sobota, 21 lipca 2012

shadowboxing i okładka w Newsweeku- czyli pogadajmy o deontologii i paru innych trudnych słowach

Tak rozmawiamy sobie od paru lat o bioetyce w dziedzinie rozrodu wspomaganego (ART), a azymut wciąż wypada gdzieś między "mrożą ludzi!11!one!" a Nigdzie. Zdiagnozujmy więc przyczynę. Tytułem wprowadzenia w temat cytat:

"By this we can remain "religious" while creating a balance between "faith" and "reason"

wygłosił go dr Mohammed Rasekh i od razu zdradzam suspens, bo generalnie było o szyitach, sunnitach i o tym, którą nóżką bardziej akceptują ART oraz o fundamentalizmie religijnym ("religious") i jak sobie z nim poradzić w medycynie. Ale to, co mnie zaskoczyło naprawdę, to aplauz po wykładzie dra Rasekha.
A także to, że pewna brytyjska lekarka przyodziana w gustowną chustę skonkludowała, iż chłodna logika dra Rasekha pokazuje właściwy kierunek debaty nad biotechnologią w krajach muzułmańskich. That's the point! Szukać w medycynie uzgodnienia między nauką i wiarą, bo osoba prawdziwie religijna może i powinna być racjonalna, gdyż nauka podaje łapkę religii, to oczywiste. A wtedy w Iranie będzie się rodziło więcej dzieci z in vitro.

Siedziałam i powiedziałam w myślach "o kurwa".
Nikt mnie nie zrozumiał, bo biotechnologia jeszcze nie wymyśliła sposobu skanowania mózgu z opcją google translatora.

Więc.

W zasadzie notka jest o homoseksualnych rodzicach, ale ta grupa stanowi jedynie przykład w prezentacji zjawiska jałowego sporu. Początkowo miała być o dzieciach z ART, ponieważ uznałam, że transpozycja zagadnienia rodzin homo na dzieci ART będzie łatwiej przyswajalna w Polsce, ale #a tymczasem! pojawił się Newsweek, którego okładka od razu wzbudziła zamieszanie:



a niektórych zainspirowała do deklaracji, że woleliby zginąć w Holokauście niż być wychowywani przez lesbijki (Fronda do dziś nie ustaliła, czy powiedział to T.P. Terlikowski czy Haker Kościuszko, umówmy się jednak, że tekst generalnie jest kompatybilny z wizją humanizmu dra TPT). Dlatego spróbuję odpowiedzieć, dlaczego dr Rasekh nie ma racji i dlaczego w ogóle wielu ludzi nie ma racji. I dlaczego polska debata publiczna o etyce w kontekście rodzicielstwa jednopłciowego, in vitro, aborcji, edukacji seksualnej itd. jest głównie bez sensu - pytanie, które dręczy wielu z nas w bezsenne noce. Albo przynajmniej mnie samą. 


Hasło naczelne: "dobro przyszłych dzieci jest nadrzędne dla wszelkich rozstrzygnięć etycznych będących potem podstawą opracowywania prawa".

Z tym się raczej wszyscy zgadzamy, w końcu od lat się nas w tym szkoli. Fronda o tym mówi, Gość Niedzielny o tym mówi, Wyborcza o tym mówi- wszyscy o tym mówią i duży kwantyfikator się tu broni.
Adwokat Diabła: czy moglibyśmy sprecyzować termin "dobro przyszłych dzieci"?
Etycy gazetki parafialnej: (milczą wzgardliwie. Czyż definicja dobra przyszłych dzieci nie jest o c z y w i s t a?)

No dobrze, to teraz background i z góry przepraszam za rażące uproszczenia, ale jakby są totalnie konieczne:
Teoria intencji mówi nam: działanie jest dobre, jeśli jest zgodne z zasadami moralnymi akceptowanymi przez ogół i wynika z dobrych pobudek.
Zasady są dystrybuowane przez Dowód lub Boga. Ich wdrożenie powinno doprowadzić nas do zrealizowania praw człowieka. W każdym razie wszyscy w to wierzymy. Teorie deontologiczne niekoniecznie muszą być konserwatywne.
Teoria konsekwencjalistyczna mówi nam: działanie jest dobre, jeśli maksymalizuje korzyści tego działania w stosunku do działań alternatywnych. A więc dobro działania oceniamy po jego konsekwencjach.
(powyższy uproszczony podział przeprowadzam za prof. etyki Guido Penningsem, rozbudowanie można znaleźć w tekście "The welfare of the child: scrutinizing evaluation criteria", niestety jest dostępny tylko dla osób mających swoje konto na stronie, przykro mi. Względnie możecie po prostu zaufać mojej skrupulatności sprawozdawczej. Uwagi do Penningsa jakby co. Inne teksty autora na ten temat: 1 i 2)

zagadka: do którego porządku należy argument "Dobro Przyszłego Dziecka jest nadrzędnym odwołaniem w etycznej analizie rodzicielstwa par homoseksualnych"?

Z  teoriami deontologicznymi jest pewien problem. Odnoszą się one do porządków, których logika wynika bezpośrednio z pierwotnego uznania jakiejś Zasady. Problem pojawia się zatem wtedy, kiedy różnimy się co do przyjętych Zasad będących źródłami naszych przekonań i światopoglądu. I tak oto katolik mówi "bycie pedziem jest o-hyd-ne! Mój Bóg tego nie lubi!", a pastafarianin mu odpowiada "a mój Bóg to kocha! Więcej gejów w społeczeństwie, yeah!". Albo ja mówię "lubię szczepionki, chronią zdrowie społeczeństwa", a Stowarzyszenie STOP NOP mówi "sama się szczep, debilko, i ochroń przy okazji nasze dzieci narażając swoje własne".
Dlatego społeczeństwo pluralistyczne (włączając w to dra Rasekha) wymyśliło sprytne rozwiązanie: tłumaczmy argumenty deontologiczne na racjonalne, i wtedy się dogadamy, bo wygra zasada  lepiej udokumentowana, po której stronie będą fakty, dowody i badania. Zasada gorzej udokumentowana będzie musiała podać tyły. Sprawiedliwa debata. Same fakty. Wyciąganie racjonalnych wniosków w służbie ludziom. Brzmi logicznie, no nie? Szynnici i sunnici się dogadają! Katolik porozumie się z Żydem! Git.
Tylko że to nie działa.

Trzy pytania retoryczne do wszystkich Polyann wierzących w porozumienie nauki i przekonań:
1. dlaczego ruchy antyszczepionkowe mają się świetnie, choć na gruncie racjonalnym są w bezapelacyjny sposób miażdżone?
2. dlaczego red. Terlikowskiemu ogólnopolski dziennik wydrukował ten tekst, choć- ufam- przeciętny czytelnik tego bloga jest w stanie punkt po punkcie wytknąć rażące błędy merytoryczne, duże kwantyfikatory i na deser dobić red. Terlikowskiego odwróceniem argumentu z eugeniką?
3. dlaczego wszystkie flejmy o in vitro zaczynają się od mordowania zarodków, przechodzą fazę tłuczenia PubMedu i podręczników akademickich, po czym na końcu okazuje się, że chodzi o to, że Bóg nie lubi seksu poza aktem małżeńskim?

Otóż dlatego, że starcie logika versus przekonania nie może mieć rozstrzygnięcia pozytywnego dla każdego, kto chce ocalić przekonania. I starcie nauka versus wiara też nie- sorry bardzo.
I dlatego też dr Rasekh budzi moje głębokie współczucie, ponieważ nie wydaje się być świadom, że przegrał zanim w ogóle podjął walkę.
Z rodzinami homoseksualnymi podstawowa trudność nie polega na tym, że zachodzą uzasadnione podejrzenia, iż mogłyby być niewydolne wychowawczo, społecznie i emocjonalnie, a więc: zagrozić dobru przyszłego dziecka, a więc: racjonalnie i etycznie jest na poziomie krajowego prawa zakazać homoseksualistom rozrodu oraz adopcji. Bo dziecko jest najważniejsze. I musimy je chronić. Sprawdźmy więc, na czym podstawowa trudność polega

Oto trzy najpopularniejsze, uchodzące za racjonalne argumenty przeciwko tworzeniu rodzin osób homoseksualnych, które chcą wspólnie mieć/wychowywać dziecko:
1. ryzyko bycia homoseksualnym. Jeśli dziecko będzie mieć dwóch tatusiów to jego orientacja seksualna ulegnie zaburzeniu.
2. dzieci będą prześladowane społecznie. Ten argument występuje też w odsłonie "generalnie jestem na tak, ale polskie społeczeństwo jeszcze do tego nie dorosło". Bardzo ładne odbicie tego stanowiska mieliśmy w dyskusji na blogdebart pod tą notką
3. Dziecko potrzebuje matki i ojca, gdyż jest mu to niezbędne do prawidłowego rozwoju psychospołecznego.

Ad.1. na ogół osoby odpowiadające na ten zarzut powołują się na rozmaite badania prowadzone od Anchorage po Papuę Nową Gwineę udowadniające, iż wychowanie przez dwóch ojców, dwie matki, samotną matkę, samotnego ojca, rodziców obojga płci,  nie wpływa w sposób statystycznie znaczący na późniejszą identyfikację seksualną dziecka.
W walce na badania łatwo traci się z oczu fakt, że sam argument wychodzi z założenia, iż homoseksualizm jest dewiacją, przed którą należy dziecko ochronić.
Bo o cóż troskasz się, szlachetny przechodniu, jeśli nie o to, że dwóch tatusiów mogłoby wychować syna geja? No i jeśli nawet? Cóż wtedy? Brzydki wirus się rozniesie?
Dokładnie o to chodzi, właśnie to przekonanie ukrywa się za tym argumentem. Czemu więc tak wiele myślących osób koncentruje się na merytorycznym uwalaniu tego zarzutu nie widząc, iż dają się wplątywać w homofobiczny dyskurs i utrwalają tym samym homofobiczny paradygmat?

ad. 2. Dziecko może cierpieć prześladowania społeczne również z powodu posiadania otyłego ojca, pijącej matki, bezrobotnych rodziców, bycia córką Świadków Jehowy, bycia synem zwolennika UPR oraz doświadczania dowolnego odstępstwa od tego, co jego kultura lokalna uważa za normę. To nie jest ani nowy argument, ani specjalnie błyskotliwy. Mimo to oświadczenie, iż należałoby wstrzymać prokreację osób powyżej BMI 30 wywołałoby, jak przypuszczam, powszechne zdziwienie i posądzenie o kiepski żart. Homoseksualistów jednak to nie dotyczy. Dlaczego?

ad.3. To nie w płci i liczbie rodziców tkwi sedno, a w ich kompetencjach i  jakości rodzicielstwa. Jaką wartość przedstawiają dla dziecka rodzice niezdolni do zajęcia się nim? Żadną. Jaką wartość dla dziecka przedstawiają rodzice zdolni do zajęcia się nim? Wysoką.

Widzimy więc, że żaden z zarzutów nie wytrzymuje racjonalnej krytyki, ale mimo to nie posuwa nas to ani o krok dalej w konstruktywnej rozmowie o  rozstrzygnięciach prawnych. Może więc spróbujmy zewaluować kryteria "Dobra Dziecka" i na tej podstawie rozwalić w następnym ruchu bezczelne lesby i pedziów żądających praw adopcyjnych i rozrodczych? Proszę bardzo:

  • kryterium pierwsze: maksymalny dobrostan dziecka. Do adopcji i prokreacji wspomaganej dostęp powinni mieć jedynie ci ludzie, którzy spełniają warunki idealne. Posiadają wysoki status społeczny, edukacyjny, ekonomiczny, zawodowy, są stabilni emocjonalnie, zdrowi, heteroseksualni, odprowadzają podatki, nie zdradzają się, płacą za odbiorniki radiowo telewizyjne i każdy by chciał ich mieć za sąsiadów.
podstawowy problem: niemal nikt nie zostałby rodzicem ponieważ to kryterium jest niemal nieprzepuszczalne.

  • kryterium drugie: minimalny dobrostan. Adopcja i prokreacja wspomagana powinna być wykluczona jedynie wówczas, jeśli życie przyszłego dziecka nie jest warte otrzymania życia (standard "życie gorsze niż śmierć").
podstawowy problem: niemal każdy mógłby być wówczas rodzicem, ponieważ to kryterium jest praktycznym zaniechaniem ograniczeń.

  • kryterium trzecie: rozsądny dobrostan. Adopcja i prokreacja wspomagana powinny być dostępne jedynie wówczas, jeśli istnieje rozsądna szansa, iż przyszłe dziecko będzie mieć rozsądną jakość życia (brak prawdopodobieństwa poważnej krzywdy).
Kryterium trzecie jest dość niezłe i pokrywa się ze społecznym osądem prokreacji ludzi płodnych, gdzie również uznajemy za rozsądne powoływanie dziecka na świat, kiedy ma ono szansę na godne życie, a za nierozsądne- kiedy takich szans nie ma (naprawdę mi przykro, ale w sprawie Wioletty Szwak miałam inny pogląd niż tabloidy).

Teraz- wciąż tłukąc Rasekha, choć może tego nie widać, ale to wyjdzie za chwilę- popatrzmy przez moment na badania społeczno psychologiczne rodzin homoseksualnych, aby zbadać, czy w ich przypadku kryterium rozsądnego dobrostanu dziecka zostanie zachowane (012345678)
Uznajemy za oczywiste, iż grupą kontrolną w takich badaniach jest rodzina heteroseksualna. Jest to tak oczywiste, że nawet nie widzimy, jak bardzo jest nieoczywiste i w gruncie rzeczy homofobiczne traktując heteroseksualizm jako pożądaną normę stanowiącą punkt odniesienia dla "dobra rodziny i dobra dziecka".
Skutkuje zaś tym, że większość badań skupia się na "braku różnic" unikając podniesienia tematu "różnic pozytywnych", które - niestety dla Gościa Niedzielnego - istnieją.
Ale gdybyśmy zachowali się niedefensywnie i zwerbalizowali to, co w większości tych badaniach wychodzi (a wychodzi w nich na przykład wyższa jakość więzi między dziećmi i rodzicami w rodzinach lesbijskich), doszlibyśmy do bardzo niepokojącego wniosku. Niepokojącego w świetle postulatu: wybierzmy fakty, a wtedy będziemy wiedzieli, co jest rozsądnym dobrostanem dziecka, bo nierozsądny się nie obroni. Spójrzmy na przykładowe zestawienie przyjmując jednostkę QALY jako jednostkę jakości rodziny mierzonej jakością więzi:

Rodzina typu heteroseksualnego: 10 QALY
Rodzina typu homoseksualnego: 15 QALY

Wyniki badań nad samooceną i psychologicznym dobrostanem dzieci w rodzinach lesbijskich i heteroseksualnych faworyzują tę pierwszą grupę.
(Prawdopodobnie zbliżone wyniki uzyskalibyśmy porównując np. ryzyko porzucenia dziecka w rodzinach utworzonych w drodze poczęcia naturalnego z rodzinami utworzonymi w wyniku metod ART. Wszak rodziny starające się o dziecko i inwestujące w poczęcie świadomość, czas, zdrowie, pieniądze i determinację nie czynią tego po to, aby następnie oddać dziecko do adopcji)

no i co, szczwane liski? Podążając tropem tych zimnych faktów, które tak dobrze brzmią w ustach dr Rasekha, Terlikowskiego i paru innych, dochodzimy do zaskakującej  konkluzji: jeśli przyjętą społecznie miarą dobra dziecka ma być jakość jego życia i od jej poziomu uzależniamy etyczne przyzwolenie na prokreację i adopcję dla konkretnych grup społecznych, to rodziny heteroseksualne wypadają nam z gry. Cześć i czołem.
Jeśli ktoś nie akceptuje tej konkluzji powinien teraz wykazać, dlaczego odwrócenie sytuacji (dziecko w rodzinie lesbijskiej ma się np. pod względem społecznej akceptacji gorzej niż w heteroseksualnej) będzie ważnym argumentem, skoro w dyskusji nad prawami par heteroseksualnych ta logika jednak nie działa?
No i pozamiatane.

