Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sejm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sejm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2012

krótka notka informacyjna

Dawno temu, tak dawno że najstarsi górale tego nie pamiętają, Platforma Obywatelska ogłosiła, iż poza projektem "invitrowym" Gowina, chowa w zanadrzu projekt alternatywny przygotowany przez posłankę Kidawę Błońską.
Projekt ten wywoływał wielkie poruszenie, pełne pasji oskarżenia i mowy obrończe, miał być liberalny lub nawet ultraliberalny, choć niektórzy twierdzili, że jest szalenie konserwatywny. Czasem podobno zawierał passusy o niszczeniu zarodków, a czasem brońboże ich nie zawierał. Dopuszczał zapłodnienie ivf u kobiet samotnych lub wręcz przeciwnie- precz siło nieczysta.  
Znałam nawet ludzi, którzy znali ludzi, którzy twierdzili, że widzieli ten projekt.

I oto dziś, po latach zapowiadania projektu, który w tzw. międzyczasie zyskał już nazwę projektu-widma, projekt pojawił się na stronie posłanki Kidawy Błońskiej, voila:


Od dziś Fronda może nie tylko pisać, że nie lubi Kidawy Błońskiej, lewackiego wykształciucha,  ale nawet to uzasadnić. Choć w zasadzie brak dowodów nigdy Frondy nie ograniczał, więc.
Tak czy inaczej jest to zupełnie niezły projekt, serio serio.
Trzymam za niego kciuki.

wtorek, 24 stycznia 2012

notka gościnna: "non possumus. Perspektywa ojca dziecka urodzonego dzięki in vitro"

z okazji dzisiejszego wysłuchania obywatelskiego w Sejmie, zatytułowanego "dzieci in vitro w debacie publicznej" udostępniam poniżej treść wystąpienia, które wygłosił ojciec dwulatka urodzonego dzięki ivf.




Non possumus. Perspektywa ojca dziecka urodzonego dzięki in vitro.

Szanowni Państwo. Trzy lata temu stała w tym miejscu moja żona będąca wtedy w szóstym tygodniu ciąży i mówiła o tym, co czuła, kiedy nad jej głową przetaczała się bitwa o ustawę dotyczącą zapłodnienia in vitro. Dziś postanowiłem do niej dołączyć, bo sześciotygodniowa ciąża, o której wtedy opowiadała, skończyła w październiku dwa lata i ma na imię Franuś.

Jestem ojcem dziecka urodzonego dzięki in vitro i już w chwili mówienia tych słów mam w sobie wielki sprzeciw wobec takiej etykiety, bo nie spotkałem nigdy ojca mówiącego o swoim dziecku „jestem tatą Jasia poczętego w naszej sypialni, w marcowy wieczór”.
Mojego syna określa wiele zdań i sytuacji. Jest gadatliwym dwulatkiem. Nie lubi bajki o czerwonym kapturku, bo wilk zjada w niej babcię, czemu Franek stanowczo się sprzeciwia. Jego idolem jest starszy brat. Najchętniej zjada zupę pomidorową i placki z jabłkami, codziennie rano budzi mnie oświadczeniem „wstajemy, tatuś”, a potem się do mnie przytula.
Dlaczego więc ten mały, wspaniały człowiek miałby być określany metodą swojego poczęcia? Co ten fakt o nim właściwie mówi? O jego zainteresowaniach, smutkach, radościach, o jego osobowości?
Jednak żyję w kraju, w którym coraz częściej słyszę, że jest niesłychanie ważne, w jaki sposób przyszedł do naszej rodziny. Setki ludzi przyglądają się pod lupą jego godności i wydają werdykt „poczęty niegodnie”. Snują opowieści o pomordowanych braciach i siostrach, nazywają mnie reproduktorem, a mojego syna- dzieckiem zamówionym przy sklepowej ladzie.
Mam więc do wyboru udawać, że tego nie słyszę i jestem ponad te haniebne komentarze, albo powiedzieć publicznie- wierzę, że jako reprezentant wielu polskich ojców- „dosyć!”.

