Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o in vitro po ludzku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o in vitro po ludzku. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2013

parę refleksji o refundacji in vitro

Jako matka trzylatka powierdzam, że w życiu nie ma nic stałego. Jeszcze wczoraj miłościwie panowała nam gulka jeżdżąca czerwoną toyotą, dziś gulka jeździ już czarnym chevroletem i "ma wiele dzieciów". Jutro zapewne gulka przekształci się w kolejnego wymyślonego przyjaciela, a ja będę usiłowała za tym nadążyć.
Ten schemat oparty na klasycznym panta rhei jest bardzo pomocny, kiedy myślimy o polskiej polityce i reakcjach medialnych.
Jakiś czas temu Polska doczekała się swojego wspaniałego ojca o imieniu Donald, dziś okazał się on molestującym ojczymem, którego żona kupuje kiecki za kilka tysięcy złotych i wszyscy czujemy z tego powodu smutek. Nic mi do szafy pani Tusk, natomiast mam swój partykularny interes w tym, aby Donald jeszcze chwilę nami porządził, a ten powód nazywa się narodowy program leczenia niepłodności metodą in vitro na lata 2013-2016.
I owszem, cholernie mi na nim zależy.

W ciągu ostatnich tygodni przeczytałam wiele artykułów o tym programie, głównie krytycznych i głównie ujawniających głęboką ignorancję autorów podążających radośnie za wybranymi, krytycznymi opiniami lekarskimi. Tak więc oczywiście program jest do niczego, bo jest za tani i nie doszacowuje kosztów ivf w Polsce. Ministerstwo nie odpowiedziało na bardzo ważne pytania lekarzy dotyczące programu. Program jest skonstruowany wadliwie, będzie piętnować dzieci urodzone metodą ivf poprzez umieszczenie ich PESELów w centralnym rejestrze. Pomija nowoczesne metody leczenia stawiając na przestarzałe.
Budzi moją nieustającą fascynację, jak łatwo zapomina się o starej zasadzie wyśpiewanej przez Lizę Minnelli i Joela Greya w Kabarecie "money makes the world go around", zupełnie jakby leczenie niepłodności było szlachetnym wyjątkiem. Zatem dla odświeżenia pamięci






PESEL w rejestrze

Jakiś czas temu skontaktowała się ze mną zbulwersowana dziennikarka. "Pani wie? Powstaje rejestr dzieci urodzonych dzięki ivf, pacjenci już deklarują, że nie będą korzystać z refundacji, jeśli doprowadzi to do stygmatyzacji dzieci!".
Pani nie wie, bo taki rejestr nie powstaje. Pani sprawdziła to w Ministerstwie Zdrowia. Pani jest zdumiona kreatywnością lekarzy, którzy do tej pory wprawdzie lubili zastraszać pacjentów na rozmaite oryginalne sposoby,  aby skłonić ich ku wyborowi droższego wariantu leczenia, ale jednak "piętnowanie dzieci" wprowadza tu pewną nową jakość.
Program refundacyjny instaluje centralny rejestr procedur in vitro dla wszystkich ośrodków uczestniczących w programie i to jest nie tylko najprawdziwsza prawda, ale też dołączenie po ćwierćwieczu do europejskich norm kontrolowania rynku usług ART. Kończą się właśnie złote czasy wolności szlacheckiej, kiedy to można było brać kasę za wszystko i rozliczać się z niczego.
Od tej pory każda para wprowadzona w program będzie mieć zapisane w rejestrze: przebieg procedury, wystąpienie skutków niepożądanych, ilość wystymulowanych komórek, ilość pobranych i zapłodnionych komórek, ilość powstałych zarodków, efekt leczenia (ciąża, poronienie, ciąża biochemiczna etc.) i ilość pozostałych zarodków zamrożonych. Po raz pierwszy w historii polskiego in vitro wprowadza się także oficjalnie monitoring ciąż według wskaźnika "take home baby", czyli nie według ciąż biochemicznych wykazanych badaniem krwi w 12-14 dobie po transferze, a pomiarem rozciągającym się również na sprawdzenie liczby urodzonych dzieci, które rodzice zabierają do domu po porodzie.
Jest to oczywiście bardzo smutne, ponieważ ten rodzaj ścisłego monitorowania uniemożliwia niestety kombinatorstwo. Mane tekel fares; lekarzu, udało ci się osiągnąć ciążę u pacjentki to udowodnij to dokumentacją.
Naprawdę bardzo przykre, że od teraz musisz.
Centralny rejestr zatem wreszcie zweryfikuje marketing na rzecz rzeczywistości. Nie jest tajemnicą, że są kliniki podające swoją średnią skuteczność rzędu 60-65%, co jest klinicznym absurdem, takiego wyniku nie da się osiągnąć, jeśli przeprowadza się pomiar prawidłowo metodologicznie, a więc obejmując nim pacjentki z każdej grupy wiekowej, ze wszystkimi kwalifikacjami, bez wyłączania grup tzw. poor responders (pacjentek źle odpowiadających na stymulację hormonalną) i grup bez transferów (pacjentki, u których nie udało się zapłodnić żadnej komórki jajowej), na przestrzeni pełnego roku i z uwzględnieniem trzech czynników: ciąży biochemicznej (ciąża wykazana badaniem krwi), ciąży klinicznej (potwierdzone echo serca płodu) i wskaźnika take home baby.
Ale jest jeszcze inna strona rejestru.

Trzy tygodnie temu nawiązałam kontakt z pacjentką, której w trakcie procedury in vitro odbywającej się w jednej z krakowskich klinik podano dwa zarodki w trakcie transferu, a cztery pozostałe zamrożono. Rok później zgłosiła się do kliniki, aby swoje zamrożone zarodki odebrać i- niespodzianka! Nie ma zarodków. "Nie udało się ich zamrozić, bo wcześniej się rozpadły" poinformował lekarz. Pacjentka zażądała wydania dokumentacji, która zawierała jednak czarną dziurę w postaci braku opisu rozwoju morfologicznego czterech pozostałych zarodków. Rozumiem, że pacjentka powinna zaufać lekarzowi, że zarodki się nie rozwinęły. Bardzo możliwe, że naprawdę tak się stało, bo często tak się dzieje.
Szkoda tylko, że nie ma po tym śladu w dokumentacji, bo jej prawidłowego prowadzenia nikt dotąd nie kontrolował.

Podsumowując tę kwestię: tak, to bardzo dobrze, że powstał centralny rejestr procedur in vitro. Osobiście uważam, że powinniśmy dążyć również w przyszłości do centralnego rejestru dzieci, co da nam możliwość monitorowania rozwoju wszystkich dzieci urodzonych dzięki ART w perspektywie longitudinalnej. Łatwo jest ten projekt szachować argumentami o piętnowaniu i stygmatyzacji, trudniej zobaczyć, że przez to, że takiego rejestru nie prowadzimy jesteśmy zmuszeni do sięgania do rejestrów australijskich, szwedzkich i duńskich, bo to są jedyne kompletne kohorty w tym momencie.
Jeśli więc chcemy na serio wdawać się w dyskusje z polskim Episkopatem i zbijać kolejne gadzinowskie rewelacje, to w pierwszej kolejności należy się zatroszczyć o zgromadzenie pełnej bazy badawczej. Bardzo źle się dzieje, że wszelkie działania normalizujące medycynę wspomaganego rozrodu w Polsce postrzega się od lat przez pryzmat uwikłań ideologicznych, a nie przez pryzmat rzetelności sprawozdawczej i podnoszenia poziomu bezpieczeństwa pacjentów.
Niemniej w chwili obecnej wszelkie doniesienia o rejestrze dzieci są dziennikarską kaczką i szantażowanie pacjentów informacją, że jeśli wejdą w program, to sąsiedzi i ksiądz dowiedzą się o sposobie poczęcia ich dziecka, są nie tylko nieprawdziwe, ale zwyczajnie nieetyczne wobec ludzi chorych.


PROGRAM JEST ZA TANI, ABY MÓGŁ BYĆ DOBRY


Ten argument mnie dziwi i tekst z Kabaretu wraca tu solidnym drewnem bumerangu. Kto składał Ministerstwu Zdrowia oferty konkursowe? Hydraulicy? Dekarze? Fizycy teoretyczni? A może jednak właściciele placówek, które od lat wykonują zapłodnienie pozaustrojowe i posiadają kosztorysy procedur z uwzględnieniem specyfiki terapeutycznej?
Niedawno śledziłam bardzo poważną dyskusję pacjentek na temat tego, że skoro w cenniku ich kliniki koszt in vitro wynosi 6900 zł to nie ma możliwości wykonania tej procedury taniej i zmieszczenia się w ministerialnych widełkach ustalonych na kwotę 7510 zł, w czym zawierają się również badania hormonalne i wizyty lekarskie, ale też koszt przechowywania zarodków.
Drodzy pacjenci, wypada spytać bardzo serio, czy wiecie za co płacicie? Co jest w koszcie Waszej procedury? Zdajecie sobie w ogóle sprawę z istnienia marż?
Nie raz i nie dwa byłam świadkiem pacjenckich dywagacji, iż za rozbieżności cenowe między in vitro w Białymstoku (najniższe cenniki) i najdroższą polską kliniką (z grzeczności nie wymienię, gdzie się znajduje, jest to moja dzisiejsza ofiara na rzecz uprzejmości) wynikają z gorszej jakości mediów i pożywek stosowanych w Białymstoku, ale też z niższych kwalifikacji personelu.
No, to jest dopiero teoria pacjenckiego Smoleńska, która swoim miłosiernym i racjonalizacyjnym płaszczem przykrywa dostęp do brutalnej świadomości, że brak kontroli centralnej prowadzi do rozrostu zwyczajnego wolnego rynku. I z niego się po prostu korzysta, skoro wolno i skoro nikt nam nie nałoży kagańca w postaci ustalonej polityki cenowej.
W tej gałęzi medycyny od dawna panował czysty kapitalizm (przy całym szacunku do wyników pracy i poziomu umiejętności lekarzy, które wydają się być naprawdę niezłe na tle Europy), a dyktowanie cen było ograniczane estymacją, ile pacjent z danego regionu jest w stanie wydać pieniędzy na leczenie. Czy raczej: na ile się okredytować.

Skutkiem ubocznym tej polityki okazał się też bujny rozkwit usług ponadstandardowych w rodzaju PGD (diagnostyka preimplantacyjna zarodka) i ICSI (docytoplazmatyczne wprowadzenie plemnika do komórki jajowej), które nie są w Polsce oferowane grupom z klinicznymi wskazaniami, a stają się ofertą dla każdego, kto za to zapłaci.
Towarzyszy temu silny marketingowy przekaz, że więcej zawsze znaczy lepiej, a to niestety nie jest prawdą, jak zresztą każdy duży kwantyfikator. Stąd wysyp pacjentów, którzy pochodzą do diagnostyki preimplantacyjnej wierząc, że jest to racjonalne zachowanie będące inwestycją w zdrowie potomstwa, nie wiedzą zaś tego, że PGD zmniejsza raty ciążowe (Munne 2005Mastenbroek 2007, Gleicher) ponieważ jest diagnostyką inwazyjną i powinna być wykonywana u par ze wskazaniami genetycznymi, gdzie uzyskane profity (zdrowe, żywe dziecko) uzasadniają występujące ryzyko i koszt finansowy. Adresatami PGD są zresztą w większości ludzie płodni stojący wobec alternatywy urodzenia chorego/martwego dziecka albo zdecydowania się na PGD. Tak też traktują to wytyczne ESHRE dotyczące diagnostyki preimplantacyjnej.
Niepłodne pary, które są nie mają wskazań genetycznych, a mimo to wykonują PGD stoją w sytuacji oferowania im operacji na otwartym sercu, aby przyjrzeć się z ciekawości wyglądowi aort. Tyle, że tego im się akurat na ogół nie mówi, za to przedstawia PGD jako atrakcyjne uzupełnienie oferty standardowej.
ICSI jest natomiast metodą, która powinna być wykonywana przy określonych wskazaniach, m.in. ciężkim czynniku męskim endometriozie i wcześniejszych niepowodzeniach klasycznego IVF, a którą w Polsce wykonuje się w zasadzie taśmowo, co potwierdza również poniższy raport ESHRE MAR:

kraj Procedury IVF Procedury ICSI
Czechy 2331 6891
Niemcy 11082 28687
Hiszpania 4178 28360
Polska 336 3790
Holandia 8356 6485
Wielka Brytania 17634 16184


Jak widać z powyższej tabelki Wielka Brytania jest krajem, w którym wykonuje się najwięcej procedur in vitro w Europie, i jednocześnie gdzie proporcja IVF do ICSI zbliża się do stosunku 1:1. Z kolei kraje będące medycznymi Eldorado z uwagi na bardzo liberalne prawo medyczne (Czechy i Hiszpania) mają ten stosunek ustawiony odpowiednio na 1:3 i 1:6. Polska jest rekordzistką procedury ICSI w całej Europie osiągając, jako jedyna, stosunek 1:10 dla procedury in vitro i faworyzując wyraźnie metodę ICSI.
Teraz zagadka: co wyróżnia Polskę z grona tych sześciu krajów? Czyżby męska populacja Polski cechowała się nieproporcjonalnie wysokim odsetkiem wad plemników w stosunku do reszty Europy?
Nie, Polska to jedyny kraj z tych sześciu, w którym zapłodnienie pozaustrojowe było dotychczas nierefundowane. Warto również zauważyć, że Hiszpania i Czechy (kraje ze stosunkowo wysokimi wskaźnikami ICSI) to najpopularniejsze kierunki turystyki rozrodczej, a więc kraje wykonujące ok. połowę swoich procedur u zagranicznych pacjentów, którzy płacą pełną kwotę za zabieg i nie podlegają refundacji. To ci pacjenci podnoszą wskaźniki ICSI w obu tych krajach.
Co to oznacza? Oznacza to dokładnie to, że droższa procedura ICSI, która powinna być kierowana do wybranej grupy pacjentów, staje się procedurą oferowaną powszechnie poza tymi wskazaniami. Bo pacjent za nią dopłaca, w Polsce różnica cenowa między IVF i ICSI oscyluje wokół 1000-2500 zł na jednej procedurze. Po co oferować taniej, kiedy można drożej?
Szczęśliwie z badań wynika, że ryzyko dla dzieci nie wydaje się być wyższe w grupie korzystającej z ICSI, choć co jakiś czas powraca taka hipoteza i są przedstawiane odpowiednie badania. Niemniej wyniki badań i metaanaliz raczej uspokajają (Orvieto 2000Sutcliffe 2003Knoester 2008Wen 2012).