Na pustym placu bitwy pozostaje nam jednak jeden mały problemik.
Gdzie się podziała potężna sylwetka "dowodów, faktów i merytoryki" Wielkiego Konserwatysty? Czy to nie on przed chwilą grzmiał "dajcie mi dowody, to zmienię zdanie. Mój sprzeciw jest racjonalny i naukowo udowodniony!  Ha, ale cóż widzę- dowodów nie ma! Wszyscy amerykańscy naukowcy mówią, że pedalstwo to dewiacja, a dzieci w takich rodzinach są nieszczęśliwe. I to są fakty. Wy, liberałowie, myślicie życzeniowo, bo wiecie, że przegracie z dowodzeniem merytorycznym".
No więc daliśmy dowody i oczekujemy, że Konserwatysta zgodnie z zapowiedzią zmieni zdanie.
A mimo to pewność siebie Konserwatysty ma się bardzo, ale to bardzo dobrze.
Bo Wielkiemu Konserwatyście wcale nie chodziło o dowody i fakty. Być może przez chwilę popróbuje się jeszcze bronić wyświechtanym "wasze badania są sponsorowane przez środowisko LGBTQ!", ale w zasadzie ta linia obrony jest mu zupełnie niepotrzebna.
Bo za pazuchą skrywa argument ostateczny. Brzmi on "możecie sobie w dupę wsadzić wasze dowody, mój Bóg i tak mówi, że homoseksualistom nie wolno tworzyć rodzin, a ja mam obowiązek być wierny swoim przekonaniom, bo inaczej nie zostanę zbawiony/ nie wyrwę się z koła wcieleń/ nie otrzymam porcji spaghetti wystarczającej na całą wieczność".

Ta argumentacja jest wszechpotężna jak długo utrzymujemy paradygmat niedyskutowalności z Wielkimi Zasadami, w które wierzy tylko część z nas. Wtedy ta druga część może się spalać w dostarczaniu dowodów, faktów, skutków i argumentów merytorycznych, aby w finalnym starciu doświadczyć nieodwołalnej porażki.
Ponieważ w sporze między wiarą i nauką nigdy nie chodziło o dowody- chodzi o dyplomatyczny taniec, w którym racjonaliści muszą polec, gdyż nie stoi za nimi żadna nadprzyrodzona istota/ideologia, wiara w którą pozwoli im uciąć dyskusję słowami "jeśli zmuszasz mnie do zmiany moich poglądów wynikających z przekonań, toś jest bucem dyskryminującym ludzi z uwagi na ich światopogląd".
Kiedy myli się w swoim równaniu profesor matematyki, zdolny asystent zawsze może mu to wykazać wykreślając błędnie postawioną nablę.
Kiedy myli się w swoim dowodzeniu biskup ziemi opolskiej czy innej, oponent może się z tym jedynie pogodzić, ponieważ nawet największa bzdura zostanie uzasadniona odwołaniem się do racji pochodzenia nadprzyrodzonego lub mętnej ideologii (vide ruchy antyszczepionkowe). A jeśli oponent mimo to będzie chciał ją zdemaskować, zostanie obwołany chamem nieuznającym prawa do wolności przekonań i wynikających z nich postaw.

Nie ma więc znaczenia dla rozstrzygnięcia społecznej debaty, czego dowodzą i co wykazują badania. Nie ma także znaczenia, jaka jest metodologia tych badań i jakie są kryteria doboru grup.
Problemem pierwotnym jest ten, że wprowadzamy w polskim dyskursie równość statusów argumentów naukowych i argumentów światopoglądowych, ale jedynie w przypadku tych drugich godzimy się z tym, że ignorancja zostanie podniesiona do rangi cnoty, ponieważ "Niepojęte istnieje i należy okazać mu szacunek". Idąc tym tropem bardzo łatwo jest zejść na manowce dowodzenia, że należy dążyć do porozumienia nauki i wiary w obszarze stanowienia prawa, gdyż jedynie w tym porozumieniu spełni się dojrzałość społeczeństwa. Co jest fundamentalnym błędem.
Naturalnie sytuacja nie jest beznadziejna (to znaczy jest, ale postanowiłam kończyć notki odrobiną otuchy). Moglibyśmy na przykład oddzielić debatę światopoglądową od debaty naukowej, Państwo od Kościoła i przekonania od faktów ratując energię 38 milionów Polaków przed wplątywaniem się w jałowy shadowboxing.
Wymagałoby to wprawdzie poważnych czystek na paru uczelniach, nie mówiąc o okrągłym budynku na Wiejskiej i ogólnopolskich redakcjach medialnych, ale rzecz jest godna przemyślenia.
Wtedy za parę dekad polscy biskupi mieliby szansę dołączyć do arcybiskupa Andre Leonarda z Belgii, który w wywiadzie z Joanną Bątkiewicz Brożek oświadczył:
"Nie definiujmy Kościoła jako instytucji, która się sprzeciwia, walczy (...). Nie na barykady. Kościół nie może  niczego nikomu narzucać"

Rozwiązanie sporu religii i nauki jest proste: rezygnacja ze sporu.
W praktyce oznacza to rozdział magisterium Kościoła (i szerzej: ideologii) wobec nauki wszędzie tam, gdzie decydowany jest kształt prawa państwowego oraz przywileje/obowiązki obywateli. Brak tego rozdziału rzutuje na coś więcej niż obecność religii w szkołach- doświadczamy jego skutków we wszystkich strefach życia społecznego, ponieważ zgodziliśmy się na to, że naszą debatą powinna rządzić logika szacunku dla Wielkich Zasad. Część z nas zwyczajnie nie wierzy w te Zasady: nie wierzymy, że homoseksualizm jest zły, bo tak mówi książka napisana parę tysięcy lat temu albo że in vitro jest złe, bo dobro płynie jedynie z poczęcia waginalnego i potwierdził to papież.
To sprawiło więc, że żyjemy w kraju, który za swoje nieformalne motto postanowił przyjąć kompromisowe rozwodnienie "prawda leży pośrodku". Tę zasadę gorliwie realizują politycy i  dziennikarze, osobliwie pracownicy mediów centrowych i lewicujących, ponieważ im szczególnie- acz nie wiem po co- zależy na wykazaniu, iż są w pełni obiektywni, a więc uwzględniają wszystkie racje bez względu na to, jak bardzo część z nich jest głupia, nieracjonalna lub sprzeczna z dowodami. To zaś oznacza, że skoro jedna strona sporu mówi, iż Holokaust jest lepszy od bycia dzieckiem lesbijek, a bohaterki artykułu Newsweeka twierdzą, że się kochają i dbają o dzieci, dobro dziecka wypada gdzieś pomiędzy molestowaniem seksualnym a ciężkim uszkodzeniem ciała. I należy tę wypadkową poważnie rozważyć, aby oddać należyty szacunek stanowisku zarówno Wielkiego Konserwatysty, jak i stanowisku lesbijek.
Do innej definicji dojrzałości debaty póki co nie doszliśmy, więc prof. Pennings mógłby liczyć u nas co najwyżej na obrzucenie zgniłymi jajami.

















czwartek, 5 lipca 2012

krótka notka informacyjna

Dawno temu, tak dawno że najstarsi górale tego nie pamiętają, Platforma Obywatelska ogłosiła, iż poza projektem "invitrowym" Gowina, chowa w zanadrzu projekt alternatywny przygotowany przez posłankę Kidawę Błońską.
Projekt ten wywoływał wielkie poruszenie, pełne pasji oskarżenia i mowy obrończe, miał być liberalny lub nawet ultraliberalny, choć niektórzy twierdzili, że jest szalenie konserwatywny. Czasem podobno zawierał passusy o niszczeniu zarodków, a czasem brońboże ich nie zawierał. Dopuszczał zapłodnienie ivf u kobiet samotnych lub wręcz przeciwnie- precz siło nieczysta.  
Znałam nawet ludzi, którzy znali ludzi, którzy twierdzili, że widzieli ten projekt.

I oto dziś, po latach zapowiadania projektu, który w tzw. międzyczasie zyskał już nazwę projektu-widma, projekt pojawił się na stronie posłanki Kidawy Błońskiej, voila:


Od dziś Fronda może nie tylko pisać, że nie lubi Kidawy Błońskiej, lewackiego wykształciucha,  ale nawet to uzasadnić. Choć w zasadzie brak dowodów nigdy Frondy nie ograniczał, więc.
Tak czy inaczej jest to zupełnie niezły projekt, serio serio.
Trzymam za niego kciuki.

czwartek, 28 czerwca 2012

z najlepszymi życzeniami dla Piechy i Dziedziczaka



Zaczęło się od tego, że pewien przyzwoity człowiek postanowił zrobić dla ludzkości coś naprawdę dobrego. Ale nie, że odkryć szczepionkę przeciwko boreliozie czy coś równie trywialnego. Przyzwoity człowiek chciał ocalić ludzkość, a przynajmniej jej znaczącą część, i żeby to było z przytupem, i ładne, i bez wątpliwości, i żeby były tam pyzate niemowlęta, bo one są najlepsze, jak sam Cthulhu potwierdza.
Tak wyglądała geneza zakazu aborcji, a jeśli znacie inną wersję tej historii to kłamiecie.
I wprowadził przyzwoity człowiek zakaz aborcji. I on istniał, ten zakaz.
I spytał Bóg: człowieku, czy płody Twojego gatunku przestały ginąć odkąd wprowadziłeś zakaz?

I tu właśnie opowieść się rozsypuje.

Wiele lat po tym, jak pierwszy przyzwoity człowiek stanął w obronie płodów z nóżkami, rączkami i tym wszystkim ślicznym, pojawił się drugi przyzwoity człowiek o imieniu Bolesław:




Bolesław znał dobrze problematykę nóżek i rączek, ponieważ wiele ich w swoim życiu wyskrobał, zapijając ból egzystencjalny wódką, o czym sam doniósł mediom, więc nie uchylam tajemnic spiżarni.
Ale potem Bolesław stał się przyzwoity i postanowił zrobić dla ludzkości coś naprawdę dobrego.
Ale nie, że odkryć szczepionkę...- a nie, o tym już była mowa.
Bolesław postanowił wprowadzić zakaz wykonywania procedury in vitro, a lekarzy stosujących leczenie tą metodą wsadzić do więzień. Nie byłoby im tam smutno, ponieważ w celach siedzieliby już rodzice dzieci urodzonych tą metodą, których Bolesław także chciałby zobaczyć w pierdlu.
Potem członkowie rodziny przynosiliby im na widzenia salceson i mogłaby się narodzić nowa legenda polskiej opozycji, a ja za 30 lat mogłabym wieszać na ścianie poroża jeleni upolowanych wspólnie z prezydentem RP, którego znałabym z czasów wspólnej odsiadki.

Istnieją trzy dobre powody, aby cieszyć się z inicjatywy Bolesława. Oto one:

1. powiedzmy, że stanę się na chwilę rzecznikiem Boga i zawołam: Bolesławie, Bolesławie, ile ludzkich zarodków skazanych na śmierć ocaliłeś swoją ustawą?
Powiedzmy, że stanę się na chwilę rzecznikiem Bolesława i odpowiem: ani jednego, panie Boże, ani jednego.
A czemuż to? Zapyta Bóg ustami swojego rzecznika.
A temuż to, odpowie rzecznik Bolesława (bo rzecznik jest filutem i Bolesław go wkrótce po tej rozmowie zwolni), iż tak to panie Boże urządziłeś łącząc łańcuchy aminokwasów, aby z prazupy mógł się wyłonić Bolesław i inni mu podobni, że 70% zapłodnień kończy się śmiercią zarodków, których pochówek odbywa się w szumiących trumnach kanalizacji, dokąd spływają wraz z krwią swoich matek. Czemu każesz pójść do nieba 3/4 populacji?
No dobrze, powie rzecznik Boga, ale ty mówisz o zapłodnieniu naturalnym, a ja się pytam o in vitro. Czy nie ocaliłeś, Bolesławie, ani jednego z tych zarodków powstających pozaustrojowo?
Ach panie Boże, rozpromieni się rzecznik, jeśli mówimy o TYCH zarodkach to ocaliłem je wszystkie. Wszak nigdy nie powstały (ok, może Bolesław jednak ocali mu etat).

Spójrzmy na to od jasnej strony. Codziennie ocalamy niepoliczalne rzesze Marsjan. Ocalamy ludzi przed śmiercią z powodu chorób, które nie istnieją.
Wysiłki Bolesława i jemu podobnych mogłyby przynieść słodkie owoce. Nie umrze żadne dziecko ludzi cierpiących na zaawansowaną niepłodność, ponieważ żadne dziecko nie otrzyma szansy narodzin.

2. istnieją ludzie jeszcze bardziej gorliwi w swoim pragnieniu bycia przyzwoitymi. To Jan Dziedziczak, autor drugiego projektu PiS dotyczącego regulacji in vitro:




Dziedziczakowi nie wystarczy zakaz zapłodnienia pozaustrojowego. Chciałby także zgromadzić wszystkie zamrożone zarodki w jednym miejscu, poświęcić, następnie rozmrozić i pochować.
Bóg: nie chciałbym być nieuprzejmy czy coś, ale nie sądzisz, Janie, że rozmrożenie zarodków to wydanie na nie wyroku śmierci?
Dziedziczak: hej, a nie chciałbyś sobie popalić krzaków na pustyni albo rzucić, no nie wiem, manny do Biedronki? Za pozwoleniem, Boże, ale niespecjalnie się znasz na subtelnościach doktrynalnych polskiego Kościoła, więc udaj się może na nauki do księdza Longchamps de Berier, a do tego czasu nie wtrącaj się w sprawy spoza twoich kompetencji.

