Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 grudnia 2012

cywilizacjo kretynów, odwal się od dzieci

Dzieci widoczne na zdjęciach poniżej urodziły się dzięki metodom wspomaganego rozrodu, zostały adoptowane bądź przyszły do swojej rodziny innymi drogami, o których nic bliżej nie musicie wiedzieć, bo to nie wasza sprawa. To, co jest wspólną sprawą to to, że posiadają prawa przynależne każdemu człowiekowi. Przypatrzcie się uważnie i poszukajcie chipów, nadmiarowych kończyn oraz wytatuowanych szóstek za uszami:





Zgroza, prawda? I dla niepoznaki wyglądają tak normalnie. Ale nie dajcie się zwieść pozorom. Duża polska sieciówka odzieżowa wykazała się czujnością i odmówiła użyczenia swoich kolekcji do sesji zdjęciowej powyższego kalendarza, gdyż niestety nie może brać udziału w projekcie, ponieważ jako sklep dla dzieci nie chce mieszać się w polityczne zagrywki i kontrowersje jakie są w związku z zapłodnieniem in vitro.
Wiadomo, dzieci ze swej natury budzą kontrowersje, szczególnie w Polsce, kraju sławiącym miłość do dzieci i wartości rodzinnych.
Na szczęście cztery inne sieciówki nie miały nic przeciwko dzieciom i udostępniły ubranka. Pewnie nikt ich na czas nie powiadomił, że dzieci adoptowane to margines i patologia (odznaczają się głównie predylekcją do wbijania siekier w potylice swoich rodziców), a na dzieciach urodzonych dzięki in vitro ciąży zmaza współodpowiedzialności za morderstwo braci i sióstr.
Wobec tego trudne zadanie edukacji społecznej w tym ostatnim przypadku wziął na siebie Przegląd Katolicki informując czytelników, iż:

Po pierwsze, Kościół katolicki nigdy nie stygmatyzował i nie stygmatyzuje rodzin decydujących się na in vitro ani nie piętnuje dzieci poczętych tą metodą.
Radować się, że zostało to wreszcie wyjaśnione, bo bez tego disclaimera dość trudno byłoby zinterpretować zdanie pojawiające się niżej:

 in vitro jest metodą pozyskania dzieci za cenę bezpośredniego lub pośredniego uśmiercania innych dzieci. Jest to przede wszystkim selekcja i uśmiercanie embrionów – produkuje się ich kilka, tak by zwiększyć szansę poczęcia. Niszczenie takich embrionów jest z perspektywy nauki Kościoła zabójstwem.

Smaczku dodaje fakt, iż nie dalej jak tydzień temu redakcja Przewodnika Katolickiego zwróciła się z prośbą do autorów projektu "Dzieci Naszego Bociana" o użyczenie zdjęć dzieci dla potrzeb cytowanego wyżej tekstu. Prośba nie została spełniona.
Uporządkujmy fakty:
1. Kościół katolicki nie stygmatyzuje dzieci urodzonych dzięki ivf;
2. redakcje tygodników katolickich chętnie opublikują zdjęcia polskich dzieci urodzonych tą metodą, aby wyjaśnić odbiorcom, że Tymek, Zosia i Staś przyszły na świat za cenę zabójstwa innych dzieci.

Autorka artykułu ujawnia kolejne sensacje dotyczące idei kalendarza:

 Jak piszą jego pomysłodawcy, „w sesji brały udział dzieci urodzone dzięki metodom wspomaganego rozrodu, adoptowane oraz ich rodzeństwa”. A cel przedsięwzięcia? Zwrócenie uwagi na dzieci poczęte metodą in vitro.
Wystarczyłoby sprawdzić, co naprawdę piszą jego pomysłodawcy, aby nie brać wierszówki za bzdury, które się autorce jedynie wydają:


Dlaczego kalendarz?
Dzieci z kalendarza są wyjątkowe. Oczywiście wszystkie dzieci są wyjątkowe, ale nasze, bocianowe jakby „bardziej”. Czekaliśmy na nie długo, czasem bardzo długo. Raz po raz traciliśmy nadzieję na to, że w ogóle pojawią się na świecie, że razem z nami stworzą rodzinę. Ale są! Choć od 25 lat nie ma przepisów i nie ma regulacji dotyczących metody in vitro, nie ma refundacji leczenia niepłodności, a wokół adopcji nadal funkcjonuje wiele szkodliwych mitów- wbrew przeciwnościom tworzymy szczęśliwe rodziny. Każdego dnia na świat przychodzą dzieci poczęte dzięki wspomaganemu rozrodowi, a do naszych rodzin trafiają kolejne dzieci adopcyjne. Są takie same jak miliony innych dzieci na świecie, przywracają wiarę i nadzieję na szczęście! Przyszły do nas z miłości, w miłości i dzięki miłości. Dzielimy się z Wami naszym szczęściem i tym przesłaniem.



Dla ułatwienia napisano to nawet na okładce kalendarza, a ponadto na jego stronie internetowej oraz w informacjach prasowych.
Następnie czytamy:


Problem bezpłodności – według raportów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – dotyka 15 proc. małżeństw. Szacuje się, że 5 proc. rodzących się dzieci w krajach zachodnich to dzieci poczęte metodą in vitro.
Pierwsze słyszę, aby bezpłodność dotykała 15% małżeństw, według WHO dotyka ona 15% par, i mówimy o niepłodności, a nie bezpłodności. Chwila, w której prawicowe media przyswoją sobie wreszcie elementarne nazewnictwo obowiązujące w temacie, w którym zajmują głos, będzie chwilą odznaczoną przeze mnie na czerwono w kalendarzu. Ze złotą ramką ku czci.

W dyskusjach o in vitro wiele mówi się o samej procedurze, zapłodnieniu pozaustrojowym, technikach sztucznego wspomagania rozrodu, pomija się lub trywializuje wiele faktów, które są dla chrześcijan nie do zaakceptowania.

Magdaleno Szewczyk, dlaczego Pani ordynarnie kłamie? Metody wspomaganego rozrodu są w swoim okrojonym katalogu (inseminacja homologiczna przy użyciu prezerwatywy perforowanej; GIFT, gamete intra-fallopian transfer; LTOT, low tubal  ovum transfer) akceptowane przez Watykan (a w każdym razie nie są potępiane i Kongregacja Wiary zostawiła niepłodnym małżonkom furtkę decyzyjną), ponadto słowo "chrześcijanin" nie jest synonimem "katolika", a tak się składa, że zdecydowana większość odłamów chrześcijaństwa nie ma problemu z zapłodnieniem in vitro. Kościół katolicki ma. Ale to za mało, aby stosować bezczelną figurę chrześcijańskiego uogólnienia.
I argument, na który często powołują się osoby afirmujące technikę sztucznego zapłodnienia jako metodę leczniczą. In vitro nie leczy bezpłodności, tylko obchodzi problem. Po urodzeniu dziecka poczętego przez in vitro kobieta czy mężczyzna dalej są bezpłodni

Każda terapia objawowa obchodzi przyczynę, co na ogół nie uruchamia w katolickich publicystkach mechanizmu poniewierania ludźmi chorymi i zaleconą im terapią. Znani mi rekordziści są rodzicami pięciorga dzieci urodzonych dzięki metodzie ivf i fakt, że ich jajowody nadal są niedrożne, a nasienie niepełnowartościowe, nie ma dla nich żadnego znaczenia wobec rzeczywistości bycia siedmioosobową rodziną i odzyskania dzięki temu dobrostanu psychofizycznego. Minus zarwane noce z powodu kolek.

Nie ma sensu miażdżyć pozostałych nierzetelności zawartych w tekście. Po pierwsze robiłam to wiele razy na tych stronach, a komunały antyinvitrowe (i szerzej: związane z negacją praw reprodukcyjnych) cechują się  powtarzalnością. Po drugie tłumaczenie czegokolwiek środowisku, które chce ilustrować swoją ideologiczną paranoję zdjęciami istniejących dzieci, do których ta paranoja i brak wiedzy odnoszą się bezpośrednio, jest działaniem jałowym.
Uwagę jednak warto skierować na ostatnie zdanie przytaczanego artykułu:

Najważniejsze, że kropla drąży skałę...          


To prawda, drąży. A ponieważ od kilku miesięcy obserwuję narastające zjawisko niepłodnościowego coming outu spodziewam się wodospadu i braku szalup dla reprezentantów cywilizacji kretynów. I właśnie tego sobie życzę w nadchodzącym roku.


I na deser:



czwartek, 16 lutego 2012

Domowe narodziny

Notka miała być poświęcona wychowywaniu dzieci w zgodzie z Pismem Świętym, ale tymczasem wpadła mi w ręce książka "Domowe narodziny. Fanaberia szaleńców czy powrót do normalności?" autorstwa Ewy Janiuk i Emilii Lichtenberg-Kokoszki, wydana przez Oficynę Wydawniczą Impuls, i podziałała jak magdalenka na Marcela:


To kolejna książka dostępna na polskim rynku poruszająca temat porodu domowego z perspektywy par (czy raczej powinnam napisać: małżeństw) spodziewających się dziecka, decydujących się na poród domowy i dzielących się swoim unikalnym doświadczeniem z innymi. Klasyczną pozycją tego gatunku jest "Poród w domu" Ireny Chołuj, książka jest dostępna wirtualnie tutaj.
Tyle formalnie i opisowo, teraz przejdziemy do części osobistej i retrospektywnej.

marzec-maj 2009

Jestem w połowie drugiej ciąży, wczytuję się w książki Sheili Kitzinger i Michela Odenta. Chcę kolejne dziecko  urodzić w domu, jest to silne, biologiczne niemal pragnienie. Stary ma wątpliwości, rozmawiamy, analizujemy, wreszcie Stary mówi "rodzimy w domu, mam do ciebie zaufanie". To fajnie, bo ja mam zaufanie do niego.
Mam już jedno dziecko urodzone siłami natury, brak obciążeń wywiadu, obecna ciąża jest podręcznikowa. Wyszukuję numery do lokalnych położnych przyjmujących porody w domu. To trudny wybór, oglądam z uwagą profile i zdjęcia, próbuję wyczuć, czy mogłybyśmy nadawać na podobnych falach. Decyduję się w końcu na Joannę.