Jestem tu właśnie z tego powodu. Jako rodzic nie jestem winien mojemu synowi nic poza miłością, odpowiedzialnością i zapewnieniem mu bezpieczeństwa. Każdy rodzic może o sobie powiedzieć to samo.
Jednak jako polski rodzic, który musiał przejść długie lata leczenia niepłodności i doświadczyć wielu porażek i bolesnych diagnoz, chcę i muszę dziś powiedzieć Frankowi coś więcej: jestem z nas dumny, byłeś wyczekiwany z największą miłością, zmieniłeś moje życie na lepsze i nigdy nie pozwolę, aby ktoś cię z tego powodu upokorzył swoją ignorancją lub okrucieństwem. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś nigdy nie ucierpiał z powodu mojej choroby, choćbym miał walczyć o to samotnie.
To jest moje „non possumus”, które chcę powiedzieć publicznie i głośno w odpowiedzi na słowa biskupa Pieronka obrażającego nas porównaniem do „realizacji idei Frankensteina”.
To jest mój głos komentujący słowa biskupa Nowaka, który mówi o Tobie, synku, że przyszedłeś na świat w wyniku morderstwa i manipulacji, a Twoje poczęcie było niegodne. Chciałbym też, aby te słowa usłyszała Joanna Bątkiewicz-Brożek pisząca w Gościu Niedzielnym o tym, że do polskich poradni genetycznych zgłaszają się dzieci z in vitro, które umrą w najbliższych latach.
Mam nadzieję, że ta ilość chrześcijańskiej troski o naszą rodzinę i Twoją godność nie popchnie nas kiedyś do decyzji o emigracji, bo taki nadmiar miłości i zainteresowania ze strony miłosiernych rodaków może nam w końcu zaszkodzić.

A ja przecież chciałbym, abyś wychowywał się w swoim kraju i abyś nigdy się nie wstydził tego, że urodziliśmy Cię właśnie tutaj, w Polsce. Chcę, aby polskie prawo chroniło Twoje dobro i godność tak samo, jak obiecuje to każdemu innemu dziecku. Chcę, aby politycy walczący o życie poczęte zainteresowali się wreszcie nienawiścią kierowaną wobec życia już urodzonego.
Jest mi wobec Ciebie wstyd, że moje „non possumus” brzmi dziś samotnie i jest pojedynczym głosem, choć wszyscy politycy i osoby publiczne słyszeli słowa o Frankensteinie, o morderstwach, o porównywaniu in vitro do aborcji i o nieludzkich metodach rozmnażania człowieka. Jednak tak się składa, że dotąd nie dołączyli do mojego „non possumus” i chciałbym dziś usłyszeć od nich, dlaczego tego nie zrobili?
Czy uważają, że dzieci niepłodnych rodziców są pozbawione wrażliwości i emocji? Że należy im się mniejsza ochrona lub zgoła jej brak? Że stanowią własność publiczną, wobec której można posłużyć się dowolnym porównaniem i wypowiedzieć dowolnie okrutne słowa, ponieważ wyższe dobro uzasadnia krzywdę pojedynczego dziecka?
Granice słownej przyzwoitości zostały w Polsce zniesione wobec tematu zapłodnienia in vitro i choroby, jaką jest niepłodność. Dzieje się to za powszechnym przyzwoleniem większości. Wiemy, że nie wolno obrażać uczuć religijnych, uczuć mniejszości narodowych, że agresja słowna jest formą przemocy, a na tę nie ma w debacie publicznej przyzwolenia. Są to prawdy oczywiste.

