mnie liczyć. Pójdę choćby i w Rzeszowie przed nosem posłanki Wargockiej.
Ale na wsparcie w rodzicielstwie przez surogację nie liczcie.
Dopóki nie macie możliwości samodzielnego urodzenia dziecka nie mamy o czym gadać, bo zbyt wiele interesów koliduje z Waszym oczekiwaniem, aby móc postawić Wasze oczekiwanie na miejscu pierwszym. Pierwsi muszą być zawsze ci, którzy są bardziej bezbronni, a najbardziej bezbronne jest dziecko, potem surogatka/dawczynie, na samym końcu mamy przyszłych rodziców, którzy muszą przełknąć tę gorzką pigułkę.

Z tych i innych powodów, dla których już zabrakło miejsca w notce, wynika więc, że kobiety decydujące się na założenie jednopłciowej rodziny zachowują się w biologicznej realizacji swojego pragnienia o wiele bardziej fair w sensie społecznym i pedagogicznym, niż mężczyźni w podobnej sytuacji.
Okolicznością niezręczną jest zaś ta, iż posiadanie macicy jest tu warunkiem  kluczowym, a posiadanie macicy nie zależy od zasług ani przewin, a od chromosomu w plemniku tatusia.

Nie jest jednak przypadkiem, że w obszarze trudności z poczęciem dziecka rozróżniamy aż trzy stany: subfertylność, niepłodność i bezpłodność.
Dwa pierwsze są jasne, trzeciemu przy okazji tego tematu należy się słowo: bezpłodność jest z założenia niesprawiedliwością losu, bo nie jest sprawiedliwe, że mężczyźni z niewykształconymi jądrami lub wygasłą spermatogenezą nigdy nie będą mogli mieć biologicznych dzieci.
Nawet jeśli są o niebo milsi, zabawniejsi i inteligentniejsi od Zbigniewa Ziobro, co nie jest znów tak wielką sztuką.
To samo odnosi się do kobiet: brak macicy nie jest ani godny, ani sprawiedliwy, ale zaprawdę powiadam Wam: jest jak jest i lepiej być nie może, dopóki prace badawcze nad transplantacjami macicy nie pójdą do przodu. Na razie stoją w miejscu.
To sytuacja, która jest nieprzekraczalna dla tysięcy bezpłodnych par heteroseksualnych, to także sytuacja, z którą konfrontowane są pary gejowskie. Tak, to smutne. Tak, to nie jest w porządku. Ale wyżej dupy się nie podskoczy, moi mili, dlatego należy szukać rozwiązań z jednej strony realnych, z drugiej strony bezpiecznych dla dziecka, genetycznego rodzica i rodziców prawnych.


W tym punkcie ktoś mógłby słusznie zauwazyć, ze o ile dziecko jest szczęśliwe i ma zaspokojone podstawowe i ponadpodstawowe potrzeby życiowe, to nie ma sensu kłócić się o jawność dawstwa i zasady wynajmowania macicy.
Po pierwsze jednak należałoby uściślić, kogo mamy na myśli mówiąc "dziecko". Bo jeśli jest to trzyletni berbeć to zapewne spora część bogoojczyźnianych heteryków przegrałaby w przedbiegach z Robertem J. i jego mężem.
Problem w tym, że dzieci dorastają, chorują, dojrzewają i część z nich- a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że większość- zakłada własne rodziny.
Pytania "skąd jestem i dlaczego jestem?" zadaje w pewnym momencie życia prawdopodobnie każdy. Warunki, na których przyszliśmy na świat, są dla wielu z nas istotne, warto więc troszczyć się o to, aby odpowiedź na te pytania nie niszczyła więzi między rodzicami i dziećmi.

Po drugie: pytanie o pochodzenie często pada w innych okolicznościach, na przykład w szpitalu, w którym rodzic musi podjąć błyskawiczną decyzję: dalej bawimy się w niejawność czy ratujemy zdrowie i życie córki/syna podając prawdziwe dane?
A tak w ogóle które dane są prawdziwe, skoro - za sugestią Roberta Jaya- zdecydowaliśmy się wymieszać swój materiał genetyczny z materiałem partnera, aby "uwspólnić" dziecko?
To z kolei cofa nas do fundamentalnego pytania: skoro tak się rzeczy mają to komu ma służyć taka forma rodzicielstwa- dziecku czy rodzicom?
Krzyżowanie ras kotów wydaje się być bezpieczniejsze, a dostarcza niemal tej samej ilości wzruszeń, co zabawa z mieszaniem nasienia dwóch partnerów, aby podczas porodu przeżyć fenotypową niespodziankę.