Dzwonię na służbowy numer Joanny. Rozmowa przebiega ciepło. Opowiadam o pierwszym porodzie, Joanna sprawdza swój grafik: październik jest wolny, może się umówić ze mną na spotkanie i porozmawiać o przyjęciu naszego dziecka. Rozmawiamy o odległości od najbliższego szpitala, warunkach domowych, ustalamy termin wspólnej kawy.
Na końcu Joanna pyta:
- "to co, jesteśmy umówione czy chcesz coś jeszcze od siebie powiedzieć?"
- "w zasadzie wszystkie ważne rzeczy już ci przekazałam, mogę jeszcze dodać, że czekaliśmy na ciążę cztery lata, bardzo wyczekujemy naszego dziecka. Na szczęście pierwsze in vitro się udało".
Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza. W końcu Joanna decyduje się upewnić:
- "mówimy o ciąży z in vitro?
- "tak" odpowiadam
- "wobec tego poród domowy jest wykluczony, nie podejmę się tego"
Czuję supeł w gardle, potrzebuję chwili, aby się pozbierać.
- "dlaczego to ma coś zmienić?" pytam
- "przyjmowałam w szpitalu wiele porodów, dzieci z in vitro zachowują się dziwnie", odpowiada Joanna stanowczym głosem, po czym żegna się i odkłada słuchawkę.
Stoję jak idiotka przy oknie tarasowym, patrzę na ogródek i nie umiem ogarnąć tego, co się przed chwilą wydarzyło. Dzwonię do Starego i krzyczę "kiedy to się skończy?! Czy podczas bilansu pięciolatka w przychodni także usłyszę, że in vitro wszystko zmienia?!". Stary jest zdenerwowany, mówi, że wróci wcześniej z pracy. Wieczorem analizujemy sytuację, Stary decyduje,  że nie ma co się koncentrować na wydarzeniu incydentalnym, mam dzwonić dalej i nie histeryzować.
Tym razem ignoruję profile i zdjęcia, zaczynam szukać według nowego klucza- z miejsca skreślam wszystkie położne mówiące o pomagającej im Bożej łasce i Dzieciątku Jezus. Drugi raz nie dam rady przejść podobnej sytuacji, muszę się zabezpieczyć psychicznie, bo inaczej nie tylko nie urodzę w domu, ale w ogóle nie dociągnę do terminu porodu.
Wybieram Zuzannę. Wygląda na sensowną, nic nie mówi o swojej duchowości, za to wiele o podziwie dla wiedzy i determinacji par, z którymi pracuje. Brzmi to dobrze, jestem zdeterminowana, wiem dokładnie, czego chcę, z wiedzą też nie najgorzej, podziękować. Dzwonię.

Zuzanna

Rozmowa z Zuzanną zaczyna się ostro. "To Wy macie mnie przekonać, że chcecie rodzić w domu", mówi. Wchodzę w to, podoba mi się jej konkretne podejście. Rozmawiamy kilkanaście minut, ja także stawiam sprawę jasno: nie chcę żadnych komentarzy odnośnie niepłodności i stanu mojej ciąży, które nie będą wynikały z obiektywnych przesłanek medycznych. Zuzanna mówi w końcu "przyjedźcie, pogadamy".

Tydzień później odwiedzamy Zuzannę w jej gabinecie.
Jest miło, delfiny śpiewają, błękitne ściany koją. Zuzanna zaczyna od poinformowania nas, że źle Joannę odebraliśmy. To fachowa, fantastyczna położna, współpracują w jednej ekipie. Żadnych uprzedzeń. Po prostu została zaskoczona.
Już po kilku minutach rozmowy z Zuzanną staje się jasne, że celem naszego spotkania nie jest rozpoczęcie przygotowań do porodu domowego, a odwiedzenie nas od tej myśli.
Bo czy ja naprawdę jestem pewna, że chcę rodzić w domu? Tak, jestem. A może mam poszpitalną traumę? Nie, nie mam. I nie boję się zaryzykować zdrowia tak wyczekanego dziecka? Nie uważam porodu domowego w ciąży przebiegającej fizjologicznie za ryzyko. Oboje z mężem jesteśmy przekonani do tej formy, o ile tylko ciąża będzie dalej przebiegać tak książkowo, jak dotychczas. Jeśli wyniki się pogorszą, pojawią się jakiekolwiek przesłanki do porodu szpitalnego to nie będziemy z nimi dyskutować.

Wykładam swoją dokumentację i relacjonuję: nigdy nie przechodziłam sztucznej menopauzy w związku z leczeniem niepłodności, nie miałam żadnych zabiegów w obrębie jamy brzusznej. Brak zrostów, brak osłabienia szyjki macicy, wiek modelowy. Wyniki hormonów ciążowych od początku prawidłowe, suplementacja progesteronem symboliczna i zakończona w 12 tc. Żadnych skurczów, plamień ani stanów nietypowych dla ciąży fizjologicznej, poprzedni poród bez powikłań, zakończony sn.
Dodaję, że twardo stąpamy z mężem po ziemi i przyjmiemy każdy kontrargument, o ile będzie mieć oparcie w faktach. Argument "dzieci z in vitro zachowują się podczas porodu dziwnie" jest niepoważny i jako takiego nie bierzemy go pod uwagę. Po prostu.
aAe nikt mnie nie pyta o wywiad ciążowy, moje wyniki leżą nietknięte na biurku.

 Zuzannę mój słowotok chwilowo studzi, więc decyduje się na wyciągnięcie ostatecznej armaty:
"słuchajcie, od razu zaznaczę, że nie jestem uprzedzona ani do metody in vitro, ani do was. Chodzi o obiektywne względy medyczne i Joannie również o nie chodziło. Przy in vitro często są transferowane dwa zarodki i nawet jeśli ciąża finalnie jest pojedyncza to mogą powstać dwa łożyska. To wielkie ryzyko podczas porodu domowego, łożysko może się nie urodzić w całości, pojawia się krwotok. Nie narażę twojego życia i zdrowia. Gdyby nie to nie byłoby problemu z tym, że to ciąża z in vitro, moglibyśmy rodzić w domu".

Wychodzimy. Stary mówi "skoro tak to faktycznie trzeba zmienić plany". Ja też jestem zdruzgotana- świadomość świadomością, pragnienia pragnieniami, ale z medycyną konwencjonalną od dawna się nie kłócę. Zawarliśmy rozejm.
Jednak po przyjściu do domu nie mogę zasnąć, coś mi nie gra, wstaję w nocy i  wyciągam swoją dokumentację, porównuję wyniki badania betaHCG i zastanawiam się nad wartościami hormonu. Rano wczytuję się w literaturę fachową, aby potwierdzić wątpliwości.
W końcu dzwonię do znajomych lekarzy zajmujących się leczeniem niepłodności. Referuję sprawę. Sondują ostrożnie źródło tych informacji: czy sama wpadłam na koncepcję podwójnych łożysk czy ktoś mi ją podsunął? Odpowiadam, że położna. Lekarze oddychają z ulgą, jeden wali prosto z mostu "myślałem, że na głowę ci od tej ciąży padło", drugi jest bardziej oględny:  "jest Pani od początku w ciąży pojedynczej, pierwsze USG robiłem w piątym tygodniu ciąży, był jeden pęcherzyk, nawet nie miało się co absorbować. Gdzie podwójne łożysko, litości, ono się wykształca w dwunastym tygodniu ciąży, a u Pani drugi zarodek nie dotrwał nawet do implantacji".

Hint: czy warto rodzić z położną, która nie jest pewna, w którym tygodniu ciąży wykształca się łożysko i jak przebiega fizjologia rozrodu wspomaganego?

No ale idziemy dalej, euforia powraca, rozdzwaniają się dzwony na poród domowy. Piszę triumfalnego maila do Zuzanny: mogę ją uspokoić, nie ma mowy o żadnych podwójnych łożyskach. Załączam wyniki badań i opinię lekarską, ciąża przebiega książkowo, lekarze mnie wstępnie kwalifikują do porodu pozaszpitalnego.

Zuzanna odpowiada, że to świetnie, ale jest inny problem. Skoro starałam się o ciążę kilka lat to na pewno suplementowałam się pochodnymi progesteronu, przecież sama o tym wspomniałam, tak? Tak. No więc niestety to mnie dyskwalifikuje. Ciąże suplementowane progesteronem mają tendencje do "wzmożonego przytwierdzania się łożyska do macicy, co podnosi ryzyko krwotoku poporodowego". A to jest bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu.

To ten moment, w którym pierwszy raz mówię "kurwa żesz mać". Na razie jeszcze do siebie. Połowa, jeśli nie więcej, ciężarnych i płodnych trzydziestolatek w tym kraju żre duphaston na potęgę, dokłada luteiną i no-spą, a nikt ich nie dyskwalifikuje z porodu domowego.
Mojemu lekarzowi prowadzącemu kończy się poczucie humoru i stwierdza "kolejna bzdurna teoria, masz sobie tym głowy nie zaprzątać. Lepiej znajdź inną położną, bo ta szuka pretekstu, aby nie przyjąć twojego porodu".
Myślę sobie jednak, że Tomasz myli się w ocenie ludzi. Jest uprzedzony. Ludźmi kierują dobro, puszyste jednorożce i różowe kocięta. Poza tym nie ma w mieście innej położnej przyjmującej domowe porody. Ostatnia, która została na liście, bierze udział w marszach w obronie życia poczętego, nawet nie chcę do niej dzwonić i usłyszeć trzasku rzucanej słuchawki.
Niemniej Tomasz ma bogów w sercu i sporą słabość do mnie i męża, więc wystawia mi kolejne zaświadczenie, że ciąża jest najzupełniej prawidłowa, podobnie jak łożysko, pępowina, poziom wód i co jeszcze.

----
Na razie stop reminiscencjom. Siedzę sobie przed komputerem trzy lata po tej beznadziejnej bitwie i stwierdzam, że to nadal ten sam emocjonalny kanał, choć tysiące razy analizowałam temat, czytałam kolejne relacje i książki o porodach domowych. Z czasem z coraz większą podejrzliwością wobec prostoty opowieści oraz deklaracji. Ta prostota jest warunkowa. Jak się dużo później okaże można mieć na koncie cesarskie cięcie, wieloletnią niepłodność (ale nie in vitro, o nie Cthulhu, o nie) i łyżeczkowania jamy macicy, a kwalifikacja do porodu domowego będzie.