Dziedziczak: 1, Bóg: 0

3. Ilekroć polscy mężowie stanu postanawiają powiedzieć coś mądrego i zrobić coś dobrego, tylekroć czuję wsobną radość i znów zaczynają cieszyć mnie pliszki żerujące na moim trawniku. I sarenki, które widzę z okna. Bo koniec jest bliski.
Choć uważam, że oba projekty są zbyt zachowawcze, chciałabym chłosty dla pacjentów. I żeby przeprowadzono mi kontrolę kuratora w chałupie, a potem zabrano niegodnie urodzone dzieci do pogotowia opiekuńczego. I jeszcze aby sam biskup przyjechał wyświęcić mój trawnik przed przekazaniem go porządnej, katolickiej rodzinie na mocy aktu wywłaszczenia. A to wszystko z bezpośrednią transmisją telewizyjną w głównych wydaniach dzienników.
Zakaz aborcji to za mało, aby Polacy ruszyli dupy. To już nie działa, te wszystkie tabelki pokazujące, że stała aborcji jest stała, te racjonalne argumenty mówiące o tym, iż okres poczucia omnipotencji jest owszem, naturalnym etapem rozwoju człowieka, ale człowieka dwuletniego, w formie szczątkowej do dziesiątego roku życia, a potem zaczyna się już bycie Bolesławem albo Janem.
Ale rozmrożenie zarodków? Zakaz in vitro będący wyjątkiem w prawie europejskim? Więzienna celka dla lekarza i piszącej te słowa?
Im gorzej tym lepiej.

Mamy w Polsce sporą grupę dziewcząt i chłopców, u których w fazie narcyzmu pierwotnego coś poszło nie tak i teraz wydaje im się, że powiedzą "koniec aborcji!" i nastanie koniec aborcji. A potem powiedzą "Biedroń, od jutra jesteś hetero!" i Biedroń obudzi się w łóżku z cycatą blondynką, którą zapragnie uczynić swą żoną. Czasem to wesołe towarzystwo postanawia się zająć statystyką i wychodzi mu, że skuteczność in vitro wynosi 5-7% (Fronda), a naprotechnologia osiąga 80% ciąż (również Fronda). To mimo wszystko nienajgorszy scenariusz, bo niekiedy nasz kwiat młodzieży zaczyna na serio myśleć, że zna się również na ekonomii, określaniu wartości węglowodoru w bombie próżniowej  i wyliczaniu polskości w krwi piłkarzy o obcobrzmiących nazwiskach. Tak zaawansowana arytmetyka powoduje ból głowy, na szczęście groupies Bolesława i Jana znają się na niej równie dobrze, jak oni sami, więc małe sekrety udaje się zatrzymać w rodzinie.
Najbardziej optymistycznie zaczyna się jednak robić wtedy, kiedy zabierają się do opracowywania strategii przejęcia politycznej władzy i wpadają w końcu na pomysł "zajmijmy się in vitro, ludzie za nami pójdą!!11!one!".

Bo serio. Jest dobrze. Naprawdę.
Źle by było, gdyby Bolesław lub Jan odkryli, że żyją w świecie złudzeń wczesnych faz rozwoju, więc rozsądniej byłoby wesprzeć Jarosława, którego projekt może mieć pewne szanse w Sejmie, a jest- choć w odmienny sposób- równie kastrujący metody ART, co ich pomysły.
Na szczęście nie wpadli na tę koncepcję.
Jak zwykle polska prawica rozpieprza się sama, w czym życzę jej dalszych sukcesów i samych pomyślnych wiatrów.

















środa, 25 kwietnia 2012

nie bijcie Rusinka!

Postanowiłam włączyć się w najżarliwszą debatę Internetu w ostatnim tygodniu, i nie, nie chodzi o wystawienie pomnika Kaczyńskiemu (Uważam Rze), ani okoliczności zgonu morderstwa małej Madzi. Ponieważ strasznie nudzi mnie ton akademicki (a poza tym inni posługują się nim ładniej, taka prawda) przejdę od razu do rzeczy, bo poprzednia notka była za długa itd.

"Witam
pani Aniu gdyby była możliwość przesłania tego pliku to bardzo poproszę.
pozdrawiam serdecznie
Małgorzata"

Pani Ania:
a) uczy Małgorzatę manier i nie odpowiada, czym oczywiście kręci bicz na plecy swoje, a nie gosine, bo transakcja/umowa/dzieło nie zostaną zrealizowane i to Ania za to beknie (rozważyć: czy zlekceważenie nadawcy, który nie ma pojęcia o przyczynie zlekceważenia, jest świadectwem zinteralizowanego przez adresata bontonu tak/nie);
b) myśli sobie tęsknie "a jak dziadulo siadywał na tym pięknie laubzegą rzeźbionym ganeczku, co to go nasz Jan ciosał, czytając "Ballady i Romanse" wnuczętom, a babka wydawała dyspozycje Maciejowej, aby ptifurki doniosła, ach łza się w oku kręci na dzisiejszą pospolitość i chamstwo".
W zasadzie zabrakło jeszcze paru złożeń zdania i przynajmniej jednego imiesłowu przysłówkowego uprzedniego dodanego dla wytworności, ale tuszę, że czytelnicy wybaczą, jestem po pierwszej kawie dopiero. Tu dodam wbrew deklaracji złożonej w tym miejscu, iż druga połowa pnia mojego drzewa wyrasta z takich oto nostalgicznych, post-szlacheckich żołędzi, więc, powiedzmy, mam podstawy do wzruszeń;
c) odpowiada. W tym także: odpowiada, ponieważ nie czuje, aby jej przestrzeń była zawłaszczana przez Małgorzatę.

Pierwszy wymiar praktyczny sporu między Warszawką a Krakówkiem polega zatem na tym, iż szczupłe grono odbiorców, do którego zalicza się także dr Michał Rusinek, może pozwolić sobie na karne edukowanie pospólstwa, podczas gdy reszta zapieprza w korporacjach i innych tego typu strukturach, gdzie fajfy, ratafie na wisienkach z ziemskiego sadu i hobbystyczna translacja Dzienników Gombrowicza na łacinę nie mają raczej racji bytu. Albowię chleb za coś kupić trzeba i jeszcze obłożyć go smaloszkiem. Ten aspekt jakoś umknął mi w dyskusji rozpętanej przez Internety, a uważam go za fundamentalny.
Edukacja zakłada bowiem istnienie podmiotu edukowanego, co w warunkach zwyczajnej pracy (pisząc "zwyczajna" nie mam na myśli: środowiska akademickiego, korespondencji z wydawcami oraz odpowiedzi na zaproszenia konferencyjne, które to konferencje mamy uświetnić swoją osobą) akurat nie występuje.
I wymiar drugi, również związany z praktyką, o wiele istotniejszy niż pierwszy:

"osiem lat temu poszliśmy do doktora i on powiedzial ze nfz nie zrefódnuje zabiegu wiec my byś my chcięli dopytać czy na serio tak jest ze nie refundóją? Alcia"

Oczywiście mogłabym opowiedzieć Alci o ratafii i ptifurkach, jednak podejrzewam, że Alcia ma to gdzieś, ja zresztą również. Sednem większości aktów komunikacyjnych jest ich funkcja informacyjna, a skupianie się na idiolekcie (i tym, jak bardzo niektórymi z nich gardzimy) zaciemnia tę funkcję znacząco.
Pomijając drobny fakt, iż znika człowieka siedzącego po drugiej stronie monitora oraz jego potrzeby i częstą niemoc ich składnego wyrażenia.
Podsumowując: przynajmniej raz dziennie staję w obliczu konfliktu "rusinkizm czy pomoc" i wybieram to drugie. Mam wrażenie, że większość znanych mi ludzi postępuje podobnie rezygnując z możliwości pouczenia nadawcy w zakresie norm interpunkcyjnych, ortograficznych i grzecznościowych, zamiast tego decydując się po prostu odpowiedzieć jak najrzetelniej, bo: człowiek. Nie jestem pewna, czy to oznacza, że przykładamy w ten sposób rękę do upadku obyczajów językowych, ale z drugiej strony nigdy nie przekonywał mnie Ortega y Gasset ze swoimi pretensjami i użalaniem się nad upadkiem elit, więc mogę być w błędzie. Tu z kolei dochodzimy nieco okrężną drogą do zagadnienia władzy i jej dystrybucji, w czym narzędzia językowe mogą być bardzo pomocne, bowiem nic skuteczniej nie ustawia relacji "petent- urzędnik" niż wskazanie komuś miejsca w szeregu wytknięciem jego nieporadności językowej.
Gdybym chciała w ten sposób pisać z panią Małgorzatą i Alcią to owszem, mogłabym, ale po co? Naturalnie poza udowodnieniem sobie samej, że jestem stuprocentową bucką.

A Rusinka nie bijmy tak czy inaczej, lepiej ukochajmy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

lekarze, odwagi! Słów parę o liberalizmie w medycynie

Ponieważ pojawiły się głosy, że Lemingarnia tchnie społeczną depresją, oto krótki katalog dobrych nowin:
- 11 kwietnia do stołecznego zoo przyjechał takin o imieniu Benny. Tak wygląda:














- w najbliższą sobotę temperatura ma sięgnąć 30'C

- Harry Potter pokonał Voldemorta

Możemy przejść do dalszej części notki, będzie jak zawsze.

Disclaimer: lubię lekarzy. Naprawdę bardzo i bez ironii. Ale.



scenka I:

dr Y: bo ja pani powiem prosto, nie żeby panią obrazić, tak dla jasności. Słyszała pani o Lindberghu? Proszę nie brać tego osobiście, ale pani jest jak Lindbergh. Bo co to dobrego komu przyniesie? Po prostu nazizm też zaczynał się od idei i czym się to skończyło? A powiem pani, bo pani jest młoda, w zasadzie jak dziecko przy mnie, że w Polsce był PRL, a teraz mamy rządy katolickie. I jeśli nie będziemy cicho to w końcu nam się dobiorą do dupy.

ja: (wyrozumiałe milczenie, rozumiem wszystko i w ogóle, w drugim zdaniu Godwin, wow, jak dotąd dr Y jest najwyżej w rankingu)

scenka II:

dr Q: teoretycznie podzielam pani założenia, tylko że myślę o Włoszech i Antinorim. No wszystko było dobrze dopóki Antinori nie ogłosił, że sklonował ludzi i że dwie kobiety są w ciąży. Na szczęście nie urodziły, ale jakie to miało skutki? Zaostrzenie ustawy, teraz Włochy mają najgorsze prawo bioetyczne w Europie. I ten liberalizm się skończył. Tak, on się skończył po prostu. Więc jeśli zgłaszamy takie postulaty jak jawność dawstwa i centralne rejestry dawców, czy w ogóle szerzej ustawa, prawda, to miejmy na uwadze, że liberalizm się skończy i że za to zapłacimy.


Zatem ogłoszenia parafialne:

1. aczkolwiek argument o smarkaterii zasadniczo mi pochlebia (dziękuję ci pudrze chanel, cudownie rozpraszasz światło), jestem także niezwykle wdzięczna za krótki apdejt historii najnowszej, to jednak wolałabym dyskutować bez argumentów ad hominem i zapędzania się w ageizm.

2. Antinori Severino. Postać, która wywołała wiele zamieszania wokół swojej osoby ogłaszając w 2002 roku, iż udało jej się wyhodować sklonowany ludzki embrion. Embrion miał być transferowany do macicy anonimowej matki zastępczej, jednakże do porodu nie doszło i nie było komu wysyłać kwiatów na porodówkę.

3. Włochy. Kraj ojczysty Severino Antinoriego. Było tam bardzo wesoło i progresywnie, aż Antinori podzielił się swoim sukcesem o sklonowaniu człowieka i szeregiem pomniejszych sukcesów zapłodnienia kilkudziesięciu matek w wieku 55-60+ w prowadzonej przez niego klinice leczenia niepłodności.
Wtedy kraj mozarelli i Sophii Loren doszedł do przykrej refleksji, że jednak sprawy zaszły nieco za daleko. W konsekwencji rok później przyjęto restrykcyjne prawo bioetyczne, o którym szerzej napisano w tej notce, a także w wielu innych bardziej godnych polecenia źródłach.
Italia przykryła się kirem żałoby, żadnego klonowania i żadnego, nawet malutkiego, zapłodnionka sześćdziesięciolatek. Liberalizm kaputt.
Jednak wtedy potomkowie Petrarki skonstatowali, że wylewając kąpiel wylali wraz z nią dziecko. Ustawa bowiem była tak restrykcyjna, że w efekcie nieetyczna: narażała zdrowie i życie kobiet, dyskryminowała osoby bezpłodne i niepłodne, zwiększyła odsetki poronień i uszkodzeń okołoporodowych, przyczyniła się także do wzrostu aborcji z powodów medycznych.
Na arenę wkroczyli rozżaleni pacjenci, cztery włoskie organizacje pacjenckie i włoscy członkowie Parlamentu Europejskiego, którzy zaczęli silnie lobbować, co zaowocowało serią wyroków włoskiego Trybunału Konstytucyjnego i zaangażowaniem w sprawę Strasburga (Costa, Pavan vs. Italy).
Obecnie, w roku 2012, z restrykcyjnej ustawy włoskiej pozostały: stanowisko krajowego konsultanta, obowiązek akredytacji klinik, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Medycznej, rekomendacje etyczne, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Laboratoryjnej. Pozostała też refundacja i tak, niestety, zakaz klonowania, chlip.
Jedyne restrykcje, które nadal są w mocy, to zakaz dawstwa gamet i zarodków, natomiast wycofano się z banu na PGD (diagnostykę preimplantacyjną) i mrożenie zarodków.
Jak więc widać bez specjalnego naciągania, w krótkim powyższym zarysie mogliśmy prześledzić zmiany na osi "skrajny liberalizm- skrajny konserwatyzm- pragmatyzm".
Doktorowi Q kraja się z tego powodu serce, cóż, moje się nie kraja. Zwłaszcza, że zakaz dawstwa ma silny lobbing pacjencki i sądzę, że w ciągu paru lat i ten ban zostanie ostatecznie zniesiony.

4. liberalizm oznacza wszelako coś więcej niż "zainkasować należność i spierniczaj". Naprawdę przykro mi z powodu używania słów, po których babcia kazała myć buzię mydłem, mam jednak niejasne wrażenie, że liberalizm w rodzimym wydaniu ma polegać na dalszym utrzymywaniu próżni prawnej w dziedzinie medycyny rozrodu wspomaganego. Czego beneficjentami będą oczywiście lekarze oraz- jak sami lekarze twierdzą- pacjenci. Alternatywą dla próżni prawnej są jeremiady dorosłych ludzi, którzy nadal nie wyzwolili się spod mentalnej okupacji PRLu i żyją w poczuciu, że jeśli pisną głośniej to przyjdzie ksiądz biskup albo zaprzyjaźniony z nim polityk i urządzą nam piekło na ziemi. Zupełnie jakbyśmy teraz żyli w Edenie.

5. liberalizm nie oznacza też zielonego światła na klonowanie ludzi, ekskjuzmi.

