Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 kwietnia 2013

O Heniu kłamczuszku i faryzeuszach

Spotkałam kiedyś człowieka, który powiedział mi, że w katolicyzmie chodzi z grubsza o to, że był kiedyś Jezus i on wszystkich kochał tak bardzo, że oddał swoje życie, aby odkupić grzechy ludzkości. Zadaniem wspólnoty katolickiej natomiast jest sprawić, aby ta prawda nigdy nie została zapomniana.
Przeglądam dokument Konferencji Episkopatu Polski zatytułowany "O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek" i wiecie, nie widzę nic o miłości zwyciężającej śmierć i nienawiść.

Ale jest sporo o seksie.
I o aborcji
Oraz o in vitro.

Zaskakująco tym razem nie ma nic o homoseksualistach. Pewnie zostali na deser, bo KEP zapowiada kolejne dokumenty bioetyczne.
Ogólnie jednak chodzi o to, aby zajmować się tym, co ludzie trzymają w spodniach i spódnicach. Kiedyś myślałam, że to wulgarne uproszczenie. Teraz myślę, że prawda po prostu jest wulgarna.

W dokumencie są dwa duże kłamstwa i dziesiątki małych. Zastanawiające, że człowiek przyzwoity - a za takiego się uważam - zaczyna w pewnym momencie relatywizować kłamstwa. Jest ich tak wiele, że trzeba ustalić jakąś hierarchię. Być może sama ta relatywizacja jest pierwszym krokiem ku nieprzyzwoitości, powolnemu psuciu się debaty publicznej. Nie wiem. Nie miałam w sobie nigdy tyle bezczelności i tupetu, aby po prostu brnąć w ideologiczną hucpę twierdząc, że cel mnie uświęci.
Tak więc kłamstwo pierwsze:


Po to, aby zwiększyć szansę powodzenia zabiegu, do organizmu matki przenosi się kilka embrionów. Po pewnym czasie sprawdza się ich rozwój i pozostawia przeważnie jeden z nich- ten najlepiej oceniany. Pozostałe zostają przeznaczone do selektywnej aborcji, w celu ograniczenia ryzyka związanego z ciążą mnogą.


Oto wyciągi z raportów EIM Polska 2008 - 2009 - 2010 pokazujące skalę aborcji selektywnych po procedurze in vitro. Raporty były zbierane również w latach wcześniejszych, jednak wersje elektroniczne są dostępne dopiero od 2008 roku:




Dla 2008 roku



Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
68
Complication to oocyte retrieval:
All
18
Bleeding
17
Infection
1
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2008 do PTG : 7297 cykli



Dla 2009 roku


Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
54
Complication to oocyte retrieval:
All
59
Bleeding
54
Infection
5
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2009 do PTG: 8377 cykli

Dla 2010 roku



Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
56
Complication to oocyte retrieval:
All
33
Bleeding
29
Infection
4
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2010 do PTG: 9460 cykli

Kłamstwo drugie:

Kościół stoi po stronie człowieka

ale jednocześnie dokument nazywa mojego syna "produktem" (pkt 3. Prawda o ludzkiej seksualności i odpowiedzialności za dziecko, str. 6-7.), a ludziom niepłodnym zaleca:

w sytuacji, gdy małżonkowie są niezdolni do przekazania życia (w wymiarze fizycznym) cel małżeństwa może wypełnić się w wymiarze duchowym i jednocześnie praktycznym. Chodzi mianowicie o poświęcenie się niepłodnych par na rzecz innych lub wielkoduszne przyjęcie do rodziny jednego z ogromnej liczby dzieci oczekujących na adopcję. (pkt 3. Prawda o ludzkiej seksualności i odpowiedzialności za dziecko, str. 8.)


Piszą to ludzie, którzy odmieniają podmiotowość człowieka przez wszystkie przypadki, co nie przeszkadza im postrzegać dziecka adoptowanego  przez pryzmat wielkoduszności intencji przyszłych rodziców lub ich poświęcenia.
To nie jest ani zabawne, ani przerażające. Nie wiem sama jakie to jest. To jest takie, jak uczucie, które zalało mnie falą, kiedy słuchałam słów arcybiskupa Hosera mówiącego z autentyczną troską o przeznaczaniu olbrzymich kwot budżetowych na nieskuteczne, niebezpieczne i nieetyczne leczenie podczas gdy ludzie faktycznie cierpiący umierają bez pomocy.
Nadmieńmy, iż abp Hoser należy do instytucji, która w 2010 roku obciążyła budżet Państwa kwotą miliarda stu sześćdziesięciu dwóch milionów złotych wypłaconych na pensje dla katechetów i katechetek. I robi to rokrocznie. Bo sam polski Episkopat nie ma nawet na tyle przyzwoitości, aby płacić za własny apostolat. 
Jak śmiecie mówić mi, że leczenie mojej choroby jest obciążeniem dla budżetu?