Zmierzając powoli do konkluzji: uważam, że ministerialny program leczenia niepłodności jest programem, najogólniej rzecz biorąc, rzetelnym i sensownym. Reguluje niektóre ważne obszary, innych nie reguluje, bo nie może (dawstwo, wprowadzenie rejestru również dla placówek spoza programu, wprowadzenie dyrektyw). Jest to krok w dobrym kierunku.
Program uderza jednak w fundamenty dotychczasowej polityki ośrodków medycyny wspomaganego rozrodu i każe zmodyfikować jej założenia, co jest procesem bolesnym dla lekarzy, ale również dla pacjentów. Wielu z nich po przejściu odpowiedniej szkoły u własnych lekarzy podnosi teraz żądania refundacji PGD jako procedury rutynowej, bądź domaga się rutynowego ICSI uważając, że brak tych procedur w programie (PGD w nim nie ma; ICSI jest, ale tylko dla par ze wskazaniami) dowodzi indolencji ekspertów ministerialnych. Pacjenci skarżą się również na ograniczenie transferowania jednego zarodka u kobiet do 35 rż, co w moim poczuciu jest powidokiem dotychczasowego polskiego trendu klinicznego na transfer dwóch, niekiedy trzech zarodków, które wprawdzie kończyły się często komplikacjami ciążowymi i położniczymi, zwiększały także odsetki poronień, za to w pierwszym okresie po transferze dawały często ciąże biochemiczne, a to właśnie one były zliczane do statystyk każdej kliniki. Ta strategia była bardzo owocna marketingowo, nie skutkowała jednak becikowym i zakupem wózka. Powyższa zależność pacjentom zazwyczaj umyka, zwłaszcza że część lekarzy dzielnie sekunduje temu mitowi i posuwa się nawet do twierdzeń, że wprowadzenie programu obniży raty ciąż.
Nie, kochanieńcy moi, program i centralny rejestr pokażą RZECZYWISTĄ skuteczność danej kliniki, a to może być upadek z bardzo wysokiego konia dla wielu bajkopisarzy. Nie sztuka postawić śmiałe hipotezy, sztuką jest je obronić empirycznie.

Wiele czasu zapewne zajmie nowa edukacja i zaadaptowanie się do tego, co wynika ze współczesnych wytycznych w leczeniu niepłodności, a nie z konieczności zamortyzowania np. specjalistycznej aparatury do PGD bądź namówienia pacjenta na droższe opcje w leczeniu (nie zawsze bardziej skuteczne oczywiście).
Wiele czasu również zajmie zobaczenie, co należy zrzucić z ołtarzy i postawić w zamian, takim wyzwaniem na pewno będzie program SET (transfer pojedynczego zarodka).

A teraz Was zaskoczę i napiszę coś bardzo staroświeckiego, na co nie ma miejsca w mediach. Otóż czuję się wdzięczna za powstanie tego programu i czuję się również prawdziwie podniesiona na duchu obserwacją, że kompromis może mieć w Polsce też uczciwą twarz. Kompromis tego programu w zakresie zarodków nadliczbowych nie jest kompromisem zgniłym ani złożonym w hołdzie Kościołowi katolickiemu. Jest to rzadki i cenny przypadek dobrego zrównoważenia racji medycznych i racji etycznych (do 35 rż zapładnia się 6 komórek jajowych, ale po dwóch nieudanych cyklach można zapłodnić wszystkie w tej grupie wiekowej; po 35 rż ograniczenie zostaje zniesione), które nie są wcale podnoszone jedynie przez umiłowanego Gowina, ale stają się również realnym i bolesnym problemem pacjentów z zarodkami nadliczbowymi. Wiem o tym dobrze, bo nie zliczę, ile razy wysłuchiwałam dramatycznych relacji ludzi, którzy pozostali z 10 zamrożonymi zarodkami, bliźniętami w domu i z brakiem pomysłu na to, co zrobić dalej.
Program zawiera preferencję procedury SET, która jest absolutnie zgodna ze światowymi wytycznymi i jest jednym z warunków bezpiecznego leczenia. Refundujemy trzy pełne cykle leczenia, co stawia nas w sytuacji podobnej do norweskiej, a wyprzedza program holenderski (pierwszy cykl IVF na koszt pacjenta, dopiero drugi i trzeci mogą zostać zrefundowane), niemiecki (refundacja dwóch cykli procedury) czy brytyjski (powiększająca się nierówność w dostępie do świadczeń z uwagi na zaostrzającą się politykę NHS).
Irytuje mnie więc malkontenctwo mediów i szukanie dziury w całym; irytuje mnie powtarzanie nieprawd i półprawd, wprowadzanie pacjentów w błąd, podważanie ich zaufania do wytycznych, sugerowanie, że za prywatne pieniądze będą mieć lepsze leczenie.
Wreszcie irytuje mnie trend na uwalenie Platformy Obywatelskiej, z czym się zresztą ideologicznie zgadzam, ale nie zgadzam się na to, aby używać tego programu jako karty przetargowej. Bo program się akurat udał i jest projektem, którego nie tylko nie musimy się wstydzić na europejskim forum, ale którym można się z powodzeniem chwalić, co zresztą robię. I również z powodzeniem.
Tuska można wywalić, byłoby to nawet sympatyczne, zwłaszcza że razem z nim odeszłaby Elżbieta Radziszewska, Jarosław Gowin i poseł Żalek. Tak, to byłoby coś.
Ale wraz z rządem PO odejdzie również ten program, bo pierwszą decyzją zwycięskiej opozycji będzie hołd ideologiczny i zmiana na stanowisku ministra zdrowia, a więc anulowanie dofinansowania do in vitro. Polscy pacjenci znów się znajdą w tym samym bagnie, w którym tkwią od 1991 roku, kiedy to wycofano refundację in vitro po raz pierwszy.
Nie chciałabym dojść do wniosku, że in vitro w Polsce miało swoją dobrą prasę jedynie wtedy, kiedy było nieosiągalne dla szerokiej grupy. Współczucie mediów okazywane ofiarom konserwatywnej polityki zmieniło się w milczenie o zwycięstwie, kiedy wreszcie ono nastąpiło.
Stąd 01 lipca 2013 roku, kiedy w życie wszedł program refundacyjny i pierwsze kliniki przeżyły swoje oblężenie, w głównym wydaniu Faktów usłyszałam o wielu ważkich doniesieniach, na przykład o problemach z wywózką śmieci z przyblokowych śmietników, ale nie usłyszałam ani jednego słowa na temat fundamentalnej zmiany w życiu piętnastu tysięcy ludzi.
Próbowałam wiele razy podzielić się tą radością z różnymi mediami, jednak szybko zorientowałam się, że to nie jest interesująca wiadomość. Pytana byłam głównie o wady programu i o to, z czego pacjenci są niezadowoleni.
Oczywiście odpowiadałam na te pytania, bo całe moje uznanie wobec programu nie zmienia faktu, że wciąż nie mamy prawodawstwa ani akredytacji dla ośrodków, że program pozostaje rozporządzeniem ministerialnym i jego przyszłość z tego powodu jest chwiejna; że PGD dla par ze wskazaniami z poradni genetycznych powinno być refundowane, że przemilczana jest sprawa dawstwa, która akurat bardzo mi leży na sercu.
Ale poza tym wypunktowaniem chciałam przekazać coś innego i bardzo ważnego: że to jest moment otwarcia szampana, że ta radość jest zasłużona i wywalczona, że chcę to celebrować, bo wiem, dla ilu osób ten program jest jedyną szansą. Bo jeszcze rok temu powiedziałabym, że ta refundacja się nie uda i pozostanie w sferze marzeń, a dziś czytam kolejne entuzjastyczne relacje od par, które są już po wizycie kwalifikacyjnej i ruszają z procedurą w sierpniu. Życzę im powodzenia i szczęścia.

Mam poczucie, że widmo powstań wciąż zmartwychwstaje od nowa sprawiając, że źródłem ekscytacji medialnej może być jedynie to, co się nie udało i co krąży wokół porażek, błędów i niedociągnięć.
Dlatego kończę notkę siedząc na tarasie i wznosząc kawą toast za pracę wszystkich tych, dzięki którym ten sukces stał się możliwy. Są wśród nich lekarze, urzędnicy, naukowcy i pacjenci. Nie jest to główne wydanie Faktów, ale bez oddania sprawiedliwości wysiłkom tych ludzi nie chciałabym jutro wstać z łóżka. A od pierwszego lipca wstaję z niego z poczuciem, że mój kraj stał się odrobinę lepszym miejscem dla półtora miliona niepłodnych osób, z których większość z in vitro korzystać nie musi, ale wszyscy skorzystają na normalizacji sytuacji leczenia niepłodności w Polsce.
I to właśnie chcę oraz będę świętować.

wtorek, 9 kwietnia 2013

O Heniu kłamczuszku i faryzeuszach

Spotkałam kiedyś człowieka, który powiedział mi, że w katolicyzmie chodzi z grubsza o to, że był kiedyś Jezus i on wszystkich kochał tak bardzo, że oddał swoje życie, aby odkupić grzechy ludzkości. Zadaniem wspólnoty katolickiej natomiast jest sprawić, aby ta prawda nigdy nie została zapomniana.
Przeglądam dokument Konferencji Episkopatu Polski zatytułowany "O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek" i wiecie, nie widzę nic o miłości zwyciężającej śmierć i nienawiść.

Ale jest sporo o seksie.
I o aborcji
Oraz o in vitro.

Zaskakująco tym razem nie ma nic o homoseksualistach. Pewnie zostali na deser, bo KEP zapowiada kolejne dokumenty bioetyczne.
Ogólnie jednak chodzi o to, aby zajmować się tym, co ludzie trzymają w spodniach i spódnicach. Kiedyś myślałam, że to wulgarne uproszczenie. Teraz myślę, że prawda po prostu jest wulgarna.

W dokumencie są dwa duże kłamstwa i dziesiątki małych. Zastanawiające, że człowiek przyzwoity - a za takiego się uważam - zaczyna w pewnym momencie relatywizować kłamstwa. Jest ich tak wiele, że trzeba ustalić jakąś hierarchię. Być może sama ta relatywizacja jest pierwszym krokiem ku nieprzyzwoitości, powolnemu psuciu się debaty publicznej. Nie wiem. Nie miałam w sobie nigdy tyle bezczelności i tupetu, aby po prostu brnąć w ideologiczną hucpę twierdząc, że cel mnie uświęci.
Tak więc kłamstwo pierwsze:


Po to, aby zwiększyć szansę powodzenia zabiegu, do organizmu matki przenosi się kilka embrionów. Po pewnym czasie sprawdza się ich rozwój i pozostawia przeważnie jeden z nich- ten najlepiej oceniany. Pozostałe zostają przeznaczone do selektywnej aborcji, w celu ograniczenia ryzyka związanego z ciążą mnogą.


