sobota, 13 lipca 2013

parę refleksji o refundacji in vitro

Jako matka trzylatka powierdzam, że w życiu nie ma nic stałego. Jeszcze wczoraj miłościwie panowała nam gulka jeżdżąca czerwoną toyotą, dziś gulka jeździ już czarnym chevroletem i "ma wiele dzieciów". Jutro zapewne gulka przekształci się w kolejnego wymyślonego przyjaciela, a ja będę usiłowała za tym nadążyć.
Ten schemat oparty na klasycznym panta rhei jest bardzo pomocny, kiedy myślimy o polskiej polityce i reakcjach medialnych.
Jakiś czas temu Polska doczekała się swojego wspaniałego ojca o imieniu Donald, dziś okazał się on molestującym ojczymem, którego żona kupuje kiecki za kilka tysięcy złotych i wszyscy czujemy z tego powodu smutek. Nic mi do szafy pani Tusk, natomiast mam swój partykularny interes w tym, aby Donald jeszcze chwilę nami porządził, a ten powód nazywa się narodowy program leczenia niepłodności metodą in vitro na lata 2013-2016.
I owszem, cholernie mi na nim zależy.

W ciągu ostatnich tygodni przeczytałam wiele artykułów o tym programie, głównie krytycznych i głównie ujawniających głęboką ignorancję autorów podążających radośnie za wybranymi, krytycznymi opiniami lekarskimi. Tak więc oczywiście program jest do niczego, bo jest za tani i nie doszacowuje kosztów ivf w Polsce. Ministerstwo nie odpowiedziało na bardzo ważne pytania lekarzy dotyczące programu. Program jest skonstruowany wadliwie, będzie piętnować dzieci urodzone metodą ivf poprzez umieszczenie ich PESELów w centralnym rejestrze. Pomija nowoczesne metody leczenia stawiając na przestarzałe.
Budzi moją nieustającą fascynację, jak łatwo zapomina się o starej zasadzie wyśpiewanej przez Lizę Minnelli i Joela Greya w Kabarecie "money makes the world go around", zupełnie jakby leczenie niepłodności było szlachetnym wyjątkiem. Zatem dla odświeżenia pamięci






PESEL w rejestrze

Jakiś czas temu skontaktowała się ze mną zbulwersowana dziennikarka. "Pani wie? Powstaje rejestr dzieci urodzonych dzięki ivf, pacjenci już deklarują, że nie będą korzystać z refundacji, jeśli doprowadzi to do stygmatyzacji dzieci!".
Pani nie wie, bo taki rejestr nie powstaje. Pani sprawdziła to w Ministerstwie Zdrowia. Pani jest zdumiona kreatywnością lekarzy, którzy do tej pory wprawdzie lubili zastraszać pacjentów na rozmaite oryginalne sposoby,  aby skłonić ich ku wyborowi droższego wariantu leczenia, ale jednak "piętnowanie dzieci" wprowadza tu pewną nową jakość.
Program refundacyjny instaluje centralny rejestr procedur in vitro dla wszystkich ośrodków uczestniczących w programie i to jest nie tylko najprawdziwsza prawda, ale też dołączenie po ćwierćwieczu do europejskich norm kontrolowania rynku usług ART. Kończą się właśnie złote czasy wolności szlacheckiej, kiedy to można było brać kasę za wszystko i rozliczać się z niczego.
Od tej pory każda para wprowadzona w program będzie mieć zapisane w rejestrze: przebieg procedury, wystąpienie skutków niepożądanych, ilość wystymulowanych komórek, ilość pobranych i zapłodnionych komórek, ilość powstałych zarodków, efekt leczenia (ciąża, poronienie, ciąża biochemiczna etc.) i ilość pozostałych zarodków zamrożonych. Po raz pierwszy w historii polskiego in vitro wprowadza się także oficjalnie monitoring ciąż według wskaźnika "take home baby", czyli nie według ciąż biochemicznych wykazanych badaniem krwi w 12-14 dobie po transferze, a pomiarem rozciągającym się również na sprawdzenie liczby urodzonych dzieci, które rodzice zabierają do domu po porodzie.
Jest to oczywiście bardzo smutne, ponieważ ten rodzaj ścisłego monitorowania uniemożliwia niestety kombinatorstwo. Mane tekel fares; lekarzu, udało ci się osiągnąć ciążę u pacjentki to udowodnij to dokumentacją.
Naprawdę bardzo przykre, że od teraz musisz.
Centralny rejestr zatem wreszcie zweryfikuje marketing na rzecz rzeczywistości. Nie jest tajemnicą, że są kliniki podające swoją średnią skuteczność rzędu 60-65%, co jest klinicznym absurdem, takiego wyniku nie da się osiągnąć, jeśli przeprowadza się pomiar prawidłowo metodologicznie, a więc obejmując nim pacjentki z każdej grupy wiekowej, ze wszystkimi kwalifikacjami, bez wyłączania grup tzw. poor responders (pacjentek źle odpowiadających na stymulację hormonalną) i grup bez transferów (pacjentki, u których nie udało się zapłodnić żadnej komórki jajowej), na przestrzeni pełnego roku i z uwzględnieniem trzech czynników: ciąży biochemicznej (ciąża wykazana badaniem krwi), ciąży klinicznej (potwierdzone echo serca płodu) i wskaźnika take home baby.
Ale jest jeszcze inna strona rejestru.