Kilka dni temu profesor Obirek udzielił wywiadu, który - moim skromnym zdaniem - należy przeczytać z uwagą, a potem jeszcze raz. Cytując:

Święcenie kobiet, zmiany w etyce seksualnej… jeśli się od tego odejmie odium walki z chrześcijaństwem i zobaczy się w tym normalne procesy emancypacyjne, których samo chrześcijaństwo było kiedyś sojusznikiem, wówczas inaczej będziemy o tym dyskutować. Dlaczego inne kościoły chrześcijańskie, mimo że też mają wielosetletnią tradycję kapłaństwa mężczyzn, zmieniły się pod wpływem emancypacji? Dlaczego Kościół katolicki nie mógłby przejść tej drogi? Ale dopóki jesteśmy w średniowieczu społecznie, dopóki tkwimy w feudalnych rozwarstwieniach i zależy nam tylko na tym, żeby być na górze, żeby panować, to nie ma możliwości na przyjęcie języka debaty, a nie nienawiści, wobec tego zewnętrznego, zagrażającego nam ponoć świata. Negocjacji, dialogu społecznego, zamiast wyzwisk. Jeśli choćby uda się Franciszkowi zmienić język, którym Kościół rozmawia z nowoczesnością, to byłaby już wielka zmiana po poprzednich pontyfikatach.


I właśnie dlatego dowiedziałam się dziś z ust biskupa Wojciecha Polaka, Sekretarza Generalnego KEP, iż niniejszy dokument stanowi... odczytanie znaków czasu!

Znaków czasu!

Dzieci będące produktami, bo poczęły się na szkle.
Ojcowie, o których miłości Episkopat ma do powiedzenia tyle, że dokonali samogwałtu, aby ojcami zostać.
Kobiety noszące uszkodzone płody, które winny donosić ciążę i towarzyszyć dziecku w umieraniu, inaczej bowiem zaprzeczą jego podmiotowości.
Brzuchy tych kobiet będące inkubatorami chroniącymi podmiotowość płodu za cenę uprzedmiotowienia kobiety
I mentalność antykoncepcyjna, która jest potępiona, ponieważ choć "otwartość na życie może się wprawdzie łączyć z krzyżem, wiązać z wyrzeczeniami osobistymi i finansowymi", to jednak macica, prącie i ich szlachetne połączenie owocujące porodem stanowią wrota do zbawienia. To jest właśnie wulgarność prawdy.

A jedyny znak czasu, który się tu objawia to to, że jakkolwiek pedofilia jest problemem dla polskiego Kościoła zbyt błahym, to zajęcie się masturbacją niepłodnych ojców jest problemem wystarczająco ważkim.

Cóż, Jezus żył krócej niż faryzeusze. Wierzył w inne znaki czasu.


czwartek, 1 września 2011

z tango i surogatką jest nas czworo

Podczas gdy w pewnym nadwiślańskim kraju szef największej lewicowej partii oznajmia, że "jego dzieci wolą klasyczne bajki" <a nie te o o pedałach pingwinach, a pfuj, i to jeszcze dziecko razem wychowują, poprzewracało się im w dupach, jak Marksa kocham- a co na to poseł Wikliński?> kraje zamorskie poszły nieco bardziej do przodu i omawiają warunki surogacji dla par gejowskich.
Być może jestem nadmierną optymistką, ale krajowym gejom daję maksymalnie dziesięć lat na dojście do rozwiązań surogacyjnych, co jest na poziomie praktycznym prostsze niż ustanowienie i wyegzekwowanie nowego prawa adopcyjnego.

Zajmiemy się więc dziś, proszę publiczności, dawstwem gamet, zarodków i surogacją  w odniesieniu do rodzicielstwa jednopłciowego. Z uwagi na rozległość zagadnienia notka poświęcona jest wyłącznie gejom, o rodzicielstwie lesbijek będzie kolejna część.
Notka jest pozbawiona suspensu: jestem przeciwniczką surogacji dla par gejowskich, jestem przeciwna przestawianiu poziomów "reprodukcyjnej piramidy interesów" i jestem za przyznaniem rodzinom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci.
Paraliżująca zapowiedź została dokonana i w ten prosty sposób ustaliliśmy, kto doczyta notkę do końca, kto przerwie lekturę, a kto dziś wieczór ubiczuje się mocniej w intencji grzesznych sodomitów.
Możemy więc przejść do właściwej treści.