Oto wyciągi z raportów EIM Polska 2008 - 2009 - 2010 pokazujące skalę aborcji selektywnych po procedurze in vitro. Raporty były zbierane również w latach wcześniejszych, jednak wersje elektroniczne są dostępne dopiero od 2008 roku:




Dla 2008 roku



Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
68
Complication to oocyte retrieval:
All
18
Bleeding
17
Infection
1
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2008 do PTG : 7297 cykli



Dla 2009 roku


Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
54
Complication to oocyte retrieval:
All
59
Bleeding
54
Infection
5
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2009 do PTG: 8377 cykli

Dla 2010 roku



Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
56
Complication to oocyte retrieval:
All
33
Bleeding
29
Infection
4
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2010 do PTG: 9460 cykli

Kłamstwo drugie:

Kościół stoi po stronie człowieka

ale jednocześnie dokument nazywa mojego syna "produktem" (pkt 3. Prawda o ludzkiej seksualności i odpowiedzialności za dziecko, str. 6-7.), a ludziom niepłodnym zaleca:

w sytuacji, gdy małżonkowie są niezdolni do przekazania życia (w wymiarze fizycznym) cel małżeństwa może wypełnić się w wymiarze duchowym i jednocześnie praktycznym. Chodzi mianowicie o poświęcenie się niepłodnych par na rzecz innych lub wielkoduszne przyjęcie do rodziny jednego z ogromnej liczby dzieci oczekujących na adopcję. (pkt 3. Prawda o ludzkiej seksualności i odpowiedzialności za dziecko, str. 8.)


Piszą to ludzie, którzy odmieniają podmiotowość człowieka przez wszystkie przypadki, co nie przeszkadza im postrzegać dziecka adoptowanego  przez pryzmat wielkoduszności intencji przyszłych rodziców lub ich poświęcenia.
To nie jest ani zabawne, ani przerażające. Nie wiem sama jakie to jest. To jest takie, jak uczucie, które zalało mnie falą, kiedy słuchałam słów arcybiskupa Hosera mówiącego z autentyczną troską o przeznaczaniu olbrzymich kwot budżetowych na nieskuteczne, niebezpieczne i nieetyczne leczenie podczas gdy ludzie faktycznie cierpiący umierają bez pomocy.
Nadmieńmy, iż abp Hoser należy do instytucji, która w 2010 roku obciążyła budżet Państwa kwotą miliarda stu sześćdziesięciu dwóch milionów złotych wypłaconych na pensje dla katechetów i katechetek. I robi to rokrocznie. Bo sam polski Episkopat nie ma nawet na tyle przyzwoitości, aby płacić za własny apostolat. 
Jak śmiecie mówić mi, że leczenie mojej choroby jest obciążeniem dla budżetu?

Kilka dni temu profesor Obirek udzielił wywiadu, który - moim skromnym zdaniem - należy przeczytać z uwagą, a potem jeszcze raz. Cytując:

Święcenie kobiet, zmiany w etyce seksualnej… jeśli się od tego odejmie odium walki z chrześcijaństwem i zobaczy się w tym normalne procesy emancypacyjne, których samo chrześcijaństwo było kiedyś sojusznikiem, wówczas inaczej będziemy o tym dyskutować. Dlaczego inne kościoły chrześcijańskie, mimo że też mają wielosetletnią tradycję kapłaństwa mężczyzn, zmieniły się pod wpływem emancypacji? Dlaczego Kościół katolicki nie mógłby przejść tej drogi? Ale dopóki jesteśmy w średniowieczu społecznie, dopóki tkwimy w feudalnych rozwarstwieniach i zależy nam tylko na tym, żeby być na górze, żeby panować, to nie ma możliwości na przyjęcie języka debaty, a nie nienawiści, wobec tego zewnętrznego, zagrażającego nam ponoć świata. Negocjacji, dialogu społecznego, zamiast wyzwisk. Jeśli choćby uda się Franciszkowi zmienić język, którym Kościół rozmawia z nowoczesnością, to byłaby już wielka zmiana po poprzednich pontyfikatach.


I właśnie dlatego dowiedziałam się dziś z ust biskupa Wojciecha Polaka, Sekretarza Generalnego KEP, iż niniejszy dokument stanowi... odczytanie znaków czasu!

Znaków czasu!

Dzieci będące produktami, bo poczęły się na szkle.
Ojcowie, o których miłości Episkopat ma do powiedzenia tyle, że dokonali samogwałtu, aby ojcami zostać.
Kobiety noszące uszkodzone płody, które winny donosić ciążę i towarzyszyć dziecku w umieraniu, inaczej bowiem zaprzeczą jego podmiotowości.
Brzuchy tych kobiet będące inkubatorami chroniącymi podmiotowość płodu za cenę uprzedmiotowienia kobiety
I mentalność antykoncepcyjna, która jest potępiona, ponieważ choć "otwartość na życie może się wprawdzie łączyć z krzyżem, wiązać z wyrzeczeniami osobistymi i finansowymi", to jednak macica, prącie i ich szlachetne połączenie owocujące porodem stanowią wrota do zbawienia. To jest właśnie wulgarność prawdy.

A jedyny znak czasu, który się tu objawia to to, że jakkolwiek pedofilia jest problemem dla polskiego Kościoła zbyt błahym, to zajęcie się masturbacją niepłodnych ojców jest problemem wystarczająco ważkim.

Cóż, Jezus żył krócej niż faryzeusze. Wierzył w inne znaki czasu.


niedziela, 16 grudnia 2012

cywilizacjo kretynów, odwal się od dzieci

Dzieci widoczne na zdjęciach poniżej urodziły się dzięki metodom wspomaganego rozrodu, zostały adoptowane bądź przyszły do swojej rodziny innymi drogami, o których nic bliżej nie musicie wiedzieć, bo to nie wasza sprawa. To, co jest wspólną sprawą to to, że posiadają prawa przynależne każdemu człowiekowi. Przypatrzcie się uważnie i poszukajcie chipów, nadmiarowych kończyn oraz wytatuowanych szóstek za uszami:





Zgroza, prawda? I dla niepoznaki wyglądają tak normalnie. Ale nie dajcie się zwieść pozorom. Duża polska sieciówka odzieżowa wykazała się czujnością i odmówiła użyczenia swoich kolekcji do sesji zdjęciowej powyższego kalendarza, gdyż niestety nie może brać udziału w projekcie, ponieważ jako sklep dla dzieci nie chce mieszać się w polityczne zagrywki i kontrowersje jakie są w związku z zapłodnieniem in vitro.
Wiadomo, dzieci ze swej natury budzą kontrowersje, szczególnie w Polsce, kraju sławiącym miłość do dzieci i wartości rodzinnych.
Na szczęście cztery inne sieciówki nie miały nic przeciwko dzieciom i udostępniły ubranka. Pewnie nikt ich na czas nie powiadomił, że dzieci adoptowane to margines i patologia (odznaczają się głównie predylekcją do wbijania siekier w potylice swoich rodziców), a na dzieciach urodzonych dzięki in vitro ciąży zmaza współodpowiedzialności za morderstwo braci i sióstr.
Wobec tego trudne zadanie edukacji społecznej w tym ostatnim przypadku wziął na siebie Przegląd Katolicki informując czytelników, iż:

Po pierwsze, Kościół katolicki nigdy nie stygmatyzował i nie stygmatyzuje rodzin decydujących się na in vitro ani nie piętnuje dzieci poczętych tą metodą.
Radować się, że zostało to wreszcie wyjaśnione, bo bez tego disclaimera dość trudno byłoby zinterpretować zdanie pojawiające się niżej:

 in vitro jest metodą pozyskania dzieci za cenę bezpośredniego lub pośredniego uśmiercania innych dzieci. Jest to przede wszystkim selekcja i uśmiercanie embrionów – produkuje się ich kilka, tak by zwiększyć szansę poczęcia. Niszczenie takich embrionów jest z perspektywy nauki Kościoła zabójstwem.

Smaczku dodaje fakt, iż nie dalej jak tydzień temu redakcja Przewodnika Katolickiego zwróciła się z prośbą do autorów projektu "Dzieci Naszego Bociana" o użyczenie zdjęć dzieci dla potrzeb cytowanego wyżej tekstu. Prośba nie została spełniona.
Uporządkujmy fakty:
1. Kościół katolicki nie stygmatyzuje dzieci urodzonych dzięki ivf;
2. redakcje tygodników katolickich chętnie opublikują zdjęcia polskich dzieci urodzonych tą metodą, aby wyjaśnić odbiorcom, że Tymek, Zosia i Staś przyszły na świat za cenę zabójstwa innych dzieci.

Autorka artykułu ujawnia kolejne sensacje dotyczące idei kalendarza:

 Jak piszą jego pomysłodawcy, „w sesji brały udział dzieci urodzone dzięki metodom wspomaganego rozrodu, adoptowane oraz ich rodzeństwa”. A cel przedsięwzięcia? Zwrócenie uwagi na dzieci poczęte metodą in vitro.
Wystarczyłoby sprawdzić, co naprawdę piszą jego pomysłodawcy, aby nie brać wierszówki za bzdury, które się autorce jedynie wydają:


Dlaczego kalendarz?
Dzieci z kalendarza są wyjątkowe. Oczywiście wszystkie dzieci są wyjątkowe, ale nasze, bocianowe jakby „bardziej”. Czekaliśmy na nie długo, czasem bardzo długo. Raz po raz traciliśmy nadzieję na to, że w ogóle pojawią się na świecie, że razem z nami stworzą rodzinę. Ale są! Choć od 25 lat nie ma przepisów i nie ma regulacji dotyczących metody in vitro, nie ma refundacji leczenia niepłodności, a wokół adopcji nadal funkcjonuje wiele szkodliwych mitów- wbrew przeciwnościom tworzymy szczęśliwe rodziny. Każdego dnia na świat przychodzą dzieci poczęte dzięki wspomaganemu rozrodowi, a do naszych rodzin trafiają kolejne dzieci adopcyjne. Są takie same jak miliony innych dzieci na świecie, przywracają wiarę i nadzieję na szczęście! Przyszły do nas z miłości, w miłości i dzięki miłości. Dzielimy się z Wami naszym szczęściem i tym przesłaniem.



Dla ułatwienia napisano to nawet na okładce kalendarza, a ponadto na jego stronie internetowej oraz w informacjach prasowych.
Następnie czytamy:


Problem bezpłodności – według raportów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – dotyka 15 proc. małżeństw. Szacuje się, że 5 proc. rodzących się dzieci w krajach zachodnich to dzieci poczęte metodą in vitro.
Pierwsze słyszę, aby bezpłodność dotykała 15% małżeństw, według WHO dotyka ona 15% par, i mówimy o niepłodności, a nie bezpłodności. Chwila, w której prawicowe media przyswoją sobie wreszcie elementarne nazewnictwo obowiązujące w temacie, w którym zajmują głos, będzie chwilą odznaczoną przeze mnie na czerwono w kalendarzu. Ze złotą ramką ku czci.

W dyskusjach o in vitro wiele mówi się o samej procedurze, zapłodnieniu pozaustrojowym, technikach sztucznego wspomagania rozrodu, pomija się lub trywializuje wiele faktów, które są dla chrześcijan nie do zaakceptowania.

Magdaleno Szewczyk, dlaczego Pani ordynarnie kłamie? Metody wspomaganego rozrodu są w swoim okrojonym katalogu (inseminacja homologiczna przy użyciu prezerwatywy perforowanej; GIFT, gamete intra-fallopian transfer; LTOT, low tubal  ovum transfer) akceptowane przez Watykan (a w każdym razie nie są potępiane i Kongregacja Wiary zostawiła niepłodnym małżonkom furtkę decyzyjną), ponadto słowo "chrześcijanin" nie jest synonimem "katolika", a tak się składa, że zdecydowana większość odłamów chrześcijaństwa nie ma problemu z zapłodnieniem in vitro. Kościół katolicki ma. Ale to za mało, aby stosować bezczelną figurę chrześcijańskiego uogólnienia.
I argument, na który często powołują się osoby afirmujące technikę sztucznego zapłodnienia jako metodę leczniczą. In vitro nie leczy bezpłodności, tylko obchodzi problem. Po urodzeniu dziecka poczętego przez in vitro kobieta czy mężczyzna dalej są bezpłodni

Każda terapia objawowa obchodzi przyczynę, co na ogół nie uruchamia w katolickich publicystkach mechanizmu poniewierania ludźmi chorymi i zaleconą im terapią. Znani mi rekordziści są rodzicami pięciorga dzieci urodzonych dzięki metodzie ivf i fakt, że ich jajowody nadal są niedrożne, a nasienie niepełnowartościowe, nie ma dla nich żadnego znaczenia wobec rzeczywistości bycia siedmioosobową rodziną i odzyskania dzięki temu dobrostanu psychofizycznego. Minus zarwane noce z powodu kolek.

Nie ma sensu miażdżyć pozostałych nierzetelności zawartych w tekście. Po pierwsze robiłam to wiele razy na tych stronach, a komunały antyinvitrowe (i szerzej: związane z negacją praw reprodukcyjnych) cechują się  powtarzalnością. Po drugie tłumaczenie czegokolwiek środowisku, które chce ilustrować swoją ideologiczną paranoję zdjęciami istniejących dzieci, do których ta paranoja i brak wiedzy odnoszą się bezpośrednio, jest działaniem jałowym.
Uwagę jednak warto skierować na ostatnie zdanie przytaczanego artykułu:

Najważniejsze, że kropla drąży skałę...          


To prawda, drąży. A ponieważ od kilku miesięcy obserwuję narastające zjawisko niepłodnościowego coming outu spodziewam się wodospadu i braku szalup dla reprezentantów cywilizacji kretynów. I właśnie tego sobie życzę w nadchodzącym roku.