6. podobnie jak są rzeczy tak samo złe jak brak liberalizmu. Na przykład liberalizm bez ograniczeń.



A więc mam kolejny disclaimer:

Szanowni doktorzy. Zdaję sobie sprawę, że bezruch legislacyjny jest szeroko ceniony, o czym świadczy na przykład powołanie pierwszego w Polsce komercyjnego banku komórek jajowych, który nie miałby szansy zaistnieć w żadnym innym kraju UE, ponieważ prawo unijne zakazuje handlu gametami i czerpania korzyści z pośrednictwa.
W związku z tym lokalna wykładnia liberalizmu bardzo się części z was opłaca, jest to jasne i zrozumiałe, o wiele lepiej jest wszak zarabiać pieniądze na sprzedaży komórek jajowych niż siedzieć z tego powodu w więzieniu.
Chciałabym Wam jednak przekazać kilka moich uwag:

po pierwsze na pacjenta, którego leczycie, składają się -poza powłoką skórną i wsadem biologicznym- także pewne prawa. Wchodzimy tu na nieprzyjazny teren nauk humanistycznych, mam tego świadomośc, mimo to spróbujmy.
Pacjent ma na przykład prawo do informacji o leczeniu, w tym obszernej informacji o skutkach ubocznych leczenia i statusie terapii (eksperymentalna versus zgodna z EBM).
Dalej: pacjent ma prawo do odmowy poddania się terapii.
Dalej: pacjent ma prawo być chroniony prawem i dzięki temu bezpieczny.
Dalej: pacjent ma prawo do konsultacji psychologicznej przed poddaniem się terapii. Tu wyjaśnienie: psycholog to ta pani w szarej garsonce lub pan w brązowym garniturze, których czasem zatrudnia się w klinice, aby ładniej to wyglądało na stronie www.
Otóż celem pracy tych ludzi nie jest przeszkadzanie w pracy lekarza, a pomoc i wsparcie udzielane pacjentom. Niektórzy lekarze z krajów zgniłego Zachodu nauczyli się doceniać wkład psychologów i doradców pacjenta, ponieważ przeczytali parę badań i doszli do wniosku, że pacjent świadomy i współpracujący z lekarzem to lepszy pacjent, niż pieczarka na krowim nawozie hodowana. W Polsce jesteśmy niestety wciąż przed osiągnięciem tego etapu, tu kłaniam się w pas psychoonkologom i psychologom szpitalnym, wiedzą, o czym mówię.
Skutek uboczny: czasem pacjent po konsultacji z psychologiem zaczyna zadawać różne pytania, których wielu lekarzy nie lubi. Wtedy trzeba na te pytania odpowiadać. To może być problemem. Zwłaszcza dla kogoś, kto nauczył się, że jego status lokalny jest czymś pośrednim między Bogiem Stwórcą, a prezydentem USA.


Po drugie. Oto, jak radzicie sobie z trudnym zadaniem utrzymania rozkroku pomiędzy kompetencjami lekarza i kompetencjami tych wszystkich profesji, których formalnie nie wykonujecie:

głos pierwszy:
"Wysłałam pytanie do Kliniki X i spotkałam się z dużo ostrzejszą odmową niż sądziłam. Nawet nie że prawo albo regulamin tego nie przewiduje, ale że "z długoletniej praktyki wiemy, że jawność nic dobrego przynieść nie może". Trochę mnie zmroziło to poczucie nieomylności, bo niestety z moich lektur wynika coś całkiem odwrotnego. Nie chodzi mi przecież o szukanie drugiego taty dla mojego potencjalnego dziecka, ale o danie mu możliwości dowiedzenia się czegokolwiek, uzupełnienia układanki genetycznej. I wolałabym to wszystko przemyśleć zanim podejdę do pierwszej AID."

głos drugi:
"pojechaliśmy do kliniki Y, zawiozłam całą swoją dokumentację. Lekarz popatrzył i powiedział "nie ma pani szans na ciążę, pani jajniki nie pracują". Potem zawołał mojego męża i powiedział "zona jest bezpłodna. Jeśli planujecie dziecko to trzeba skorzystać z dawczyni komórek". Mój mąż o niczym wcześniej nie wiedział, nie chciałam, aby był obecny przy wizycie, ale nikogo to chyba nie obchodziło. Ledwo wyszliśmy z gabinetu jeszcze w szoku, a przejęła nas miła pani asystentka i powiedziała "wybierzemy wam dawczynię, może być nawet podobna do pani. Możemy zaczynać już w kolejnym cyklu"

głos trzeci:
"mój mąż próbował pytać o dawcę, jaką ma grupę krwi i wykształcenie, no i jak w ogóle do tego podejść, czy mówić rodzinie, czy nie, ale lekarz powiedział "niech pan się nie rozczula, to jest decyzja techniczna, umieścimy plemniki dawcy w macicy pana żony, a co potem- proszę żyć jak zawsze i zapomnieć, ze to dawcy"

głos czwarty:
"w klinice V, gdzie się leczymy, pracuje też psycholożka. Była pierwszą osobą w klinice, która zapytała się nas o to, jak się czujemy z naszą chorobą i decyzją o leczeniu. Dopiero po rozmowie z nią zaczęliśmy z eMkiem rozmawiać- jak on się czuje ze swoją bezpłodnością, czy akceptuje dawstwo, jak on to widzi. Odbyliśmy kilka takich rozmów, nie obeszło się bez łez. Potrzebowaliśmy paru miesięcy, aby to sobie poukładać w głowie i podjąć decyzję o AID. Opowiedzieliśmy potem o tym naszemu lekarzowi, był zdziwiony, że zaprzątamy sobie głowy "bzdetami", jak to ujął"

Jak widać radzicie sobie fantastycznie. Myślę, że Polskie Towarzystwo Psychologiczne powinno poważnie rozważyć nadanie członkostwa honorowego polskim lekarzom pracującym z niepłodnymi parami. Wielu lekarzy ma obfite doświadczenie na polu jawnego dawstwa, choć w Polsce nigdy nie było jawnego dawstwa. Inni mają sporo do powiedzenia o doświadczeniu Wielkiej Brytanii, która od roku 2004 dopuszcza wyłącznie jawne dawstwo gamet, choć nie spotkałam dotąd lekarza kojarzącego bliżej taką instytucję jak National Gamete Donation Trust. Konsternację wywoływała też informacja, że w roku 2011 Wielka Brytania zaspokoiła popyt na dawstwo, bo przekroczyła podaż, w 2010 roku zaś do osiągnięcia tego stanu zabrakło jedynie siedmiu dawców.


Przy okazji: na ESHRE'owskich panelach Psychology and Counseling oraz Ethics and Law nie było polskich nazwisk, choć reprezentacje lekarskie innych krajów były silne.
Ta sama uwaga odnosi się do struktur ESHRE- jak to możliwe? ESHRE jeszcze nie doceniło polskiej myśli medyczno-psychologicznej opierającej się na redukcji kosztów doradczych, skoro każdy szeregowy lekarz potrafi wykonać obowiązki psychologa i psychoterapeuty? Koniecznie należy to zmienić. Europa czeka.


Uwaga trzecia: to, że Wyborcza nie napisała o banku komórek, nie oznacza jeszcze, że informacje można skontrolować i wygrać cokolwiek w loterii na największy konformizm. Żyjemy w dobie Internetu, warto to przypominać.



Uwaga czwarta: w tym roku Boże Narodzenie nie nadeszło dla Frondy wcześniej. Ani dla adonai.nieplodnosc.pl.
Rozmawiamy o klasycznym syndromie oblężonej twierdzy, który w tym przypadku występuje po obu stronach muru.
Chłopcy z krótkimi grzywkami i imponującą muskulaturą boją się, bo zagłada chrześcijańskich wartości, białego katolika biją, a Polska przedmurzem chrystusowej Europy. Dlatego hełm na czerep i do okopów.
Ale nie lepiej jest w szeregach liberalnych nerwicowców. Tu z kolei obowiązuje doktryna "nie ma prawa, ale wszyscy jesteśmy białymi owcami i tego będziemy się oficjalnie trzymać w imię sprawy".
Siedzę właśnie nad spisem polskich klinik i widzę coś innego: na 47 istniejących placówek wykonujących in vitro, do ESHRE raportuje 27. Pozostała dwudziestka znika z rejestru. Jedna z tych nieujętych w raporcie placówek zatrudnia embriologa na godziny i zrobi wszystko, co klient sobie zażyczy. Inna wplątała się w przykrą i niestety głośną sprawę z surogacją. Jeszcze inna mieści się w piwnicy domu prywatnego i przy próbie kontaktu telefonicznego odzywa się sekretarka "jeśli dzwonisz do państwa Kowalskich wybierz 1, jeśli dzwonisz do kliniki leczenia niepłodności wybierz 2".
Dodatkowo wszystkie raportują dobrowolnie, a wyniki raportu nie są przez nikogo weryfikowane, bo przecież nie mamy w Polsce systemu kontroli.
Patrząc na wyniki ujęte w tabeli "cross border patients" (EIM 2009), które dowodzą, że w Polsce prawie nie istnieje turystyka zagraniczna i corocznie leczenie podejmuje ledwie 300 pacjentów z innych krajów, odczuwam zadziwienie: z kontaktów z europejskimi organizacjami pacjenckimi wynika niezbicie, że Polska, obok Ukrainy, Cypru, Słowacji i Czech, stanowi najpopularniejszą destynację medyczną Europy.

Głównie z uwagi na brak ograniczeń w dawstwie komórek jajowych i nasienia, ale też dlatego, bo wiek menopauzalny dla sporej grupy klinik nie jest żadnym ograniczeniem leczenia.
Gdzie więc są te pacjentki w raporcie?
Ach, pewne wyjaśnienie może stanowić adnotacja, że dane do tabeli "cross border patients" przesłało dziewięć klinik na czterdzieści siedem istniejących w Polsce.
To chyba nie jest powód do chwalebnego obwieszczenia, że każdy polski lekarz ma głęboko zinternalizowane myśli Immanuela Kanta? Być może jednak jest to powód, dla którego warto byłoby zacząć mówić wreszcie wprost o pewnych sprawach.

Pisząc te słowa deklaruję się jasno jako adwokatka dawstwa. Zwolenniczka prawa do wyboru pacjenta, osoba przekonana do surogacji niekomercyjnej i obywatelka wspierająca metody wspomaganego rozrodu.
Ale nie, przepraszam bardzo, nie będę deklarowała wiary w uczciwość bez ram prawnych, ani w to, że wszyscy mamy złote serca i oddajemy wdowi grosz na sieroty. Jak również nie napiszę, że nie potrzebujemy legislacji, bo radzimy sobie znakomicie bez niej.
Ponieważ jest to kłamstwem- zupełnie i po prostu.

Moja strona barykady została zbudowana chwilę przedtem, zanim na polskie ulice wyjechały czołgi. Nie jestem na "ty" z Michnikiem, nie siedziałam z nim w jednej celi, nawet go nie znam.
Nie mam długu wobec Kościoła Katolickiego, ponieważ moja wdzięczność mogłaby dotyczyć ewentualnie paru opakowań odżywek dla niemowląt z kościelnych darów.
Nie czuję się obywatelką kondominium niemieckiego, nie uważam, aby Putin miał ręce unurzane w polskiej krwi i wymawiam nazwisko "Churchill" bez czkawki.

W przeciwieństwie do pokolenia, które sprzedawało mi parówki na kartki, naprawdę, całkowicie na serio i bez ściemy czuję się Europejką, poza tym, że Polką.
Nie widzę powodu, dla którego moja generacja miałaby rezygnować z walki o swoje prawa, ponieważ nie spodoba się to ludziom noszącym sutanny, ludziom zasiadającym w Sejmie i kogo tylko czytelnik zażyczy sobie w to miejsce wstawić.
Odkąd Białoszewski napisał "ćśśś" minęło ponad pół wieku, tymczasem Marsjanie wciąż siedzą w rodzimej ścianie, więc trzeba być cicho i lepiej nie domagać się ustanowienia prawa rozrodczego po 25 - słownie, dwudziestu pięciu - latach bezprawia w Polsce, bo "liberalizm się skończy i będziemy płakać".

Zatem znów disclaimer:

Nie będę płakać, kiedy skończy się liberalizm w obecnym kształcie, który pozwala na skupowanie komórek jajowych od dawczyń z ulicy, cztery tysiące za punkcję. Nie wzrusza mnie możliwość ograniczenia swobód polskich pacjentek, które po ukończeniu 45 roku życia będą mieć czerwone światło na metody wspomaganego rozrodu.
Nie uważam, aby zasada "transferujemy trzy zarodki, jeśli klientka sobie życzy: niech statystyki prób ciążowych wyglądają ładnie na naszej stronie" była zasadą, za którą warto umierać. Wręcz przeciwnie, czekam na chwilę, kiedy w Polsce zacznie obowiązywać SET (single embryo transfer) przy jednoczesnym wsparciu mrożenia zarodków, bo tak jest w każdym innym cywilizowanym kraju Europy, dzięki czemu znacząco obniża się ilość poronień, powikłań okołociążowych i spadają koszty opieki neonatologicznej chorych dzieci, gdyż rodzą się dzieci zdrowe.
Refundacja leczenia niepłodności nie jest dla mnie niczyją łaską, należy mi się ona jak psu miska, płacę podatki tak samo jak ludzie płodni i chcę korzystać z systemu świadczeń, który finansuję.
I przede wszystkim uważam za skandal milczenie o tym, że obok klinik rzetelnych i profesjonalnych istnieje spora liczba klinik-krzaków pracujących na przestarzałym sprzęcie, bez spełniania wymogów jakości, obok wytycznych terapeutycznych, ale należy przyjąć postawę buzi w ciup, rączek w małdrzyk, gdyż spadniemy z gałęzi.