Ten pan:


Nazywa się Robert Jay Green i ma, z punktu widzenia heteroseksualnej kobiety lubiącej partnerów z poczuciem humoru, wysoką inteligencją i tytułem profesora psychologii, kardynalną wadę: jest gejem.
Robert Jay Green od lat pozostaje w monogamicznym związku, w którym wychowuje czteroletnią córkę. Ponadto, rzecz interesująca dla Lachów i Laszek, mimo posiadania wąsów i niedobranego krawata, Robert Jay Green a) nie poluje b) jest fajny.
Powodem, dla którego Robert Jay występuje tu dziś gościnnie, jest zaprezentowanie wyników jego badań nad rodzicielstwem gejów na sesji Theory and practice in third party reproduction  mającej miejsce podczas dwudziestego siódmego corocznego kongresu ESHRE, który w tym roku odbył się w Sztokholmie.

*

Przybliżmy sobie sytuację wyjściową, jaką posiadają statystyczny Roman i Paweł pragnący zostać rodzicami.
Poza adopcją, nierealną w Polsce, nie mamy zbyt wielkiego wyboru.
W zakresie rodzicielstwa biologicznego opcja jest tylko jedna z dwoma podwariantami: siermiężnym i budżetowym oraz profesjonalnym i kosztownym.
Polega (w podwariancie pierwszym) na znalezieniu kobiety, która zgodzi się nam urodzić nasze dziecko w wyniku inseminacji lub stosunku płciowego, a następnie przekazać je po porodzie ojcu, na którego rzecz zrzeknie się również praw rodzicielskich. Realność tego wariantu wynosi na oko 1: 10 000, choć może nieco zaniżam tę drugą liczbę.

Podwariant profesjonalny, za którym lobbuje Robert Jay Green (z doskonałym osobistym skutkiem) polega na:
a) znalezieniu surogatki przez profesjonalny bank i opłaceniu jej;
b) zakupie komórki jajowej od kobiety niebędącej surogatką, aby wykluczyć związek genetyczny i emocjonalny ciężarnej i płodu;
c) zawiązaniu legalnej umowy między wszystkimi czterema stronami, na mocy której dziecko po urodzeniu jest przysposobione przez parę gejowską, a w akcie urodzenia dziecka widnieją obaj ojcowie.

Tyle teorii, która Romanowi i Pawłowi zda się na nic.
To, co oferuje im się realnie w krajowych warunkach to bezdzietność wsparta społecznym przekonaniem, że powinni ją traktować jako wartość dodaną swojego wyboru, który wyborem wprawdzie nie jest, choć Bogna Białecka twierdzi co innego.
Tu krótka przerwa na zmówienie modlitwy, mantry, ofiary całopalnej w intencji maniakalnego dzieła Bogny, niech jej rzeczywistość lekką będzie, bo ludzi chorych trzeba ukochać, a nie potępiać.

*

Dla jasności dodam, że omawiane w tej notce warianty i możliwości- poza samą surogacją, która na mocy poprawki do KRiO z 2008 roku ustala, iż matką dziecka jest rodząca bez względu na relacje genetyczne między nią a dzieckiem, zaś umowy surogacyjne nie posiadają ważności prawnej- są wariantami legalnymi.
W Polsce albowiem, niespodzianka, nie istnieje prawo regulujące obrót i handel gametami.
Handel komórkami rozrodczymi wyłączono spod zakazu handlu ludzkimi tkankami, organami i komórkami w przyjętej w 2005 roku ustawie transplantacyjnej.
Od tamtego czasu nie można kupić ludzkiej wątroby, ale można kupić zarodek.
Teoretycznie kupić może każdy, nie każdy natomiast sobie będzie mógł go wszczepić, bo prawa biorcy/biorczyni są uznaniowe, konkretnie zależą od uznania dyrektora każdej z klinik leczenia niepłodności.
Osobiście wydaje mi się dość zabawne, że w biznesie klinicznym istnieje miejsce dla uprzedzeń homofobicznych obudowywanych zawsze jakąś poruszającą ideologią, a jednocześnie bez problemu można się pobawić w mały handelek bez śladów w dokumentacji bądź też zostać dawczynią komórek, trzy tysiące za punkcję bez ubezpieczenia i wiedzy urzędu skarbowego.
Sądzę, że warto polecić tę kwestię uwadze wszystkich konserwatystów drących szaty i otwory gębowe nad prawami życia poczętego i godnością płodu.
Przez te wszystkie lata, włączając w to funkcjonowanie IV RP, nic z tym nie zrobiono i nie zanosi się na zmianę.
Najwidoczniej Marek Jurek wyszedł w tym czasie na papierosa i od sześciu lat nie wrócił.