I na deser:



czwartek, 28 czerwca 2012

z najlepszymi życzeniami dla Piechy i Dziedziczaka



Zaczęło się od tego, że pewien przyzwoity człowiek postanowił zrobić dla ludzkości coś naprawdę dobrego. Ale nie, że odkryć szczepionkę przeciwko boreliozie czy coś równie trywialnego. Przyzwoity człowiek chciał ocalić ludzkość, a przynajmniej jej znaczącą część, i żeby to było z przytupem, i ładne, i bez wątpliwości, i żeby były tam pyzate niemowlęta, bo one są najlepsze, jak sam Cthulhu potwierdza.
Tak wyglądała geneza zakazu aborcji, a jeśli znacie inną wersję tej historii to kłamiecie.
I wprowadził przyzwoity człowiek zakaz aborcji. I on istniał, ten zakaz.
I spytał Bóg: człowieku, czy płody Twojego gatunku przestały ginąć odkąd wprowadziłeś zakaz?

I tu właśnie opowieść się rozsypuje.

Wiele lat po tym, jak pierwszy przyzwoity człowiek stanął w obronie płodów z nóżkami, rączkami i tym wszystkim ślicznym, pojawił się drugi przyzwoity człowiek o imieniu Bolesław:




Bolesław znał dobrze problematykę nóżek i rączek, ponieważ wiele ich w swoim życiu wyskrobał, zapijając ból egzystencjalny wódką, o czym sam doniósł mediom, więc nie uchylam tajemnic spiżarni.
Ale potem Bolesław stał się przyzwoity i postanowił zrobić dla ludzkości coś naprawdę dobrego.
Ale nie, że odkryć szczepionkę...- a nie, o tym już była mowa.
Bolesław postanowił wprowadzić zakaz wykonywania procedury in vitro, a lekarzy stosujących leczenie tą metodą wsadzić do więzień. Nie byłoby im tam smutno, ponieważ w celach siedzieliby już rodzice dzieci urodzonych tą metodą, których Bolesław także chciałby zobaczyć w pierdlu.
Potem członkowie rodziny przynosiliby im na widzenia salceson i mogłaby się narodzić nowa legenda polskiej opozycji, a ja za 30 lat mogłabym wieszać na ścianie poroża jeleni upolowanych wspólnie z prezydentem RP, którego znałabym z czasów wspólnej odsiadki.

Istnieją trzy dobre powody, aby cieszyć się z inicjatywy Bolesława. Oto one:

1. powiedzmy, że stanę się na chwilę rzecznikiem Boga i zawołam: Bolesławie, Bolesławie, ile ludzkich zarodków skazanych na śmierć ocaliłeś swoją ustawą?
Powiedzmy, że stanę się na chwilę rzecznikiem Bolesława i odpowiem: ani jednego, panie Boże, ani jednego.
A czemuż to? Zapyta Bóg ustami swojego rzecznika.
A temuż to, odpowie rzecznik Bolesława (bo rzecznik jest filutem i Bolesław go wkrótce po tej rozmowie zwolni), iż tak to panie Boże urządziłeś łącząc łańcuchy aminokwasów, aby z prazupy mógł się wyłonić Bolesław i inni mu podobni, że 70% zapłodnień kończy się śmiercią zarodków, których pochówek odbywa się w szumiących trumnach kanalizacji, dokąd spływają wraz z krwią swoich matek. Czemu każesz pójść do nieba 3/4 populacji?
No dobrze, powie rzecznik Boga, ale ty mówisz o zapłodnieniu naturalnym, a ja się pytam o in vitro. Czy nie ocaliłeś, Bolesławie, ani jednego z tych zarodków powstających pozaustrojowo?
Ach panie Boże, rozpromieni się rzecznik, jeśli mówimy o TYCH zarodkach to ocaliłem je wszystkie. Wszak nigdy nie powstały (ok, może Bolesław jednak ocali mu etat).

Spójrzmy na to od jasnej strony. Codziennie ocalamy niepoliczalne rzesze Marsjan. Ocalamy ludzi przed śmiercią z powodu chorób, które nie istnieją.
Wysiłki Bolesława i jemu podobnych mogłyby przynieść słodkie owoce. Nie umrze żadne dziecko ludzi cierpiących na zaawansowaną niepłodność, ponieważ żadne dziecko nie otrzyma szansy narodzin.

2. istnieją ludzie jeszcze bardziej gorliwi w swoim pragnieniu bycia przyzwoitymi. To Jan Dziedziczak, autor drugiego projektu PiS dotyczącego regulacji in vitro:




Dziedziczakowi nie wystarczy zakaz zapłodnienia pozaustrojowego. Chciałby także zgromadzić wszystkie zamrożone zarodki w jednym miejscu, poświęcić, następnie rozmrozić i pochować.
Bóg: nie chciałbym być nieuprzejmy czy coś, ale nie sądzisz, Janie, że rozmrożenie zarodków to wydanie na nie wyroku śmierci?
Dziedziczak: hej, a nie chciałbyś sobie popalić krzaków na pustyni albo rzucić, no nie wiem, manny do Biedronki? Za pozwoleniem, Boże, ale niespecjalnie się znasz na subtelnościach doktrynalnych polskiego Kościoła, więc udaj się może na nauki do księdza Longchamps de Berier, a do tego czasu nie wtrącaj się w sprawy spoza twoich kompetencji.

Dziedziczak: 1, Bóg: 0

3. Ilekroć polscy mężowie stanu postanawiają powiedzieć coś mądrego i zrobić coś dobrego, tylekroć czuję wsobną radość i znów zaczynają cieszyć mnie pliszki żerujące na moim trawniku. I sarenki, które widzę z okna. Bo koniec jest bliski.
Choć uważam, że oba projekty są zbyt zachowawcze, chciałabym chłosty dla pacjentów. I żeby przeprowadzono mi kontrolę kuratora w chałupie, a potem zabrano niegodnie urodzone dzieci do pogotowia opiekuńczego. I jeszcze aby sam biskup przyjechał wyświęcić mój trawnik przed przekazaniem go porządnej, katolickiej rodzinie na mocy aktu wywłaszczenia. A to wszystko z bezpośrednią transmisją telewizyjną w głównych wydaniach dzienników.
Zakaz aborcji to za mało, aby Polacy ruszyli dupy. To już nie działa, te wszystkie tabelki pokazujące, że stała aborcji jest stała, te racjonalne argumenty mówiące o tym, iż okres poczucia omnipotencji jest owszem, naturalnym etapem rozwoju człowieka, ale człowieka dwuletniego, w formie szczątkowej do dziesiątego roku życia, a potem zaczyna się już bycie Bolesławem albo Janem.
Ale rozmrożenie zarodków? Zakaz in vitro będący wyjątkiem w prawie europejskim? Więzienna celka dla lekarza i piszącej te słowa?
Im gorzej tym lepiej.

Mamy w Polsce sporą grupę dziewcząt i chłopców, u których w fazie narcyzmu pierwotnego coś poszło nie tak i teraz wydaje im się, że powiedzą "koniec aborcji!" i nastanie koniec aborcji. A potem powiedzą "Biedroń, od jutra jesteś hetero!" i Biedroń obudzi się w łóżku z cycatą blondynką, którą zapragnie uczynić swą żoną. Czasem to wesołe towarzystwo postanawia się zająć statystyką i wychodzi mu, że skuteczność in vitro wynosi 5-7% (Fronda), a naprotechnologia osiąga 80% ciąż (również Fronda). To mimo wszystko nienajgorszy scenariusz, bo niekiedy nasz kwiat młodzieży zaczyna na serio myśleć, że zna się również na ekonomii, określaniu wartości węglowodoru w bombie próżniowej  i wyliczaniu polskości w krwi piłkarzy o obcobrzmiących nazwiskach. Tak zaawansowana arytmetyka powoduje ból głowy, na szczęście groupies Bolesława i Jana znają się na niej równie dobrze, jak oni sami, więc małe sekrety udaje się zatrzymać w rodzinie.
Najbardziej optymistycznie zaczyna się jednak robić wtedy, kiedy zabierają się do opracowywania strategii przejęcia politycznej władzy i wpadają w końcu na pomysł "zajmijmy się in vitro, ludzie za nami pójdą!!11!one!".

Bo serio. Jest dobrze. Naprawdę.
Źle by było, gdyby Bolesław lub Jan odkryli, że żyją w świecie złudzeń wczesnych faz rozwoju, więc rozsądniej byłoby wesprzeć Jarosława, którego projekt może mieć pewne szanse w Sejmie, a jest- choć w odmienny sposób- równie kastrujący metody ART, co ich pomysły.
Na szczęście nie wpadli na tę koncepcję.
Jak zwykle polska prawica rozpieprza się sama, w czym życzę jej dalszych sukcesów i samych pomyślnych wiatrów.

















poniedziałek, 23 kwietnia 2012

lekarze, odwagi! Słów parę o liberalizmie w medycynie

Ponieważ pojawiły się głosy, że Lemingarnia tchnie społeczną depresją, oto krótki katalog dobrych nowin:
- 11 kwietnia do stołecznego zoo przyjechał takin o imieniu Benny. Tak wygląda:














- w najbliższą sobotę temperatura ma sięgnąć 30'C

- Harry Potter pokonał Voldemorta

Możemy przejść do dalszej części notki, będzie jak zawsze.

Disclaimer: lubię lekarzy. Naprawdę bardzo i bez ironii. Ale.



scenka I:

dr Y: bo ja pani powiem prosto, nie żeby panią obrazić, tak dla jasności. Słyszała pani o Lindberghu? Proszę nie brać tego osobiście, ale pani jest jak Lindbergh. Bo co to dobrego komu przyniesie? Po prostu nazizm też zaczynał się od idei i czym się to skończyło? A powiem pani, bo pani jest młoda, w zasadzie jak dziecko przy mnie, że w Polsce był PRL, a teraz mamy rządy katolickie. I jeśli nie będziemy cicho to w końcu nam się dobiorą do dupy.

ja: (wyrozumiałe milczenie, rozumiem wszystko i w ogóle, w drugim zdaniu Godwin, wow, jak dotąd dr Y jest najwyżej w rankingu)

scenka II:

dr Q: teoretycznie podzielam pani założenia, tylko że myślę o Włoszech i Antinorim. No wszystko było dobrze dopóki Antinori nie ogłosił, że sklonował ludzi i że dwie kobiety są w ciąży. Na szczęście nie urodziły, ale jakie to miało skutki? Zaostrzenie ustawy, teraz Włochy mają najgorsze prawo bioetyczne w Europie. I ten liberalizm się skończył. Tak, on się skończył po prostu. Więc jeśli zgłaszamy takie postulaty jak jawność dawstwa i centralne rejestry dawców, czy w ogóle szerzej ustawa, prawda, to miejmy na uwadze, że liberalizm się skończy i że za to zapłacimy.


Zatem ogłoszenia parafialne:

1. aczkolwiek argument o smarkaterii zasadniczo mi pochlebia (dziękuję ci pudrze chanel, cudownie rozpraszasz światło), jestem także niezwykle wdzięczna za krótki apdejt historii najnowszej, to jednak wolałabym dyskutować bez argumentów ad hominem i zapędzania się w ageizm.

2. Antinori Severino. Postać, która wywołała wiele zamieszania wokół swojej osoby ogłaszając w 2002 roku, iż udało jej się wyhodować sklonowany ludzki embrion. Embrion miał być transferowany do macicy anonimowej matki zastępczej, jednakże do porodu nie doszło i nie było komu wysyłać kwiatów na porodówkę.

3. Włochy. Kraj ojczysty Severino Antinoriego. Było tam bardzo wesoło i progresywnie, aż Antinori podzielił się swoim sukcesem o sklonowaniu człowieka i szeregiem pomniejszych sukcesów zapłodnienia kilkudziesięciu matek w wieku 55-60+ w prowadzonej przez niego klinice leczenia niepłodności.
Wtedy kraj mozarelli i Sophii Loren doszedł do przykrej refleksji, że jednak sprawy zaszły nieco za daleko. W konsekwencji rok później przyjęto restrykcyjne prawo bioetyczne, o którym szerzej napisano w tej notce, a także w wielu innych bardziej godnych polecenia źródłach.
Italia przykryła się kirem żałoby, żadnego klonowania i żadnego, nawet malutkiego, zapłodnionka sześćdziesięciolatek. Liberalizm kaputt.
Jednak wtedy potomkowie Petrarki skonstatowali, że wylewając kąpiel wylali wraz z nią dziecko. Ustawa bowiem była tak restrykcyjna, że w efekcie nieetyczna: narażała zdrowie i życie kobiet, dyskryminowała osoby bezpłodne i niepłodne, zwiększyła odsetki poronień i uszkodzeń okołoporodowych, przyczyniła się także do wzrostu aborcji z powodów medycznych.
Na arenę wkroczyli rozżaleni pacjenci, cztery włoskie organizacje pacjenckie i włoscy członkowie Parlamentu Europejskiego, którzy zaczęli silnie lobbować, co zaowocowało serią wyroków włoskiego Trybunału Konstytucyjnego i zaangażowaniem w sprawę Strasburga (Costa, Pavan vs. Italy).
Obecnie, w roku 2012, z restrykcyjnej ustawy włoskiej pozostały: stanowisko krajowego konsultanta, obowiązek akredytacji klinik, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Medycznej, rekomendacje etyczne, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Laboratoryjnej. Pozostała też refundacja i tak, niestety, zakaz klonowania, chlip.
Jedyne restrykcje, które nadal są w mocy, to zakaz dawstwa gamet i zarodków, natomiast wycofano się z banu na PGD (diagnostykę preimplantacyjną) i mrożenie zarodków.
Jak więc widać bez specjalnego naciągania, w krótkim powyższym zarysie mogliśmy prześledzić zmiany na osi "skrajny liberalizm- skrajny konserwatyzm- pragmatyzm".
Doktorowi Q kraja się z tego powodu serce, cóż, moje się nie kraja. Zwłaszcza, że zakaz dawstwa ma silny lobbing pacjencki i sądzę, że w ciągu paru lat i ten ban zostanie ostatecznie zniesiony.