Chciałbym więc powiedzieć, co w związku z tym czuję, jako człowiek i ojciec: siedem lat temu znalazłem się w niewłaściwym miejscu szeregu statystycznego jako mężczyzna, u którego lekarze zdiagnozowali niepłodność. Nie miałem tego szczęścia, jakie ma sześć par na dziesięć, którym natura, los i ich organizm dają zdrowie. Stanąłem więc w innym miejscu szeregu, obok czterech par z dziesięciu, którym natura, los i ich organizmy postawiły przeszkodę w byciu rodzicami w sposób niewymagający leczenia.
Siedem lat temu smuciło mnie to, wywoływało poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, czułem się niepełnowartościowy. Jednak gdybym się nie znalazł w tym szeregu nie miałbym dziś Ciebie.
Dziś masz dwa lata i okazuje się, że są także inne niesprawiedliwe szeregi statystyczne, inne niż niepłodność. Jednak w odróżnieniu od niepłodności, która jest niezawinioną, losową chorobą i może dotknąć każdego człowieka, nasz obecny szereg stworzyli ludzie i ustawiają w nim naszą rodzinę. Ci sami ludzie często mówią o dobru, szacunku i miłości, protestują głośno przeciwko agresji i nie zgadzają się na słowną przemoc, co nie przeszkadza im stosować tej samej słownej przemocy wobec naszej rodziny.
Pragnąłbym Ci powiedzieć, synku, że spotyka się to ze społecznym sprzeciwem, że wszyscy są oburzeni i będą nam pomagać w obronie naszej rodziny. Że dorośli nie pozwolą na to, aby dosięgły Cię nienawistne słowa, krzywdzące porównania i wygłaszane publicznie kłamstwa o Twoim zdrowiu, przeszłości i przyszłości.
Jednak nie mogę Ci tego powiedzieć, bo wielu ludzi powołanych do tego, aby nas ochraniać i aby przestrzegać zasad szacunku i uczciwości w debacie publicznej, nie chce reagować i woli udawać, że nie widzi tej sytuacji. Część z nich zapewne przyzwyczaiła się do tego, że choć uczuciom religijnym, uczciom mniejszości narodowych, uczuciom rozmaitych grup społecznych szacunek należy się w sposób oczywisty, to w naszym szeregu obowiązują inne prawa, można sobie pozwalać na więcej, a słowną przemoc zawsze da się uzasadnić wyższym celem, wyższym dobrem i wyższą racją.

Gdybym jednak nie wierzył, że nie da się tego zmienić, nie stałbym dziś tutaj, gdzie stoję. Mimo wszystko wierzę, że będziesz dorastał w kraju, w którym prawo będzie skutecznie ochraniało dobro osobiste wszystkich dzieci bez względu na sposób ich poczęcia. W którym żadna choroba nie będzie powodem do szykan, złośliwych komentarzy i łamania zasady przyzwoitości w debacie.
Wierzę, że tym krajem będzie kiedyś Polska.
Wierzę w to, Synku.








poniedziałek, 7 marca 2011

Gdzie jest moja rewolucja?

Nie sprawdzałam jeszcze relacji manifowych w Internetsach, ale mogę Wam powiedziec, jak było. Tomasz Kalita przyszedł z labradorem, a poseł Kalisz miał świetną czapkę.
Na Placu Trzech Krzyży stała ponura pani z zawieszonym na piersiach plakatem o pomordowanych embrionach, których ilość oszacowano na 30-40 tysięcy (Episkopat szacuje ilość zamrożonych embrionów na 50 tysięcy, najwidoczniej nie zsynchronizowali zegarków).

W okolicach Czaji Magdy Gessler zaczął padać śnieg, dalej był już sejm i trzydziestoosobowa grupka skaczącej Młodzieży Wszechpolskiej z zielonymi flagami. Nieopodal stała starsza pani (nie udało mi się ustalić, czy to ta sama czy inna) z plakatem na piersi, tym razem plakat oddawał cześć noworodkom pomordowanym w ciągu 72 godzin od zapłodnienia i nawoływał do modlitwy.
Tak wyglądała Manifa 2011.

*

Kiedy straszą mnie cywilizacją śmierci wizualizuję sobie mroczne szwadrony wyposażone w morbital, pavulon i obcęgi do miażdżenia główek abortowanych płodów. Mają kasę, wciagają kokę na zapleczach swoich korpoapartamentów, jeżdżą autami tak luksusowymi, że kupując sam błotnik skończyłabym spłacać kredyt tuż przed emeryturą.
Finansują feminazizm, pedałów i lesby oraz imprezy integracyjne w firmach popierających związki pozamałżeńskie z delegacyjnymi obmacywankami.
Tak postępuje rozkład i rozpad, tkankę rodziny zaczyna toczyć robak, a potem idzie już lawinowo- upadają autorytety, ginie cywilizacja życia. Kończymy na kozetkach szukając szczęścia, którego nigdy nie znajdziemy w świecie bez wartości.

*

Hasła tegorocznej manify to "dość wyzysku, wymawiamy służbę!" i tradycyjne "chcemy zdrowia, nie zdrowasiek". Malowane markerami na chałupniczo sporządzanych transparentach, klejone taśmą przezroczystą.
Chutnik i Fundacja MaMa jadą na pace obskurnej platformy, głośniki dudnią metr od samochodu i są praktycznie niesłyszalne pięć metrów dalej. Mocujemy swój banner jakimś cholernym sznurkiem konopnym, który wciąż się plącze. Widzę dwie tęczowe flagi, jak zawsze jest Ewa Dąbrowska Szulc z ProFeminy (pokażą Ją potem z transparentem "żądamy prawa do aborcji" i komentarzem, że w tym roku na Manifie pojawiły się także skrajne hasła). Ogólną liczbę degeneratów pragnących śmierci, zniszczenia i zbezczeszczenia świętych ksiąg szacuję na 2-3 tysiące.
Kłaniam się znajomemu posłowi pytając, jak tam idą prace?
-dobrze,- odkłania się,- nic się nie dzieje, nie będzie ustawy.
Ogarnia mnie radość. Wspaniale, zatem aż do października nic nie spieprzą.