Nawiasem mówiąc- dygresja, ale nie odmówię jej sobie- podczas sprawdzania zakresu zmian wprowadzonych w 2005 roku do tekstu ustawy transplantacyjnej z 1995 roku natrafiłam na oficjalne opracowanie, uwaga, Naczelnej Izby Lekarskiej, wyjaśniające na czym polega godna pochwały  progresywność nowej ustawy.
Autor jest prawnikiem i członkiem Towarzystwa Naukowego:


    Zwolennikiem zasady non profit był także nasz papież Jan Paweł II, który uważał, że "ludzkie ciało jest zawsze ciałem osobistym, ciałem osoby. Ciało nie może być traktowane jedynie jako rzeczywistość fizyczna czy biologiczna, a jego narządy i tkanki nie mogą być nigdy używane jako przedmioty sprzedaży lub wymiany. Tego rodzaju redukcjonistyczna, materialistyczna koncepcja prowadziłaby do czysto instrumentalnego posługiwania się ciałem, a więc i osobą. W takiej perspektywie przeszczepienie narządów, wszczepianie tkanek nie stanowiłoby już aktu ofiary, ale byłoby równoznaczne z wywłaszczeniem lub ograbieniem ciała.

Ta laurka dotyczy ustawy pozwalającej na swobodny handel ludzkimi gametami, w które w chwili obecnej zaopatrujemy dużą część Europy Zachodniej, najczęściej bez wiedzy dawczyń i dawców, bardzo często przy rozległych nadużyciach. Zawsze przy złamaniu prawa poczętych w ten sposób dzieci do wiedzy o swojej genetycznej tożsamości.
Co żadną miarą nie jest równoznaczne z redukcjonistycznym i materialistycznym traktowaniem przyszłego dziecka i jego praw, skądże znowu, apage satana i Magdaleno Środo.
Przywoływanie w tym kontekście figury retorycznej, "naszego papieża", która to figura tradycyjnie ma legitymizować każdy napisany i pomyślany w Polszy nonsens, jest po prostu kuriozalne, nie mówiąc już, że skandaliczne.
Wyjątkowo jestem pewna, że Karol Wojtyła alias Jan Paweł II zgodziłby się ze mną w tym punkcie. Poza wszystkim naprawdę nie wiem, dlaczego Naczelna Izba Lekarska nie informuje, co na temat handlu organami ma do powiedzenia Tenzin Gjaco czy Patriarcha Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego? Za mało naukowi i medyczni są czy jak?

*

Wracając do Roberta Dżeja i jego badań* prowadzonych przez Rockway Institute:
Badaniami objęto czterdziestu ojców, którzy zostali rodzicami w sposób opisany wyżej (płatna surogacja, zakup oocytu, zapłodnienie nasieniem jednego lub obu partnerów, przekazanie praw po porodzie), wszyscy ojcowie pracują, wszyscy zaliczyli po porodzie spadek dochodów, deprywację snu (ha, skąd my to znamy) i, odkąd zostali ojcami, odczuwają wyraźny wzrost samooceny oraz poprawę relacji w pracy i najbliższej rodzinie.
Poza tym większość z nich zmieniła mieszkanie na większe i zatrudniła nianię.
Inne interesujące dane:

- średnia długość związku rodziny gejowskiej decydującej się na dziecko wynosi 12 lat;
- żadna z par nie rozstała się odkąd urodziły się dzieci, choć przeżywają kryzysy;
- więcej niż połowa straciła przyjaźnie z okresu "sprzed dzieci";
- choć badana grupa przed urodzeniem dzieci określała się jako "niereligijni", po urodzeniu dziecka aż 47% zadeklarowało wzrost religijności (chlip);
- informacja zupełnie nieprzydatna dla wszystkich poza Frondystami do dziś lejącymi łzy nad Rodzicem A i Rodzicem B: dzieci zwracają się do ojców daddy, baba, papa

Teraz rzucę bombę na Frondę i deklarującego konserwatywne poglądy Jacka Poniedziałka: otóż z badań prof. Greena wynika (Sziwie dzięki badał on tylko populację zepsutej Kaliforni), że 62% gejów deklaruje chęć zostania rodzicem, a 70% deklaruje chęć wstąpienia w związek z małżeńskim z partnerem. Potwierdza się więc najczarniejszy scenariusz Krzysztofa Ziemca, Tomasza Terlikowskiego i Brygidy Grysiak : daj kurze grzędę, a ona wyżej siędę.

To były pozytywne wieści. Mniej pozytywne są następujące:

- Robert Dżej jest bardzo fajnym facetem i nie wątpię, że także fantastycznym ojcem. Niestety stoję na straży  poglądu Konwencji Praw Dziecka, iż każdy człowiek ma prawo do wiedzy o swoim genetycznym pochodzeniu, a dziecko nie może być przedmiotem handlu niezależnie od tego, czy handel ten miałby się odbywać postnatalnie czy prenatalnie. Włączam w to także handel gametami.