4. liberalizm oznacza wszelako coś więcej niż "zainkasować należność i spierniczaj". Naprawdę przykro mi z powodu używania słów, po których babcia kazała myć buzię mydłem, mam jednak niejasne wrażenie, że liberalizm w rodzimym wydaniu ma polegać na dalszym utrzymywaniu próżni prawnej w dziedzinie medycyny rozrodu wspomaganego. Czego beneficjentami będą oczywiście lekarze oraz- jak sami lekarze twierdzą- pacjenci. Alternatywą dla próżni prawnej są jeremiady dorosłych ludzi, którzy nadal nie wyzwolili się spod mentalnej okupacji PRLu i żyją w poczuciu, że jeśli pisną głośniej to przyjdzie ksiądz biskup albo zaprzyjaźniony z nim polityk i urządzą nam piekło na ziemi. Zupełnie jakbyśmy teraz żyli w Edenie.

5. liberalizm nie oznacza też zielonego światła na klonowanie ludzi, ekskjuzmi.

6. podobnie jak są rzeczy tak samo złe jak brak liberalizmu. Na przykład liberalizm bez ograniczeń.



A więc mam kolejny disclaimer:

Szanowni doktorzy. Zdaję sobie sprawę, że bezruch legislacyjny jest szeroko ceniony, o czym świadczy na przykład powołanie pierwszego w Polsce komercyjnego banku komórek jajowych, który nie miałby szansy zaistnieć w żadnym innym kraju UE, ponieważ prawo unijne zakazuje handlu gametami i czerpania korzyści z pośrednictwa.
W związku z tym lokalna wykładnia liberalizmu bardzo się części z was opłaca, jest to jasne i zrozumiałe, o wiele lepiej jest wszak zarabiać pieniądze na sprzedaży komórek jajowych niż siedzieć z tego powodu w więzieniu.
Chciałabym Wam jednak przekazać kilka moich uwag:

po pierwsze na pacjenta, którego leczycie, składają się -poza powłoką skórną i wsadem biologicznym- także pewne prawa. Wchodzimy tu na nieprzyjazny teren nauk humanistycznych, mam tego świadomośc, mimo to spróbujmy.
Pacjent ma na przykład prawo do informacji o leczeniu, w tym obszernej informacji o skutkach ubocznych leczenia i statusie terapii (eksperymentalna versus zgodna z EBM).
Dalej: pacjent ma prawo do odmowy poddania się terapii.
Dalej: pacjent ma prawo być chroniony prawem i dzięki temu bezpieczny.
Dalej: pacjent ma prawo do konsultacji psychologicznej przed poddaniem się terapii. Tu wyjaśnienie: psycholog to ta pani w szarej garsonce lub pan w brązowym garniturze, których czasem zatrudnia się w klinice, aby ładniej to wyglądało na stronie www.
Otóż celem pracy tych ludzi nie jest przeszkadzanie w pracy lekarza, a pomoc i wsparcie udzielane pacjentom. Niektórzy lekarze z krajów zgniłego Zachodu nauczyli się doceniać wkład psychologów i doradców pacjenta, ponieważ przeczytali parę badań i doszli do wniosku, że pacjent świadomy i współpracujący z lekarzem to lepszy pacjent, niż pieczarka na krowim nawozie hodowana. W Polsce jesteśmy niestety wciąż przed osiągnięciem tego etapu, tu kłaniam się w pas psychoonkologom i psychologom szpitalnym, wiedzą, o czym mówię.
Skutek uboczny: czasem pacjent po konsultacji z psychologiem zaczyna zadawać różne pytania, których wielu lekarzy nie lubi. Wtedy trzeba na te pytania odpowiadać. To może być problemem. Zwłaszcza dla kogoś, kto nauczył się, że jego status lokalny jest czymś pośrednim między Bogiem Stwórcą, a prezydentem USA.


Po drugie. Oto, jak radzicie sobie z trudnym zadaniem utrzymania rozkroku pomiędzy kompetencjami lekarza i kompetencjami tych wszystkich profesji, których formalnie nie wykonujecie:

głos pierwszy:
"Wysłałam pytanie do Kliniki X i spotkałam się z dużo ostrzejszą odmową niż sądziłam. Nawet nie że prawo albo regulamin tego nie przewiduje, ale że "z długoletniej praktyki wiemy, że jawność nic dobrego przynieść nie może". Trochę mnie zmroziło to poczucie nieomylności, bo niestety z moich lektur wynika coś całkiem odwrotnego. Nie chodzi mi przecież o szukanie drugiego taty dla mojego potencjalnego dziecka, ale o danie mu możliwości dowiedzenia się czegokolwiek, uzupełnienia układanki genetycznej. I wolałabym to wszystko przemyśleć zanim podejdę do pierwszej AID."

głos drugi:
"pojechaliśmy do kliniki Y, zawiozłam całą swoją dokumentację. Lekarz popatrzył i powiedział "nie ma pani szans na ciążę, pani jajniki nie pracują". Potem zawołał mojego męża i powiedział "zona jest bezpłodna. Jeśli planujecie dziecko to trzeba skorzystać z dawczyni komórek". Mój mąż o niczym wcześniej nie wiedział, nie chciałam, aby był obecny przy wizycie, ale nikogo to chyba nie obchodziło. Ledwo wyszliśmy z gabinetu jeszcze w szoku, a przejęła nas miła pani asystentka i powiedziała "wybierzemy wam dawczynię, może być nawet podobna do pani. Możemy zaczynać już w kolejnym cyklu"

głos trzeci:
"mój mąż próbował pytać o dawcę, jaką ma grupę krwi i wykształcenie, no i jak w ogóle do tego podejść, czy mówić rodzinie, czy nie, ale lekarz powiedział "niech pan się nie rozczula, to jest decyzja techniczna, umieścimy plemniki dawcy w macicy pana żony, a co potem- proszę żyć jak zawsze i zapomnieć, ze to dawcy"

głos czwarty:
"w klinice V, gdzie się leczymy, pracuje też psycholożka. Była pierwszą osobą w klinice, która zapytała się nas o to, jak się czujemy z naszą chorobą i decyzją o leczeniu. Dopiero po rozmowie z nią zaczęliśmy z eMkiem rozmawiać- jak on się czuje ze swoją bezpłodnością, czy akceptuje dawstwo, jak on to widzi. Odbyliśmy kilka takich rozmów, nie obeszło się bez łez. Potrzebowaliśmy paru miesięcy, aby to sobie poukładać w głowie i podjąć decyzję o AID. Opowiedzieliśmy potem o tym naszemu lekarzowi, był zdziwiony, że zaprzątamy sobie głowy "bzdetami", jak to ujął"

Jak widać radzicie sobie fantastycznie. Myślę, że Polskie Towarzystwo Psychologiczne powinno poważnie rozważyć nadanie członkostwa honorowego polskim lekarzom pracującym z niepłodnymi parami. Wielu lekarzy ma obfite doświadczenie na polu jawnego dawstwa, choć w Polsce nigdy nie było jawnego dawstwa. Inni mają sporo do powiedzenia o doświadczeniu Wielkiej Brytanii, która od roku 2004 dopuszcza wyłącznie jawne dawstwo gamet, choć nie spotkałam dotąd lekarza kojarzącego bliżej taką instytucję jak National Gamete Donation Trust. Konsternację wywoływała też informacja, że w roku 2011 Wielka Brytania zaspokoiła popyt na dawstwo, bo przekroczyła podaż, w 2010 roku zaś do osiągnięcia tego stanu zabrakło jedynie siedmiu dawców.


Przy okazji: na ESHRE'owskich panelach Psychology and Counseling oraz Ethics and Law nie było polskich nazwisk, choć reprezentacje lekarskie innych krajów były silne.
Ta sama uwaga odnosi się do struktur ESHRE- jak to możliwe? ESHRE jeszcze nie doceniło polskiej myśli medyczno-psychologicznej opierającej się na redukcji kosztów doradczych, skoro każdy szeregowy lekarz potrafi wykonać obowiązki psychologa i psychoterapeuty? Koniecznie należy to zmienić. Europa czeka.


Uwaga trzecia: to, że Wyborcza nie napisała o banku komórek, nie oznacza jeszcze, że informacje można skontrolować i wygrać cokolwiek w loterii na największy konformizm. Żyjemy w dobie Internetu, warto to przypominać.



Uwaga czwarta: w tym roku Boże Narodzenie nie nadeszło dla Frondy wcześniej. Ani dla adonai.nieplodnosc.pl.
Rozmawiamy o klasycznym syndromie oblężonej twierdzy, który w tym przypadku występuje po obu stronach muru.
Chłopcy z krótkimi grzywkami i imponującą muskulaturą boją się, bo zagłada chrześcijańskich wartości, białego katolika biją, a Polska przedmurzem chrystusowej Europy. Dlatego hełm na czerep i do okopów.
Ale nie lepiej jest w szeregach liberalnych nerwicowców. Tu z kolei obowiązuje doktryna "nie ma prawa, ale wszyscy jesteśmy białymi owcami i tego będziemy się oficjalnie trzymać w imię sprawy".
Siedzę właśnie nad spisem polskich klinik i widzę coś innego: na 47 istniejących placówek wykonujących in vitro, do ESHRE raportuje 27. Pozostała dwudziestka znika z rejestru. Jedna z tych nieujętych w raporcie placówek zatrudnia embriologa na godziny i zrobi wszystko, co klient sobie zażyczy. Inna wplątała się w przykrą i niestety głośną sprawę z surogacją. Jeszcze inna mieści się w piwnicy domu prywatnego i przy próbie kontaktu telefonicznego odzywa się sekretarka "jeśli dzwonisz do państwa Kowalskich wybierz 1, jeśli dzwonisz do kliniki leczenia niepłodności wybierz 2".
Dodatkowo wszystkie raportują dobrowolnie, a wyniki raportu nie są przez nikogo weryfikowane, bo przecież nie mamy w Polsce systemu kontroli.
Patrząc na wyniki ujęte w tabeli "cross border patients" (EIM 2009), które dowodzą, że w Polsce prawie nie istnieje turystyka zagraniczna i corocznie leczenie podejmuje ledwie 300 pacjentów z innych krajów, odczuwam zadziwienie: z kontaktów z europejskimi organizacjami pacjenckimi wynika niezbicie, że Polska, obok Ukrainy, Cypru, Słowacji i Czech, stanowi najpopularniejszą destynację medyczną Europy.

Głównie z uwagi na brak ograniczeń w dawstwie komórek jajowych i nasienia, ale też dlatego, bo wiek menopauzalny dla sporej grupy klinik nie jest żadnym ograniczeniem leczenia.
Gdzie więc są te pacjentki w raporcie?
Ach, pewne wyjaśnienie może stanowić adnotacja, że dane do tabeli "cross border patients" przesłało dziewięć klinik na czterdzieści siedem istniejących w Polsce.
To chyba nie jest powód do chwalebnego obwieszczenia, że każdy polski lekarz ma głęboko zinternalizowane myśli Immanuela Kanta? Być może jednak jest to powód, dla którego warto byłoby zacząć mówić wreszcie wprost o pewnych sprawach.

Pisząc te słowa deklaruję się jasno jako adwokatka dawstwa. Zwolenniczka prawa do wyboru pacjenta, osoba przekonana do surogacji niekomercyjnej i obywatelka wspierająca metody wspomaganego rozrodu.
Ale nie, przepraszam bardzo, nie będę deklarowała wiary w uczciwość bez ram prawnych, ani w to, że wszyscy mamy złote serca i oddajemy wdowi grosz na sieroty. Jak również nie napiszę, że nie potrzebujemy legislacji, bo radzimy sobie znakomicie bez niej.
Ponieważ jest to kłamstwem- zupełnie i po prostu.

Moja strona barykady została zbudowana chwilę przedtem, zanim na polskie ulice wyjechały czołgi. Nie jestem na "ty" z Michnikiem, nie siedziałam z nim w jednej celi, nawet go nie znam.
Nie mam długu wobec Kościoła Katolickiego, ponieważ moja wdzięczność mogłaby dotyczyć ewentualnie paru opakowań odżywek dla niemowląt z kościelnych darów.
Nie czuję się obywatelką kondominium niemieckiego, nie uważam, aby Putin miał ręce unurzane w polskiej krwi i wymawiam nazwisko "Churchill" bez czkawki.