*

Jednak, co trzeba podkreślić wężykiem, nierówność spowodowana ograniczeniami biologicznymi nie jest tym samym, co nierówność spowodowana uprzedzeniami społecznymi. Dramat polega zaś na tym, że te dwie sytuacje są nierozróżnialne przez polskie posłanki i posłów.
O ile warunkiem rodzicielstwa biologicznego i/lub genetycznego jest reprodukcyjna wydolność, o tyle warunkiem rodzicielstwa adopcyjnego jest wydolność wychowawcza, ta zaś nie jest przyznawana według klucza koedukacyjnych sypialni.
Cała reszta, czyli dowodzenie, iż kompetencje rodzicielskie, życiowe i wychowawcze nie zależą od orientacji seksualnej (nie powinna więc ona odgrywać roli podczas procedury adopcyjnej), byłaby obraźliwa dla inteligencji każdego czytającego tę notkę, więc zostawię ją wyłącznie tym, którzy odczuwają potrzebę udowadniania, że są bucami.

Na koniec pragnę wyrazić głęboką abominację w stosunku do postawy Poniedziałka Jacka, któremu obiecywałam sobie wcześniej zadedykować oddzielną notkę poświęconą jego stosunkowi do adopcji przez pary gejowskie, ale wyszło tak, że dostał tu tylko trzeciorzędną rólkę:
Shame on you.

_________________________


Publikacje, do których odnosi się notka i które polecam zainteresowanym tematyką rodzicielstwa gejowskiego:


Tasker, F. and Bigner, J. (eds) (2007) Gay and lesbian parenting: New directions. New York: Haworth Press.


* Bergman, K., Rubio, R.-J., Green, R.-J. & Padron, E. (2010). Gay men who become fathers via surrogacy: The transition to parenthood. Journal of LGBT Family Studies, 6, 111-141.


Green, R-J. (in press). Gay and lesbian families: Risk, Resilience, and Raising Expectations. In F. Walsh (Ed.), Normal Family Processes (4th.ed.). New York: Guilford.


Brodzinsky. D.M., Green, R.-J., & Katuzny, K. (in press). Adoption by lesbians and gay men: What we know, need to know and ought to do. In D. M. Brodzinsky & A. Pertman (Eds.), Adoption by lesbians and gay men: Research and practice issues. New York: Oxford University Press.


http://humupd.oxfordjournals.org/content/13/1/53.full.pdf





wtorek, 29 marca 2011

honorowe dawstwo spermy w Obrzydłówku

Nie było moim wyborem, że moim rodzinnym domem stał się pojemnik z próbką. (Whipp 2000)

Nie istnieje bardziej fundamentalne prawo niż prawo do własnej tożsamości... Prawo nie bycia oszukanym w sprawie własnego pochodzenia (Freeman 1996)

Mama i tata od długiego już czasu próbowali urodzić dzidziusia, kiedy pan doktor powiedział im, że z jajeczkami mamy jest problem. To bardzo zasmuciło rodziców. Jednak pan doktor wtedy dodał, że są pewne życzliwe panie zwane dawczyniami, które pomagają takim osobom jak mama i tata. W ten sposób mogłem się urodzić i tak mama, tata i ja zostaliśmy rodziną

Tak zaczyna się historia opisana w uroczej książeczce dla dzieci "Our story" wydanej przez Donor Conception Network z Wielkiej Brytanii. W Polsce brzmi ona tak:

 Nie bierzemy pod uwagę informowania dziecka o tym, że powstało z AID- nikt oprócz nas nie wie i tak zostanie na zawsze. Myślę, że nie ma sensu sobie komplikować życia myśląc o tym kto dał nasienie, jaki był itp. Dawca nasienia się kompletnie nie liczy, dał nam tylko plemniki, a to mąż będzie ojcem naszego maleństwa (1)

z uzupełnieniem:
mam gdzieś czy dziecko mi kiedyś wyrzyga, że nie zna swojego ojca!!! chcę być matką i zrobiłam wszystko, abyśmy z eMkiem zostali rodzicami!!!! To bedzie nasze dziecko, nigdy mu nie powiemy o dawcy! (1)

*

 W roku 1991 w Wielkiej Brytanii zaczął obowiązywać Human Fertilisation and Embryology Act. Na mocy jego postanowień każde dziecko poczęte dzięki dawstwu gamet/zarodków ma prawo do ustalenia swoich biologicznych korzeni.
Jest to najbardziej skrajna postawa wobec dawstwa gamet, poza nią ustawodawstwo innych krajów europejskich praktykuje dwa warianty:
Model duński: dawstwo może być anonimowe lub jawne w zależności od decyzji dawcy i biorcy. Tę formę dawstwa nazywa się systemem dwuścieżkowym. Anonimowość dotyczy jednak tylko personaliów dawcy, poza tym dawca jest zobowiązany do pozostawienia podstawowych informacji o sobie na wypadek, gdyby jego  potomstwo chciało kiedyś dowiedzieć się szczegółów o biologicznym rodzicu. Wszyscy dawcy są objęci rejestrem centralnym, a ilość urodzonych dzięki nim dzieci jest limitowana i kontrolowana.
Model francuski: całkowita anonimowość dawcy, obowiązek rejestracji dawców i limitu urodzonych dzięki jednemu dawcy dzieci;

Jawność dawstwa lub system dwuścieżkowy wprowadzają kraje, w których dzieci dawców już dorosły i domagają się praw mówiąc o swoich doświadczeniach i przedstawiając wyniki badań nad psychospołecznymi skutkami dawstwa.
Dopóki ich głos był głosem dzieci- nie liczył się w debacie.
Drugim czynnikiem mającym wpływ na dyskusje o dawstwie jest rozwój Internetu a wraz z nim- rozwój wirtualnych baz DNA, które czynią informacje o swoim pochodzeniu dostępnymi dla każdej ręki zaopatrzonej w myszkę.