- średnia zarobków rodzica geja wynosiła czterysta koła zielonych, tłumaczę na literacką polszczyznę: czterysta tysięcy dolarów rocznie. Chyba nie muszę wyjaśniać, jak koreluje to z ekonomiczną dyskryminacją gejów pracujących w Taco Bell?

- piramida interesów w adopcji społecznej i medycynie rozrodu wygląda identycznie i nie jest to dobra wiadomość dla gejów. Ani dla pomysłowych heteroseksualistów, którzy, jak wiemy z innej notki, pasjami lubią udawać, że zapłodnienie nasieniem dawcy lub z użyciem komórki dawczyni nie jest póładopcją prenatalną.
Jest to jednocześnie piramida nadużyć.
Podstawę trójkąta tworzy dobro dziecka, jego prawa i oczekiwany dobrostan. Dopóki pozostajemy na poziomie ogólników, większość przyszłych rodziców akceptuje obecność tej podstawy: to jasne, że dziecku ma być dobrze.
Szczegółowe gmeranie patykiem w "dobrostanie" i "prawach" ujawnia jednak wielość interpretacji tych pojęć. Na przykład czy dziecko musi koniecznie wiedzieć, kto był dawcą genów? Kto je urodził? Na jakich warunkach? A po co?
Generalnie wszyscy jesteśmy za prawami, szacunkiem i zapewnieniem bezpieczeństwa, ale gówniarz musi znać swoje miejsce, które w intuicji większości Polaków stoi zaraz za ich osobistym prawem do rozmaitych rzeczy, na przykład prawem do własnej wykładni obu tych terminów.

Dlatego kursy dla rodziców adopcyjnych są dobrym wynalazkiem: odzierają ze złudzenia sprawczości dając w zamian uodparniającą szczepionkę realizmu i pokory. Powinien przejść je każdy rodzic, nie tylko adopcyjny.
Podczas takiego kursu uzupełnia nam się również drugi stopień piramidy interesów- jest nim interes matki biologicznej, dawczyni lub surogatki.
Są one uznawane za grupę -zaraz po dziecku- najbardziej podatną na wykorzystanie.

Nie ma co ukrywać: wbrew tendencjom promowanym przez Caroline O'reilly, które popieram, średnią dawczyń i surogatek stanowią młode kobiety w złej lub dramatycznej sytuacji ekonomicznej.
 Szukają okazji dodatkowego zarobku, często są to także pacjentki namawiane do dawstwa z programem dzielonego oocytu. Polega on na oddaniu połowy uzyskanych podczas stymulacji komórek, w zamian za co biorczyni pokryje połowę kosztów zabiegu in vitro.
Brzmi to nieźle, niestety nie ma w chwili obecnej ani jednej kliniki w Polsce, która by pacjentki z programów z dzielonymi oocytami informowała o dalekosiężnych skutkach psychologicznych, jakie mogą towarzyszyć tej decyzji i wprowadzała do tematu jawności dawstwa oraz praw dziecka.
Normą jest także niepodpisywanie umów o dawstwie gamet, brak opieki psychologicznej nad dawczyniami i biorczyniami oraz brak jakichkolwiek oficjalnych regulacji w tym zakresie.
Tak oto wygląda polska praktyka dawstwa i biorstwa dziejąca się w kraju, w którym Naczelna Izba Lekarska cieszy się z obowiązującej ustawy transplantacyjnej realizującej pryncypia nauczania Jana Pawła II.

Surogatki są w jeszcze trudniejszej sytuacji.
Chciałabym wierzyć, że kobiety użyczające swoich macic robią to dla idei i z potrzeby altruizmu, ale praktyka surogacji komercyjnej zdaje się wskazywać na dominujące znaczenie innych motywacji. Wysoki odsetek matek, często już wielodzietnych, z roczników 88-91, o wykształceniu średnim i niżej, daje wyobrażenie, kim są oferentki banków surogacyjnych w USA. Poza USA jest tylko gorzej.
Utrzymywanie się w przekonaniu, że korzystając z ich usług korzystamy z wolnego rynku, w którym uczestniczy każdy na mocy wolnej woli, jest brnięciem w fantastyczną społeczną niewrażliwość, która ma zamaskować fakt, że bierzemy udział w realnym wyzysku.
Z drugiej strony nie można pominąć badań Blytha (1991) i van der Akkera (2003), którzy przeprowadzili wywiady z siedemnastoma amerykanskimi surogatkami twierdzącymi, iż ich motywacje były w przeważającej części altruistyczne:


 Most surrogates enjoyed pregnancy and childbirth, and many surrogates said surrogacy fulfilled or added something to their lives (increased feelings of self-worth and self-confidence, and the development of intense and unusual friendships with the commissioning parents, particularly the commissioning mothers). In van den Akker’s (2005c, in preparation) samples, some surrogates went through a phase of positive personal development (climbing a mountain, starting a degree, studying midwifery, etc.). Relinquishment of the baby was a happy event for most surrogates, although some said they felt relief when it was all over. Happiness was mixed with sadness during relinquishment for a proportion of the women. Similar sentiments were found in American surrogates by Ragone (1994)
Oczywiście siedemnaście surogatek to bardzo mała próba, niemniej nie należy jej lekceważyć. Do podobnych wniosków dochodzi Robert Jay Green w badaniu, w którym udział wzięło 300 dawczyń komórki jajowej i 600 surogatek. Surogatki deklarują satysfakcję i utrzymywanie kontaktu z rodzinami, którym urodziły dziecko.