W przeciwieństwie do pokolenia, które sprzedawało mi parówki na kartki, naprawdę, całkowicie na serio i bez ściemy czuję się Europejką, poza tym, że Polką.
Nie widzę powodu, dla którego moja generacja miałaby rezygnować z walki o swoje prawa, ponieważ nie spodoba się to ludziom noszącym sutanny, ludziom zasiadającym w Sejmie i kogo tylko czytelnik zażyczy sobie w to miejsce wstawić.
Odkąd Białoszewski napisał "ćśśś" minęło ponad pół wieku, tymczasem Marsjanie wciąż siedzą w rodzimej ścianie, więc trzeba być cicho i lepiej nie domagać się ustanowienia prawa rozrodczego po 25 - słownie, dwudziestu pięciu - latach bezprawia w Polsce, bo "liberalizm się skończy i będziemy płakać".

Zatem znów disclaimer:

Nie będę płakać, kiedy skończy się liberalizm w obecnym kształcie, który pozwala na skupowanie komórek jajowych od dawczyń z ulicy, cztery tysiące za punkcję. Nie wzrusza mnie możliwość ograniczenia swobód polskich pacjentek, które po ukończeniu 45 roku życia będą mieć czerwone światło na metody wspomaganego rozrodu.
Nie uważam, aby zasada "transferujemy trzy zarodki, jeśli klientka sobie życzy: niech statystyki prób ciążowych wyglądają ładnie na naszej stronie" była zasadą, za którą warto umierać. Wręcz przeciwnie, czekam na chwilę, kiedy w Polsce zacznie obowiązywać SET (single embryo transfer) przy jednoczesnym wsparciu mrożenia zarodków, bo tak jest w każdym innym cywilizowanym kraju Europy, dzięki czemu znacząco obniża się ilość poronień, powikłań okołociążowych i spadają koszty opieki neonatologicznej chorych dzieci, gdyż rodzą się dzieci zdrowe.
Refundacja leczenia niepłodności nie jest dla mnie niczyją łaską, należy mi się ona jak psu miska, płacę podatki tak samo jak ludzie płodni i chcę korzystać z systemu świadczeń, który finansuję.
I przede wszystkim uważam za skandal milczenie o tym, że obok klinik rzetelnych i profesjonalnych istnieje spora liczba klinik-krzaków pracujących na przestarzałym sprzęcie, bez spełniania wymogów jakości, obok wytycznych terapeutycznych, ale należy przyjąć postawę buzi w ciup, rączek w małdrzyk, gdyż spadniemy z gałęzi.


Otóż jest pewne, że jeśli dalej sytuacja będzie tak wyglądać to z tej gałęzi nie tylko spadniemy, ale spadając zrobimy duże BUM! Nie dlatego, bo Kościół Katolicki i Tomasz Terlikowski, a dlatego, ponieważ nasz wieczny asekurantyzm w końcu do tego doprowadzi.
No i jeszcze jedna mała kwestia: pomocnie byłoby rozróżnić między "milczymy, bo brak legislacji jest nam na rękę" od "milczymy, bo brak legislacji jest na rękę pacjentom".
Niezależnie od tego, ilu pacjentów dało się przekonać, że żyje w medycznym raju, fakty są takie, że:

- nikt nie kontroluje ilości potomstwa dawców i dawczyń, ponieważ nie prowadzi się centralnej bazy;
- nikt nie rejestruje narodzin dzieci poczętych dzięki metodom wspomaganego rozrodu, przez co nie możemy także badać ich liczby i kondycji zdrowotnej. W tej kwestii zawsze odwołujemy się do badań zagranicznych, które takie rejestry prowadzą. I jakoś nie zdelegalizowano w nich ani metody in vitro, ani innych metod leczenia niepłodności;
- nikt nie sprawdza jakości sprzętu medycznego, jakości wykonywanych procedur ani wykształcenia personelu zatrudnionego w ośrodkach leczenia niepłodności;
- nikt nie weryfikuje wyników leczenia polskich ośrodków, ponieważ nie mają one obowiązku sprawozdawania tych danych i rozliczania się z każdej procedury;
- polityka wobec zamrożonych zarodków zależy od uznania właściciela każdej placówki medycznej. I owszem, jest faktem, że znacząca ilość ośrodków zarodków nie niszczy, ale przykro mi: te, które to robią działają przeciwko całemu środowisku, bo kiedy wreszcie przyjdzie do rozliczenia nikt nie będzie rozliczać klinik indywidualnie. Wszyscy zapłacą za błędy mniejszości;


poprawcie mnie więc jeśli się mylę, ale nie sądzę, aby było to na rękę pacjentom. Jest za to bardzo na rękę lekarzom, również naprotechnologom, bo jadą dokładnie na tym samym wózku. Mogą więc opowiadać do woli o 90%owej skuteczności, za co nikt nie może ich pociągnąć do odpowiedzialności, bo nie ma ani kontroli Ministerstwa Zdrowia, ani dyrektyw, ani certyfikacji.
Tym sposobem dotarliśmy do punktu, w którym kuria może paść w ramiona klinikom leczenia niepłodności, oba środowiska pożywiają się tym samym tortem.
Pacjenci natomiast mogą pozmywać naczynia po deserze.

Jednak tak, to z pewnością legislacja nas zniszczy. Tak samo jak zniszczyła transplantologię, bo przecież o wiele przyjemniej byłoby załatwiać wątroby do przeszczepu na lewo. W końcu to nie prawo reguluje naszą uczciwość, a ten, jak mu tam, wewnętrzny imperatyw.

Mam więc taki postulat, aby - po pierwsze - lekarze pozostali przy leczeniu i oddali poradnictwo psychologiczne ludziom, którzy mają do tego odpowiednie kwalifikacje potwierdzone dyplomem.
Po drugie- aby wzięli poważnie pod rozwagę, że totalitaryzm, o który nieustannie podejrzewają prawicowe partie i środowiska konserwatywne, ma się całkiem nieźle również w ich działce. I wybierają go całkowicie dobrowolnie, ponieważ lęki wciąż są silniejsze od argumentów racjonalnych.
Po trzecie, aby zakonotowali, że główną grupę ich pacjentów stanowią ludzie z mojego pokolenia, których coraz trudniej zastraszać Białoszewskim.
I po czwarte, dopuścili do siebie myśl, że nie ten ptak kala gniazdo, co je kala, lecz ten co o kalaniu mówić nie pozwala.

I jeszcze parę ciepłych słów o obecnym ministrze zdrowia, Bartoszu Arłukowiczu. Teraz będzie ten moment, na który czekają ludzie dobrej woli, czyli obwieszczenie podnoszącej na duchu nowiny: w Polsce nie ma ludzi wykluczonych.
Zaczęli istnieć w maju 2011 roku i przestali pół roku później, kiedy minister ds. osób wykluczonych zwinął się z urzędu, który wraz z nim się rozpłynął w niebycie.
W tak zwanym międzyczasie bardzo trudno było złapać pana ministra i skierować jego uwagę na problemy ludzi niepłodnych, ponieważ zajmował się sumiennym wykonywaniem obowiązków służbowych, które w tym okresie sprowadzały się do- jak usłużnie doniósł mi Facebook- bawienia na Festiwalu Słowian i Wikingów w Szczecinie.
Naprawdę nie sądziłam, że polscy wikingowie są tak strasznie wykluczeni, ale widać są.
W przeciwieństwie do homoseksualistów, beneficjentów zasiłków społecznych, uchodźców i wspomnianych już niepłodnych.

Będę bardzo zaskoczona, jeśli choć jeden z nakreślonych wyżej problemów, o których nawiasem mówiąc minister zdrowia bardzo dobrze wie, zyska jego uwagę, która przełoży się na jakąkolwiek zmianę legislacyjną.
Z takim ministrem wszyscy zastraszeni lekarze mogą spać spokojnie, nic się nie zmieni. Oczywiście do czasu, aż gruchną o ziemię, czego konsekwencją będzie nie tylko przyjęcie rygorystycznej ustawy, ale przede wszystkim bardzo złe prawo, szkodliwe dla ludzi i rodzących się dzieci.
A nam zostanie zafundowane wiele lat czekania na liberalizację prawa, co stało się udziałem Włochów. Prawdopodobnie byłoby to do uniknięcia, gdyby tylko ktoś przytomny na czas zareagował i powstrzymał Antinoriego, wychodząc wcześniej z legislacyjną inicjatywą racjonalnej ustawy- liberalnej, ale również odpowiedzialnej.
Ale to już wiąże się z zasadą odkładania gratyfikacji w czasie, z czym ludzie na ogół mają kłopot.

disclaimer ostatni, ale najważniejszy:

To właściwy moment, aby wrócić do disclaimera pierwszego, a brzmiał on "lubię lekarzy. Naprawdę i bez ironii".
Jeśli ktoś pomyślał, że w niniejszej notce usiłuję obrazić środowisko lekarskie lub przeciwko niemu wystąpić (a takie wrażenie miał na przykład mój mąż, czym swoją drogą srodze mnie rozczarował) to pomyślałam sobie, że dobrze będzie się z tego wytłumaczyć, na wypadek, gdybym jednak przeceniła czytelników tego bloga. Co jest prawdopodobne, skoro zdarzyło mi się to z osobistym mężem.
O leczeniu, również o leczeniu niepłodności, można i należy mówić odpowiedzialnie, bez przemilczeń, za to mając na uwadze skutki długoterminowe i - przede wszystkim - prawa człowieka: pacjenta i jego rodziny. Tylko pod takim stanowiskiem, w moim poczuciu, człowiek uczciwy może się w spokoju ducha i rozumu podpisać.
Wpędzanie debaty w skrajności i wpieranie zaangażowanym stronom, iż ich moralną powinnością jest "w imię sprawy" zamknąć oczy na nadużycia, i skoncentrować się na pozytywach ideologicznych (czy to ideologii konserwatywnej czy liberalnej) jest jednocześnie zgodą na to, aby okupacja infantylizmu trwała dalej.
Mierzi mnie dyskurs, który proponuje Fronda, Nasz Dziennik czy nawet mniej agresywne tytuły prasy katolickiej. Ale to nie oznacza, że wobec tego popieram paradygmat "siedzieć cicho i korzystać tak długo jak się da; nie ruszać fekaliów, bo fetor się rozejdzie".
Wolność rodzi odpowiedzialność, bez odpowiedzialności wolność nie ma sensu.
Jestem głęboko przekonana, że właściwą ścieżką każdej publicznej debaty jest jej otwarcie i dostrzeżenie spektrum zjawisk.
Ta postawa nie tylko nie jest przeciwna lekarzom, ale jest w ich długofalowym interesie: w 2003 roku we Włoszech było wielu uczciwych, etycznych i profesjonalnych ginekologów. Podobnie jest dziś w Polsce. Pracuje tu spora grupa lekarzy (i klinik także), dobrowolnie działających według wytycznych i na rzecz interesu pacjentów.
Włochom jednak wystarczył jeden Antinori, któremu nie przeszkadzano, aby rachunek legislacyjny wraz z odsetkami wystawiono wszystkim- lekarzom uczciwym i nieuczciwym, pacjentom, i całemu społeczeństwu. Tak się bowiem składa, że zasada wspólnego pastwiska zakłada również wspólną za nie odpowiedzialność i jest ona ważniejsza od zasady konkurencyjności sektora prywatnego. Właśnie z tego powodu czarne owce nigdy nie spadają z gałęzi samotnie, a ciągną za sobą resztę stada.


Zatem, panie i panowie, odwagi.



czwartek, 16 lutego 2012

Domowe narodziny

Notka miała być poświęcona wychowywaniu dzieci w zgodzie z Pismem Świętym, ale tymczasem wpadła mi w ręce książka "Domowe narodziny. Fanaberia szaleńców czy powrót do normalności?" autorstwa Ewy Janiuk i Emilii Lichtenberg-Kokoszki, wydana przez Oficynę Wydawniczą Impuls, i podziałała jak magdalenka na Marcela:


To kolejna książka dostępna na polskim rynku poruszająca temat porodu domowego z perspektywy par (czy raczej powinnam napisać: małżeństw) spodziewających się dziecka, decydujących się na poród domowy i dzielących się swoim unikalnym doświadczeniem z innymi. Klasyczną pozycją tego gatunku jest "Poród w domu" Ireny Chołuj, książka jest dostępna wirtualnie tutaj.
Tyle formalnie i opisowo, teraz przejdziemy do części osobistej i retrospektywnej.

marzec-maj 2009

Jestem w połowie drugiej ciąży, wczytuję się w książki Sheili Kitzinger i Michela Odenta. Chcę kolejne dziecko  urodzić w domu, jest to silne, biologiczne niemal pragnienie. Stary ma wątpliwości, rozmawiamy, analizujemy, wreszcie Stary mówi "rodzimy w domu, mam do ciebie zaufanie". To fajnie, bo ja mam zaufanie do niego.
Mam już jedno dziecko urodzone siłami natury, brak obciążeń wywiadu, obecna ciąża jest podręcznikowa. Wyszukuję numery do lokalnych położnych przyjmujących porody w domu. To trudny wybór, oglądam z uwagą profile i zdjęcia, próbuję wyczuć, czy mogłybyśmy nadawać na podobnych falach. Decyduję się w końcu na Joannę.