---

Zuzanna jest asertywna. Tak, ciąża rozwija się prawidłowo, żadnej cukrzycy, zakażeń układu moczowego, zaświadczenia od lekarzy są, jednak Zuzanna musi postawić sprawę jasno: nie przyjmie naszego porodu domowego.
Nie jest to zależne od niej, naprawdę jest pełna podziwu dla naszej postawy, dojrzałości i świadomej decyzji, jakby mogła to nieba by przychyliła, ale tutaj, o, są zasady kwalifikacji do porodu domowego, proszę bardzo:



ZASADY KWALIFIKACJI DO PORODU POZASZPITALNEGO







1/ PRZECIWWSKAZANIA BEZWZGLĘDNE DO PORODU POZASZPITALNEGO

•- GDM1, GDM2

•- PIH

•- cholestaza ciężarnych

•- stan po leczeniu niepłodności (obecna ciąża w wyniku terapii hormonalnej, zapłodnienia pozaustrojowego)

•- choroby przewlekłe

•- choroby i wady serca

•- astma oskrzelowa

•- infekcja dróg moczowych ( potwierdzona posiewem moczu) w III trymestrze ciąży

•- infekcja w organizmie z gorączką potwierdzona badaniami laboratoryjnymi (CRP, morfologia z rozmazem) w III trymestrze ciąży

•- nawracające, liczne infekcje w przebiegu ciąży

•- niedoczynność lub nadczynność tarczycy leczona farmakologicznie

•- czynna depresja lub inne choroby psychiczne
•- uzależnienia (narkotyki , alkohol, papierosy w ciąży)

•- HCV (+)

•- HIV (+)

•- WR (+)

•- CMV IgM (+)

•- Toxoplazmoza IgM (+)

•- HBS (+)

•- położenie miednicowe płodu

•- położenie poprzeczne i/lub skośne płodu

•- ciąża mnoga

•- poród przed ukończeniem 37 tyg. ciąży

•- poród po ukończeniu 42 tyg. ciąży

•- nieprawidłowa lokalizacja łożyska

•- hypotrofia płodu

•- makrosomia płodu

•- małowodzie (AFI poniżej 5)

•- wielowodzie (AFI powyżej 20)

•- nieprawidłowe przepływy w badaniu USG

•- nieprawidłowa budowa miednicy kostnej ciężarnej

•- głęboka niedokrwistość ciężarnej

•- małopłytkowość (PLT poniżej 130 tys.)

•- nieprawidłowe zapisy KTG

- stan po cięciu cesarskim


Czy widzę punkt "ciąża po leczeniu niepłodności"? Widzę. Więc właśnie.
Standardy nie są wprawdzie oficjalne, ale muszę zrozumieć: w sytuacji, w której tak wiele kobiet walczy o poród domowy, a położne muszą dokładać wszelkich starań, aby zachować ostrożność, byłoby z mojej strony nieodpowiedzialne namawiać do złamania tych standardów. Nie mogę sabotować pracy tylu ludzi. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne oferuje mi możliwość wyboru cesarskiego cięcia, czy nie daje mi to do myślenia? Czy uważam się za mądrzejszą od PTG? I czy muszę to wszystko tak utrudniać?
Ale paręnaście tygodni od naszej pierwszej rozmowy mam PubMed w ulubionych i znam abstrakty większości badań dotyczących porodów dzieci poczętych in vitro. Wytyczne PTG również. Jestem pacjentką-koszmarem. Mam spłaszczone pośladki od ślęczenia nad stanowiskiem PTG, a za sobą rozwikłaną tajemnicę frazy "ciąża specjalnej troski".
Dzielę się tą radosną wiadomością z Zuzanną:
termin "ciąża specjalnej troski" odnosi się do ciąż mnogich i/lub zagrożonych położniczo nie z powodu poddania się IVF, a z powodu przyczyn, które w konsekwencji doprowadziły do niemożności poczęcia naturalnego. Będą to zrosty w obrębie jajowodów i macicy, wady anatomiczne, zaburzenia pracy organizmu, które uniemożliwiają spontaniczne zajście w ciążę. Samo zapłodnienie in vitro nie jest bezpośrednim powodem ani niskiej wagi urodzeniowej, ani porodu przedwczesnego.




Moja ciąża przebiega nudno i najzupełniej fizjologicznie, więc uważam, że mam prawo do oceny uczciwej- standardowej kwalifikacji, przejścia przez wszystkie oka sita i potraktowania mnie jak każdej innej pacjentki.
Nie fiksuję się na rodzeniu w domu, Zuzanna może być spokojna- jeśli odpadnę z powodu gestozy, złej krzepliwości krwi, niewspółmierności, whatever- nie ma problemu, próbowałam, nie wyszło, finalnie liczy się bezpieczeństwo zycia i zdrowia.
Na koniec dodaję, że w kraju porodów naturalnych, Holandii, nikt nie stawia ograniczeń kobietom niepłodnym, liczy się stan ciąży, a nie sposób jej powstania. Podobnie jest w Belgii. W Danii. W USA. W niektórych landach niemieckich. Ciąża naturalna może być powikłana, ciąża po leczeniu niepłodności może być fizjologiczna. To nie miejsce zapłodnienia decyduje o przebiegu porodu.Zuzanna replikuje krótko: rozważcie więc poród domowy bez asysty medycznej, bo żadna z położnych przyjmujących porody w domu do was nie przyjedzie.

Zatyka mnie i na zewnątrz prezentuję płaksiwą służalczość, bo może Zuzanna zmieni zdanie? Tak bardzo się staram, proszę, proszęproszę. A to w końcu od niej zależy wszystko.
Wsobnie myślę jednak, że tylko w Polsce dochodzimy do takiej paranoi i zastraszenia, że aby wejść w dupę rodzimym lekarzom "prodomowym", należy sprzedać niepoprawne politycznie grupy i dołożyć do standardów nadgorliwie "niepłodność".
Bo tak się składa, że najaktywniejsi lekarze "prodomowi" to jednocześnie stali bywalcy konferencji w Episkopacie Polski i piewcy naturalnych metod planowania rodziny.
Tego jednak Zuzanna już nie słyszy, zaś standardy holenderskie i belgijskie ucina w zarodku: w Polsce jest inaczej. Najpierw musimy wywalczyć porody domowe, potem będziemy się zastanawiać.
I tak po raz nie wiem który w życiu drepczę posłusznie do kolejki, która ma czekać na lepsze czasy.


Wrzesień- Październik

Ostatecznie problem rozwiązuje samo dziecko. Cześć mu za to i chwała, bo na ostatnich nogach przed porodem mój stan psychiczny przypomina Nagasaki dziewiątego sierpnia, rok 1945, godzina 11.04.
Syn wyraża swój stosunek do sytuacji dobitnie i bez ogródek, niespodziewanie odwraca się tyłkiem do życzliwego mu świata zewnętrznego i układa poprzecznie w macicy. Wreszcie pojawia się bezwzględne przeciwwskazanie do rodzenia w domu, alleluja i fanfary.
Podejmuję próbę obrotu poprzecznego na główkę, próba jest nieudana, dostaję skierowanie na planowe cesarskie cięcie. Noc przed zabiegiem spędzam oglądając House'a na laptopie, rano rodzi się nasz syn, waży 3880 gramów i dostaje 10 punktów Apgar.

*

Teraz zaś trzymam w ręku kolejną książkę sławiącą zalety porodów domowych. Uduchowioną, mówiącą o szacunku, zawierającą wszystkie te piękne słowa, które robiły- i wciąż robią- na mnie takie wrażenie.
Oddaję głos Irenie Chołuj:

Coraz więcej kobiet wybierających szpital chce tam rodzić naturalnie, nie chcą być "leczone z powodu rodzenia". Jednak rzadko która ma na tyle odwagi, a czasem koniecznej desperacji, by o tym powiedzieć w momencie, gdy lekarz lub położna podejmują za nią decyzję: jak, kiedy i w jakiej pozycji ma rodzić. Rodzące słyszą, że lepiej jest słuchać personelu, bo to oni wiedzą lepiej, co im teraz potrzeba i nie pytają o zgodę na różne działania medyczne ingerujące w naturalny przebieg ich porodu. Kobiety najczęściej tracą wtedy poczucie niezależności, samostanowienia o sobie, bez sprzeciwu poddają się wszystkim nakazom, stają się bezwolnym przedmiotem działań gospodarzy miejsca, do którego zgłosiły się dobrowolnie.

Bardzo trafne uwagi. W książce "Domowe narodziny" jest tych trafności więcej. Ale są także wypowiedzi stawiające przywołane Zasady Kwalifikacji do Porodu Pozaszpitalnego w świetle co najmniej niejednoznacznym.
Liczne poronienia, po których jednak rodząca otrzymuje kwalifikację do rodzenia w domu. Zaawansowana depresja ciążowa, ale rodzimy w domu. Ośmioletnie leczenie niepłodności (ale nie metodą ivf, apage satana!) zakończone porodem domowym. Wcześniejsze rozwiązania ciąży cesarskim cięciem. Łyżeczkowania macicy. Zwężenia zastawki mitralnej i szereg chorób przewlekłych. Rodzą się "domowe" dzieci, porody przebiegają książkowo, na końcu wyrazy wdzięczności do położnej, współmałżonka, bardzo często do wyższych instancji.
No ale nie jest to jednak zapłodnienie in vitro ani bezbożna inseminacja. Prawda jest w nas, można czerpać z tego faktu poczucie potęgi i moralnej siły. Oddaję głos jednej z bohaterek "Domowych Narodzin", 37letniej pierworódce (bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu wg rozporządzenia Ministra Zdrowia):

Nie jest to łatwy czas, aby być kobietą, kiedy seks traktuje się jak usługę towarzyską pomiędzy jednym drinkiem, a drugim, kiedy człowiek poczyna się na szkle w laboratorium, a nie w sacrum własnego ciała, kiedy matka to partner A, a ojciec to partner B, by nie obrażać uczuć A i A, kiedy eutanazja zaczyna być prawnie usankcjonowanym polowaniem na bezużytecznych i nieproduktywnych, a rodzenie w domu do taki niezrozumiały kaprys.
Nie jest to łatwy czas, aby być położną. Dlatego dziękujemu Ewie, a także wielu rodzicom, którzy z potrzeby serca i ducha usiłują rodzicielstwu przywrócić jego naturalny sens.