W Polsce temat dawstwa gamet i adopcji zarodków nie istnieje w przestrzeni publicznej, choć czasem u Ewy Drzyzgi mignie dumny inseminator, a na łamach prasy półkolorowej pojawi się reportaż o rozpłodowych hobbystach umawiających się na prokreacyjne randki w podmiejskich hotelach.
"Wysoka wydajność, dyskrecja gwarantowana" chwalą się panowie, którzy potem, często pod okiem legalnych małżonków, solennie zapładniają ich żony na hotelowych tapczanach. Nazywa się to wówczas NI- naturalną inseminacją. Jest taniej niż w klinice, bez cewników i lekarzy, ale też bez żadnych badań i certyfikacji. Potem drogi stron się rozchodzą, aby więcej nie skrzyżować.
Dziecko nigdy nie ma poznać prawdy o swoim pochodzeniu genetycznym.

*

Nie wiadomo, ile dzieci w Polsce urodziło się dzięki dawstwu plemników, komórki jajowej lub zarodka. Przypuszczalnie, biorąc pod uwagę wskaźniki europejskie, możemy mówić o dziesięciu, może piętnastu tysiącach dzieci. Nie prowadzimy rejestru centralnego dawców i nie kontrolujemy ilości próbek oddawanych przez jedną osobę.
Jesli klinika ma ambicję pracować wedle najnowocześniejszych standardów- a takich klinik w Polsce jest kilkanaście(2)- testy medyczne wykonywane kandydatom na dawców obejmują również wywiad rodzinny, cechy fizyczne oraz motywację dawstwa.
Jednak po oddaniu próbki nie monitoruje się działań dawców i nie sprawdza, czy ponownie nie zostają dawcami w innej klinice. A potem w następnej. I w następnej. Poza kontrolą są też gabinety inseminacyjne i przychodnie.

Dawstwo komórek jajowych to odrębne zagadnienie.
W Polsce to wyłącznie dawstwo krzyżowe:  kobieta poddająca się zapłodnieniu pozaustrojowemu  decyduje się oddać nadmiarową część swoich komórek anonimowej parze, która w zamian za to częściowo dofinansowuje zabieg ivf dawczyni.
Wyjątkowość sytuacji dawczyń polega więc na tym, że oddają swoje komórki jajowe w momencie, w którym nie posiadają jeszcze żadnej pewności, czy ich leczenie przyniesie skutek w postaci upragnionej ciąży.
Zdarza się więc, że po bezskutecznym leczeniu para ląduje w OAO lub decyduje się na świadomą bezdzietność, mając prawdopodobną i nieznaną liczbę biologicznych dzieci wychowywanych przez biorców.
Dawczynie nigdy nie otrzymają informacji o tym, czy te dzieci faktycznie się urodziły, a jeśli tak- to ile, jakiej płci, komu?
Znamy też ciemną stronę niekontrolowanego dawstwa komórek jajowych, choć nie potrafimy oszacować skali zjawiska: pacjentki bijące rekordy najstarszej matki świata bez wyjątku korzystają z komórek dawczyń, gdyż same są po menopauzie. Jeśli wierzyć informacjom pacjenckich organizacji ze Słowacji (15) i Rumunii (16) (w Rumunii padł jeden z rekordów: matką w wieku 66 lat została Elena Iliescu) wschodnioeuropejskie komórki jajowe stanowią znaczącą część światowego rynku dawstwa. I nie mamy możliwości zatrzymania tego zjawiska tak długo, jak długo nie wprowadzimy centralnych baz danych i kontroli nad losem próbek.

Z relacji współpracujących z organizacjami pacjenckimi psychologów wynika także, że na część dawczyń decyzja o oddaniu komórek jajowych wpływa w perspektywie czasu destrukcyjnie.
Dlatego najczęstszą strategią spotykaną wśród dawczyń jest wypieranie świadomości dawstwa. Inaczej rozważania o tym, do kogo trafiły gamety, ile dzieci się z nich urodziło, czy są szczęsliwe, czy nie doznają krzywdy, byłyby dla korzystających z pomocy psychologicznej dawczyń nie do udźwignięcia.
Być może byłoby im łatwiej, gdyby mogły mieć nadzieję, że więzi nie zostały zerwane do końca?