Dzwonię na służbowy numer Joanny. Rozmowa przebiega ciepło. Opowiadam o pierwszym porodzie, Joanna sprawdza swój grafik: październik jest wolny, może się umówić ze mną na spotkanie i porozmawiać o przyjęciu naszego dziecka. Rozmawiamy o odległości od najbliższego szpitala, warunkach domowych, ustalamy termin wspólnej kawy.
Na końcu Joanna pyta:
- "to co, jesteśmy umówione czy chcesz coś jeszcze od siebie powiedzieć?"
- "w zasadzie wszystkie ważne rzeczy już ci przekazałam, mogę jeszcze dodać, że czekaliśmy na ciążę cztery lata, bardzo wyczekujemy naszego dziecka. Na szczęście pierwsze in vitro się udało".
Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza. W końcu Joanna decyduje się upewnić:
- "mówimy o ciąży z in vitro?
- "tak" odpowiadam
- "wobec tego poród domowy jest wykluczony, nie podejmę się tego"
Czuję supeł w gardle, potrzebuję chwili, aby się pozbierać.
- "dlaczego to ma coś zmienić?" pytam
- "przyjmowałam w szpitalu wiele porodów, dzieci z in vitro zachowują się dziwnie", odpowiada Joanna stanowczym głosem, po czym żegna się i odkłada słuchawkę.
Stoję jak idiotka przy oknie tarasowym, patrzę na ogródek i nie umiem ogarnąć tego, co się przed chwilą wydarzyło. Dzwonię do Starego i krzyczę "kiedy to się skończy?! Czy podczas bilansu pięciolatka w przychodni także usłyszę, że in vitro wszystko zmienia?!". Stary jest zdenerwowany, mówi, że wróci wcześniej z pracy. Wieczorem analizujemy sytuację, Stary decyduje,  że nie ma co się koncentrować na wydarzeniu incydentalnym, mam dzwonić dalej i nie histeryzować.
Tym razem ignoruję profile i zdjęcia, zaczynam szukać według nowego klucza- z miejsca skreślam wszystkie położne mówiące o pomagającej im Bożej łasce i Dzieciątku Jezus. Drugi raz nie dam rady przejść podobnej sytuacji, muszę się zabezpieczyć psychicznie, bo inaczej nie tylko nie urodzę w domu, ale w ogóle nie dociągnę do terminu porodu.
Wybieram Zuzannę. Wygląda na sensowną, nic nie mówi o swojej duchowości, za to wiele o podziwie dla wiedzy i determinacji par, z którymi pracuje. Brzmi to dobrze, jestem zdeterminowana, wiem dokładnie, czego chcę, z wiedzą też nie najgorzej, podziękować. Dzwonię.

Zuzanna

Rozmowa z Zuzanną zaczyna się ostro. "To Wy macie mnie przekonać, że chcecie rodzić w domu", mówi. Wchodzę w to, podoba mi się jej konkretne podejście. Rozmawiamy kilkanaście minut, ja także stawiam sprawę jasno: nie chcę żadnych komentarzy odnośnie niepłodności i stanu mojej ciąży, które nie będą wynikały z obiektywnych przesłanek medycznych. Zuzanna mówi w końcu "przyjedźcie, pogadamy".

Tydzień później odwiedzamy Zuzannę w jej gabinecie.
Jest miło, delfiny śpiewają, błękitne ściany koją. Zuzanna zaczyna od poinformowania nas, że źle Joannę odebraliśmy. To fachowa, fantastyczna położna, współpracują w jednej ekipie. Żadnych uprzedzeń. Po prostu została zaskoczona.
Już po kilku minutach rozmowy z Zuzanną staje się jasne, że celem naszego spotkania nie jest rozpoczęcie przygotowań do porodu domowego, a odwiedzenie nas od tej myśli.
Bo czy ja naprawdę jestem pewna, że chcę rodzić w domu? Tak, jestem. A może mam poszpitalną traumę? Nie, nie mam. I nie boję się zaryzykować zdrowia tak wyczekanego dziecka? Nie uważam porodu domowego w ciąży przebiegającej fizjologicznie za ryzyko. Oboje z mężem jesteśmy przekonani do tej formy, o ile tylko ciąża będzie dalej przebiegać tak książkowo, jak dotychczas. Jeśli wyniki się pogorszą, pojawią się jakiekolwiek przesłanki do porodu szpitalnego to nie będziemy z nimi dyskutować.

Wykładam swoją dokumentację i relacjonuję: nigdy nie przechodziłam sztucznej menopauzy w związku z leczeniem niepłodności, nie miałam żadnych zabiegów w obrębie jamy brzusznej. Brak zrostów, brak osłabienia szyjki macicy, wiek modelowy. Wyniki hormonów ciążowych od początku prawidłowe, suplementacja progesteronem symboliczna i zakończona w 12 tc. Żadnych skurczów, plamień ani stanów nietypowych dla ciąży fizjologicznej, poprzedni poród bez powikłań, zakończony sn.
Dodaję, że twardo stąpamy z mężem po ziemi i przyjmiemy każdy kontrargument, o ile będzie mieć oparcie w faktach. Argument "dzieci z in vitro zachowują się podczas porodu dziwnie" jest niepoważny i jako takiego nie bierzemy go pod uwagę. Po prostu.
aAe nikt mnie nie pyta o wywiad ciążowy, moje wyniki leżą nietknięte na biurku.

 Zuzannę mój słowotok chwilowo studzi, więc decyduje się na wyciągnięcie ostatecznej armaty:
"słuchajcie, od razu zaznaczę, że nie jestem uprzedzona ani do metody in vitro, ani do was. Chodzi o obiektywne względy medyczne i Joannie również o nie chodziło. Przy in vitro często są transferowane dwa zarodki i nawet jeśli ciąża finalnie jest pojedyncza to mogą powstać dwa łożyska. To wielkie ryzyko podczas porodu domowego, łożysko może się nie urodzić w całości, pojawia się krwotok. Nie narażę twojego życia i zdrowia. Gdyby nie to nie byłoby problemu z tym, że to ciąża z in vitro, moglibyśmy rodzić w domu".

Wychodzimy. Stary mówi "skoro tak to faktycznie trzeba zmienić plany". Ja też jestem zdruzgotana- świadomość świadomością, pragnienia pragnieniami, ale z medycyną konwencjonalną od dawna się nie kłócę. Zawarliśmy rozejm.
Jednak po przyjściu do domu nie mogę zasnąć, coś mi nie gra, wstaję w nocy i  wyciągam swoją dokumentację, porównuję wyniki badania betaHCG i zastanawiam się nad wartościami hormonu. Rano wczytuję się w literaturę fachową, aby potwierdzić wątpliwości.
W końcu dzwonię do znajomych lekarzy zajmujących się leczeniem niepłodności. Referuję sprawę. Sondują ostrożnie źródło tych informacji: czy sama wpadłam na koncepcję podwójnych łożysk czy ktoś mi ją podsunął? Odpowiadam, że położna. Lekarze oddychają z ulgą, jeden wali prosto z mostu "myślałem, że na głowę ci od tej ciąży padło", drugi jest bardziej oględny:  "jest Pani od początku w ciąży pojedynczej, pierwsze USG robiłem w piątym tygodniu ciąży, był jeden pęcherzyk, nawet nie miało się co absorbować. Gdzie podwójne łożysko, litości, ono się wykształca w dwunastym tygodniu ciąży, a u Pani drugi zarodek nie dotrwał nawet do implantacji".

Hint: czy warto rodzić z położną, która nie jest pewna, w którym tygodniu ciąży wykształca się łożysko i jak przebiega fizjologia rozrodu wspomaganego?

No ale idziemy dalej, euforia powraca, rozdzwaniają się dzwony na poród domowy. Piszę triumfalnego maila do Zuzanny: mogę ją uspokoić, nie ma mowy o żadnych podwójnych łożyskach. Załączam wyniki badań i opinię lekarską, ciąża przebiega książkowo, lekarze mnie wstępnie kwalifikują do porodu pozaszpitalnego.

Zuzanna odpowiada, że to świetnie, ale jest inny problem. Skoro starałam się o ciążę kilka lat to na pewno suplementowałam się pochodnymi progesteronu, przecież sama o tym wspomniałam, tak? Tak. No więc niestety to mnie dyskwalifikuje. Ciąże suplementowane progesteronem mają tendencje do "wzmożonego przytwierdzania się łożyska do macicy, co podnosi ryzyko krwotoku poporodowego". A to jest bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu.

To ten moment, w którym pierwszy raz mówię "kurwa żesz mać". Na razie jeszcze do siebie. Połowa, jeśli nie więcej, ciężarnych i płodnych trzydziestolatek w tym kraju żre duphaston na potęgę, dokłada luteiną i no-spą, a nikt ich nie dyskwalifikuje z porodu domowego.
Mojemu lekarzowi prowadzącemu kończy się poczucie humoru i stwierdza "kolejna bzdurna teoria, masz sobie tym głowy nie zaprzątać. Lepiej znajdź inną położną, bo ta szuka pretekstu, aby nie przyjąć twojego porodu".
Myślę sobie jednak, że Tomasz myli się w ocenie ludzi. Jest uprzedzony. Ludźmi kierują dobro, puszyste jednorożce i różowe kocięta. Poza tym nie ma w mieście innej położnej przyjmującej domowe porody. Ostatnia, która została na liście, bierze udział w marszach w obronie życia poczętego, nawet nie chcę do niej dzwonić i usłyszeć trzasku rzucanej słuchawki.
Niemniej Tomasz ma bogów w sercu i sporą słabość do mnie i męża, więc wystawia mi kolejne zaświadczenie, że ciąża jest najzupełniej prawidłowa, podobnie jak łożysko, pępowina, poziom wód i co jeszcze.

----
Na razie stop reminiscencjom. Siedzę sobie przed komputerem trzy lata po tej beznadziejnej bitwie i stwierdzam, że to nadal ten sam emocjonalny kanał, choć tysiące razy analizowałam temat, czytałam kolejne relacje i książki o porodach domowych. Z czasem z coraz większą podejrzliwością wobec prostoty opowieści oraz deklaracji. Ta prostota jest warunkowa. Jak się dużo później okaże można mieć na koncie cesarskie cięcie, wieloletnią niepłodność (ale nie in vitro, o nie Cthulhu, o nie) i łyżeczkowania jamy macicy, a kwalifikacja do porodu domowego będzie.

---

Zuzanna jest asertywna. Tak, ciąża rozwija się prawidłowo, żadnej cukrzycy, zakażeń układu moczowego, zaświadczenia od lekarzy są, jednak Zuzanna musi postawić sprawę jasno: nie przyjmie naszego porodu domowego.
Nie jest to zależne od niej, naprawdę jest pełna podziwu dla naszej postawy, dojrzałości i świadomej decyzji, jakby mogła to nieba by przychyliła, ale tutaj, o, są zasady kwalifikacji do porodu domowego, proszę bardzo:



ZASADY KWALIFIKACJI DO PORODU POZASZPITALNEGO







1/ PRZECIWWSKAZANIA BEZWZGLĘDNE DO PORODU POZASZPITALNEGO

•- GDM1, GDM2

•- PIH

•- cholestaza ciężarnych

•- stan po leczeniu niepłodności (obecna ciąża w wyniku terapii hormonalnej, zapłodnienia pozaustrojowego)

•- choroby przewlekłe

•- choroby i wady serca

•- astma oskrzelowa

•- infekcja dróg moczowych ( potwierdzona posiewem moczu) w III trymestrze ciąży

•- infekcja w organizmie z gorączką potwierdzona badaniami laboratoryjnymi (CRP, morfologia z rozmazem) w III trymestrze ciąży

•- nawracające, liczne infekcje w przebiegu ciąży

•- niedoczynność lub nadczynność tarczycy leczona farmakologicznie

•- czynna depresja lub inne choroby psychiczne
•- uzależnienia (narkotyki , alkohol, papierosy w ciąży)

•- HCV (+)

•- HIV (+)

•- WR (+)

•- CMV IgM (+)

•- Toxoplazmoza IgM (+)

•- HBS (+)

•- położenie miednicowe płodu

•- położenie poprzeczne i/lub skośne płodu

•- ciąża mnoga

•- poród przed ukończeniem 37 tyg. ciąży

•- poród po ukończeniu 42 tyg. ciąży

•- nieprawidłowa lokalizacja łożyska

•- hypotrofia płodu

•- makrosomia płodu

•- małowodzie (AFI poniżej 5)

•- wielowodzie (AFI powyżej 20)

•- nieprawidłowe przepływy w badaniu USG

•- nieprawidłowa budowa miednicy kostnej ciężarnej

•- głęboka niedokrwistość ciężarnej

•- małopłytkowość (PLT poniżej 130 tys.)