I wszystko jasne, systematyka patologii układa się w logiczną całość. Naturalny sens rodzicielstwa nie jest dostępny lesbom, aborcjonistom poczynającym w szkle, konkubinatom gżącym się po kątach  i ludziom z epizodem bujnej młodości seksualnej. No pasaran, do rodzicielskiego edenu wydolności wychowawczej i ludzkiej odpowiedzialności nie wejdziecie.
Mam w związku z tym sugestię, aby autorka cytatu przechowała Jej Świątobliwą Moralność w jedynym godnym jej  miejscu, to jest w sacrum własnego anusa.

Jako wytrwała czytelniczka for poświęconych rodzeniu w domu wiem, że obchodzenie bezwzględnej dyskwalifikacji nie stanowi większego problemu. To kwestia determinacji pary, siły jej argumentacji i indywidualnej decyzji samej położnej. Zasady kwalifikacji do porodu pozaszpitalnego precyzuje rozporządzenie Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw Nr 187 z dn. 7.10.2010 poz. 1259i wynika z niego jasno, że większość pań opisanych w przywoływanej książce powinna rodzić w szpitalu. W tym pani od eutanazji nieproduktywnych (czy pieprzenie od rzeczy podlega pod definicję nieproduktywności?).


W naszym przypadku argumentacja medyczna i osobista nie wystarczyły. Nie przyniosły też rezultatu u mojej znajomej, która w drugą ciążę zaszła w wyniku inseminacji z powodu bariery śluzu szyjkowego.
Naturalnie- cóż są te dwa przypadki w skali ogólnopolskiej? Promilem.
Piękno domowego porodu i dupochron osób zajmujących się przyjmowaniem domowych porodów zostały ocalone, nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Profesor Chazan może spać spokojnie, nie ma niesubordynacji w szeregach położniczych, kwalifikacje otrzymują ci, którzy na nie moralnie zasługują.


Kwalifikacja do porodu pozaszpitalnego i każdego innego  powinna być prowadzona w sposób rzetelny i transparentny, bez podpierania się żenującymi argumentami o podwójnych łożyskach i dziwnych zachowaniach noworodków. Bez patetycznych odezw o solidarność z innymi rodzącymi, którym nasza własna determinacja może w bliżej nieokreślony sposób zaszkodzić.
Tymczasem zdyskwalifikowanym nie mówi się wprost "nie", a utwierdza się w przekonaniu, iż WSPÓLNIE z położną podjęli jedyną właściwą decyzję opartą o przesłanki racjonalne.
Ilekroć próbowałam mówić o naszym doświadczeniu słyszałam dwie odpowiedzi:

1. jestem uprzedzona, bo byłam nie dość dobra i przekonująca, aby zjednać do siebie położne. Przemawia przeze mnie osobista gorycz z powodu porażki (nie, kuźwa, przez ostatni trymestr ciąży ćwierkałam jak ptaszę niebożę, bo przecież nikt mnie nie upokarzał kontrargumentami z dupy branymi. Swoją drogą to ciekawe, jak wielkie emo z powodu poniżania kobiet na porodówkach szpitalnych zmienia się w racjonalne tłumaczenie kobiecie, że jest winna, bo zachciało się Zosi domowych gruszeczek);

2. tak czy inaczej powinnam siedzieć cicho, bo pozycja porodów domowych w Polsce jest wciąż tak niepewna, że każdy głos krytyki jest argumentem dla negatywnie nastawionego środowiska lekarskiego. Czy nie mogę po prostu zacisnąć zębów i przestać się zachowywać jak pies ogrodnika? (nie).

Rodzenie po ludzku to nie tylko zadbanie o brzoskwiniowe ściany na porodówce i wklejenie na stronie internetowej treści Deklaracji z Aachen, to też uznanie porodu za wydarzenie egzystencjalne i immanentnie dotyczące kobiety, o czym piszą w zasadzie wszyscy piewcy rodzenia po ludzku. Większość z nich ma jednak opory przed zrozumieniem, że ta szczelina istnienia nie jest warunkowa i nie zależy ani od tego, jakiej płci jest nasz partner, ani od tego, w którym miejscu plemnik spotkał się z jajem.
Tak dużo słów o Bogu, misterium, doświadczeniu przenikającym, podmiotowości, a jednak cały czas tak trudno uwierzyć, że dyskryminacja odnosi się także do innych grup społecznych niż chrześcijanie w Afganistanie i Kaszmirze oraz pacjentki taśmowych porodówek.

W kagańcu trzymała mnie od trzech lat nadzieja, że może jednak trzecią ciążę- o ile ta będzie- urodzę w domu, a wobec tego wysoce nieostrożnie byłoby palić za sobą mosty. Prawdę mówiąc jednak, wysoki sądzie, mam to obecnie w dupie. Łgarstwo, że kolejne dziecko poczęło się naturalnie, a bliznę po cesarskim cięciu wykonałam sobie sama maszynką do golenia, ma kwantowe prawdopodobieństwo skuteczności. Ale nic to, może kiedyś wyemigruję do Holandii, albo do USA, voila:



Ten bobas nazywa się Margaux i urodził się pięć dni temu w swoim domu. Jego rodzice przeszli przez dwie nieudane próby IVF, trzecia okazała się szczęśliwa.
Wszystkiego dobrego w życiu, Margaux.


wtorek, 24 stycznia 2012

notka gościnna: "non possumus. Perspektywa ojca dziecka urodzonego dzięki in vitro"

z okazji dzisiejszego wysłuchania obywatelskiego w Sejmie, zatytułowanego "dzieci in vitro w debacie publicznej" udostępniam poniżej treść wystąpienia, które wygłosił ojciec dwulatka urodzonego dzięki ivf.




Non possumus. Perspektywa ojca dziecka urodzonego dzięki in vitro.

Szanowni Państwo. Trzy lata temu stała w tym miejscu moja żona będąca wtedy w szóstym tygodniu ciąży i mówiła o tym, co czuła, kiedy nad jej głową przetaczała się bitwa o ustawę dotyczącą zapłodnienia in vitro. Dziś postanowiłem do niej dołączyć, bo sześciotygodniowa ciąża, o której wtedy opowiadała, skończyła w październiku dwa lata i ma na imię Franuś.

Jestem ojcem dziecka urodzonego dzięki in vitro i już w chwili mówienia tych słów mam w sobie wielki sprzeciw wobec takiej etykiety, bo nie spotkałem nigdy ojca mówiącego o swoim dziecku „jestem tatą Jasia poczętego w naszej sypialni, w marcowy wieczór”.
Mojego syna określa wiele zdań i sytuacji. Jest gadatliwym dwulatkiem. Nie lubi bajki o czerwonym kapturku, bo wilk zjada w niej babcię, czemu Franek stanowczo się sprzeciwia. Jego idolem jest starszy brat. Najchętniej zjada zupę pomidorową i placki z jabłkami, codziennie rano budzi mnie oświadczeniem „wstajemy, tatuś”, a potem się do mnie przytula.
Dlaczego więc ten mały, wspaniały człowiek miałby być określany metodą swojego poczęcia? Co ten fakt o nim właściwie mówi? O jego zainteresowaniach, smutkach, radościach, o jego osobowości?
Jednak żyję w kraju, w którym coraz częściej słyszę, że jest niesłychanie ważne, w jaki sposób przyszedł do naszej rodziny. Setki ludzi przyglądają się pod lupą jego godności i wydają werdykt „poczęty niegodnie”. Snują opowieści o pomordowanych braciach i siostrach, nazywają mnie reproduktorem, a mojego syna- dzieckiem zamówionym przy sklepowej ladzie.
Mam więc do wyboru udawać, że tego nie słyszę i jestem ponad te haniebne komentarze, albo powiedzieć publicznie- wierzę, że jako reprezentant wielu polskich ojców- „dosyć!”.

Jestem tu właśnie z tego powodu. Jako rodzic nie jestem winien mojemu synowi nic poza miłością, odpowiedzialnością i zapewnieniem mu bezpieczeństwa. Każdy rodzic może o sobie powiedzieć to samo.
Jednak jako polski rodzic, który musiał przejść długie lata leczenia niepłodności i doświadczyć wielu porażek i bolesnych diagnoz, chcę i muszę dziś powiedzieć Frankowi coś więcej: jestem z nas dumny, byłeś wyczekiwany z największą miłością, zmieniłeś moje życie na lepsze i nigdy nie pozwolę, aby ktoś cię z tego powodu upokorzył swoją ignorancją lub okrucieństwem. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś nigdy nie ucierpiał z powodu mojej choroby, choćbym miał walczyć o to samotnie.
To jest moje „non possumus”, które chcę powiedzieć publicznie i głośno w odpowiedzi na słowa biskupa Pieronka obrażającego nas porównaniem do „realizacji idei Frankensteina”.
To jest mój głos komentujący słowa biskupa Nowaka, który mówi o Tobie, synku, że przyszedłeś na świat w wyniku morderstwa i manipulacji, a Twoje poczęcie było niegodne. Chciałbym też, aby te słowa usłyszała Joanna Bątkiewicz-Brożek pisząca w Gościu Niedzielnym o tym, że do polskich poradni genetycznych zgłaszają się dzieci z in vitro, które umrą w najbliższych latach.
Mam nadzieję, że ta ilość chrześcijańskiej troski o naszą rodzinę i Twoją godność nie popchnie nas kiedyś do decyzji o emigracji, bo taki nadmiar miłości i zainteresowania ze strony miłosiernych rodaków może nam w końcu zaszkodzić.