*

W 2003 roku, siedem lat od procesu Joanny Rose, która pozwała Ministerstwo Zdrowia za brak informacji o swoich genetycznych korzeniach i złamanie przez to prawa do prywatności i życia rodzinnego, grupa dorosłych dzieci urodzonych dzięki dawstwu wymusiła na brytyjskim Ministerstwie Zdrowia powołanie projektu Donor Link (3) kojarzącego rodzeństwa przyrodnie i umożliwiającego odnajdywanie informacji o swoich korzeniach.
Projekt opiera się na komputerowym rejestrze DNA i szukaniu według tego klucza krewnych. Podobne projekty są obecnie prowadzone w USA.
Wspiera te działania część dawców i dawczyń: (4):

Gdy byłem dawcą, nie czułem żadnej odpowiedzialności, ona należała do rodziców tego dziecka. W mojej głowie nie było relacji z dzieckiem, które jeszcze nie istniało, ale z jego rodzicami. Potem zrozumiałem, że nie można przekazać całej odpowiedzialności, jej część spoczywa na tobie. Przekazywanie genów to nie była moja pierwotna motywacja, ale z wiekiem ma to dla mnie znaczenie.

Donor Link szacuje, że rekordowi brytyjscy dawcy mają obecnie ponad sto synów i córek. Oddawali próbki co miesiąc przez szereg lat. Brak wprowadzonego limitu dzieci, których genetycznym ojcem był ten sam dawca spowodował, że nie kontrolowano ilości poczęć.
Podobna sytuacja dzieje się obecnie w Polsce.
*

Prawdy o swoim pochodzeniu dowiaduje się przypadkowo ok. 20% dzieci, których rodzice deklarowali całkowitą tajność dawstwa (4).
Te przypadki to choroby, wątpliwości powstałe przy wypełnianiu szpitalnych kart, kiedy ilość niezgodności wykracza poza możliwość koincydencji, ale też rozwody i rodzinne kłótnie.
Dodatkowo - jak wykazują tegoroczne badania Readingsa i Blake'a- anonimowość dawstwa jest w najczęściej iluzją.
Rodzice dzieci poczętych dzięki różnym formom adopcji prenatalnej z reguły mówią o swoim doświadczeniu przynajmniej jednej osobie (włączając w to społeczności internetowe) co prowadzi prostą drogą do zjawiska obserwowanego przy okazji badań nad ukrywaną adopcją społeczną: o adopcji wkrótce wiedzą wszyscy poza dzieckiem.
Ten faktor jest niemal zupełnie pomijany przez biorców i rodziców adopcyjnych, a wedle relacji dzieci z niejawnych adopcji społecznych i biologicznych odgrywa potem decydującą rolę: wzrastanie w cieniu niezdefiniowanej tajemnicy rodzinnej prowadzi albo do odkrycia sekretu, albo do niszczącego wpływu tej tajemnicy na więzi w rodzinie (5, 6).

Szacunki dwudziestoprocentowe pochodzą sprzed rozwoju Internetu.
Obecnie dzięki tworzonym sieciom DNA każdy z nas może dołączyć swój kod do bazy. W poszukiwaniu zagubionych krewnych, z ciekawości lub zwyczajnie z nudów.
Dla kilkunastu tysięcy polskich rodzin będzie to chwila prawdy, zwłaszcza że dzięki badaniom wiemy już, iż dzieci chcą wiedzieć i oceniają negatywnie ukrywanie przed nimi prawdy o ich genetycznym pochodzeniu (7).
Ok. 16% dzieci dawców całkowicie zgadza się ze zdaniem "okoliczności mojego poczęcia są dla mnie istotne", zaś 26% wybiera odpowiedź "raczej się zgadzam".
Z kolei twierdzenie "mój dawca jest połową mnie" uważa za prawdziwe aż 65% dzieci poczętych dzięki dawstwu (7). Dane biologicznych rodziców chce poznać co trzecie dziecko (14).
Zatem intuicja większości polskich biorców deklarujących "gdyby moim ojcem był dawca nigdy nie chciałabym/chciałbym o tym wiedzieć" wydaje się raczej życzeniową obudową własnego lęku, aniżeli próbą zrozumienia uczuć dziecka i wejściem w jego perspektywę.