Otóż jest pewne, że jeśli dalej sytuacja będzie tak wyglądać to z tej gałęzi nie tylko spadniemy, ale spadając zrobimy duże BUM! Nie dlatego, bo Kościół Katolicki i Tomasz Terlikowski, a dlatego, ponieważ nasz wieczny asekurantyzm w końcu do tego doprowadzi.
No i jeszcze jedna mała kwestia: pomocnie byłoby rozróżnić między "milczymy, bo brak legislacji jest nam na rękę" od "milczymy, bo brak legislacji jest na rękę pacjentom".
Niezależnie od tego, ilu pacjentów dało się przekonać, że żyje w medycznym raju, fakty są takie, że:

- nikt nie kontroluje ilości potomstwa dawców i dawczyń, ponieważ nie prowadzi się centralnej bazy;
- nikt nie rejestruje narodzin dzieci poczętych dzięki metodom wspomaganego rozrodu, przez co nie możemy także badać ich liczby i kondycji zdrowotnej. W tej kwestii zawsze odwołujemy się do badań zagranicznych, które takie rejestry prowadzą. I jakoś nie zdelegalizowano w nich ani metody in vitro, ani innych metod leczenia niepłodności;
- nikt nie sprawdza jakości sprzętu medycznego, jakości wykonywanych procedur ani wykształcenia personelu zatrudnionego w ośrodkach leczenia niepłodności;
- nikt nie weryfikuje wyników leczenia polskich ośrodków, ponieważ nie mają one obowiązku sprawozdawania tych danych i rozliczania się z każdej procedury;
- polityka wobec zamrożonych zarodków zależy od uznania właściciela każdej placówki medycznej. I owszem, jest faktem, że znacząca ilość ośrodków zarodków nie niszczy, ale przykro mi: te, które to robią działają przeciwko całemu środowisku, bo kiedy wreszcie przyjdzie do rozliczenia nikt nie będzie rozliczać klinik indywidualnie. Wszyscy zapłacą za błędy mniejszości;


poprawcie mnie więc jeśli się mylę, ale nie sądzę, aby było to na rękę pacjentom. Jest za to bardzo na rękę lekarzom, również naprotechnologom, bo jadą dokładnie na tym samym wózku. Mogą więc opowiadać do woli o 90%owej skuteczności, za co nikt nie może ich pociągnąć do odpowiedzialności, bo nie ma ani kontroli Ministerstwa Zdrowia, ani dyrektyw, ani certyfikacji.
Tym sposobem dotarliśmy do punktu, w którym kuria może paść w ramiona klinikom leczenia niepłodności, oba środowiska pożywiają się tym samym tortem.
Pacjenci natomiast mogą pozmywać naczynia po deserze.

Jednak tak, to z pewnością legislacja nas zniszczy. Tak samo jak zniszczyła transplantologię, bo przecież o wiele przyjemniej byłoby załatwiać wątroby do przeszczepu na lewo. W końcu to nie prawo reguluje naszą uczciwość, a ten, jak mu tam, wewnętrzny imperatyw.

Mam więc taki postulat, aby - po pierwsze - lekarze pozostali przy leczeniu i oddali poradnictwo psychologiczne ludziom, którzy mają do tego odpowiednie kwalifikacje potwierdzone dyplomem.
Po drugie- aby wzięli poważnie pod rozwagę, że totalitaryzm, o który nieustannie podejrzewają prawicowe partie i środowiska konserwatywne, ma się całkiem nieźle również w ich działce. I wybierają go całkowicie dobrowolnie, ponieważ lęki wciąż są silniejsze od argumentów racjonalnych.
Po trzecie, aby zakonotowali, że główną grupę ich pacjentów stanowią ludzie z mojego pokolenia, których coraz trudniej zastraszać Białoszewskim.
I po czwarte, dopuścili do siebie myśl, że nie ten ptak kala gniazdo, co je kala, lecz ten co o kalaniu mówić nie pozwala.

I jeszcze parę ciepłych słów o obecnym ministrze zdrowia, Bartoszu Arłukowiczu. Teraz będzie ten moment, na który czekają ludzie dobrej woli, czyli obwieszczenie podnoszącej na duchu nowiny: w Polsce nie ma ludzi wykluczonych.
Zaczęli istnieć w maju 2011 roku i przestali pół roku później, kiedy minister ds. osób wykluczonych zwinął się z urzędu, który wraz z nim się rozpłynął w niebycie.
W tak zwanym międzyczasie bardzo trudno było złapać pana ministra i skierować jego uwagę na problemy ludzi niepłodnych, ponieważ zajmował się sumiennym wykonywaniem obowiązków służbowych, które w tym okresie sprowadzały się do- jak usłużnie doniósł mi Facebook- bawienia na Festiwalu Słowian i Wikingów w Szczecinie.
Naprawdę nie sądziłam, że polscy wikingowie są tak strasznie wykluczeni, ale widać są.
W przeciwieństwie do homoseksualistów, beneficjentów zasiłków społecznych, uchodźców i wspomnianych już niepłodnych.

Będę bardzo zaskoczona, jeśli choć jeden z nakreślonych wyżej problemów, o których nawiasem mówiąc minister zdrowia bardzo dobrze wie, zyska jego uwagę, która przełoży się na jakąkolwiek zmianę legislacyjną.
Z takim ministrem wszyscy zastraszeni lekarze mogą spać spokojnie, nic się nie zmieni. Oczywiście do czasu, aż gruchną o ziemię, czego konsekwencją będzie nie tylko przyjęcie rygorystycznej ustawy, ale przede wszystkim bardzo złe prawo, szkodliwe dla ludzi i rodzących się dzieci.
A nam zostanie zafundowane wiele lat czekania na liberalizację prawa, co stało się udziałem Włochów. Prawdopodobnie byłoby to do uniknięcia, gdyby tylko ktoś przytomny na czas zareagował i powstrzymał Antinoriego, wychodząc wcześniej z legislacyjną inicjatywą racjonalnej ustawy- liberalnej, ale również odpowiedzialnej.
Ale to już wiąże się z zasadą odkładania gratyfikacji w czasie, z czym ludzie na ogół mają kłopot.

disclaimer ostatni, ale najważniejszy:

To właściwy moment, aby wrócić do disclaimera pierwszego, a brzmiał on "lubię lekarzy. Naprawdę i bez ironii".
Jeśli ktoś pomyślał, że w niniejszej notce usiłuję obrazić środowisko lekarskie lub przeciwko niemu wystąpić (a takie wrażenie miał na przykład mój mąż, czym swoją drogą srodze mnie rozczarował) to pomyślałam sobie, że dobrze będzie się z tego wytłumaczyć, na wypadek, gdybym jednak przeceniła czytelników tego bloga. Co jest prawdopodobne, skoro zdarzyło mi się to z osobistym mężem.
O leczeniu, również o leczeniu niepłodności, można i należy mówić odpowiedzialnie, bez przemilczeń, za to mając na uwadze skutki długoterminowe i - przede wszystkim - prawa człowieka: pacjenta i jego rodziny. Tylko pod takim stanowiskiem, w moim poczuciu, człowiek uczciwy może się w spokoju ducha i rozumu podpisać.
Wpędzanie debaty w skrajności i wpieranie zaangażowanym stronom, iż ich moralną powinnością jest "w imię sprawy" zamknąć oczy na nadużycia, i skoncentrować się na pozytywach ideologicznych (czy to ideologii konserwatywnej czy liberalnej) jest jednocześnie zgodą na to, aby okupacja infantylizmu trwała dalej.
Mierzi mnie dyskurs, który proponuje Fronda, Nasz Dziennik czy nawet mniej agresywne tytuły prasy katolickiej. Ale to nie oznacza, że wobec tego popieram paradygmat "siedzieć cicho i korzystać tak długo jak się da; nie ruszać fekaliów, bo fetor się rozejdzie".
Wolność rodzi odpowiedzialność, bez odpowiedzialności wolność nie ma sensu.
Jestem głęboko przekonana, że właściwą ścieżką każdej publicznej debaty jest jej otwarcie i dostrzeżenie spektrum zjawisk.
Ta postawa nie tylko nie jest przeciwna lekarzom, ale jest w ich długofalowym interesie: w 2003 roku we Włoszech było wielu uczciwych, etycznych i profesjonalnych ginekologów. Podobnie jest dziś w Polsce. Pracuje tu spora grupa lekarzy (i klinik także), dobrowolnie działających według wytycznych i na rzecz interesu pacjentów.
Włochom jednak wystarczył jeden Antinori, któremu nie przeszkadzano, aby rachunek legislacyjny wraz z odsetkami wystawiono wszystkim- lekarzom uczciwym i nieuczciwym, pacjentom, i całemu społeczeństwu. Tak się bowiem składa, że zasada wspólnego pastwiska zakłada również wspólną za nie odpowiedzialność i jest ona ważniejsza od zasady konkurencyjności sektora prywatnego. Właśnie z tego powodu czarne owce nigdy nie spadają z gałęzi samotnie, a ciągną za sobą resztę stada.


Zatem, panie i panowie, odwagi.



wtorek, 28 lutego 2012

przetarg otwarty na kiszeczki

Ledwie Polska zdążyła dojść do siebie po tragedii w Sosnowcu, a już Maria Czubaszek zadała narodowej macicy kolejny, niemal śmiertelny cios. Smutek, żal i łzy, przystańmy i minutą ciszy oddajmy hołd poległym dzieciom oraz zapłodnionym i niezapłodnionym komórkom jajowym:


Wiersz o aborcji ... (autor nieznany)

Mamusiu...
Coś się stało, Ja żyję,
Ja naprawdę żyję.
Dar życia otrzymałam,
o, braciszka z boku poznałam.
On też prawdziwie się raduje
i świata oczekuje.

Dzięki Ci Mamusiu!

Braciszku! Patrz, coś się stało,
jakieś światło się tu dostało,
jakieś narzędzie błyszczące...
Ała! Jakieś kłujące!
Braciszku co oni Ci robią?
Dlaczego dziurę w brzuszku Ci skrobią?

Mamusiu! Braciszka rozrywają!
Rączki mu wyrywają! Właśnie wykłuli mu oko
i serduszko rozdarli głęboko.
Jestem krwią braciszka zbryzgana.
Mamusiu moja kochana!
(...)

MAMUSIU!

Ten potwór paluszki mi obcina,
już jest kaleką Twoja dziecina!
Mamusiu! Co Ja takiego zrobiłam?
Ja tylko życiem się cieszyłam!
Mamusiu!

Ja jestem miłością Boga dla ciebie,
On naprawdę chce mieć nas w niebie?
Jego miłość nigdy się nie kończy,
nawet po śmierci się sączy.
Ratunku, Mamo!

On urwał mi już kolano!
Tatusiu! Ja będę Twoim Skarbeczkiem,
będę Twoim Aniołeczkiem, ale pomóż mi,
niech nie wyrywa mi drugiej rączki!
(...)
Mamusiu! Jakiś błyszczący nóż
gardło podrzyna mi już.

(...)

Mamusiu!
On teraz szczypcami oczy mi rozdusi.
Nie będę widziała Mojej Mamusi!
A Ty Mnie Mamusiu będziesz widziała.
Nie pozwól, żebym została zmasakrowana!
Spojrz do śmietnika, tam będę leżała!

Mamusiu!

Dlaczego życie Mi dałaś?
I tak okrutnie je odebrałaś?
Mamusiu patrz!
Twoją córunię w krematorium spalili,
a duszy Jej nie zabili.
Ja w Twoim umyśle będę żyła,
będę po nocach Ci się śniła!
I będę po nocach do Ciebie wołała.
Ja - Twoja córunia mała.

Mamusiu!
Dlaczego zatykasz uszy?
Przecież nikt Cię nie ogłuszy.
To przecież Ja, Twój Skarbek Kochany,
ten, co miał brzuszek rozerwany.
Mamusiu! Pamiętasz jak się bałam?
Jak o pomoc do Ciebie wołałam?
A pamiętasz Mamusiu oczy tego lekarza?
Co śmiercią dzieci obdarza?
Kto mu dał prawo, by zabił Twoją dziecinę?
Twoją niewinną kruszynę, Mamo...
czy ta powolnej śmierci porcja
nazywa się aborcja?
(...)

Mam nadzieję, że Wasze kolana trzymają się mocno i nikt Wam nie wyrwał rączki ani oczka. Powyższy poemat, jak donosi Google, ma 8980 rekordów w polskiej sieci, w tym niektóre z nich traktują go jako dowód na bogate życie wewnętrzne płodu (tak, niestety jestem śmiertelnie poważna, podobnie jak dowodzące powyższej racji forumowiczki forum grzenda.pl, które jest tak w ogóle forum antykoncepcyjnym i kiedyś dość mocno skręcało feministycznie. Zaskoczeni? Ach, to dopiero początek niespodzianek).

Poza tym, że kiszeczki są, jak się okazuje, nasze wspólne, to okazuje się także, iż nie powinniśmy nikogo wprowadzać w ich życie wewnętrzne. Złamanie tej zasady przez Czubaszek Marię wywołało absmak społeczny u anonimowych milionów i jednej nieanonimowej Kolendy Zalewskiej.

W odróżnieniu od intymności aborcji dotyczącej prywatnego brzucha (będącego jednocześnie naszą wspólną własnością) umieranie, jako czynność nieintymna może być transmitowane we wszystkich telewizjach świata, podobnie jak wystawanie nad umierającym człowiekiem i donoszenie ze łzami w oczach, że "jeszcze żyje". Nikt nie twierdzi, że może to kogokolwiek zachęcić do śmierci. Tej tezy bronił osobistym świadectwem na przykład redaktor Pałasiński w swych niezapomnianych relacjach z placu św. Piotra. Naród razem z nim płakał asystując przez szklane okno odejściu Wielkiego Człowieka.
Co myślał w tym czasie Wielki Człowiek niestety nie wiadomo, może pogodził się do tego czasu ze świadomością, że jego prywatność musi ustąpić w obliczu wielkiej światowej miłości.



No ale wróćmy do brzuchów.
Jest tak, że brzuch jest wspólny, jeśli jednak przetnie się w nim jajowody, na przykład w trakcie cesarskiego cięcia, na przykład podczas porodu dziewiątego dziecka, na przykład będąc matką, której odebrano prawa rodzicielskie wobec trójki najstarszych dzieci, to jest to wtedy brzuch skarżący bezprawie. Co więcej jest to brzuch sukcesu (orzeczenie sądu z 2011 roku w sprawie pozostawienia dzieci pod opieką Wioletty Szwak, orzeczenie w sprawie sterylizacji jeszcze nie zostało wydane).
No i dobrze, sterylizacja bez woli i wiedzy kobiety jest grandą, gdyż nie wolno nikomu decydować o ciele będącym własnością kobiety. Kiszeczki są osobiste.
Z drugiej strony sterylizacja za zgodą i wolą kobiety jest w Polsce nielegalna, podobnie jak wazektomia, gdyż nie wolno nikomu decydować o ciele będącym własnością społeczną. Kiszeczki są wspólne.
Nic z tego nie rozumiecie? Słusznie, to był dopiero pierwszy zerk w Otchłań.