A ja przecież chciałbym, abyś wychowywał się w swoim kraju i abyś nigdy się nie wstydził tego, że urodziliśmy Cię właśnie tutaj, w Polsce. Chcę, aby polskie prawo chroniło Twoje dobro i godność tak samo, jak obiecuje to każdemu innemu dziecku. Chcę, aby politycy walczący o życie poczęte zainteresowali się wreszcie nienawiścią kierowaną wobec życia już urodzonego.
Jest mi wobec Ciebie wstyd, że moje „non possumus” brzmi dziś samotnie i jest pojedynczym głosem, choć wszyscy politycy i osoby publiczne słyszeli słowa o Frankensteinie, o morderstwach, o porównywaniu in vitro do aborcji i o nieludzkich metodach rozmnażania człowieka. Jednak tak się składa, że dotąd nie dołączyli do mojego „non possumus” i chciałbym dziś usłyszeć od nich, dlaczego tego nie zrobili?
Czy uważają, że dzieci niepłodnych rodziców są pozbawione wrażliwości i emocji? Że należy im się mniejsza ochrona lub zgoła jej brak? Że stanowią własność publiczną, wobec której można posłużyć się dowolnym porównaniem i wypowiedzieć dowolnie okrutne słowa, ponieważ wyższe dobro uzasadnia krzywdę pojedynczego dziecka?
Granice słownej przyzwoitości zostały w Polsce zniesione wobec tematu zapłodnienia in vitro i choroby, jaką jest niepłodność. Dzieje się to za powszechnym przyzwoleniem większości. Wiemy, że nie wolno obrażać uczuć religijnych, uczuć mniejszości narodowych, że agresja słowna jest formą przemocy, a na tę nie ma w debacie publicznej przyzwolenia. Są to prawdy oczywiste.

Chciałbym więc powiedzieć, co w związku z tym czuję, jako człowiek i ojciec: siedem lat temu znalazłem się w niewłaściwym miejscu szeregu statystycznego jako mężczyzna, u którego lekarze zdiagnozowali niepłodność. Nie miałem tego szczęścia, jakie ma sześć par na dziesięć, którym natura, los i ich organizm dają zdrowie. Stanąłem więc w innym miejscu szeregu, obok czterech par z dziesięciu, którym natura, los i ich organizmy postawiły przeszkodę w byciu rodzicami w sposób niewymagający leczenia.
Siedem lat temu smuciło mnie to, wywoływało poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, czułem się niepełnowartościowy. Jednak gdybym się nie znalazł w tym szeregu nie miałbym dziś Ciebie.
Dziś masz dwa lata i okazuje się, że są także inne niesprawiedliwe szeregi statystyczne, inne niż niepłodność. Jednak w odróżnieniu od niepłodności, która jest niezawinioną, losową chorobą i może dotknąć każdego człowieka, nasz obecny szereg stworzyli ludzie i ustawiają w nim naszą rodzinę. Ci sami ludzie często mówią o dobru, szacunku i miłości, protestują głośno przeciwko agresji i nie zgadzają się na słowną przemoc, co nie przeszkadza im stosować tej samej słownej przemocy wobec naszej rodziny.
Pragnąłbym Ci powiedzieć, synku, że spotyka się to ze społecznym sprzeciwem, że wszyscy są oburzeni i będą nam pomagać w obronie naszej rodziny. Że dorośli nie pozwolą na to, aby dosięgły Cię nienawistne słowa, krzywdzące porównania i wygłaszane publicznie kłamstwa o Twoim zdrowiu, przeszłości i przyszłości.
Jednak nie mogę Ci tego powiedzieć, bo wielu ludzi powołanych do tego, aby nas ochraniać i aby przestrzegać zasad szacunku i uczciwości w debacie publicznej, nie chce reagować i woli udawać, że nie widzi tej sytuacji. Część z nich zapewne przyzwyczaiła się do tego, że choć uczuciom religijnym, uczciom mniejszości narodowych, uczuciom rozmaitych grup społecznych szacunek należy się w sposób oczywisty, to w naszym szeregu obowiązują inne prawa, można sobie pozwalać na więcej, a słowną przemoc zawsze da się uzasadnić wyższym celem, wyższym dobrem i wyższą racją.

Gdybym jednak nie wierzył, że nie da się tego zmienić, nie stałbym dziś tutaj, gdzie stoję. Mimo wszystko wierzę, że będziesz dorastał w kraju, w którym prawo będzie skutecznie ochraniało dobro osobiste wszystkich dzieci bez względu na sposób ich poczęcia. W którym żadna choroba nie będzie powodem do szykan, złośliwych komentarzy i łamania zasady przyzwoitości w debacie.
Wierzę, że tym krajem będzie kiedyś Polska.
Wierzę w to, Synku.








poniedziałek, 8 sierpnia 2011

wielka księga bezeceństw czyli kolonie po polsku

Telefon zadzwonił akurat, gdy usypiałam ziewającego Młodszego.
- mogę zająć pani chwilę? zapiał sopran w słuchawce i nie czekając na odpowiedź wystrzelił pytaniem, jakie książki dałam synowi na kolonię?
- "Pamiętnik niegrzecznego psa", odpowiedziałam niepewnie
- proszę pani, bo pani nie wie co się stało, on powiedział, że kupiła mu pani jakąś "wielką księgę siusiaków" i demoralizuje kolegów...
Kolonijna wychowawczyni mojego syna była bardzo poruszona.
- Czy pani wie, pytała retorycznie, że w tej książce są takie określenia jak bzykać, ciupciać, brandzlować?!

***

Granice mojej percepcji rodzicielskiej poszerzyły się po raz kolejny, tym razem za sprawą rozmówczyni, od której dowiedziałam się, że jest to książka nienadająca się dla dzieci, dyrektorka jest wstrząśnięta, nie spodziewała się czegoś takiego.
Kolonia była wyraźnie dla dzieci z "dobrych domów", co ostatecznie mnie utrwaliło w poglądzie, że porzucenie przeze mnie koncepcji elitaryzmu związane z rezygnacją ze szkolnictwa społecznego było ze wszech miar słuszne i dziesięć razy lepiej bym zrobiła upierając się przy obozie harcerskim.
Monolog trwał już jakieś dwie minuty, kiedy zaczęłam powoli dochodzić do siebie i rejestrować, że oto jestem regularnie opierniczana za brak umiejętnosci wychowawczych i demoralizację własnego dziecka.

Przy okazji uświadomiłam też sobie, że skoro w naszym społeczeństwie istnieje możliwość uczenia dzieci, że Darwin był idiotą (gdyż się w to wierzy), to istnieje także możliwość uczenia dzieci, że pewna część dorosłych ludzi stosuje prezerwatywy celem zapobieżenia ciąży i chorobom przekazywanym drogą płciowym (gdyż się taką koncepcję podziela).
Obie koncepcje mają prawo istnieć, jak długo ich głoszenie nie narusza cudzych granic- realizacja mojego prawa nie naruszała dotąd cudzych granic, ale nie jestem duchem świętym i nie byłam w stanie przewidzieć, że mój syn wywinie numer i zajmie się edukacyjną misją wobec rówieśników.
Nie umiałam wprawdzie oszacować zakresu tej edukacji, bo ze słów wychowawczyni wynikało, że doszło do czegoś pomiędzy zbiorową orgią, a teoretycznymi warsztatami z "Justyny czyli nieszczęść cnoty", jednak jako człowiek z natury łatwowierny przyjęłam, iż wydarzył się kataklizm.
Książki synowi na kolonię nie dałam i nie umiałam powiedzieć, jakim cudem znalazła się w walizce. Ponieważ jednak mamy ze Starym zwyczaj puszczania dzieci wolno po własnym mieszkaniu, to zawsze istnieje szansa, że podejdą do półki z książkami i wezmą, co chcą.

Przerwałam więc rozmówczyni mówiąc, że chciałabym mieć szansę przedstawienia swojego stanowiska, co zaowocowało tym, że przez dobrą minutę mówiłyśmy w stereo, gdyż byłam zagłuszana i nie dopuszczano mnie do głosu.
Kiedy już się to udało, wyjasniłam, że:
- mój syn zabrał książkę bez mojej wiedzy i wbrew naszym ustaleniom;
- kupiłam tę książkę świadomie i zgadzam się z wieloma tezami w niej zawartymi, jest to mój pogląd, ale jest to pogląd, ktorym nie epatuję i oczywiście uznaję różne wrażliwości innych rodziców. Właśnie dlatego jest to nasza książka domowa (wygłaszając ten stand pot perlisty wystąpił mi na czoło. Jeśli czytelnik sądzi, że to prosto powiedzieć "a ja, kurna, uważam, że siusiaki są w porzo" to informuję, że w warunkach polskich cholernie nieprosto);
- chcialabym poznać cel naszej rozmowy oraz dowiedzieć się, co mogłabym w tej sprawie zrobić konstruktywnego.

W odpowiedzi usłyszałam, że trzeba samemu pakować dziecko i kontrolować zawartość walizki.
Ponadto moja rozmówczyni nie rozumie, że chcę wychowywać swojego syna w kulcie dla rozpasania seksualnego.
Celem naszej rozmowy jest uświadomienie mi, że pozostałe dzieci zostały nieodwracalnie zepsute treściami tej ksiązki i porobiły sobie z niej nawet notatki (oborzeborze!). Awantura jest wielka, to pani dyrektor będzie teraz oskarżana przez innych rodziców, a nie ja.
I co ona ma im wówczas powiedzieć?!
Dodam, że do końca kolonii zostały trzy dni i doprawdy nie wiem, dlaczego sprawa pękła dopiero dziś- albo dzieci się tajniaczyły, albo nie wiem co, zresztą to nie moja sprawa.
I właśnie to ostatnie próbowałam wyjaśnić pani dyrektor: to nie moja sprawa, co ona z tym teraz zrobi. Jest mi przykro, że mój syn złamał naszą umowę, oczywiście porozmawiam z nim, ale są to sprawy naszej rodziny i nie będą omawiane publicznie, ani z nią przez telefon.
Nie mam pomysłu, co mogłabym zrobić z odległości 300 km z faktem, że dzieci zrobiły notatki.
Nie mam pomysłu, co pani dyrektor ma odpowiedzieć innym rodzicom.
Oczekiwanie, że się pokajam i przeproszę było wyrażone bardzo wprost, niestety pozostałam na nie głucha.