*

Dla każdego, kto orientuje się przynajmniej pobieżnie w historii polskiej adopcji, analogie są aż nadto widoczne.
Porozmawiajmy więc o 50letniej historii polskiej adopcji  i jej pedagogicznych eksperymentach sprzed pół wieku. Zawsze- co trzeba uczciwie zastrzec- stawiających sobie za cel dobro dzieci i ich rodzin, nie zawsze spełniających jednak to oczekiwanie.
W latach 60tych wśród pracowników społecznych i rodziców adopcyjnych panowało powszechne przekonanie, iż w interesie dziecka jest całkowite wchłonięcie jego tożsamości przez rodzinę adopcyjną. Matce biologicznej oznajmiano w chwili podpisania dokumentów "Odtąd to dziecko dla ciebie umarło, nigdy go nie zobaczysz" (8).
Testowano rozmaite rozwiązania, które wydawały się mieć intuicyjny sens. Jedną z form proponowanej rodzicom "dyskretnej" adopcji było zastępowanie zmarłych przy porodzie noworodków noworodkami przeznaczonymi do adopcji. Ten rodzaj adopcji szybko ujawnił swoją słabość i wycofano się z niego w ciągu kilku lat.  Inną możliwością było pomaganie w ukrywaniu adopcji włączając w to fikcję wypchanych poduszkami brzuchów i lokowanie przyszłych adopcyjnych matek po zaprzyjaźnionych klasztorach na ostatnie miesiące "ciąży".
Z relacji dorosłych dzieci adoptowanych, przed którymi ukrywano fakt adopcji, wiemy, jak druzgoczącym doświadczeniem okazywało się na ogół zatajanie ich dziedzictwa biologicznego. Z drugiej strony płynęły sygnały przeciwne wskazujące na pozytywną rolę, jaką dla rodziny może odegrać otwartość:


Już w latach sześćdziesiątych niektóre rodziny decydowały się na wychowywanie dziecka w świadomości o jego pochodzeniu zaczynając od mówienia do niemowlęcia „mój ty kochany, adoptowany”. Obserwowano pozytywne doświadczenia rodziców uczciwie przedstawiających dzieciom sposób ich znalezienia się w rodzinie, tworzenie się więzi emocjonalnej opartej na zaufaniu, na dźwiganiu wspólnego losu ( i dziecko i rodzice woleliby, żeby łączyła ich więź biologiczna).
Z początkiem lat siedemdziesiątych Ośrodek całkowicie wycofał się z pomocy w tajnych adopcjach. Przekonywano kandydatów na rodziców adopcyjnych, że warunkiem szczęśliwych relacji w rodzinie jest wzajemna uczciwość i zaufanie, a więc poszanowanie prawdy. (8)

Sens jawności adopcji społecznej szczęśliwie nie bywa już w Polsce kwestionowany. Rodziny zatajające przed dzieckiem jego pochodzenie stanowią wartości kilkuprocentowe. To sukces, nad którym pracowały tysiące osób, przede wszystkim rzesza rodziców adopcyjnych.
Tego wszystkiego nie da się niestety powiedzieć o jawności póładopcji i adopcji prenatalnej.
To temat, na rzecz którego nie lobbuje w Polsce obecnie żadne środowisko.
Przede wszystkim dlatego, że próby podejmowania z pacjentami tematu jawności adopcji prenatalnej spotykają się niemal bez wyjątku z wrogością, jeśli nie agresją.
Dominuje podejście posesywno-lękowe, któremu towarzyszą liczne deklaracje o pragnieniu stworzenia szczęśliwej rodziny, powoływanie się na prawo do posiadania dziecka i przekonanie, że częściowa czy całkowita jawność zniszczy rodzinę.
Na plan pierwszy wybijają się emocje rodziców:


nie rozważam powiedzenia dziecku. Bałabym się, że być może dziecko uzna że źle zrobiliśmy podchodząc do AID, że będzie uznawał dawcę jako ojca, a mój eMek będzie czuł się odtrącony, że tamta rodzina zacznie się wtrącać w nasze życie, że ogólnie wszystko co budowaliśmy między mną, eMkiem i dzieckiem legnie w gruzach. najbardziej boję się o eMka, na pewno czułby się zagrożony, w sytuacji gdy dziecko pozna dawcę swoich genów


Dla faceta diagnoza- nie może być ojcem- to cios poniżej pasa. Ujawnienie, że ojcem dziecka jest ktoś inny to kolejny cios dla bezpłodnego faceta. Nie ma mowy o powiedzeniu dziecku, nie interesuje mnie zresztą jakiś koleś, który oddał nasienie dla kasy czy z innego tam powodu. Dziękuję mu i to wszystko.
        
Ja tak sobie myślę, że najczęściej pary korzystające z AID nie wtajemniczają w swoją walkę o dziecko za wielu osób, bo dla faceta problem nieplodności to trudniejsze przeżycie niż dla nas dzielnych kobitek. Gdy dawstwo będzie jawne, to co ma począć mąż, jak on będzie się czuł, gdy dawca będzie realną osobą, która "zapłodniła" jego żonę? a niech jeszcze ten dawca kiedyś zechce poznać "swojego" potomka? no przecież facet może poczuć się delikatnie mówiąc zbędnym ogniwem, bo przecież dziecko nie ma jego genów. Ja dawstwu jawnemu i poznaniu dawcy mówię stanowcze NIE


jeszcze tak sobie pomyslalam, co w sytuacji, gdy dziecko pozna "dawcę nasienia" i będzie go traktował jako swojego ojca? przecież męzowi serce pęknie (2)

Uczuciu frustracji i niezrozumienia przez zdrowe otoczenie, towarzyszy- szczególnie gdy leczenie trwa długo i nie przynosi sukcesu- poczucie, iż ogólne zasady i prawa powinny być w przypadku ludzi chorych naginane właśnie dlatego, bo są chorzy.
Oznacza to wiarę, że choć brzydko jest świsnąć stówkę z portfela matki, to Jaś chory na neuroblastomę będzie temu winny mniej niż Staś z idealnymi wynikami krwi.
Okłamywanie dziecka zaś generalnie jest złe, ale w szczególnych sytuacjach- na przykład wówczas, kiedy ochrania emocje i strachy rodziców- jest działaniem, w odczuciu większości polskich biorców, uzasadnionym.