Trzy tygodnie temu nawiązałam kontakt z pacjentką, której w trakcie procedury in vitro odbywającej się w jednej z krakowskich klinik podano dwa zarodki w trakcie transferu, a cztery pozostałe zamrożono. Rok później zgłosiła się do kliniki, aby swoje zamrożone zarodki odebrać i- niespodzianka! Nie ma zarodków. "Nie udało się ich zamrozić, bo wcześniej się rozpadły" poinformował lekarz. Pacjentka zażądała wydania dokumentacji, która zawierała jednak czarną dziurę w postaci braku opisu rozwoju morfologicznego czterech pozostałych zarodków. Rozumiem, że pacjentka powinna zaufać lekarzowi, że zarodki się nie rozwinęły. Bardzo możliwe, że naprawdę tak się stało, bo często tak się dzieje.
Szkoda tylko, że nie ma po tym śladu w dokumentacji, bo jej prawidłowego prowadzenia nikt dotąd nie kontrolował.

Podsumowując tę kwestię: tak, to bardzo dobrze, że powstał centralny rejestr procedur in vitro. Osobiście uważam, że powinniśmy dążyć również w przyszłości do centralnego rejestru dzieci, co da nam możliwość monitorowania rozwoju wszystkich dzieci urodzonych dzięki ART w perspektywie longitudinalnej. Łatwo jest ten projekt szachować argumentami o piętnowaniu i stygmatyzacji, trudniej zobaczyć, że przez to, że takiego rejestru nie prowadzimy jesteśmy zmuszeni do sięgania do rejestrów australijskich, szwedzkich i duńskich, bo to są jedyne kompletne kohorty w tym momencie.
Jeśli więc chcemy na serio wdawać się w dyskusje z polskim Episkopatem i zbijać kolejne gadzinowskie rewelacje, to w pierwszej kolejności należy się zatroszczyć o zgromadzenie pełnej bazy badawczej. Bardzo źle się dzieje, że wszelkie działania normalizujące medycynę wspomaganego rozrodu w Polsce postrzega się od lat przez pryzmat uwikłań ideologicznych, a nie przez pryzmat rzetelności sprawozdawczej i podnoszenia poziomu bezpieczeństwa pacjentów.
Niemniej w chwili obecnej wszelkie doniesienia o rejestrze dzieci są dziennikarską kaczką i szantażowanie pacjentów informacją, że jeśli wejdą w program, to sąsiedzi i ksiądz dowiedzą się o sposobie poczęcia ich dziecka, są nie tylko nieprawdziwe, ale zwyczajnie nieetyczne wobec ludzi chorych.