*

Kiedy córka Roberta Jaya zapytała z wdziękiem trzylatki "tato, kto jest moją mamą, bo dwóch panów nie może mieć przecież dziecka?" otrzymała odpowiedź "pewna miła pani zgodziła się nam cię urodzić i oto jesteś".
Prawda i nieprawda.
Miła pani się zgodziła, bo dzięki temu mogła sobie opłacić czynsz czy co tam chciała. Nikt jej do tego nie zmuszał. Nikt nie odbierał siłą dziecka. Tru, tru, tru.
Czy miła pani by cię urodziła, gdybyśmy ją o to ładnie poprosili?
Szczerze wątpię. Surogacja niekomercyjna zawsze będzie marginesem, bo oddaje bezcenne (czyli dziewięć miesięcy ciąży, obciążenie własnego zdrowia, zaangażowanie hormonów i emocji) w imię idei, jaką jest uszczęśliwienie tych, którzy bez naszej pomocy nie zostaną rodzicami.
Jeśli Robert Jay chce nieść rodzicielską nowinę innym parom gejowskim to koncepcja niekomercyjnej surogacji jest dla niego bezużyteczna. Altruistyczne surogatki nie zaspokoją popytu dziesiątek, setek, tysięcy par gejowskich. On to wie i ja to wiem. Wszyscy to wiemy.
Pozostaje więc surogacja płatna, która pozostawia bez odpowiedzi wszystkie pytania stawiane na drugim poziomie piramidy interesów: czy matka biologiczna/surogatka jest świadoma swojej decyzji i podejmuje ją bez finansowej presji? Czy podjęła ją po konsultacjach z psychologiem i po rozważeniu krótko- i długoterminowych skutków? Czy własne dzieci surogatki powinny mieć kontakt z rodzeństwem i jak zjawisko "znikającego niemowlęcia" odbije się na ich poczuciu bezpieczeństwa? Jaki powinien być limit oddanych oocytów, próbek nasienia, donoszonych ciąż? Czy każda ciąża uzyskana w ten sposób jest monitorowana i otoczona opieką doradców rodzinnych, których celem jest reprezentacja interesu surogatki i dziecka, a nie tylko pomyślna finalizacja transakcji? Czy dla urodzonego w ten sposób dziecka wiedza o tym, iż jest efektem transakcji zawartej z dawczynią oocytu i surogatką, nie będzie wiedzą obciążającą i negatywnie wpływającą na postrzeganie samego siebie?
Wreszcie: kto będzie faktycznym beneficjentem takiej surogacji, skoro- aby miała ona szansę być przeprowadzona w bezpieczny sposób, z profesjonalnym doradztwem psychologicznym dla rodziców, dziecka i surogatki, oraz z  amortyzacją kosztów zapłodnienia, ciąży i porodu- jej koszt nie zejdzie do poziomu dostępnego dla większości?

Odpowiedź na niektóre z tych pytań dają kolejne badania, w tym cytowane już badania Blytha i van der Akkera, z których wynika, że - poza szeregiem skutków, które były akceptowane przez surogatki i zostały odebrane przez nie jako wartości dodane surogacji- część surogatek czuła się wykorzystana i oszukana zerwaniem z nimi relacji po urodzeniu dziecka.
Wszystkie surogatki biorące udział w badaniach Blytha (1995) i van der Akkera (2003, 2005) posiadały już własne rodziny, w tym dzieci, dla których "znikające niemowlę" było niezrozumiałym zjawiskiem:

As a result of this, most surrogate mothers expected some contact between them to continue following relinquishment of the baby, so that they maintained their new friendships and their children could still see the surrogate child. It was argued that this made it easier for their own children to understand what is involved and who the couples are who will have their mother’s ‘tummy baby’. Unfortunately, in some cases, this contact ceased unexpectedly after the legal proceedings had been completed. It is seen as a betrayal when the intended couple with the surrogate baby disappears from the surrogate and her children’s live.
*