Tego rodzaju emocje nie są niczym dziwnym. Chęć ukrycia pochodzenia dziecka przeżywa prawdopodobnie każdy kandydat na rodzica adopcyjnego. Wystarczy przecież tak niewiele, a adoptowane dziecko na zawsze pozostanie najwłaśniejszym, jedynym, wyłącznym i całkowicie przynależnym...
Szczęśliwie w Polsce szkolenie adopcyjne jest obowiązkowe.
Treść szkolenia może się różnić w zależności od ośrodka, ale każde musi mieć akceptację Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Przyszli rodzice szybko pozbywają się złudzeń. Kiedy wychodzą ze szkoleniowego magla wiedzą już, że celem adopcji jest zapewnienie dziecku rodziny w poszanowaniu dla jego dziedzictwa, a nie niańczenie emocjonalnych deficytów niepłodnej pary.
Nie ma więc miętkiej gry, eMkowie z pękającymi sercami, dojrzałość generalnie jest bolesna. Ale kiedyś powinno się dorosnąć, prawda?

Niestety "Trzecia część prokreacji", bo tak w literaturze nazywa się dawstwo, wydaje się być w Polsce nader często traktowana jako jedna ze ścieżek leczenia analogiczna do homologicznej inseminacji lub in vitro, a nie jako rodzaj (pół)adopcji, którym faktycznie jest.
Takie podejście każe z niepokojem myśleć o rodzicielstwie par, którym polskie prawo nie stawia żadnych zapór zmuszających do głębokiego przemyślenia implikacji decyzji o dawstwie lub biorstwie gamet.

Teraz rzut oka na oficjalne wytyczne i badania.
Jawna adopcja prenatalna istnieje w Holandii, Norwegii, Niemczech, Szwecji, Austrii, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii i Szwajcarii. W Danii i USA występuje dawstwo dwuścieżkowe.
Oficjalne stanowisko ESHRE (10) zaleca ścieżkę podwójną jako najlepiej godzącą interesy dawcy, biorców i dziecka. Ponadto dziecko ma prawo do uzyskania wszelkich informacji o dawcy/dawczyni/dawcach, jakie przewidział dawca, ma także ma prawo do wiedzy, że zostało poczęte dzięki dawstwu.
Brytyjska HFEA(9) poszła w swoim stanowisku dalej: od 2005 roku dawca w Wielkiej Brytanii nie ma możliwości pozostania anonimowym, a jego dane zostają udostępnione na życzenie dziecka w chwili, kiedy skończy ono 18 lat.
Zarówno HFEA jak i ESHRE nakazują prowadzenie rejestrów i zabezpieczenie danych dawców przez 50 lat.
*
Badania oceniające psychospołeczne skutki dawstwa wykazują, iż świadomość bycia urodzonym dzięki dawstwu pozostaje bez wpływu na więź z rodzicami lub wytwarza więź pozytywną wpływając na poczucie bycia wyjątkowym dla rodziców (11, 12, a, c, d).
Ponadto- analogicznie do rodzin adopcyjnych- stwierdza się pozytywną korelację między jakością więzi dziecko-rodzic, informacją o prawdziwej historii rodziny a wiekiem dziecka. Im młodsze dziecko tym naturalniej przyjmuje tę prawdę i tym pozytywniejsze są interakcje z rodzicami (13).

W tym samym czasie wśród polskiej obfitości aż sześciu projektów ustawy bioetycznej, tylko dwa przewidują utworzenie centralnego rejestru dawców (projekt Małgorzaty Kidawy Błońskiej i projekt Marka Balickiego),  ale jedynie projekt Małgorzaty Kidawy Błońskiej zakłada jednoczesną nowelizację KRiO, aby dziecko po osiągnięciu pełnoletniości miało możliwość ustalenia danych dawców gamet, jeśli są inni niż ojciec i matka. Jednocześnie projekt zakłada wygaśnięcie praw alimentacyjnych dzieci urodzonych dzięki dawstwu gamet lub zarodków.