Odłożyłam słuchawkę. Wprawdzie potraktowano mnie jak gówniarę objeżdżając z góry na dół z powodu oskarżeń, których prawo do stawiania przez dyrektora kolonii nie jest dla mnie jasne, jednak gdzieś na dnie totalnego zdołowania majaczyło mi, że:

- dziesięciolatki mają prawo zachować się gówniarsko;

- mam prawo wychowywać swoje dzieci w poszanowaniu dla zasad, które są dla mojej rodziny ważne, nawet jeśli te zasady nie są ważne dla innych rodzin;

- nie muszę się tłumaczyć z tego, dlaczego słowo "prezerwatywa" mnie nie bulwersuje i uważam za stosowne podzielić się wiedzą o tym (przykrawaną do rozumienia dziesięciolatka) ze swoim synem. I odkrycie: zdarzają się dorośli ludzie oczekujący ode mnie, że się jednak wytlumaczę i przeproszę;

- łatwiej jest uczyć swoje dziecko, że o koleżance mówimy per suczka bądź świnka niż podzielić się z nim podejrzeniem, że bóg nie istnieje, a narządy płciowe są takimi samymi częściami ciała jak każde inne.


Zadzwoniłam do syna, ale niestety! Dzieci miały wyznaczoną jedną godzinę dziennie do kontaktów z rodzicami i ta godzina minęła. Musiałam więc czekać cały dzień, aby usłyszeć wersję małego grzesznika.
W tym czasie przypomniałam sobie, że Wielka Księga Siusiaków zabrana na wczasy z babcią po prostu została w tylnej kieszeni walizki, bo jej nie wypakowałam. Zapomniałam tam zajrzeć.
Wyglądało więc na to, że sama pchnęłam mojego syna w szpony obsceny i grzechu narażając niewinne duszyczki pozostałych kolonistów.
Następnego dnia zapoznałam się z opowieścią syna:

Otóż gówniarzyk zaproponował czterem kolegom napisanie listu do autora. Istotnie, w książce jest prośba skierowana do czytelników, która brzmi "jeśli znacie jakieś określenia siusiaków, których nie ma w tej książce, a których używacie, piszcie do mnie śmiało" i tu podany mail. Pod tym cała lista nazewnictwa od siusiaka począwszy przez wacki, cześki itd.
Panowie wymyślili więc twórczo, że podadzą mu swoje określenia, których spis w pocie czoła umieścili na karteczce. Sprawa się wydała, pięciu chłopców wezwano na dywanik i przeprowadzono dochodzenie.
Mój syn został poinformowany w obecności kolegów, że jest niedopuszczalne, żeby miał taką książkę, że to książka nie dla niego, że jego mama popełniła błąd, bo tak sie nie wychowuje dzieci, że książka jest obrzydliwa i wulgarna. Że Starszy złamał prawo innych rodziców do wychowywania dzieci tak, jak uważają za stosowne, a edukacja seksualna jest tematem bardzo delikatnym i nie należy o nim rozmawiać.
"Próbowałem powiedzieć, mamo, że ta książka znalazła się w mojej walizce przez przypadek i wcale mi jej na kolonię nie dałaś, ale pani powiedziała, że nie wolno mi nic mówić i mam słuchać".
Za karę pięciu winowajców nie poszło na basen.

Pomyślałam z czułością o smarkatej druhnie mojego syna, która maluje oczy dookoła czarną kreską, ma pięć kolczyków i czyta fatalną literaturę, a jednak jestem dziwnie pewna, że poradziłaby sobie z tą sytuacją o niebo lepiej niż pani wychowawczyni, nauczycielka szkolna, lat 50.

Parę dni temu Starszy wrócił.
W ręce trafił mi corpus delicti: kartka, na której pięciu 10latków spisało swoje określenia dotyczące męskich narządów płciowych. Ze względu na drastyczność użytych terminów zrobię teraz odpowiedni odstęp, aby osoby o co większej wrażliwości słownej mogły w tej chwili przerwać lekturę.
Na kartce znajdowało się sześć okresleń:



















psipsiak
pitek
pitulinek
frendzlasty
pociągaj
kutapas


***
A oto, jak doszło do tej dramatycznej sytuacji seksualnego rozpasania i dni Sodomy. Po spisaniu rzeczonych bezeceństw, kartka przypadkowo wypadła z notesu kolegi Kuby i spłynęła wprost (jak w dobrej sensacji) pod nogi wychowawczyni.
Rada kolonijna w osobie wychowawczyni i dyrektorki nakazała im opowiedzieć, czemu wypisali te "świństwa".
- bo w książce tak napisali, odparł mój syn
- w jakiej książce?! spytała pani wychowawczyni
- no w Wielkiej Księdze Siusiaków
Tu mój syn wyjaśnił, że książkę dostał od rodziców w czerwcu. Wychowawczyni  wyraziła niedowierzanie, że istnieje w ogóle jakakolwiek książka o siusiakach. Gdyż nikt ksiązek o wulgaryzmach nie pisze, a tym bardziej nie daje ich dzieciom.
- to ja przyniosę i pokażę, zaoferował się usłużnie Starszy.


Tym sposobem również wychowawczyni dostała szansę poszerzenia granic swojej percepcji. Wczytywała się w książkę, a jej oburzenie rosło proporcjonalnie do ilości adrenaliny produkowanej przez gruczoły dokrewne. Niespodzianka, pani pedagog, ludzie piszą nie tylko książki o siusiakach, ale nawet o cipkach. I aborcji. Dla dzieci.
Starszy zapierał się, że edukacji globalnej nie było, gdyż macierz kazała książkę zachować dla siebie, więc zachował. Ale spisanie nazw siusiaka? To insza inszość, korespondencja z autorami jest bardzo wskazana, rodzice zawsze ją popierali, a tu nadarzyła się okazja podbicia towarzyskiego statusu kolonisty, więc skorzystał.
Starszy jest dzieckiem, które bardzo dba o niewychylanie się i brak obciachu, a zapytane o profesję rodziców odpowiada bez drgnienia powieki "matka jest kucharką zawodową, a ojciec gazeciarzem".
Przyciśnięty przez Starego, dlaczego wciska taki kit, odparł "a co mam mówić? Skąd mam wiedzieć, jaki ludzie mają pogląd na in vitro i politykę?".
Jednym słowem wyglądało na to, że cała afera rozegrała się o kutapasa i pitulka. To właśnie nimi mój syn zdewastował wrażliwą psychikę kolegów, którzy wprawdzie nie wahali się oglądać Różowych Majteczek o 23.30 (każdy pokój na Koloniach Dla Dzieci z Dobrych Domów posiadał telewizor z kablówką), ale wiedza o erekcji i nocnych polucjach mogła ich nieodwołalnie zepsuć.

***

Czytając spis nie mogłam się powstrzymać przed zaskoczeniem graniczącym z -jednak!- pewną dozą rozczarowania (choć to bardzo niepedagogiczne, wiem) i powiedziałam:
- synu, no nie ukrywam, spodziewałam się tu większych wulgaryzmów
Starszy wzruszył ramionami i odparł:
- wszystkie wulgaryzmy już wypisano w tej ksiązce, to co niby mieliśmy jeszcze wymyślić?

***

Teraz powinnam chyba wysłać maila do autora i opisać mu tę historię. Nie wiem tylko, naprawdę nie wiem, jak po angielsku będzie "psipsiak"

***

Pytana w Sztokholmie o program profilaktyki niepłodności, jaki wdrożyła Polska, wiłam się jak Piekarski na mękach:
- eee.. bo ty nie rozumiesz, w Polsce jest jakby trochę inaczej, wyjaśniałam reprezentantce Izraela, wprowadzenie dystrybutorów z kondomami jest naprawdę niemożliwe.
- ale dlaczego, dopytywała Ofra, to jak edukujecie dzieci seksualnie bez ruszenia tematu prezerwatyw?

Droga Ofro, obawiam się, że skoro dziesięciolatki nie mają prawa mieć siusiaka, nie mówiąc o frendzlastym czy wacku, dojście do tematu lateksowego ubranka na rzeczony jest tym bardziej nierealne.
Zresztą to przecież nieważne, grunt to wychować dzieci na prawdziwych Polaków, którzy w chwili próby założą powstańczy hełm i pójdą pod grad kul, aby oddać życie za Ojczyznę.
I żaden kondom im w tym nie przeszkodzi, tak nam dopomóż rzęsistku i nastoletnia ciążo!

środa, 22 czerwca 2011

jak napisać dobry wiersz?

Jakkolwiek bądź byle nie pierdolić.

Asumpt do tego blyskotliwego stwierdzenia dało dzisiejsze uczestnictwo w zakończeniu roku szkolnego. Nie wiem dlaczego lud polski zanabył przekonanie, że jeśli  ma być godnie to trzeba komunikat zrymować. Znaczy się napisać wiersz.
Po odbębnieniu zwyczajowych występów artystycznych (podkład muzyczny nagrany na starym Grundigu, niezsynchronizowana dziatwa, rachityczne oklaski) przyszedł czas na złożenie podziękowań wychowawczyni.
Rada Rodziców, którą wspieram nota bene z własnej kieszeni, wystosowała na tę okoliczność wiersz pożegnalny wypełniony:

- "księżycowym blaskiem";
- "zmysłowości pełną kobiecością";
- "wspomnieniami rzewnymi";
- "mydełkami pachnącymi z kwiatków na łące";

Załącznikiem do wiersza były rzeczone mydełka i kwiatki.
Nauczycielka się wzruszyła, ja też. Siedziałam na tej twardej ławce mantrując "stara, ja cię proszę, tylko nie miej tego swojego wyrazu twarzy, wizualizuj pustkę".
Panie z tyłu szeptały "bo pani Jola to jak powie to powie. Tak ładnie umie".