To wszystko powoduje, iż rodzicielstwo surogacyjne jest bardzo nieprzewidywalne w swoich społecznych skutkach niezależnie od szczegółowości podpisanej umowy, bo uczestniczą w nim co najmniej cztery jednostki, z których każda może mieć inny pomysł na interpretację "dobra dziecka" w przyszłości.
A to z kolei powoduje, że ryzyko zaniedbania prawa dziecka staje się bardzo wysokie.
Surogacja jest ponadto rozwiązaniem trudnym do skontrolowania z powodu niemożności przeprowadzenia badań długoterminowych, narażającym surogacyjne matki na ryzyko eksploatacji, a urodzone w ten sposób dzieci na gubienie ogniw w łańcuchu ich pochodzenia.
Nie jest więc prawdą, że surogacja to tylko rodzenie dzieci przez miłe panie.
W tle mamy jeszcze matki genetyczne (dawczynie), które zupełnie znikają z amerykańskiego obrazka i niestety także z życia dziecka.

Na końcu wreszcie objawia się czubek piramidy i jest to- duże zaskoczenie dla polskich dla biorczyń i Roberta Jaya- interes oraz pragnienia przyszłych rodziców.
Jest więc tak, że najsilniejszy argument kochającej się gejowskiej pary czy kochającej się pary korzystającej z dawstwa, a brzmi on "JA CHCĘ BYĆ RODZICEM, BO MAM PRAWO", zostaje rozpatrzony w ostatniej kolejności.

Pomysły w rodzaju mieszania spermy dwóch partnerów, aby oboje mieli poczucie, że dziecko jest ich wspólne (czytaj: nie wiadomo, który plemnik zapłodnił jajo) są naprawdę beznadziejne, choć rozumiem, dlaczego Rockway Institute je rozważa i promuje. Jednak w rodzicielstwie powinno chodzić o coś więcej niż o ochronę wątłej sajko dwóch dorosłych facetów, dwóch dorosłych kobiet czy dorosłej pary.

I to jest głęboko fair, wbrew pierwszym intuicjom, bo skoro para deklaruje chęć posiadania dziecka to powinno to oznaczać, że sama wyszła już z okresu piaskownicowego dzieciństwa.
Ogarnijcie się więc, Chłopcy, i prześledźcie od początku piramidę zadając sobie pytanie, jak przejść przez poziomy piramidy w sposób odpowiedzialny i mający na uwadze dobro dziecka?
Tym rozwiązaniem dla gejowskich rodzin powinna być adopcja.
I, szczerze, jeśli kiedykolwiek będziecie, Chłopaki, potrzebować, aby ktoś szedł z Wami w pierwszym rzędzie pochodu krzycząc o prawa adopcyjne dla gejów to możecie na mnie liczyć. Pójdę choćby i w Rzeszowie przed nosem posłanki Wargockiej.
Ale na wsparcie w rodzicielstwie przez surogację nie liczcie.
Dopóki nie macie możliwości samodzielnego urodzenia dziecka nie mamy o czym gadać, bo zbyt wiele interesów koliduje z Waszym oczekiwaniem, aby móc postawić Wasze oczekiwanie na miejscu pierwszym. Pierwsi muszą być zawsze ci, którzy są bardziej bezbronni, a najbardziej bezbronne jest dziecko, potem surogatka/dawczynie, na samym końcu mamy przyszłych rodziców, którzy muszą przełknąć tę gorzką pigułkę.

Z tych i innych powodów, dla których już zabrakło miejsca w notce, wynika więc, że kobiety decydujące się na założenie jednopłciowej rodziny zachowują się w biologicznej realizacji swojego pragnienia o wiele bardziej fair w sensie społecznym i pedagogicznym, niż mężczyźni w podobnej sytuacji.
Okolicznością niezręczną jest zaś ta, iż posiadanie macicy jest tu warunkiem  kluczowym, a posiadanie macicy nie zależy od zasług ani przewin, a od chromosomu w plemniku tatusia.

Nie jest jednak przypadkiem, że w obszarze trudności z poczęciem dziecka rozróżniamy aż trzy stany: subfertylność, niepłodność i bezpłodność.
Dwa pierwsze są jasne, trzeciemu przy okazji tego tematu należy się słowo: bezpłodność jest z założenia niesprawiedliwością losu, bo nie jest sprawiedliwe, że mężczyźni z niewykształconymi jądrami lub wygasłą spermatogenezą nigdy nie będą mogli mieć biologicznych dzieci.
Nawet jeśli są o niebo milsi, zabawniejsi i inteligentniejsi od Zbigniewa Ziobro, co nie jest znów tak wielką sztuką.
To samo odnosi się do kobiet: brak macicy nie jest ani godny, ani sprawiedliwy, ale zaprawdę powiadam Wam: jest jak jest i lepiej być nie może, dopóki prace badawcze nad transplantacjami macicy nie pójdą do przodu. Na razie stoją w miejscu.
To sytuacja, która jest nieprzekraczalna dla tysięcy bezpłodnych par heteroseksualnych, to także sytuacja, z którą konfrontowane są pary gejowskie. Tak, to smutne. Tak, to nie jest w porządku. Ale wyżej dupy się nie podskoczy, moi mili, dlatego należy szukać rozwiązań z jednej strony realnych, z drugiej strony bezpiecznych dla dziecka, genetycznego rodzica i rodziców prawnych.