*

A więc doszłam do etapu, na którym im mniej robią tym większą wdzięczność czuję.

*

Dalej to już tylko emigracja.

*

W piątek w stołecznym liceum imienia Kopernika red. Wildstein prezentował film o eugenice w reżyserii Brauna, najnowsze dzieło ze stajni Roberta Kaczmarka, producenta Solidarnych 2010.
W dyskusji wzięli udział Joanna Potocka, Bronisław Wildstein oraz dr. Michał Łuczewski, socjolog wsi. Wśród zaproszonych nie było wprawdzie Joanny Najfeld, ale wzięła potem udział w panelu dyskusyjnym.
Film- na wypadek, gdyby ktoś nie widział, a mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga w wolnym czasie zajmują się rzeczami bardziej konstruktywnymi- przez trzy czwarte czasu trwania relacjonuje historię amerykańskiej eugeniki, a w ostatnich minutach wyprowadza z eugeniki zapłodnienie in vitro, w czym pomocne są wypowiedzi prof. Szamatowicza, odpowiednio przycięte rzecz jasna.
Ponadto w kraju działa prężnie sieć Kuźni Wiary, doktor Barczentewicz wykłada jak Polska długa i szeroka, profesor Chazan chałturzy podczas siedleckiego sympozjum "in vitro i co dalej?" (sympozjum za pieniądze podatników, wśród gości biskup siedlecki i naprotechnolodzy, przykładowy temat wykładu: "in vitro a ryzyko medyczne i genetyczne").
Wygląda więc na to, że publiczne życie Niezależnych Mustangów nie grozi śmiercią głodową ani męczeństwem przez zapomnienie.

Tymczasem stołeczna manifa lemingów sponsorowana przez tego gościa z koką, pierdyliardem dolarów i szczepionkami powodującymi autyzm, jedzie na dwóch platformach, nie stać jej na porządne głośniki i finansuje się z datków zbieranych po feministycznych imprezach.
Ale ma przy tym dużo entuzjazmu.
Już dwunasty rok!
W tym czasie ustawy antyaborcyjnej nie zliberalizowano, nie wprowadzono edukacji seksualnej, sterylizacja i wasektomia są nielegalne, za leczenie metodą in vitro się płaci, za leki gonadotropinowe się płaci, we wszystkich niemal szkołach jest religia. Wisi nad nami widmo likwidacji wielu domów dziecka i sprywatyzowania adopcji, umowy śmieciowe za to mają się doskonale, niższe płace kobiet i brak żłobków również.
Konkordat stał się pustym słowem, czego spór o krzyż na Krakowskim Przedmieściu był wymownym dowodem.
Transparenty z żądaniami wznowienia rozmów o dopuszczalności przerywania ciąży widuje się już tylko na Manifach, w sferze polityki sejmowej ta sprawa została zakończona i zabetonowana jak reaktor w Czernobylu.

Sukcesem NGOSów jest za to pisanie niezłych projektów celem otrzymania grantu bądź dotacji z unii Europejskiej.
Utrzymuje nas to w miłym poczuciu, że coś jednak robimy i że ma to sens. Wydajemy kolorowe gazetki, piszemy wspierające maile i przekopujemy milimetry kwadratowe obywatelskiej ziemi, podczas gdy prawicowe buldożery prą przez ugór, a za nimi stu oraczy, a za nimi niewiasty z siejbą, a nad nimi jasne słonko ogrzewające ideologiczne kiełki, z których potem wyrastają baobaby.
Natomiast akademicka lewica sączy kawę w Nowym Wspaniałym Świecie wśród tych samych inteligentnych twarzy, w tym samym legislacyjnym cemencie, uwikłana między dwie prawicowe partie i uśmiechniętego Napieralskiego, który opowiada ludziom o lewicowej wrażliwości /gdzie wiadro?/