Porozmawiajmy więc twardo o publicznych odczytach poezji. Jak kobiety z kobietami lub z mężczyznami czy kto tam to jeszcze czyta:

- jeśli twoi znajomi wybuchają aplauzem po każdym przeczytanym przez Ciebie utworze to znaczy, że robią to bo jest im Ciebie cholernie żal;
- jesli żaden z przyzwoitych miesięczników bądź kwartalników literackich dotąd nie docenił Twojej twórczości, a wysłałaś/eś im próbki co najmniej trzykrotnie to znaczy, że a) nie umiesz pisać lub b) jesteś genialna/y ale tak czy inaczej Twoja twórczość musi dojrzewać teraz w szufladzie i dopiero po śmierci dostaniesz pomnik;
- jesli drukują Cię w Przeglądzie Wędkarskim, Gościu Niedzielnym albo koledzy z działu proszą, abyś zrymował wiersz dla pana kierownika to jest kurewsko źle;
- jeśli w Twoich wierszach znajdują się konsonanse:

cudna/ułudna
pachnące/na łące
kochanie/całowanie

to znaczy, że mentalnie i językowo wciąż znajdujesz się gdzieś w czasach Asnyka. Jeżeli wprowadzisz do swojej twórczości określenia uważane za wulgarne to wprawdzie nadal to będzie 'grafomania meh' ale przynajmniej wyjdziesz z kategorii 'grafomania meh ona chyba studiowała z Mietkiem Foggiem na jednym roku'. W tym sensie pizda jest lepsza od kwiatków na łące.

- najlepszym sposobem odchwaszczenia wiersza jest wykreślenie z niego wszystkich nadmiarowych przymiotników wedle wzoru: maksimum jeden przymiotnik na wers, żadnych wołaczy, wywalić wszystkie rzeczowniki, czasowniki i przysłówki, które mogłbyby się znaleźć w mowie zależnej w  "Chłopach" i w "Trędowatej". To, co zostanie skrócić o połowę. Prawdopodobnie niespecjalnie przypomina to wiersz. Teraz możesz to pokazać ludziom bez ryzyka popełnienia towarzyskiego samobójstwa.

- powyższe nie obowiązuje, jesli dostałaś/eś nagrodę Nobla w dziedzinie literatury lub jakiekolwiek inne wyróżnienie literackie na szczeblu krajowym/międzynarodowym. Wprawdzie to nie musi przesądzać o tworzeniu wielkiej literatury, ale przyzwoita mimikra jest wartością, którą można ze spokojem sumienia docenić.

I to tyle. Oby do początku roku, w którym zgłoszę swoją kandydaturę do Rady Rodziców i za rok to ja będę dziękować nauczycielom. Mową niewiązaną, sztampowo i ze zwykłym "dziękuję", które nie każe się widzom rumienić z powodu cudzej kompromitacji.
A następna notka będzie jak pan bóg przykazał o inwitrze i o tym, co cywilizacja śmierci robi w Sztokholmie.

wtorek, 11 stycznia 2011

cd do wychowania seksualnego

miałam dopisać w komentarzach, ale niechta.
Otóż na fali szkolnego zgorszenia bezbożnością naszych dziatek i tak dalej, podjęłam ze Starszym trudny temat tak zwanego nazewnictwa i dowiedziałam się, ze najwulgarniejszym słowem na określenie zwisu męskiego jest obecnie na szkolnej giełdzie ubikacyjnej (poprawna wokalizacja nie przeszła Starszemu przez usta):

s.i.u.s.i.a.k

a ostatecznym zgrozum i horrendum jest:

p.e.n.i.s

Zapytałam więc ze szczerym zdziwieniem "dziecko, to jak wy te penisy między sobą nazywacie, skoro siusiak to taka językowa ohyda?".
"normalnie- wzruszyło ramionami Starsze- fiuty i kutasy"



dedykuję blondynce z loczkami i ciałkiem walczącej o Niewinność, szkoda, że nie przeczyta

piątek, 31 grudnia 2010

żadnych podsumowań, wesołego tortu

zauważyłam, że reszta świata sumiennie wylicza, co w minionych dwunastu miesiącach zrobiła, wysłuchała, przeczytała i wchłonęła, oraz czy świat od tego posmutniał czy raczej namalowałem uśmiech na łące.
Jesli idzie o mnie mam to w okrężnicy.
Dziś są moje urodziny i znów musiałam przypomnieć sobie o tym, że kiedyś prawdopodobnie* umrę (no co, istnieje kwant szans, że może jednak to o ufokach Icke'a to prawda).
A oto wiersz urodzinowy, który dostałam od starszego syna. Zamierzam go dołączyć do swojego CV w części "kompetencje pedagogiczne":

jesteś ze mną mamo
wieczorem i rano
i w nocy, i w południe
i zawsze jest mi cudnie.
Kupujesz mi zabawki
i misie i pukawki.
Nie karcisz mnie, nie bijesz
ani szmatą, ani kijem.

Cóż mogę powiedzieć? Po spędzeniu trzech dekad na tym padole łez i udręki moją egzystencję da się podsumować tym, że nie walę dzieci bez łeb ścierą.
Fantastycznie.

środa, 1 grudnia 2010

błagam nie

Planowałam zawiesić karierę blogerską na ostatnim wpisie i oddać się twórczości literackiej. Miało być coś na kształt operacji chusta tylko z mniejszą ilością krucyfiksów.
Niestetyż życie skowyczy, Tomasz znów przemówił.
Uzupełniające wyeksplikowanie także moich poglądów znajduje się tutaj bloger Eli Wurman nieświadomie, ale mimo to uprzejmie mnie wyręczył.
Niech więc światła myśl TT przyświeca niczym pochodnia nad resztą notki, gdyż odniesienia będą, zaprawdę powiadam Wam.

proszę państwa, bo nasze dzieci używają wulgarnych wyrazów na określenie.. no państwo wiecie, czego. Jakiej sfery. Wyrażają się.

To porażające oświadczenie złożyła brunetka z ciałkiem i loczkami. I pąsem na różanej buzi.
Siedziałam już trzydziestą minutę odbębniając zebranie rodzicielskie uczniów klasy trzeciej w publicznej placówce oświatowej i nudziłam się jak mops. Ale wreszcie zaczęło się robić ciekawie.
Sala się wyraźnie ożywiła.
Skorzystałam z uwagi zebranych i również zajęłam głos:

przy okazji chcialam zaapelować o przejrzenie historii logowań w komputerach i założenie filtrów. Wiem, że w klasie trwa giełda informacji dotycząca dostępu do materiałów pornograficznych.

p o r n o g r a f i c z n y c h !

A więc jasne, ta blondyna z grubym mężem ma zboczucha za syna! Bo nasze dzieci proszpaniom to nie oglądają gołych bab! My to nawet komputera nie mamy!
Z uwagi na  nieskończenie kosmiczny charakter mojego apelu, zainteresowanie zebranych wróciło się do wulgaryzmów. No i jak to rozwiązać, Zbigniewie, poradź?

a.... o jakich konkretnie wulgaryzmach mówimy?- padło nieśmiałe pytanie z sali.

Zapadła ciężka cisza. Ach, powiedzieć czy nie powiedzieć? Brunetka postanowiła wybrnąć opłotkiem:

wulgaryzmach seksualnych

Użycie przymiotnika "seksualny" zapaliło nowe rumieńce na twarzach zebranych rodziców, średnia wieku 30+.
Ale przynajmniej teraz stało się już wszystko jasne. Mówimy o wulgaryzmach seksualnych.
Biłam się z myślami, czy zapytać "przepraszam, ale jesteśmy na etapie rozważań o cipkach i fiutkach czy raczej chujach i pizdach?", jednak nie odważyłam się.
Podejrzewałam zresztą, że jako jedyna zebrana mam waginę. Reszta posiadała prawdopodobnie zapieczętowane źródła życia.

Niech pani nauczycielka z nimi porozmawia!- sypnął się któryś z wystrachanych rodziców.
O tym, że nie wolno uzywać wulgarnych wyrazów. Seksualnych- dookreslił ktoś inny.

Proszę państwa- teraz zabrała głos pani nauczycielka- ale ja chcę zaznaczyć z góry, że ja nie mam uprawnień do seksualnego edukowania państwa dzieci i pewnie byście państwo sobie tego nawet nie życzyli. Więc jeśli mam z dziećmi porozmawiać to musimy teraz określić, o czym dokładnie ma ta rozmowa być, żebym nie nadużyła państwa zaufania.

Tym samym stało się jasne, że nie uciekniemy przed nazwaniem po imieniu tych obrzydliwych rzeczy, które każdy z nas robi po ciemku.

*

Miałam siedem lat, kiedy kolega przyniósł na wyciągniętym badylu brudny strzępek czegoś i oznajmił triumfalnie "to jest kondom. Jak facet z facetką nie chcą mieć dzieci to facet to zakłada na fiuta".
W wieku ośmiu lat wiedziałam już, że kluczem do posiadania ciężarnego brzucha jest facet, facetka i to, co robią w łóżku. I że facet wkłada tego fiuta między nogi facetki. Miałam też mgliste pojęcie o antykoncepcji.
Jedyne, czego nie wiedziałam, to z czego konkretnie bierze się dziecko? Z tego fiuta?
Zagadnięta o to rodzicielka ("mamo, skąd się biorą dzieci?") odpowiedziała melancholijnie "jak będziesz starsza to porozmawiamy".
Ostatni raz edukacyjny test własnej matki przeprowadziłam w dwunastej wiośnie życia pytając "mamo, co to znaczy impotent?" Spłoniła się i odpowiedziała "nie wiem, naprawdę nie wiem".
Szczęściara- pomyślałam.

*

Proszę pani- powiedziała podekscytowana świetliczanka- bo pani nie wie, co się tutaj działo. Czwartoklasiści przygotowywali się w świetlicy do lekcji biologii i zapytali się dzieci z pierwszej klasy czy wiedzą, co to jest zapłodnienie. Nie zdążyłam nawet zareagować, a pani syn wstał, podszedł do tablicy i rozrysował: to jest plemnik, to jest komórka jajowa, tak powstaje przedjądrze.

Ale to było dwa lata temu i jeszcze w szkole społecznej. Tam pracowali degeneraci i nie odkażali sobie ust po wymówieniu słowa, fuj!, plemnik.

*

Stołeczne liceum. Przedmiot "przygotowanie do życia w rodzinie" wykłada sama autorka podręcznika Zanim wybierzesz. Jest w piątej ciąży, rekomenduje metodę NPR, gdyż "stosowanie prezerwatywy można porównać do uczucia, jakby żona była w czepku pływackim i rękawiczkach".
Human robi sobie podśmiechujki, klasa sportowa pilnie notuje.
Wychodzę po dziesięciu minutach zajęć, w wieku siedemnastu lat mam rozwiniętą nadwrażliwość na pierdolety. Co nie przeszkodzi mi dwa lata później zajść w ciążę.