W tym punkcie ktoś mógłby słusznie zauwazyć, ze o ile dziecko jest szczęśliwe i ma zaspokojone podstawowe i ponadpodstawowe potrzeby życiowe, to nie ma sensu kłócić się o jawność dawstwa i zasady wynajmowania macicy.
Po pierwsze jednak należałoby uściślić, kogo mamy na myśli mówiąc "dziecko". Bo jeśli jest to trzyletni berbeć to zapewne spora część bogoojczyźnianych heteryków przegrałaby w przedbiegach z Robertem J. i jego mężem.
Problem w tym, że dzieci dorastają, chorują, dojrzewają i część z nich- a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że większość- zakłada własne rodziny.
Pytania "skąd jestem i dlaczego jestem?" zadaje w pewnym momencie życia prawdopodobnie każdy. Warunki, na których przyszliśmy na świat, są dla wielu z nas istotne, warto więc troszczyć się o to, aby odpowiedź na te pytania nie niszczyła więzi między rodzicami i dziećmi.

Po drugie: pytanie o pochodzenie często pada w innych okolicznościach, na przykład w szpitalu, w którym rodzic musi podjąć błyskawiczną decyzję: dalej bawimy się w niejawność czy ratujemy zdrowie i życie córki/syna podając prawdziwe dane?
A tak w ogóle które dane są prawdziwe, skoro - za sugestią Roberta Jaya- zdecydowaliśmy się wymieszać swój materiał genetyczny z materiałem partnera, aby "uwspólnić" dziecko?
To z kolei cofa nas do fundamentalnego pytania: skoro tak się rzeczy mają to komu ma służyć taka forma rodzicielstwa- dziecku czy rodzicom?
Krzyżowanie ras kotów wydaje się być bezpieczniejsze, a dostarcza niemal tej samej ilości wzruszeń, co zabawa z mieszaniem nasienia dwóch partnerów, aby podczas porodu przeżyć fenotypową niespodziankę.

*

Jednak, co trzeba podkreślić wężykiem, nierówność spowodowana ograniczeniami biologicznymi nie jest tym samym, co nierówność spowodowana uprzedzeniami społecznymi. Dramat polega zaś na tym, że te dwie sytuacje są nierozróżnialne przez polskie posłanki i posłów.
O ile warunkiem rodzicielstwa biologicznego i/lub genetycznego jest reprodukcyjna wydolność, o tyle warunkiem rodzicielstwa adopcyjnego jest wydolność wychowawcza, ta zaś nie jest przyznawana według klucza koedukacyjnych sypialni.
Cała reszta, czyli dowodzenie, iż kompetencje rodzicielskie, życiowe i wychowawcze nie zależą od orientacji seksualnej (nie powinna więc ona odgrywać roli podczas procedury adopcyjnej), byłaby obraźliwa dla inteligencji każdego czytającego tę notkę, więc zostawię ją wyłącznie tym, którzy odczuwają potrzebę udowadniania, że są bucami.

Na koniec pragnę wyrazić głęboką abominację w stosunku do postawy Poniedziałka Jacka, któremu obiecywałam sobie wcześniej zadedykować oddzielną notkę poświęconą jego stosunkowi do adopcji przez pary gejowskie, ale wyszło tak, że dostał tu tylko trzeciorzędną rólkę:
Shame on you.

_________________________


Publikacje, do których odnosi się notka i które polecam zainteresowanym tematyką rodzicielstwa gejowskiego:


Tasker, F. and Bigner, J. (eds) (2007) Gay and lesbian parenting: New directions. New York: Haworth Press.


* Bergman, K., Rubio, R.-J., Green, R.-J. & Padron, E. (2010). Gay men who become fathers via surrogacy: The transition to parenthood. Journal of LGBT Family Studies, 6, 111-141.


Green, R-J. (in press). Gay and lesbian families: Risk, Resilience, and Raising Expectations. In F. Walsh (Ed.), Normal Family Processes (4th.ed.). New York: Guilford.


Brodzinsky. D.M., Green, R.-J., & Katuzny, K. (in press). Adoption by lesbians and gay men: What we know, need to know and ought to do. In D. M. Brodzinsky & A. Pertman (Eds.), Adoption by lesbians and gay men: Research and practice issues. New York: Oxford University Press.


http://humupd.oxfordjournals.org/content/13/1/53.full.pdf