•- nieprawidłowe zapisy KTG

- stan po cięciu cesarskim


Czy widzę punkt "ciąża po leczeniu niepłodności"? Widzę. Więc właśnie.
Standardy nie są wprawdzie oficjalne, ale muszę zrozumieć: w sytuacji, w której tak wiele kobiet walczy o poród domowy, a położne muszą dokładać wszelkich starań, aby zachować ostrożność, byłoby z mojej strony nieodpowiedzialne namawiać do złamania tych standardów. Nie mogę sabotować pracy tylu ludzi. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne oferuje mi możliwość wyboru cesarskiego cięcia, czy nie daje mi to do myślenia? Czy uważam się za mądrzejszą od PTG? I czy muszę to wszystko tak utrudniać?
Ale paręnaście tygodni od naszej pierwszej rozmowy mam PubMed w ulubionych i znam abstrakty większości badań dotyczących porodów dzieci poczętych in vitro. Wytyczne PTG również. Jestem pacjentką-koszmarem. Mam spłaszczone pośladki od ślęczenia nad stanowiskiem PTG, a za sobą rozwikłaną tajemnicę frazy "ciąża specjalnej troski".
Dzielę się tą radosną wiadomością z Zuzanną:
termin "ciąża specjalnej troski" odnosi się do ciąż mnogich i/lub zagrożonych położniczo nie z powodu poddania się IVF, a z powodu przyczyn, które w konsekwencji doprowadziły do niemożności poczęcia naturalnego. Będą to zrosty w obrębie jajowodów i macicy, wady anatomiczne, zaburzenia pracy organizmu, które uniemożliwiają spontaniczne zajście w ciążę. Samo zapłodnienie in vitro nie jest bezpośrednim powodem ani niskiej wagi urodzeniowej, ani porodu przedwczesnego.




Moja ciąża przebiega nudno i najzupełniej fizjologicznie, więc uważam, że mam prawo do oceny uczciwej- standardowej kwalifikacji, przejścia przez wszystkie oka sita i potraktowania mnie jak każdej innej pacjentki.
Nie fiksuję się na rodzeniu w domu, Zuzanna może być spokojna- jeśli odpadnę z powodu gestozy, złej krzepliwości krwi, niewspółmierności, whatever- nie ma problemu, próbowałam, nie wyszło, finalnie liczy się bezpieczeństwo zycia i zdrowia.
Na koniec dodaję, że w kraju porodów naturalnych, Holandii, nikt nie stawia ograniczeń kobietom niepłodnym, liczy się stan ciąży, a nie sposób jej powstania. Podobnie jest w Belgii. W Danii. W USA. W niektórych landach niemieckich. Ciąża naturalna może być powikłana, ciąża po leczeniu niepłodności może być fizjologiczna. To nie miejsce zapłodnienia decyduje o przebiegu porodu.Zuzanna replikuje krótko: rozważcie więc poród domowy bez asysty medycznej, bo żadna z położnych przyjmujących porody w domu do was nie przyjedzie.

Zatyka mnie i na zewnątrz prezentuję płaksiwą służalczość, bo może Zuzanna zmieni zdanie? Tak bardzo się staram, proszę, proszęproszę. A to w końcu od niej zależy wszystko.
Wsobnie myślę jednak, że tylko w Polsce dochodzimy do takiej paranoi i zastraszenia, że aby wejść w dupę rodzimym lekarzom "prodomowym", należy sprzedać niepoprawne politycznie grupy i dołożyć do standardów nadgorliwie "niepłodność".
Bo tak się składa, że najaktywniejsi lekarze "prodomowi" to jednocześnie stali bywalcy konferencji w Episkopacie Polski i piewcy naturalnych metod planowania rodziny.
Tego jednak Zuzanna już nie słyszy, zaś standardy holenderskie i belgijskie ucina w zarodku: w Polsce jest inaczej. Najpierw musimy wywalczyć porody domowe, potem będziemy się zastanawiać.
I tak po raz nie wiem który w życiu drepczę posłusznie do kolejki, która ma czekać na lepsze czasy.


Wrzesień- Październik

Ostatecznie problem rozwiązuje samo dziecko. Cześć mu za to i chwała, bo na ostatnich nogach przed porodem mój stan psychiczny przypomina Nagasaki dziewiątego sierpnia, rok 1945, godzina 11.04.
Syn wyraża swój stosunek do sytuacji dobitnie i bez ogródek, niespodziewanie odwraca się tyłkiem do życzliwego mu świata zewnętrznego i układa poprzecznie w macicy. Wreszcie pojawia się bezwzględne przeciwwskazanie do rodzenia w domu, alleluja i fanfary.
Podejmuję próbę obrotu poprzecznego na główkę, próba jest nieudana, dostaję skierowanie na planowe cesarskie cięcie. Noc przed zabiegiem spędzam oglądając House'a na laptopie, rano rodzi się nasz syn, waży 3880 gramów i dostaje 10 punktów Apgar.

*

Teraz zaś trzymam w ręku kolejną książkę sławiącą zalety porodów domowych. Uduchowioną, mówiącą o szacunku, zawierającą wszystkie te piękne słowa, które robiły- i wciąż robią- na mnie takie wrażenie.
Oddaję głos Irenie Chołuj:

Coraz więcej kobiet wybierających szpital chce tam rodzić naturalnie, nie chcą być "leczone z powodu rodzenia". Jednak rzadko która ma na tyle odwagi, a czasem koniecznej desperacji, by o tym powiedzieć w momencie, gdy lekarz lub położna podejmują za nią decyzję: jak, kiedy i w jakiej pozycji ma rodzić. Rodzące słyszą, że lepiej jest słuchać personelu, bo to oni wiedzą lepiej, co im teraz potrzeba i nie pytają o zgodę na różne działania medyczne ingerujące w naturalny przebieg ich porodu. Kobiety najczęściej tracą wtedy poczucie niezależności, samostanowienia o sobie, bez sprzeciwu poddają się wszystkim nakazom, stają się bezwolnym przedmiotem działań gospodarzy miejsca, do którego zgłosiły się dobrowolnie.

Bardzo trafne uwagi. W książce "Domowe narodziny" jest tych trafności więcej. Ale są także wypowiedzi stawiające przywołane Zasady Kwalifikacji do Porodu Pozaszpitalnego w świetle co najmniej niejednoznacznym.
Liczne poronienia, po których jednak rodząca otrzymuje kwalifikację do rodzenia w domu. Zaawansowana depresja ciążowa, ale rodzimy w domu. Ośmioletnie leczenie niepłodności (ale nie metodą ivf, apage satana!) zakończone porodem domowym. Wcześniejsze rozwiązania ciąży cesarskim cięciem. Łyżeczkowania macicy. Zwężenia zastawki mitralnej i szereg chorób przewlekłych. Rodzą się "domowe" dzieci, porody przebiegają książkowo, na końcu wyrazy wdzięczności do położnej, współmałżonka, bardzo często do wyższych instancji.
No ale nie jest to jednak zapłodnienie in vitro ani bezbożna inseminacja. Prawda jest w nas, można czerpać z tego faktu poczucie potęgi i moralnej siły. Oddaję głos jednej z bohaterek "Domowych Narodzin", 37letniej pierworódce (bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu wg rozporządzenia Ministra Zdrowia):

Nie jest to łatwy czas, aby być kobietą, kiedy seks traktuje się jak usługę towarzyską pomiędzy jednym drinkiem, a drugim, kiedy człowiek poczyna się na szkle w laboratorium, a nie w sacrum własnego ciała, kiedy matka to partner A, a ojciec to partner B, by nie obrażać uczuć A i A, kiedy eutanazja zaczyna być prawnie usankcjonowanym polowaniem na bezużytecznych i nieproduktywnych, a rodzenie w domu do taki niezrozumiały kaprys.
Nie jest to łatwy czas, aby być położną. Dlatego dziękujemu Ewie, a także wielu rodzicom, którzy z potrzeby serca i ducha usiłują rodzicielstwu przywrócić jego naturalny sens.

I wszystko jasne, systematyka patologii układa się w logiczną całość. Naturalny sens rodzicielstwa nie jest dostępny lesbom, aborcjonistom poczynającym w szkle, konkubinatom gżącym się po kątach  i ludziom z epizodem bujnej młodości seksualnej. No pasaran, do rodzicielskiego edenu wydolności wychowawczej i ludzkiej odpowiedzialności nie wejdziecie.
Mam w związku z tym sugestię, aby autorka cytatu przechowała Jej Świątobliwą Moralność w jedynym godnym jej  miejscu, to jest w sacrum własnego anusa.

Jako wytrwała czytelniczka for poświęconych rodzeniu w domu wiem, że obchodzenie bezwzględnej dyskwalifikacji nie stanowi większego problemu. To kwestia determinacji pary, siły jej argumentacji i indywidualnej decyzji samej położnej. Zasady kwalifikacji do porodu pozaszpitalnego precyzuje rozporządzenie Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw Nr 187 z dn. 7.10.2010 poz. 1259i wynika z niego jasno, że większość pań opisanych w przywoływanej książce powinna rodzić w szpitalu. W tym pani od eutanazji nieproduktywnych (czy pieprzenie od rzeczy podlega pod definicję nieproduktywności?).


W naszym przypadku argumentacja medyczna i osobista nie wystarczyły. Nie przyniosły też rezultatu u mojej znajomej, która w drugą ciążę zaszła w wyniku inseminacji z powodu bariery śluzu szyjkowego.
Naturalnie- cóż są te dwa przypadki w skali ogólnopolskiej? Promilem.
Piękno domowego porodu i dupochron osób zajmujących się przyjmowaniem domowych porodów zostały ocalone, nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Profesor Chazan może spać spokojnie, nie ma niesubordynacji w szeregach położniczych, kwalifikacje otrzymują ci, którzy na nie moralnie zasługują.


Kwalifikacja do porodu pozaszpitalnego i każdego innego  powinna być prowadzona w sposób rzetelny i transparentny, bez podpierania się żenującymi argumentami o podwójnych łożyskach i dziwnych zachowaniach noworodków. Bez patetycznych odezw o solidarność z innymi rodzącymi, którym nasza własna determinacja może w bliżej nieokreślony sposób zaszkodzić.
Tymczasem zdyskwalifikowanym nie mówi się wprost "nie", a utwierdza się w przekonaniu, iż WSPÓLNIE z położną podjęli jedyną właściwą decyzję opartą o przesłanki racjonalne.
Ilekroć próbowałam mówić o naszym doświadczeniu słyszałam dwie odpowiedzi:

1. jestem uprzedzona, bo byłam nie dość dobra i przekonująca, aby zjednać do siebie położne. Przemawia przeze mnie osobista gorycz z powodu porażki (nie, kuźwa, przez ostatni trymestr ciąży ćwierkałam jak ptaszę niebożę, bo przecież nikt mnie nie upokarzał kontrargumentami z dupy branymi. Swoją drogą to ciekawe, jak wielkie emo z powodu poniżania kobiet na porodówkach szpitalnych zmienia się w racjonalne tłumaczenie kobiecie, że jest winna, bo zachciało się Zosi domowych gruszeczek);

2. tak czy inaczej powinnam siedzieć cicho, bo pozycja porodów domowych w Polsce jest wciąż tak niepewna, że każdy głos krytyki jest argumentem dla negatywnie nastawionego środowiska lekarskiego. Czy nie mogę po prostu zacisnąć zębów i przestać się zachowywać jak pies ogrodnika? (nie).

Rodzenie po ludzku to nie tylko zadbanie o brzoskwiniowe ściany na porodówce i wklejenie na stronie internetowej treści Deklaracji z Aachen, to też uznanie porodu za wydarzenie egzystencjalne i immanentnie dotyczące kobiety, o czym piszą w zasadzie wszyscy piewcy rodzenia po ludzku. Większość z nich ma jednak opory przed zrozumieniem, że ta szczelina istnienia nie jest warunkowa i nie zależy ani od tego, jakiej płci jest nasz partner, ani od tego, w którym miejscu plemnik spotkał się z jajem.
Tak dużo słów o Bogu, misterium, doświadczeniu przenikającym, podmiotowości, a jednak cały czas tak trudno uwierzyć, że dyskryminacja odnosi się także do innych grup społecznych niż chrześcijanie w Afganistanie i Kaszmirze oraz pacjentki taśmowych porodówek.

W kagańcu trzymała mnie od trzech lat nadzieja, że może jednak trzecią ciążę- o ile ta będzie- urodzę w domu, a wobec tego wysoce nieostrożnie byłoby palić za sobą mosty. Prawdę mówiąc jednak, wysoki sądzie, mam to obecnie w dupie. Łgarstwo, że kolejne dziecko poczęło się naturalnie, a bliznę po cesarskim cięciu wykonałam sobie sama maszynką do golenia, ma kwantowe prawdopodobieństwo skuteczności. Ale nic to, może kiedyś wyemigruję do Holandii, albo do USA, voila:



Ten bobas nazywa się Margaux i urodził się pięć dni temu w swoim domu. Jego rodzice przeszli przez dwie nieudane próby IVF, trzecia okazała się szczęśliwa.
Wszystkiego dobrego w życiu, Margaux.