W ubiegłym tygodniu, dokładnie 17 lutego, Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało rozporządzenie zmieniające rozporządzenie w sprawie sposobu nauczania szkolnego oraz zakresu treści dotyczących wiedzy o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji zawartych w podstawie programowej kształcenia ogólnego.
Niespecjalnie wiadomo, co to rozporządzenie zmienia (wymiar godzin pozostaje taki sam, podręczniki stare, zmieniło się jedynie to, że WDŻ nie będzie organizowane z puli tzw. godzin dyrekcyjnych) jednak interesujący jest wykaz organizacji i stowarzyszeń, które konsultowały społecznie te zmiany.
Pod rozporządzeniem widnieje spis 24 organizacji, z których moją szczególną uwagę zwracają następujące instytucje:
1. Chrześcijański Związek Zawodowy "Solidarność im. Księdza Jerzego Popiełuszki"
2. Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski
3. Polska Rada Ekumeniczna
4. Rada Szkół Katolickich
i, uwaga, zaskoczenie:
5. Polska Izba Książki



W porządku, drogi doktorze Watsonie, zapewne dręczy Cię wewnętrzna ciekawość, jaki był klucz doboru konsultantów społecznych? Chrześcijański Związek Zawodowy jest organizacją znaną głównie z protestów przeciwko wyprzedaży spółek Państwa kapitałowi zagranicznemu. Również Polska Izba Książki, jak wiadomo, zajmuje się młodzieżą, a zwłaszcza jej edukacją seksualną.
Z kolei Grupa Edukatorów Seksualnych "Ponton", Stowarzyszenie "W stronę dziewcząt", Fundacja Promocji Zdrowia Seksualnego, Polskie Stowarzyszenie Seksuologiczne i Towarzystwo Rozwoju Rodziny nie mają nic, ale to nic wspólnego z edukacją seksualną, więc nie zostały zaproszone do konsultacji.
W tym świetle z radością przyjmujemy informację MEN, iż "żaden podmiot uczestniczący w konsultacjach nie zgłosił uwag do projektu rozporządzenia".

Ok, jedziemy naszą kolejką przez Otchłań dalej i zatrzymujemy się na stacji "prezerwatywa na marchewce", zdjęcie poglądowe:


Wstrząsające, prawda? Rodzice uczniów z gdańskiego gimnazjum też tak sądzą:


Do dyrektora gimnazjum nr 7 w Gdańsku zadzwonił oburzony ojciec, który stwierdził, że nie życzy sobie, by jego dziecko narażać na widok prezerwatywy nałożonej na marchewkę. Dlatego dyrektor postanowił odwołać zajęcia wychowania do życia w rodzinie. Lekcje w tej szkole od trzech lat prowadzą studenci pielęgniarstwa.

Marchewka nie jest wprawdzie częścią brzucha, pośladki także nią nie są, ale, jak się okazuje, podobnie jak śledziona i macica mogą być wspólnym dobrem.
Planowałam poświęcić osobną notkę książce "Wychowanie dzieci w zgodzie z pismem świętym" niejakiego Richarda Fugate, ale zorientowałam się, że to wdzięczne zadanie już wykonali za mnie inni doprowadzając do małej medialnej burzy. Nie wszyscy jednak uważają, że lańsko na dupsko to kontrowersyjna metoda wychowawcza, nie uważa tak na przykład ksiądz Dariusz Kowalczyk SJ, fotka poglądowa:





Ksiądz Kowalczyk daje odważne świadectwo na łamach portalu Frondy, gdzie deklaruje "miło wspominam klapsy".
Oddajmy głos księdzu Kowalczykowi:

Przypominam sobie klapsy, które spadły na moją pupę, kiedy byłem niesforny. Uważam, że były one pomocne w moim wychowaniu.(..) A klaps był jasnym sygnałem, że coś muszę zmienić. Tak więc dziś miło wspominam klapsy.

Dalej ksiądz Kowalczyk się zasmuca:

To smutne, że żyjemy w kraju, w którym wydawca, który wydał książki mówiące pozytywnie o możliwości stosowania kar cielesnych w wychowaniu dzieci, czuje się zmuszony do wycofania ich z obiegu z obawy – jak rozumiem – że różni „obrońcy” dzieci pobiegną do sądu, by oskarżyć wydawnictwo o propagowanie przemocy i łamanie tym samym prawa. (...)

A potem dzieli się głęboką refleksją nawiązującą również do ulubionego (zaraz po gejach, inwazji żydowsko masońskiej, in vitro i prześladowaniach Kościoła Rzymskokatolickiego) tematu Frondystów:

Nie zamierzam nikogo przekonywać, że klapsy są niezbędne w wychowaniu. Rozumiem, że można wychowywać także bez żadnych kar cielesnych. Ale – z drugiej strony – sprzeciwiam się ideologom i urzędnikom, którzy opowiadają głupoty o tym, jak wielką krzywdą dla dziecka jest klaps. Krzywda to jest wtedy, kiedy ci sami ideolodzy propagują wczesne współżycie seksualne wśród młodzieży i temu podobne.

Księdzu Kowalczykowi gratulujemy pogodnego dzieciństwa i życzymy jak najmniej gorszących prezerwatyw na marchewkach oraz wymarcia Marii Czubaszek, która nie przeżywa postaborcyjnej traumy.
Na marginesie zaś dodajmy, że według badań socjologicznych 30% dzieci zna co najmniej jedną osobę, która doznała urazu z powodu pobicia w rodzinie lub jest często z błahych powodów karana fizycznie przez rodziców, a retrospektywne relacje osób dorosłych, wskazują, iż doświadczenia wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie były udziałem blisko 40% kobiet i 29% mężczyzn. W przypadku 10,5% kobiet i 3% mężczyzn doświadczeniem tym był gwałt lub usiłowanie gwałtu.

Teraz czas na anegdotę w ramach porcji rozrywki na dziś.
We wrześniu na oddział jednego ze stołecznych szpitali ginekologiczno położniczych zgłasza się pacjentka w zaawansowanej ciąży. Jest chora na stwardnienie rozsiane, ma postępujące upośledzenie poznawcze, jest to jej trzecia ciąża, dwójka poprzednich dzieci trafiła do ośrodków adopcyjnych. Trzecie również tam trafia. Pacjentka nie jest w stanie udzielić informacji o przebiegu ciąży.
Jedna z lekarek czuje się poruszona tą sytuacją, podejmuje w gronie lekarskim temat sterylizacji. Oczywiście nie ma o niej mowy- jak już ustaliliśmy decydowanie o płodności kobiety poza jej wiedzą i zgodą jest naganne. Wprawdzie nie wiadomo, co należy uczynić w przypadku niezdolności intelektualnej pacjenta do podjęcia decyzji o sterylizacji, jednak w zasadzie niczego to nie zmienia, bo pacjent tak czy inaczej nie ma mocy decyzyjnej w świetle polskiego prawa dotyczącego sytuacji klinicznego ubezpłodnienia.
Może więc wkładka wewnątrzmaciczna? zastanawia się młoda lekarka. Każda kolejna ciąża naraża zdrowie pacjentki i pogłębia rozwój choroby, rodzą się dzieci w złej kondycji ogólnej, pacjentka nie jest w stanie decydować o antykoncepcji...
Jednak wkładka wewnątrzmaciczna nie jest refundowana, a wśród lekarzy brak chętnych na społeczną zrzutkę. Nawet gdyby znaleźli się chętni to przecież brak procedury w takim przypadku: czy założenie wkładki wewnątrzmacicznej pacjentce, która nie ogarnia poznawczo swojej sytuacji, nie deklaruje stawiania się na kontrole lekarskie, nie jest w stanie zrozumieć treści przedłożonej jej zgody, byłoby etyczne?
Lekarka żegna się więc z pacjentką w połogu. Do następnego razu.

Tym samym nasz pociąg dojeżdża do kolorowej stacji końcowej "Kochajmy się!", rozlegają się dźwięki poloneza, a niewinna Zosia stąpa z Panem Tadeuszem pod ramię. Jankiel gra na cymbałach i jest zasymilowanym polskim Żydem, nikt go nie prześladuje, a lud polskich wsi przygląda się temu życzliwie, zjednoczony z przyrodą i Bogiem.
Mit Polski kochającej życie nienarodzone, dzieci oraz młodzież po raz kolejny został ocalony. Nam również jest wesoło na sercach (bo może nie?! Lewactwo mordy w kubeł!).


Zobaczmy teraz, co się dzieje w krainach, w których pogańskie ludy egzystują bez kagańca oświaty Polskiej Konferencji Episkopatu i nie mają ani jednego, nawet najmniejszego Chrześcijańskiego Związku Zawodowego "Solidarność im. Księdza Jerzego Popiełuszki", który powstrzymałby je na drodze ku zatracie:

Fragment broszury "Telling and talking" wydanej przez Donor Conception Network z Wielkiej Brytanii:
Ponieważ zajęcia z wychowania seksualnego odbywają się zazwyczaj w ostatnich klasach szkoły podstawowej, warto aby rodzice dowiedzieli się co dokładnie obejmuje program nauczania w tym zakresie. Jeżeli poczęcia dzięki dawstwu nie wskazano jako jednego z wielu sposobów na stworzenie rodziny warto być może spotkać się z nauczycielem i poprosić go o uzupełnienie programu nauczania o ten temat, aby w ten sposób uczynić sytuację dzieci poczętych w ten sposób bardziej „normalną”. Członkowie DCN wspominają, że w większości przypadków nauczyciele są chętni i gotowi do udzielenia dzieciom tego typu pomocy.(...)

Jeden z rodziców związanych z DCN napisał:

„Kiedy Sarah miała 10 lat postanowiłem porozmawiać z jej nauczycielką. Chciałem zyskać pewność, że na lekcjach wychowania seksualnego będą omawiane wszystkie formy sztucznego zapłodnienia, tak aby córka poczuła, że szkolna dyskusja dotyczy również jej. Wspomniałem też, że w dzisiejszych czasach w każdej grupie wiekowej mogą być dzieci poczęte w taki sposób… lub dzieci adoptowane, itp. które też nie powinny czuć się gorzej z tego powodu. Nauczycielka okazała duże zrozumienie."

Pewien syn samotnej matki uznał, że jego kolegom z klasy przydałaby się edukacja w dziedzinie poczęcia dzięki dawstwu.
W 2001 r. Sandra, samotna matka trojga dzieci opowiedziała w jaki sposób jej wówczas jedenastoletni syn przygotował w ramach pracy domowej trzyminutowe wystąpienie poświęcone inseminacji nasieniem dawcy. „Opisał proces zapłodnienia i mówił o niepłodnych parach lub samotnych kobietach korzystających z nasienia dawcy aby zostać rodzicami… Poruszył też kwestię etyki i praw człowieka w kontekście poczęcia nowego życia, opowiedział jak należy postępować z zamrożonymi zarodkami. Na koniec dodał że on i inne dzieci poczęte z gamet dawców powinny mieć dostęp do informacji na temat swoich dawców.
Koledzy z klasy zareagowali pozytywnie – w głosowaniu klasowym wystąpienie chłopca zostało uznane za najlepsze i otrzymał on celującą ocenę od nauczyciela.”

broszura "Telling and talking, 8-11", Donor Conception Network, 2009.


Zaraz, zaraz, ale jakie, kurwa, "dawstwo gamet"?! No jakie? My w katolickiej Polszy mówimy NIE kondomom na marchewce, a niepłodność leczymy modlitwą i naprotechnologią!
W naszej Bożej ojczyźnie, w której lada moment intronizujemy Chrystusa na Króla Polski, nie uczymy dzieci na lekcjach Wychowania do Życia w Rodzinie, że istnieje coś takiego jak antykoncepcja i aborcja, a tym bardziej niepłodność. A już na pewno nie uczymy dzieci tego, że leczy się ją metodami rozrodu wspomaganego medycznie. To mogłoby odebrać jej niewinność i pchnąć ku relatywizmowi moralnemu.
Nasza polska młodzież, która miała nieszczęście przyjść na świat w związkach pozamałżeńskich, dzięki inseminacji, in vitro lub dzięki dawstwu, zna swoje miejsce w szeregu i nie uznaje swojego statusu za równy statusowi
n o r m a l n e g o dziecka. Pewne zasady obowiązują, jeśli naród ma się nie stoczyć. W imię wyższego dobra i przykrywania spłachetkiem sztandaru narodowych rynsztoków.


Na stacji końcowej widzimy także poważne afisze z wydrukiem ustępów z Konwencji Praw Dziecka:
Art. 24.
1. Państwa-Strony uznają prawo dziecka do najwyższego poziomu zdrowia i udogodnień w zakresie leczenia chorób oraz rehabilitacji zdrowotnej. Państwa-Strony będą dążyły do zapewnienia, aby żadne dziecko nie było pozbawione prawa dostępu do tego rodzaju opieki zdrowotnej.
2. Państwa-Strony będą dążyły do pełnej realizacji tego prawa, a w szczególności podejmą niezbędne kroki w celu:

f) rozwoju profilaktycznej opieki zdrowotnej, poradnictwa dla rodziców oraz wychowania i usług w zakresie planowania rodziny.


załącznik:



W odniesieniu do artykułu 24 ustęp 2 litera f) konwencji Rzeczpospolita Polska uważa, że poradnictwo dla rodziców oraz wychowanie w zakresie planowania rodziny powinno pozostawać w zgodzie z zasadami moralności.

To, zdaje się, wyjaśnia nieco dobór konsultantów społecznych wybranych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, prawda?
Magistrala Prawdy ma już obsadzone wszystkie stacje naszej kolejki.
Kiedy na przyszłe stacje kolejowe zajeżdżały kolejne ekipy budowlane, słyszeliśmy o problemach zastępczych i odwracaniu uwagi społeczeństwa od Problemów Naprawdę Ważnych- bezrobocia, importu gazu i polityki międzynarodowej.
Kwestia prezerwatywy na marchewce po prostu nigdy nie była istotna, ot durne szutki niepoważnych pajaców, a kiedy usiłowaliśmy mówić o różnicach ekonomicznych między emerytką i emerytem, poseł Cymański rozwodził się nad wypieszczeniem, wykarmieniem i wychowywaniem przy piersi matczynej.
Mokre chusteczki i rzewne ślozy lały się wtedy z ócz wzruszonego ludu, bo nie trza szargać świętości, a pierś Matki Polki jest naszą świętością, podobnie jak jej macica.
Dlatego Matka Polka dostała becikowe zamiast refundowanej spirali, a dobry wujek Kotula zabiera dzieci ze szkół podstawowych na Marsz W Obronie Życia odbywający się w ramach godzin szkolnych:





ale spokojnie, nie traćmy wiary, szkoła to tylko część życia, wracamy do domu idziemy naszą lewacką rodziną na miasto, kawa i ciastko na Złotej 6 w Warszawie:





ktoś chętny, aby dołączyć się do modlitwy przed kliniką Invicta? Macie jeszcze ponad 30 dni Wielkiego Postu, zdążycie zanieść swoją intencję.
Jednak nie ulegajmy defetyzmowi, nasza Konstytucja mówi wyraźnie, ze Polska jest krajem neutralnym światopoglądowo, czy tak?








I widzicie, dziatki Wy moje, mimo Biedronia w Sejmie, nowej odsłony Przekroju i kwitnącej Krytyki Politycznej, tak jakoś dziwnie się składa, że gdzie się nie odwrócić tam z każdej strony dupa.
Oczywiście uświęcona prawem wspólnoty dupa, prawo wolności osobistej dupy od dawna jest zniesione.