*

35% pacjentek klinik leczenia niepłodności i przyszpitalnych przychodni leczenia niepłodności to kobiety z przebytymi, nieleczonymi chlamydiozami. U wielu z nich infekcje doprowadzają do mechanicznego uniedrożnienia jajowodów. Niedrożność jajowodów jest podstawowym wskazaniem do skierowania pary do leczenia metodą in vitro.
Szacuje się, że zakażenia rzęsistkowicą dotyczą 50% osób aktywnych seksualnie, z czego u części infekcje przebiegają w formie utajonej bądź nie są leczone. Nieleczona rzęsistkowica może powodować stany zapalne w obrębie miednicy mniejszej oraz niepłodność.
Co roku w Polsce występuje ok. 1000 zachorowań na, uwaga!- kiłę.
Prawidłowo założona prezerwatywa chroni także przed zarażeniem się wirusem HIV drogą płciową.

W świadomości wielu Polaków prezerwatywa jest jedynie środkiem antykoncepcyjnym, a nie podstawowym środkiem profilaktyki zdrowotnej.
Według danych Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny młodzież stosuje najczęściej metody o najmniejszej skuteczności: stosunek przerywany (22%)  i kalendarzyk. Aż 20% badanych młodych kobiet  zadeklarowało niezastosowanie żadnej formy antykoncepcji podczas inicjacji seksualnej.

*

A więc wygląda na to, że mój dziesięcioletni obecnie syn doświadczy za lat dwadzieścia tej samej chujozy, jakiej doświadczam ja siedząc na zebraniu rodzicielskim jego klasy.
Edukacji seksualnej opartej na standardach Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego i Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego wciąż w szkołach brak, ach, zresztą po co:
Nadszedł czas, abyśmy wreszcie pojęli, że tylko odzyskanie chrześcijańskiego rozumienia życia i monogamiczna koncepcja płciowości gwarantują obronę przeciwko rozprzestrzenianiu się wirusa HIV. Prawdziwą przyczyną AIDS jest bowiem Acauired "Integrity" Deficiency Syndrom, to znaczy utrata integralności moralnej, która podarowała nam ideologię "wolności" seksualnej. Kto nie potrafi tego zrozumieć, albo udaje, że tego nie widzi, niech wie przynajmniej, że prezerwatywa daje tyle samo bezpieczeństwa co magazynek rewolweru w rosyjskiej ruletce.

A Tomasz Lis zaprasza Tomasza Terlikowskiego do programu publicystycznego, choć w normalnym kraju powinno być to uznane za dziennikarski obciach i sprowadzenie poziomu debaty publicznej w rejestry infradźwięków.
W Polszy nie jest, w Polszy prezerwatywa prowadzi do rozwiązłości i pedalstwa, inwitro morduje dzieci, czternastoletnie matki z oddaniem rodzą dzieci i tylko garstka niedobitków mówi niekulturalnie: ja pierdolę, gdzie ja żyję?!

poniedziałek, 1 listopada 2010

o innych żyjątkach

Przychodzi taki dzień, w którym człowiek zadaje sobie trudne pytania w rodzaju "a może to ONI mają rację i istnieje naprawdę międzynarodowy spisek, nasze dzieci są trute szczepionkami, w Smoleńsku dobijali ofiary, a my idziemy równym krokiem ku przepaści?".
Takim rozważaniom sprzyja dzień Wszystkich Świętych.
Palą się te ogieńki na grobach, a ty myślisz sobie, że to wszystko jest takie ulotne i szybko mija, więc tym bardziej warto szukać odpowiedzi na pytanie, czy po zgaszeniu światła nie okaże się, że decyzja o byciu lemingiem była nietrafiona?

Spacerując dziś ze Starym po cmentarzu doszliśmy do wniosku, że istnieje kilka mianowników dla wszelkiej maści prawicowych freaków.
Po pierwsze spora część z nich to rasowi grafomani, w zasadzie powinno się nimi zainteresować Sevres i sporządzić odlewy.
Pierwszy raz nawiedziła mnie ta myśl podczas lektury pasjonującej powieści "Chusta" prozaika Tomasza Terlikowskiego. O Buddo! Cóż to za dzieło! Potem zapoznałam się z twórczością pani psycholog Bogny Białeckiej i szeregu innych autorów, których nazwisk nie wymienię, aby nie zalać tego przyjemnego miejsca strumieniem freaków trafiających tu z gugli. Wczoraj jednak doświadczyłam prawdziwego artystycznego kartharsis, to jest tak złe, że aż doskonałe:
http://astral-projection.blog.onet.pl/Kielbasa-Parowa-Pasztetowa,2,ID359427958,n

Opowiadanie nosi wstrząsający tytuł "Kiełbasa, Parówa, Pasztetowa" i wszystko na ten temat. Zostaliście ostrzeżeni, więc klikajcie z namysłem.

Po drugie cechą wszystkich osób sercem oddanych idei Intronizacji Chrystusa na Króla Polski jest głębokie przekonanie, iż  świat współczesny jest zaledwie symulakrum Świata Właściwego.
Dobrze, to może nie jest nic dziwnego ani odkrywczego, w zasadzie każdy system religijny bazuje mniej lub bardziej na tym przekonaniu, a mimo to nie każda osoba wierząca jest świrem, prawda?
Różnica polega na tym, że kiedy przeciętny katolik lub protestant mówią "tak, ten świat jest niedoskonałym odbiciem świata doskonałego, do którego dołączymy po naszej śmierci", Jan Bodakowski dodaje: "tak! A czyja to wina? Masonów, Żydów oraz telewizji szatana! Powiedzmy im "no pasaran" i przestańmy szczepić nasze dzieci!".

Przekonanie, że za każdą Dużą Ideą (koncepcją, instytucją, konsorcjum, przedsiębiorstwem) stoją tajemnicze siły ludzkie w ciemnych okularach, powołane do tego, aby zacierać ślady i niszczyć dowody, jest z jednej strony imponujące, a z drugiej trochę paraliżujące.
Usiłuję sobie wyobrazić świat Antoniego Macierewicza. Tu nie ma przypadków i nawet zwykła ławka parkowa pęcznieje pod naporem możliwych znaczeń: kto ją tam postawił? Z jakiego powodu? I dlaczego pomalował akurat na pedalski różowy?

Otóż nie wiem, czy razem ze Starym mamy rację czy nie co do kwestii eschatologicznych, ale wiem, że postawienie na pewność, iż jednak nikt nas nie usiłuje po kryjomu wytruć, wymordować, zmienić orientacji seksualnej, uniepłodnić, zarazić autyzmem (sic!) czy obrzezać, powoduje, iż żyje nam się na tym najlepszym ze światów dość spokojnie.
Nie każemy naszym dzieciom sprawdzać kąta skrzywienia nosa kolegów z klasy i nie wpajamy, iż głównym celem otaczającego nas świata jest zrobić nam krzywdę.
Tak, wierzymy, że czasem tak bywa, iż w wyniku splotu nieszczęśliwych okoliczności i błędnych decyzji ludzkich, samoloty spadają na ziemię, co jest w tym samym stopniu smutne i dramatyczne, co jednocześnie przypadkowe, głupie i nieposiadające Tajemniczego Alternatywnego Uzasadnienia.
Wierzymy też, że Elvis naprawdę kojfnął, a Dablju Bush nie należy do rodu Kosmicznych Jaszczurów. Co więcej jesteśmy przekonani, iż margines błędów czy nadużyć istnieje zawsze, należy z nim walczyć i starać się go zmniejszać, ale jednocześnie należy nabyć smutną, filozoficzną pewność, że shit po prostu happens i skutek uboczny wystąpić może.
Albowiem każde działanie jest jednocześnie nieuchronnie związane z możliwością pojawienia się nadużycia, choćby występowało ono jako daleka konsekwencja.
Mimo to idea działania i robienia wszystkiego, co w danej sytuacji wydaje nam się racjonalne, niezwiązane z niczyją krzywdą i prowadzące do naszego własnego dobra, wydaje nam się zasadniczo słuszna i warta popularyzacji.
Dlatego szczepimy nasze dzieci, wierzymy w recykling i budujemy naszą domową lemingarnię.

Gdyż mamy niezachwianą pewność, że bycie lemingiem jest na dłuższą metę bardziej racjonalnym wyborem niż bycie dodo.

środa, 13 października 2010

o cycach i innych demonach

co powinna uczynić matka lemingów, kiedy na pasku zadań odkrywa wpisane tam cudzą ręką hasła, cytuję, "cyce" oraz "sex"?
Mogłaby podejrzewać Starego, jednak gdyby Starego zainteresowania voyeurystyczne szły w kierunku cyców i sexu to prawdopodobnie nie zostałby nigdy Starym.
Wobec tego, tak, bingo, podejrzliwe Oko Saurona kieruje się na leminga lat dziewięć.
Leming wzięty na spytki wije się zrazu jak Piekarski na mękach, w końcu zwijając się w paroksyzmach wstydu (ach, kiedy to jeszcze człowiek potrafił się tak wstydzić, czasy, czasy...) przyznaje się do winy.
Teraz matka lemingów staje przed kwestią, ktora zadecyduje o losach wszystkich przyszłych różowych pogadanek: jak sprawę rozwiązać? Zawstydzić? Odwołać się do poczucia przyzwoitości? Pogrozić palcem? Napomknąć o ślepocie, jąkaniu się i wypadaniu włosów? Wprowadzić pojęcie grzechu śmiertelnego powodując, że przyszłe życie seksualne leminga na wieki zostanie nadtrawione tą rozkoszną mieszanką poczucia winy i masochizmu?
W końcu  matka lemingów przypomina sobie, że jest przecież socjalistką:
"synu, czy masz świadomość, że za każdym erotycznym zdjęciem stoi wyzysk kobiet i mężczyzn upokarzanych i przymuszanych do tej pracy?!"


Na jakieś dwa lata starczy. Potem może wprowadzimy jednak ten grzech śmiertelny.
Zresztą i tak wkrótce zorientuje się, że wystarczy po prostu wpisać "cyce" w google, a nie w pasek adresowy.