*

Żeby dać promyczek nadziei powiem, że jest kwant szansy, że to jednak Tamci żyją w świecie alternatywnym. Niestety drugą możliwością jest wariant odwrotny.
Za moją wersją przemawia:
- dookoła Facebooki, blipy, blogi i inicjatywy obywatelskie, a w okrągłym budynku na Wiejskiej posłanka Wargocka, PiS, zgłasza jedną uwagę formalną podczas prac podkomisji ds. zdrowia. Mianowicie chciałaby zmienić tytuł roboczy ustawy bioetycznej, gdyż kojarzy jej się z "żywieniem człowieka" (?);

- sytuacja reprodukcyjna wygląda jak wyżej opisałam, kobiety są zatrudniane na podstawie umów czasowych, rozwarstwia się społeczeństwo, w wypadku dziewięcioosobowego samochodu ginie osiemnastu pasażerów jadących do sezonowej pracy za grosze, tymczasem najistotniejszą kwestią ostatnich dni jest to, co napisał, a czego nie napisał Gross i jak to robi naszej narodowej godności;
- istnieje więc szansa, że część ludzi nie bierze udziału w życiu wyborczym głównie dlatego, bo staje się ono oderwanym od rzeczywistości projektem zawieszonym gdzieś między daniem dnia w stołówce sejmowej a spindoktorskimi zajęciami z autoprezentacji.

Druga wersja mówi, że:
- nie tylko my mamy Internety;
- nie tylko my mamy idee;
- takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie, a to nie my kształcimy katechetów, etyków i prelegentów jeżdżących na gościnne wykłady do krajowych szkół;

*

Gdyby ktoś mi powiedział wcześniej, że życie leminga  będzie tak żałośnie nędzne to chyba bym nie uwierzyła. Hej, przecież stoi za nami cywilizacja śmierci! Potężne siły, laboratoria NASA i smoleńska brzoza.
A na koniec tytułowy kawałek:

http://www.youtube.com/watch?v=0XdVf6_8LMc

piątek, 22 października 2010

z pola bitwy

mogłabym napisać jakiś nielicho cięty komentarzyk dotyczący niepijących alkoholików, eks aborcjonistów z potężnym epizodem ekspiacyjnym i atrofią wiedzy akademickiej (kto nie praktykuje ten nie jedzie), ale, doprawdy, no po cóż? Po cóż utwierdzać posła Bolesława Piechę w tym, że ktoś go czyta, ogląda i - o zgrozo- zna jego biogram?
Weźmyż dla odmiany posłankę Wargocką- to również arcyciekawa postać. Ta z kolei ma upodobanie w dopomaganiu sprawom beznadziejnym.
Otóż był sobie raz Jacek K., który postanowił zrobić coś konstruktywnego dla świata i- nie, nie włączył się w akcję "Sprzątanie Ziemi" ani nawet nie zaczął przeprowadzać staruszek przez ulicę.
Jacek K. miał ambicje zakrojone z wielkim rozmachem.
Ten hobbysta-anatom umieścił zdjęcia rozczłonkowanych płodów ludzkich celem obrazowego wytłumaczenia dzieciom z rzeszowskich szkół publicznych, dlaczego aborcja jest wyborem moralnie złym. Ponieważ zostały jeszcze wolne miejsca na transparentach, to rzutem na taśmę Jacek umieścił też tam hasła o in vitro.
Gdyż w świecie Jacka in vitro równa się aborcja. W świecie Jacka w ogóle wiele rzeczy równa się aborcja, chłopak ma jakieś dziwne zainteresowania najwidoczniej i może ktoś powinien się tym troskliwie zająć? Nie mają tam siłowni w Rzeszowie? Czy choćby DKFów i pracowni modelarskich?



w tym miejscu dokonamy jednak swawolnego coitus interruptus i poinformujemy Szanowną Publisię, iż zabieg aborcji polega zasadniczo na usunięciu zarodka/płodu z jamy macicy ergo usunięciu stamtąd życia, natomiast zabieg in vitro polega na podaniu zarodka do jamy macicy ergo umieszczeniu tam życia.
Zabieg aborcji i in vitro łączy zatem jedno: do wykonania obu konieczne jest posiadanie macicy.
Gdyby Jacek był pilniejszym uczniem to pewnie zauważyłby różnicę między dodawaniem (zawartości do macicy) a odejmowaniem (zawartości od macicy).
Niestety każdy orze jak może i MEN nie jest wyjątkiem, niemniej Drodzy Nauczyciele! Niech cięcia budżetowe nie powstrzymają Was przed upewnieniem się, że Wasi wychowankowie właściwie przyswoili wiadomości elementarne.