Rok 1991 był krokiem milowym nie tylko dla Wielkiej Brytanii przyjmującej HFEA.
W tym roku po raz pierwszy odwiedzili Polskę Purple z trasą Nobody's Perfect, we Wrocławiu zamknięto wrocławską kolej dojazdową, a w lipcu narodził się oficjalnie polski Internet.
To również rok, w którym rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego podpisał Europejską Konwencję Praw Dziecka.
Tym samym dołączyliśmy do do chlubnego grona krajów uznających prawa dziecka i do niechlubnego grona krajów, które podpisaną Konwencję opatrzyły dwoma formalnymi zastrzeżeniami w formie poprawek.
Dobra, powiedzmy zresztą wprost: byliśmy jedynym krajem, który to zrobił.
Przyjęte przez konserwatywny  rząd poprawki dotyczyły dwóch spraw. Po pierwsze zastrzegliśmy sobie, że choć każde dziecko ma prawo do wolności myśli, wyznania i światopoglądu, to jednak polskie dzieci będą mieć  to prawo jedynie wówczas, kiedy nie stoi ono w sprzeczności z władzą rodzicielską oraz tradycyjną pozycją dziecka w polskiej rodzinie. Co zasadniczo się wyklucza z sensem tego zapisu mającego właśnie dawać dzieciom możliwość niepodążenia do meczetu nawet wówczas, kiedy reszta rodziny tam podąża.
Druga poprawka uściśla prawo dzieci do wiedzy o własnej tożsamości. Jest ono oczywiście niepodważalne. Z wyjątkiem dzieci adoptowanych. Oto oryginalny tekst:
Prawo dziecka przysposobionego do poznania rodziców naturalnych będzie ulegało ograniczeniu przez obowiązywanie rozwiązań prawnych umożliwiających przysposabiającym zachowanie tajemnicy pochodzenia dziecka

Ten zapis uczynił nas prawdziwym europejskim wyjątkiem i perłą w koronie królowej Obrzydłówka.
Dopiero w 1995 rządowi Józefa Oleksego udało się osłabić moc tego zapisu dzięki nowelizacji KRiO i przyznaniu dziecku adoptowanemu prawa poznania trożsamości rodziców biologicznych po ukończeniu przez nie18 roku życia.
Od 1991 na Polskę wciąż wywierany jest europejski nacisk w sprawie wycofania sie z obu zastrzeżeń, ale my się nie dajemy, tak nam dopomóż Bug i wszystkie przyjazne polskim dzieciom rzeki.
Takie podejście do praw dziecka czyni więc dyskusję o dawstwie nieco egzotyczną, nie mówiąc już o koncepcji rozważenia dawstwa jawnego lub półjawnego.

Może więc należy całkowicie zrezygnować z dawstwa, jak doradzają nam poseł Gowin, Piecha i posłanka Wargocka?
Byłoby to jednak wylaniem- nomen omen- dziecka z kąpielą. Dawstwo to jedyna szansa na ciążę dla ludzi bezpłodnych i dla nosicieli chorób dziedzicznych. Choć nie zostaną genetycznymi rodzicami, będą mogli wychowywać dziecko partnera/partnerki, przeżywać wspólnie ciążę, czuć pierwsze ruchy dziecka. Wreszcie dostaną szansę wspólnego przeżycia porodu i bycia z dzieckiem od narodzin. Adopcja społeczna nigdy nie dałaby im tej szansy.
W przypadku adopcji zarodków niebagatelny jest też aspekt etyczny: jest to rozwiązanie problemu niechcianych zarodków, którego ciężar dla wielu ludzi jest rzeczywisty i odczuwalny.
Last but not least ilosć obciążeń i wad wrodzonych w grupie dzieci urodzonych dzięki dawstwu jest pięciokrotnie niższa niż w grupie dzieci poczętych naturalnie.
Choć pewnie Tomek Terlikowski przenigdy by w to nie uwierzył albo zaraz zmajstrował świeżutką teorię, że w gorszej kondycji dzieci poczętych naturalnie i tak jest boży plan. Albo przynajmniej, że powstańcze hełmy lepiej leżą na ich głowach.



Kto więc oswobodzi Obrzydłówek? Wygląda na to, ze nikt. Konkluzje, do których badacze psychospołecznych wpływów dawstwa gamet doszli już w 1981 roku:


Obsesyjna koncentracja na ochronie samego siebie musi ustąpić przed koncentracją na dziecku i jego prawach (Child Welfare, 1981 Mar;60(3):161-74.)

są oczywiste dla rodziców i lekarzy do momentu, w którym nie zorientują się, że w cytacie chodzi o dawstwo gamet.
Nakłonienie pacjentów do lobbowania na rzecz bezpieczniejszego i przyjaznego ich dzieciom prawa nie jest możliwe z uwagi na to, iż niczego pacjenci nie boją się bardziej niż utraty kontroli nad rodzinną tajemnicą.
W ślad za nimi podążają lekarze, których zawodowa uwaga koncentruje się na doprowadzeniu do pozytywnej próby ciążowej i odebraniu rok później kolorowej rodzinnej fotografii z tłustym bobasem na pierwszym planie.
Dla nich wprowadzenie jawności dawstwa będzie oznaczało przede wszystkim raptowne stopnienie puli dawców (jak stało się to udziałem wszystkich krajów posiadających jawne rejestry) co z kolei uważają za krzywdę swoich pacjentów zmuszonych do oczekiwania w kolejkach na nasienie, oocyt, zarodek.
Co ciekawe w przypadku adopcji społecznej mało kto podnosi argument krzywdy rodziców adopcyjnych czekających na dziecko około dwóch lat i wykorzystujących ten czas na przeżycie żałoby po swoim potomstwie biologicznym oraz stworzenie przestrzeni  dla rodzicielstwa adopcyjnego. Tu prawo dziecka wydaje się być społecznie rozumiane i honorowane.
Rodzicielstwo z dawstwa dezorientuje.
Przez fakt bycia w ciąży i przeżywania porodu nie traci ono swej funkcji póładopcyjnej, choć- jak się wydaje- intencją zaangażowanych stron jest zrobienie wszystkiego, aby wypchnąć ten stan rzeczy poza nawias świadomosci.