Jest więc luty 2012, za chwilę ulicami różnych miast Polski pójdą Manify pod hasłem "odcinamy pępowinę od Kościoła", jest to zatem dobry moment, aby zadać sobie pytanie, jak i w którym miejscu zadecydowało się to, że choć co roku w Polsce wykonuje się ponad trzydzieści tysięcy zabiegów rozrodu wspomaganego medycznie, to na lekcjach Wychowania do Życia w Rodzinie nie wolno o tym mówić, aby nie gorszyć?
Jak to się stało, że choć jawność adopcji jest od dwudziestu lat praktyką ośrodków opiekuńczo adopcyjnych, polskie poprawki do Konwencji nadal nie są wycofane i prawo wciąż stawia własność rodzica ponad prawem człowieka, jakim jest dziecko?
Jak to się dzieje, że co roku w Polsce wykonuje się od 80 do 200 tysięcy aborcji, a tym, co szokuje polskich rodziców jest prezerwatywa na marchewce?
I dlaczego połowa Sosnowca idzie na podmiejskie gruzowisko palić znicze, z niemowlętami w ramionach przy trzaskającym mrozie, z poezją o wyrywanych rączkach i obcinanych paluszkach w garści, a jednak to Maria Czubaszek okazuje się być ropiejącym wrzodem na zdrowej tkance narodu?

Niezależnie od tego, co sądzicie na temat własności swoich osobistych kiszeczek, ten przetarg już został rozstrzygnięty.
Ale jest nadzieja, Siostry i Bracia, ja Wam powiem, co może nas uratować w tej trudnej dla ojczyzny chwili: wywieźmy Czubaszek na kupie gnoju z rodzinnego gumna, a do Polski znów powróci prawo i sprawiedliwość.



http://www.rp.pl/artykul/17,767552.html
www.men.gov.pl/images/stories/rozp_edseks.pdf
www.grzenda.pl/antykoncepcja/phpBB2/viewtopic.php?t=6400"
http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ks._kowalczyk_sj:_milo_wspominam_klapsy_ks._kowalczyk_sj:_milo_wspominam_klapsy__19385
http://wyborcza.pl/1,90914,11140544,Nonszalancja_Marii_Czubaszek.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120224&typ=wi&id=wi03.txt
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1019379,title,Prezerwatywa-na-marchewce-oburzyla-rodzicow,wid,14285277,wiadomosc.html?ticaid=1dff0

Dzieci jako ofiary krzywdzenia, Raport z badań FDN, ISNS UW, Warszawa 1998
Jaka jesteś rodzino?, Komunikat z badań. CBOS. Warszawa 1994
Pacewicz A. O nadużyciach seksualnych wobec dzieci. Instytut Psychologii Zdrowia i Trzeźwości. Warszawa 1993.

czwartek, 16 lutego 2012

Domowe narodziny

Notka miała być poświęcona wychowywaniu dzieci w zgodzie z Pismem Świętym, ale tymczasem wpadła mi w ręce książka "Domowe narodziny. Fanaberia szaleńców czy powrót do normalności?" autorstwa Ewy Janiuk i Emilii Lichtenberg-Kokoszki, wydana przez Oficynę Wydawniczą Impuls, i podziałała jak magdalenka na Marcela:


To kolejna książka dostępna na polskim rynku poruszająca temat porodu domowego z perspektywy par (czy raczej powinnam napisać: małżeństw) spodziewających się dziecka, decydujących się na poród domowy i dzielących się swoim unikalnym doświadczeniem z innymi. Klasyczną pozycją tego gatunku jest "Poród w domu" Ireny Chołuj, książka jest dostępna wirtualnie tutaj.
Tyle formalnie i opisowo, teraz przejdziemy do części osobistej i retrospektywnej.

marzec-maj 2009

Jestem w połowie drugiej ciąży, wczytuję się w książki Sheili Kitzinger i Michela Odenta. Chcę kolejne dziecko  urodzić w domu, jest to silne, biologiczne niemal pragnienie. Stary ma wątpliwości, rozmawiamy, analizujemy, wreszcie Stary mówi "rodzimy w domu, mam do ciebie zaufanie". To fajnie, bo ja mam zaufanie do niego.
Mam już jedno dziecko urodzone siłami natury, brak obciążeń wywiadu, obecna ciąża jest podręcznikowa. Wyszukuję numery do lokalnych położnych przyjmujących porody w domu. To trudny wybór, oglądam z uwagą profile i zdjęcia, próbuję wyczuć, czy mogłybyśmy nadawać na podobnych falach. Decyduję się w końcu na Joannę.

Dzwonię na służbowy numer Joanny. Rozmowa przebiega ciepło. Opowiadam o pierwszym porodzie, Joanna sprawdza swój grafik: październik jest wolny, może się umówić ze mną na spotkanie i porozmawiać o przyjęciu naszego dziecka. Rozmawiamy o odległości od najbliższego szpitala, warunkach domowych, ustalamy termin wspólnej kawy.
Na końcu Joanna pyta:
- "to co, jesteśmy umówione czy chcesz coś jeszcze od siebie powiedzieć?"
- "w zasadzie wszystkie ważne rzeczy już ci przekazałam, mogę jeszcze dodać, że czekaliśmy na ciążę cztery lata, bardzo wyczekujemy naszego dziecka. Na szczęście pierwsze in vitro się udało".
Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza. W końcu Joanna decyduje się upewnić:
- "mówimy o ciąży z in vitro?
- "tak" odpowiadam
- "wobec tego poród domowy jest wykluczony, nie podejmę się tego"
Czuję supeł w gardle, potrzebuję chwili, aby się pozbierać.
- "dlaczego to ma coś zmienić?" pytam
- "przyjmowałam w szpitalu wiele porodów, dzieci z in vitro zachowują się dziwnie", odpowiada Joanna stanowczym głosem, po czym żegna się i odkłada słuchawkę.
Stoję jak idiotka przy oknie tarasowym, patrzę na ogródek i nie umiem ogarnąć tego, co się przed chwilą wydarzyło. Dzwonię do Starego i krzyczę "kiedy to się skończy?! Czy podczas bilansu pięciolatka w przychodni także usłyszę, że in vitro wszystko zmienia?!". Stary jest zdenerwowany, mówi, że wróci wcześniej z pracy. Wieczorem analizujemy sytuację, Stary decyduje,  że nie ma co się koncentrować na wydarzeniu incydentalnym, mam dzwonić dalej i nie histeryzować.
Tym razem ignoruję profile i zdjęcia, zaczynam szukać według nowego klucza- z miejsca skreślam wszystkie położne mówiące o pomagającej im Bożej łasce i Dzieciątku Jezus. Drugi raz nie dam rady przejść podobnej sytuacji, muszę się zabezpieczyć psychicznie, bo inaczej nie tylko nie urodzę w domu, ale w ogóle nie dociągnę do terminu porodu.
Wybieram Zuzannę. Wygląda na sensowną, nic nie mówi o swojej duchowości, za to wiele o podziwie dla wiedzy i determinacji par, z którymi pracuje. Brzmi to dobrze, jestem zdeterminowana, wiem dokładnie, czego chcę, z wiedzą też nie najgorzej, podziękować. Dzwonię.

Zuzanna

Rozmowa z Zuzanną zaczyna się ostro. "To Wy macie mnie przekonać, że chcecie rodzić w domu", mówi. Wchodzę w to, podoba mi się jej konkretne podejście. Rozmawiamy kilkanaście minut, ja także stawiam sprawę jasno: nie chcę żadnych komentarzy odnośnie niepłodności i stanu mojej ciąży, które nie będą wynikały z obiektywnych przesłanek medycznych. Zuzanna mówi w końcu "przyjedźcie, pogadamy".

Tydzień później odwiedzamy Zuzannę w jej gabinecie.
Jest miło, delfiny śpiewają, błękitne ściany koją. Zuzanna zaczyna od poinformowania nas, że źle Joannę odebraliśmy. To fachowa, fantastyczna położna, współpracują w jednej ekipie. Żadnych uprzedzeń. Po prostu została zaskoczona.
Już po kilku minutach rozmowy z Zuzanną staje się jasne, że celem naszego spotkania nie jest rozpoczęcie przygotowań do porodu domowego, a odwiedzenie nas od tej myśli.
Bo czy ja naprawdę jestem pewna, że chcę rodzić w domu? Tak, jestem. A może mam poszpitalną traumę? Nie, nie mam. I nie boję się zaryzykować zdrowia tak wyczekanego dziecka? Nie uważam porodu domowego w ciąży przebiegającej fizjologicznie za ryzyko. Oboje z mężem jesteśmy przekonani do tej formy, o ile tylko ciąża będzie dalej przebiegać tak książkowo, jak dotychczas. Jeśli wyniki się pogorszą, pojawią się jakiekolwiek przesłanki do porodu szpitalnego to nie będziemy z nimi dyskutować.

Wykładam swoją dokumentację i relacjonuję: nigdy nie przechodziłam sztucznej menopauzy w związku z leczeniem niepłodności, nie miałam żadnych zabiegów w obrębie jamy brzusznej. Brak zrostów, brak osłabienia szyjki macicy, wiek modelowy. Wyniki hormonów ciążowych od początku prawidłowe, suplementacja progesteronem symboliczna i zakończona w 12 tc. Żadnych skurczów, plamień ani stanów nietypowych dla ciąży fizjologicznej, poprzedni poród bez powikłań, zakończony sn.
Dodaję, że twardo stąpamy z mężem po ziemi i przyjmiemy każdy kontrargument, o ile będzie mieć oparcie w faktach. Argument "dzieci z in vitro zachowują się podczas porodu dziwnie" jest niepoważny i jako takiego nie bierzemy go pod uwagę. Po prostu.
aAe nikt mnie nie pyta o wywiad ciążowy, moje wyniki leżą nietknięte na biurku.

 Zuzannę mój słowotok chwilowo studzi, więc decyduje się na wyciągnięcie ostatecznej armaty:
"słuchajcie, od razu zaznaczę, że nie jestem uprzedzona ani do metody in vitro, ani do was. Chodzi o obiektywne względy medyczne i Joannie również o nie chodziło. Przy in vitro często są transferowane dwa zarodki i nawet jeśli ciąża finalnie jest pojedyncza to mogą powstać dwa łożyska. To wielkie ryzyko podczas porodu domowego, łożysko może się nie urodzić w całości, pojawia się krwotok. Nie narażę twojego życia i zdrowia. Gdyby nie to nie byłoby problemu z tym, że to ciąża z in vitro, moglibyśmy rodzić w domu".

Wychodzimy. Stary mówi "skoro tak to faktycznie trzeba zmienić plany". Ja też jestem zdruzgotana- świadomość świadomością, pragnienia pragnieniami, ale z medycyną konwencjonalną od dawna się nie kłócę. Zawarliśmy rozejm.
Jednak po przyjściu do domu nie mogę zasnąć, coś mi nie gra, wstaję w nocy i  wyciągam swoją dokumentację, porównuję wyniki badania betaHCG i zastanawiam się nad wartościami hormonu. Rano wczytuję się w literaturę fachową, aby potwierdzić wątpliwości.
W końcu dzwonię do znajomych lekarzy zajmujących się leczeniem niepłodności. Referuję sprawę. Sondują ostrożnie źródło tych informacji: czy sama wpadłam na koncepcję podwójnych łożysk czy ktoś mi ją podsunął? Odpowiadam, że położna. Lekarze oddychają z ulgą, jeden wali prosto z mostu "myślałem, że na głowę ci od tej ciąży padło", drugi jest bardziej oględny:  "jest Pani od początku w ciąży pojedynczej, pierwsze USG robiłem w piątym tygodniu ciąży, był jeden pęcherzyk, nawet nie miało się co absorbować. Gdzie podwójne łożysko, litości, ono się wykształca w dwunastym tygodniu ciąży, a u Pani drugi zarodek nie dotrwał nawet do implantacji".

Hint: czy warto rodzić z położną, która nie jest pewna, w którym tygodniu ciąży wykształca się łożysko i jak przebiega fizjologia rozrodu wspomaganego?

No ale idziemy dalej, euforia powraca, rozdzwaniają się dzwony na poród domowy. Piszę triumfalnego maila do Zuzanny: mogę ją uspokoić, nie ma mowy o żadnych podwójnych łożyskach. Załączam wyniki badań i opinię lekarską, ciąża przebiega książkowo, lekarze mnie wstępnie kwalifikują do porodu pozaszpitalnego.

Zuzanna odpowiada, że to świetnie, ale jest inny problem. Skoro starałam się o ciążę kilka lat to na pewno suplementowałam się pochodnymi progesteronu, przecież sama o tym wspomniałam, tak? Tak. No więc niestety to mnie dyskwalifikuje. Ciąże suplementowane progesteronem mają tendencje do "wzmożonego przytwierdzania się łożyska do macicy, co podnosi ryzyko krwotoku poporodowego". A to jest bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu.

To ten moment, w którym pierwszy raz mówię "kurwa żesz mać". Na razie jeszcze do siebie. Połowa, jeśli nie więcej, ciężarnych i płodnych trzydziestolatek w tym kraju żre duphaston na potęgę, dokłada luteiną i no-spą, a nikt ich nie dyskwalifikuje z porodu domowego.
Mojemu lekarzowi prowadzącemu kończy się poczucie humoru i stwierdza "kolejna bzdurna teoria, masz sobie tym głowy nie zaprzątać. Lepiej znajdź inną położną, bo ta szuka pretekstu, aby nie przyjąć twojego porodu".
Myślę sobie jednak, że Tomasz myli się w ocenie ludzi. Jest uprzedzony. Ludźmi kierują dobro, puszyste jednorożce i różowe kocięta. Poza tym nie ma w mieście innej położnej przyjmującej domowe porody. Ostatnia, która została na liście, bierze udział w marszach w obronie życia poczętego, nawet nie chcę do niej dzwonić i usłyszeć trzasku rzucanej słuchawki.
Niemniej Tomasz ma bogów w sercu i sporą słabość do mnie i męża, więc wystawia mi kolejne zaświadczenie, że ciąża jest najzupełniej prawidłowa, podobnie jak łożysko, pępowina, poziom wód i co jeszcze.

----
Na razie stop reminiscencjom. Siedzę sobie przed komputerem trzy lata po tej beznadziejnej bitwie i stwierdzam, że to nadal ten sam emocjonalny kanał, choć tysiące razy analizowałam temat, czytałam kolejne relacje i książki o porodach domowych. Z czasem z coraz większą podejrzliwością wobec prostoty opowieści oraz deklaracji. Ta prostota jest warunkowa. Jak się dużo później okaże można mieć na koncie cesarskie cięcie, wieloletnią niepłodność (ale nie in vitro, o nie Cthulhu, o nie) i łyżeczkowania jamy macicy, a kwalifikacja do porodu domowego będzie.