Wracamy do Jacka i jego pasji artystycznej wyrażającej się w obróbce fotograficznej abortowanych szczątków.
Tenże Jacek został był w tak zwanym międzyczasie autorem ustawy Stowarzyszenia Contra In Vitro (przy okazji: zauważyliście, że jeśli coś ma być naprawdę i jednoznacznie Katolicko Koszerne, niezbędne jest opromienienie tegoż łaciną? Polonia Christiana, Contra In Vitro, Opus Dei. Nie, bez łaciny nie razbieriosz, oczywista moralna słuszność nie brzmi wtedy tak jędrnie).
Projekt tejże ustawy przewidywał karę pozbawienia wolności do lat 5 dla lekarza, ktory wykonuje procedurę in vitro.
Rodzice zostali- ach, dzięki ci, o panie, skladamy dzięki!- oszczędzeni i Wspaniałomyślny Jacek postanowił jednak nie wysyłać ich do pierdla za to, że chcieli być rodzicami.

Co zaskakujące, realistyczny i nowoczesny projekt Jacka został odrzucony przez komisję sejmową dwukrotnie.
Temu wstrząsającemu wydarzeniu towarzyszyły rzecz jasna lanie łez i poruszające skargi na dyskryminację katolików. Portal Frąda kolejny raz udowodnił niezbity fakt bycia mniejszością uciśnioną i szykanowaną, choć pod projektem zebrano- uwaga uwaga!- aż dziesięć tysięcy podpisów!
Drogie Dziewczęta i  Chłopcy, Drogi Jacku, odwagi! Pod petycją w sprawie utrzymania dostępu do aborcji zebrano ponad milion podpisów i też poszła do kosza, tak że wiemy, co czujecie.

Jednak Jacek się nie poddał i spróbował przechytrzyć sejmowych sprytków podając swój projekt Senatowi, gdzie miał go otoczyć czułą opieką Kazimierz Jaworski, PiS.
Ostatecznie jednak projekt przygarnęła - wspierana jakże subtelnymi sygnałami emitowanymi przez polski Episkopat- posłanka Teresa Wargocka, również PiS, która dzielnie o niego walczyła wołając dziś z mównicy sejmowej:
"czy naprawdę problem bezpłodności jest tak powszechny? Jesli tak to zróbmy z nim coś, zróbmy!"

W tym miejscu Szanowna Wycieczka zwróci uwagę na dwa pytania retoryczne:
Pierwsze: czy oni, w sensie ci zapaleni prawicowcy, naprawdę muszą wciąż mylić bezpłodność z niepłodnością? Na rany św. Szczepana, robi się to szalenie nużące.
Drugie: nie jestem pewna, czy chcialabym brac udział w pracach zespołowych Teresy Wargockiej, nawet jeśli o to tak ładnie i płomiennie prosi.
I trzecia kwestia niebędąca wszakże pytaniem: rzutka Teresa proponuje więc środki zaradcze w postaci naprotechnologii, której poświęcę kiedyś osobną notkę, i adopcji.

Ale wróćmyż do kwestii postawionej na początku: Teresa Wargocka, patronka spraw beznadziejnych.
Widzę to tak: być może gdyby mały Jacuś K. w odpowiednim czasie zajął się numizmatyką, dziś mielibyśmy o jednego kolekcjonera więcej i o jednego oszołoma w życiu publicznym mniej.
A Teresa Wargocka mogłaby pomagać na przykład Polskiej Akcji Humanitarnej, również stawiającej sobie za cel troskę o dzieci, które jednak- w odróżnieniu do zarodków- są nie tylko wielokomórkowe, ale nawet urodzone i realnie cierpiące.
Niestety.
Żyjemy w  kraju, w którym Jacek Kotula wyprowadza na ulice dzieci z publicznych szkół podstawowych, Teresa Wargocka za moje pieniądze zajmuje się pierdoletami, Bolesław Piecha cierpi na trudności decyzyjne- raz skrobie, raz widzi człowieka w pustym jaju płodowym-, a kto na tym cierpi?
Numizmatycy oczywiście, których piękna profesja pokrywa się patyną i traci popularność.