Pierwsze polskie dzieci urodzone dzięki dawstwu mają obecnie po dwadzieścia lat. To niewielka, przypuszczalnie kilkudziesięcioosobowa grupa.
W ostatnich latach ciąże uzyskane dzięki dawstwu stanowią jednak ok. 20% wszystkich wykonywanych w Polsce inseminacji i ok. 15 % łącznej ilości zabiegów in vitro.
Wielka Brytania przed nami, mamy jeszcze około piętnastu lat względnego spokoju.
Bomba tyka.



1. wszystkie cytaty opisujące doświadczenie polskich pacjentów decydujących się na program z przyjęciem gamety dawcy/dawczyni/zarodka pochodzą z polskich for niepłodnościowych. Pisownia oryginalna;
2. np. http://www.cryobank-genesis.com/pl/bank-dawcow.php
3. http://www.ukdonorlink.org.uk/
4. http://wyborcza.pl/1,76842,7426398,Palaca_ciekawosc.html
5. http://www.dailymail.co.uk/femail/article-1163032/A-generation-sperm-donor-children-discovering-father-know-love-NOT-father-all.html
6. Donor insemination, C.L.R. Barratt and I.D. Cooke, Cambridge (England): Cambridge University Press, 1993).
7. Wendy Kramer, Eric Blyth, My daddy's name is a donor, Bionews, Jul 2010
8. Irena Czajka w: Wyjątkowe rodzielstwo. Adopcyjne historie. Ewa Kozdrowicz, Monika Jagodzińska, Grażyna Niedzielska, Warszawa 2010)
9. Human Fertilisation and Embryology Authority (Disclosure of Donor Information) Regulations 2004/1511
10. Gamete and embryo donation, ESHRE, http://humrep.oxfordjournals.org/content/17/5/1407.full
11.  Adolescents with open-identity sperm donors: reports from 12-17 year olds, Hum Rep(1): 239-252
12. Gamete donation: parents' experiences of searching for their child's donor siblings and donor, Human Reproduction, Vol.1, No.1 pp. 1–12, 2009).
13. Journal of Family Psychology, Mar 14, 2011
14. Dz.U. 1991 nr 120 poz. 526
15.http://www.bocianoviny.sk/
16. http://infertilitateaesteoboala.wordpress.com/

dodatkowo badania:

a. J Fam Psychol. 2011 Mar 14. Children conceived by gamete donation: Psychological adjustment and mother-child relationships at age 7, Golombok S, Readings J, Blake L, Casey P, Mellish L, Marks A, Jadva V.
b. Hum Reprod. 2011 Apr;26(4):853-60. Epub 2011 Jan 5. Two decades after legislation on identifiable donors in Sweden: are recipient couples ready to be open about using gamete donation, Isaksson S, Skoog Svanberg A, Sydsjö G, Thurin-Kjellberg A, Karlström PO, Solensten NG, Lampic C.
Department of Public Health and Caring Sciences, Uppsala University, S-751 22 Uppsala, Sweden.
c.Hum Reprod. 2010 Oct;25(10):2527-34. Epub 2010 Aug 18. 'Daddy ran out of tadpoles': how parents tell their children that they are donor conceived, and what their 7-year-olds understand.
Blake L, Casey P, Readings J, Jadva V, Golombok S.
d. Asian J Androl. 2010 Nov;12(6):801-6. Epub 2010 Jul 12. To name or not to name? An overview of the social and ethical issues raised by removing anonymity from sperm donors.
Burrn, University of Sheffield School of Health and Related Research, Sheffield


*

i na tym wpisie blog zawiesza na miesiąc (w porywie dwa) swoją aktywność, gdyż praca wzywa.

niestety coś schrzaniłam z jakimś HTMLem, co to kurfa jest?!, i teraz moje śliczne podświetlane linki już nie działają. Słowo skauta, że one tam były. Jakby ktoś bardzo chciał wiedzieć, co się kryje pod Whippem albo Longchampsem de Berier to proszę pisać na maila albo zostawić ślad w komentarzu.
Soraski i tak dalej, ale o tej godzinie nie mam już serca do tego pieprzonego blogspotu i entej edycji.