---

Zuzanna jest asertywna. Tak, ciąża rozwija się prawidłowo, żadnej cukrzycy, zakażeń układu moczowego, zaświadczenia od lekarzy są, jednak Zuzanna musi postawić sprawę jasno: nie przyjmie naszego porodu domowego.
Nie jest to zależne od niej, naprawdę jest pełna podziwu dla naszej postawy, dojrzałości i świadomej decyzji, jakby mogła to nieba by przychyliła, ale tutaj, o, są zasady kwalifikacji do porodu domowego, proszę bardzo:



ZASADY KWALIFIKACJI DO PORODU POZASZPITALNEGO







1/ PRZECIWWSKAZANIA BEZWZGLĘDNE DO PORODU POZASZPITALNEGO

•- GDM1, GDM2

•- PIH

•- cholestaza ciężarnych

•- stan po leczeniu niepłodności (obecna ciąża w wyniku terapii hormonalnej, zapłodnienia pozaustrojowego)

•- choroby przewlekłe

•- choroby i wady serca

•- astma oskrzelowa

•- infekcja dróg moczowych ( potwierdzona posiewem moczu) w III trymestrze ciąży

•- infekcja w organizmie z gorączką potwierdzona badaniami laboratoryjnymi (CRP, morfologia z rozmazem) w III trymestrze ciąży

•- nawracające, liczne infekcje w przebiegu ciąży

•- niedoczynność lub nadczynność tarczycy leczona farmakologicznie

•- czynna depresja lub inne choroby psychiczne
•- uzależnienia (narkotyki , alkohol, papierosy w ciąży)

•- HCV (+)

•- HIV (+)

•- WR (+)

•- CMV IgM (+)

•- Toxoplazmoza IgM (+)

•- HBS (+)

•- położenie miednicowe płodu

•- położenie poprzeczne i/lub skośne płodu

•- ciąża mnoga

•- poród przed ukończeniem 37 tyg. ciąży

•- poród po ukończeniu 42 tyg. ciąży

•- nieprawidłowa lokalizacja łożyska

•- hypotrofia płodu

•- makrosomia płodu

•- małowodzie (AFI poniżej 5)

•- wielowodzie (AFI powyżej 20)

•- nieprawidłowe przepływy w badaniu USG

•- nieprawidłowa budowa miednicy kostnej ciężarnej

•- głęboka niedokrwistość ciężarnej

•- małopłytkowość (PLT poniżej 130 tys.)

•- nieprawidłowe zapisy KTG

- stan po cięciu cesarskim


Czy widzę punkt "ciąża po leczeniu niepłodności"? Widzę. Więc właśnie.
Standardy nie są wprawdzie oficjalne, ale muszę zrozumieć: w sytuacji, w której tak wiele kobiet walczy o poród domowy, a położne muszą dokładać wszelkich starań, aby zachować ostrożność, byłoby z mojej strony nieodpowiedzialne namawiać do złamania tych standardów. Nie mogę sabotować pracy tylu ludzi. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne oferuje mi możliwość wyboru cesarskiego cięcia, czy nie daje mi to do myślenia? Czy uważam się za mądrzejszą od PTG? I czy muszę to wszystko tak utrudniać?
Ale paręnaście tygodni od naszej pierwszej rozmowy mam PubMed w ulubionych i znam abstrakty większości badań dotyczących porodów dzieci poczętych in vitro. Wytyczne PTG również. Jestem pacjentką-koszmarem. Mam spłaszczone pośladki od ślęczenia nad stanowiskiem PTG, a za sobą rozwikłaną tajemnicę frazy "ciąża specjalnej troski".
Dzielę się tą radosną wiadomością z Zuzanną:
termin "ciąża specjalnej troski" odnosi się do ciąż mnogich i/lub zagrożonych położniczo nie z powodu poddania się IVF, a z powodu przyczyn, które w konsekwencji doprowadziły do niemożności poczęcia naturalnego. Będą to zrosty w obrębie jajowodów i macicy, wady anatomiczne, zaburzenia pracy organizmu, które uniemożliwiają spontaniczne zajście w ciążę. Samo zapłodnienie in vitro nie jest bezpośrednim powodem ani niskiej wagi urodzeniowej, ani porodu przedwczesnego.




Moja ciąża przebiega nudno i najzupełniej fizjologicznie, więc uważam, że mam prawo do oceny uczciwej- standardowej kwalifikacji, przejścia przez wszystkie oka sita i potraktowania mnie jak każdej innej pacjentki.
Nie fiksuję się na rodzeniu w domu, Zuzanna może być spokojna- jeśli odpadnę z powodu gestozy, złej krzepliwości krwi, niewspółmierności, whatever- nie ma problemu, próbowałam, nie wyszło, finalnie liczy się bezpieczeństwo zycia i zdrowia.
Na koniec dodaję, że w kraju porodów naturalnych, Holandii, nikt nie stawia ograniczeń kobietom niepłodnym, liczy się stan ciąży, a nie sposób jej powstania. Podobnie jest w Belgii. W Danii. W USA. W niektórych landach niemieckich. Ciąża naturalna może być powikłana, ciąża po leczeniu niepłodności może być fizjologiczna. To nie miejsce zapłodnienia decyduje o przebiegu porodu.Zuzanna replikuje krótko: rozważcie więc poród domowy bez asysty medycznej, bo żadna z położnych przyjmujących porody w domu do was nie przyjedzie.

Zatyka mnie i na zewnątrz prezentuję płaksiwą służalczość, bo może Zuzanna zmieni zdanie? Tak bardzo się staram, proszę, proszęproszę. A to w końcu od niej zależy wszystko.
Wsobnie myślę jednak, że tylko w Polsce dochodzimy do takiej paranoi i zastraszenia, że aby wejść w dupę rodzimym lekarzom "prodomowym", należy sprzedać niepoprawne politycznie grupy i dołożyć do standardów nadgorliwie "niepłodność".
Bo tak się składa, że najaktywniejsi lekarze "prodomowi" to jednocześnie stali bywalcy konferencji w Episkopacie Polski i piewcy naturalnych metod planowania rodziny.
Tego jednak Zuzanna już nie słyszy, zaś standardy holenderskie i belgijskie ucina w zarodku: w Polsce jest inaczej. Najpierw musimy wywalczyć porody domowe, potem będziemy się zastanawiać.
I tak po raz nie wiem który w życiu drepczę posłusznie do kolejki, która ma czekać na lepsze czasy.


Wrzesień- Październik

Ostatecznie problem rozwiązuje samo dziecko. Cześć mu za to i chwała, bo na ostatnich nogach przed porodem mój stan psychiczny przypomina Nagasaki dziewiątego sierpnia, rok 1945, godzina 11.04.
Syn wyraża swój stosunek do sytuacji dobitnie i bez ogródek, niespodziewanie odwraca się tyłkiem do życzliwego mu świata zewnętrznego i układa poprzecznie w macicy. Wreszcie pojawia się bezwzględne przeciwwskazanie do rodzenia w domu, alleluja i fanfary.
Podejmuję próbę obrotu poprzecznego na główkę, próba jest nieudana, dostaję skierowanie na planowe cesarskie cięcie. Noc przed zabiegiem spędzam oglądając House'a na laptopie, rano rodzi się nasz syn, waży 3880 gramów i dostaje 10 punktów Apgar.

*

Teraz zaś trzymam w ręku kolejną książkę sławiącą zalety porodów domowych. Uduchowioną, mówiącą o szacunku, zawierającą wszystkie te piękne słowa, które robiły- i wciąż robią- na mnie takie wrażenie.
Oddaję głos Irenie Chołuj:

Coraz więcej kobiet wybierających szpital chce tam rodzić naturalnie, nie chcą być "leczone z powodu rodzenia". Jednak rzadko która ma na tyle odwagi, a czasem koniecznej desperacji, by o tym powiedzieć w momencie, gdy lekarz lub położna podejmują za nią decyzję: jak, kiedy i w jakiej pozycji ma rodzić. Rodzące słyszą, że lepiej jest słuchać personelu, bo to oni wiedzą lepiej, co im teraz potrzeba i nie pytają o zgodę na różne działania medyczne ingerujące w naturalny przebieg ich porodu. Kobiety najczęściej tracą wtedy poczucie niezależności, samostanowienia o sobie, bez sprzeciwu poddają się wszystkim nakazom, stają się bezwolnym przedmiotem działań gospodarzy miejsca, do którego zgłosiły się dobrowolnie.

Bardzo trafne uwagi. W książce "Domowe narodziny" jest tych trafności więcej. Ale są także wypowiedzi stawiające przywołane Zasady Kwalifikacji do Porodu Pozaszpitalnego w świetle co najmniej niejednoznacznym.
Liczne poronienia, po których jednak rodząca otrzymuje kwalifikację do rodzenia w domu. Zaawansowana depresja ciążowa, ale rodzimy w domu. Ośmioletnie leczenie niepłodności (ale nie metodą ivf, apage satana!) zakończone porodem domowym. Wcześniejsze rozwiązania ciąży cesarskim cięciem. Łyżeczkowania macicy. Zwężenia zastawki mitralnej i szereg chorób przewlekłych. Rodzą się "domowe" dzieci, porody przebiegają książkowo, na końcu wyrazy wdzięczności do położnej, współmałżonka, bardzo często do wyższych instancji.
No ale nie jest to jednak zapłodnienie in vitro ani bezbożna inseminacja. Prawda jest w nas, można czerpać z tego faktu poczucie potęgi i moralnej siły. Oddaję głos jednej z bohaterek "Domowych Narodzin", 37letniej pierworódce (bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu wg rozporządzenia Ministra Zdrowia):

Nie jest to łatwy czas, aby być kobietą, kiedy seks traktuje się jak usługę towarzyską pomiędzy jednym drinkiem, a drugim, kiedy człowiek poczyna się na szkle w laboratorium, a nie w sacrum własnego ciała, kiedy matka to partner A, a ojciec to partner B, by nie obrażać uczuć A i A, kiedy eutanazja zaczyna być prawnie usankcjonowanym polowaniem na bezużytecznych i nieproduktywnych, a rodzenie w domu do taki niezrozumiały kaprys.
Nie jest to łatwy czas, aby być położną. Dlatego dziękujemu Ewie, a także wielu rodzicom, którzy z potrzeby serca i ducha usiłują rodzicielstwu przywrócić jego naturalny sens.

I wszystko jasne, systematyka patologii układa się w logiczną całość. Naturalny sens rodzicielstwa nie jest dostępny lesbom, aborcjonistom poczynającym w szkle, konkubinatom gżącym się po kątach  i ludziom z epizodem bujnej młodości seksualnej. No pasaran, do rodzicielskiego edenu wydolności wychowawczej i ludzkiej odpowiedzialności nie wejdziecie.
Mam w związku z tym sugestię, aby autorka cytatu przechowała Jej Świątobliwą Moralność w jedynym godnym jej  miejscu, to jest w sacrum własnego anusa.

Jako wytrwała czytelniczka for poświęconych rodzeniu w domu wiem, że obchodzenie bezwzględnej dyskwalifikacji nie stanowi większego problemu. To kwestia determinacji pary, siły jej argumentacji i indywidualnej decyzji samej położnej. Zasady kwalifikacji do porodu pozaszpitalnego precyzuje rozporządzenie Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw Nr 187 z dn. 7.10.2010 poz. 1259i wynika z niego jasno, że większość pań opisanych w przywoływanej książce powinna rodzić w szpitalu. W tym pani od eutanazji nieproduktywnych (czy pieprzenie od rzeczy podlega pod definicję nieproduktywności?).


W naszym przypadku argumentacja medyczna i osobista nie wystarczyły. Nie przyniosły też rezultatu u mojej znajomej, która w drugą ciążę zaszła w wyniku inseminacji z powodu bariery śluzu szyjkowego.
Naturalnie- cóż są te dwa przypadki w skali ogólnopolskiej? Promilem.
Piękno domowego porodu i dupochron osób zajmujących się przyjmowaniem domowych porodów zostały ocalone, nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Profesor Chazan może spać spokojnie, nie ma niesubordynacji w szeregach położniczych, kwalifikacje otrzymują ci, którzy na nie moralnie zasługują.


Kwalifikacja do porodu pozaszpitalnego i każdego innego  powinna być prowadzona w sposób rzetelny i transparentny, bez podpierania się żenującymi argumentami o podwójnych łożyskach i dziwnych zachowaniach noworodków. Bez patetycznych odezw o solidarność z innymi rodzącymi, którym nasza własna determinacja może w bliżej nieokreślony sposób zaszkodzić.
Tymczasem zdyskwalifikowanym nie mówi się wprost "nie", a utwierdza się w przekonaniu, iż WSPÓLNIE z położną podjęli jedyną właściwą decyzję opartą o przesłanki racjonalne.
Ilekroć próbowałam mówić o naszym doświadczeniu słyszałam dwie odpowiedzi:

1. jestem uprzedzona, bo byłam nie dość dobra i przekonująca, aby zjednać do siebie położne. Przemawia przeze mnie osobista gorycz z powodu porażki (nie, kuźwa, przez ostatni trymestr ciąży ćwierkałam jak ptaszę niebożę, bo przecież nikt mnie nie upokarzał kontrargumentami z dupy branymi. Swoją drogą to ciekawe, jak wielkie emo z powodu poniżania kobiet na porodówkach szpitalnych zmienia się w racjonalne tłumaczenie kobiecie, że jest winna, bo zachciało się Zosi domowych gruszeczek);

2. tak czy inaczej powinnam siedzieć cicho, bo pozycja porodów domowych w Polsce jest wciąż tak niepewna, że każdy głos krytyki jest argumentem dla negatywnie nastawionego środowiska lekarskiego. Czy nie mogę po prostu zacisnąć zębów i przestać się zachowywać jak pies ogrodnika? (nie).

Rodzenie po ludzku to nie tylko zadbanie o brzoskwiniowe ściany na porodówce i wklejenie na stronie internetowej treści Deklaracji z Aachen, to też uznanie porodu za wydarzenie egzystencjalne i immanentnie dotyczące kobiety, o czym piszą w zasadzie wszyscy piewcy rodzenia po ludzku. Większość z nich ma jednak opory przed zrozumieniem, że ta szczelina istnienia nie jest warunkowa i nie zależy ani od tego, jakiej płci jest nasz partner, ani od tego, w którym miejscu plemnik spotkał się z jajem.
Tak dużo słów o Bogu, misterium, doświadczeniu przenikającym, podmiotowości, a jednak cały czas tak trudno uwierzyć, że dyskryminacja odnosi się także do innych grup społecznych niż chrześcijanie w Afganistanie i Kaszmirze oraz pacjentki taśmowych porodówek.

W kagańcu trzymała mnie od trzech lat nadzieja, że może jednak trzecią ciążę- o ile ta będzie- urodzę w domu, a wobec tego wysoce nieostrożnie byłoby palić za sobą mosty. Prawdę mówiąc jednak, wysoki sądzie, mam to obecnie w dupie. Łgarstwo, że kolejne dziecko poczęło się naturalnie, a bliznę po cesarskim cięciu wykonałam sobie sama maszynką do golenia, ma kwantowe prawdopodobieństwo skuteczności. Ale nic to, może kiedyś wyemigruję do Holandii, albo do USA, voila:



Ten bobas nazywa się Margaux i urodził się pięć dni temu w swoim domu. Jego rodzice przeszli przez dwie nieudane próby IVF, trzecia okazała się szczęśliwa.
Wszystkiego dobrego w życiu, Margaux.