PROGRAM JEST ZA TANI, ABY MÓGŁ BYĆ DOBRY


Ten argument mnie dziwi i tekst z Kabaretu wraca tu solidnym drewnem bumerangu. Kto składał Ministerstwu Zdrowia oferty konkursowe? Hydraulicy? Dekarze? Fizycy teoretyczni? A może jednak właściciele placówek, które od lat wykonują zapłodnienie pozaustrojowe i posiadają kosztorysy procedur z uwzględnieniem specyfiki terapeutycznej?
Niedawno śledziłam bardzo poważną dyskusję pacjentek na temat tego, że skoro w cenniku ich kliniki koszt in vitro wynosi 6900 zł to nie ma możliwości wykonania tej procedury taniej i zmieszczenia się w ministerialnych widełkach ustalonych na kwotę 7510 zł, w czym zawierają się również badania hormonalne i wizyty lekarskie, ale też koszt przechowywania zarodków.
Drodzy pacjenci, wypada spytać bardzo serio, czy wiecie za co płacicie? Co jest w koszcie Waszej procedury? Zdajecie sobie w ogóle sprawę z istnienia marż?
Nie raz i nie dwa byłam świadkiem pacjenckich dywagacji, iż za rozbieżności cenowe między in vitro w Białymstoku (najniższe cenniki) i najdroższą polską kliniką (z grzeczności nie wymienię, gdzie się znajduje, jest to moja dzisiejsza ofiara na rzecz uprzejmości) wynikają z gorszej jakości mediów i pożywek stosowanych w Białymstoku, ale też z niższych kwalifikacji personelu.
No, to jest dopiero teoria pacjenckiego Smoleńska, która swoim miłosiernym i racjonalizacyjnym płaszczem przykrywa dostęp do brutalnej świadomości, że brak kontroli centralnej prowadzi do rozrostu zwyczajnego wolnego rynku. I z niego się po prostu korzysta, skoro wolno i skoro nikt nam nie nałoży kagańca w postaci ustalonej polityki cenowej.
W tej gałęzi medycyny od dawna panował czysty kapitalizm (przy całym szacunku do wyników pracy i poziomu umiejętności lekarzy, które wydają się być naprawdę niezłe na tle Europy), a dyktowanie cen było ograniczane estymacją, ile pacjent z danego regionu jest w stanie wydać pieniędzy na leczenie. Czy raczej: na ile się okredytować.

Skutkiem ubocznym tej polityki okazał się też bujny rozkwit usług ponadstandardowych w rodzaju PGD (diagnostyka preimplantacyjna zarodka) i ICSI (docytoplazmatyczne wprowadzenie plemnika do komórki jajowej), które nie są w Polsce oferowane grupom z klinicznymi wskazaniami, a stają się ofertą dla każdego, kto za to zapłaci.
Towarzyszy temu silny marketingowy przekaz, że więcej zawsze znaczy lepiej, a to niestety nie jest prawdą, jak zresztą każdy duży kwantyfikator. Stąd wysyp pacjentów, którzy pochodzą do diagnostyki preimplantacyjnej wierząc, że jest to racjonalne zachowanie będące inwestycją w zdrowie potomstwa, nie wiedzą zaś tego, że PGD zmniejsza raty ciążowe (Munne 2005Mastenbroek 2007, Gleicher) ponieważ jest diagnostyką inwazyjną i powinna być wykonywana u par ze wskazaniami genetycznymi, gdzie uzyskane profity (zdrowe, żywe dziecko) uzasadniają występujące ryzyko i koszt finansowy. Adresatami PGD są zresztą w większości ludzie płodni stojący wobec alternatywy urodzenia chorego/martwego dziecka albo zdecydowania się na PGD. Tak też traktują to wytyczne ESHRE dotyczące diagnostyki preimplantacyjnej.
Niepłodne pary, które są nie mają wskazań genetycznych, a mimo to wykonują PGD stoją w sytuacji oferowania im operacji na otwartym sercu, aby przyjrzeć się z ciekawości wyglądowi aort. Tyle, że tego im się akurat na ogół nie mówi, za to przedstawia PGD jako atrakcyjne uzupełnienie oferty standardowej.
ICSI jest natomiast metodą, która powinna być wykonywana przy określonych wskazaniach, m.in. ciężkim czynniku męskim endometriozie i wcześniejszych niepowodzeniach klasycznego IVF, a którą w Polsce wykonuje się w zasadzie taśmowo, co potwierdza również poniższy raport ESHRE MAR:

kraj Procedury IVF Procedury ICSI
Czechy 2331 6891
Niemcy 11082 28687
Hiszpania 4178 28360
Polska 336 3790
Holandia 8356 6485
Wielka Brytania 17634 16184


Jak widać z powyższej tabelki Wielka Brytania jest krajem, w którym wykonuje się najwięcej procedur in vitro w Europie, i jednocześnie gdzie proporcja IVF do ICSI zbliża się do stosunku 1:1. Z kolei kraje będące medycznymi Eldorado z uwagi na bardzo liberalne prawo medyczne (Czechy i Hiszpania) mają ten stosunek ustawiony odpowiednio na 1:3 i 1:6. Polska jest rekordzistką procedury ICSI w całej Europie osiągając, jako jedyna, stosunek 1:10 dla procedury in vitro i faworyzując wyraźnie metodę ICSI.
Teraz zagadka: co wyróżnia Polskę z grona tych sześciu krajów? Czyżby męska populacja Polski cechowała się nieproporcjonalnie wysokim odsetkiem wad plemników w stosunku do reszty Europy?
Nie, Polska to jedyny kraj z tych sześciu, w którym zapłodnienie pozaustrojowe było dotychczas nierefundowane. Warto również zauważyć, że Hiszpania i Czechy (kraje ze stosunkowo wysokimi wskaźnikami ICSI) to najpopularniejsze kierunki turystyki rozrodczej, a więc kraje wykonujące ok. połowę swoich procedur u zagranicznych pacjentów, którzy płacą pełną kwotę za zabieg i nie podlegają refundacji. To ci pacjenci podnoszą wskaźniki ICSI w obu tych krajach.
Co to oznacza? Oznacza to dokładnie to, że droższa procedura ICSI, która powinna być kierowana do wybranej grupy pacjentów, staje się procedurą oferowaną powszechnie poza tymi wskazaniami. Bo pacjent za nią dopłaca, w Polsce różnica cenowa między IVF i ICSI oscyluje wokół 1000-2500 zł na jednej procedurze. Po co oferować taniej, kiedy można drożej?
Szczęśliwie z badań wynika, że ryzyko dla dzieci nie wydaje się być wyższe w grupie korzystającej z ICSI, choć co jakiś czas powraca taka hipoteza i są przedstawiane odpowiednie badania. Niemniej wyniki badań i metaanaliz raczej uspokajają (Orvieto 2000Sutcliffe 2003Knoester 2008Wen 2012).

Zmierzając powoli do konkluzji: uważam, że ministerialny program leczenia niepłodności jest programem, najogólniej rzecz biorąc, rzetelnym i sensownym. Reguluje niektóre ważne obszary, innych nie reguluje, bo nie może (dawstwo, wprowadzenie rejestru również dla placówek spoza programu, wprowadzenie dyrektyw). Jest to krok w dobrym kierunku.
Program uderza jednak w fundamenty dotychczasowej polityki ośrodków medycyny wspomaganego rozrodu i każe zmodyfikować jej założenia, co jest procesem bolesnym dla lekarzy, ale również dla pacjentów. Wielu z nich po przejściu odpowiedniej szkoły u własnych lekarzy podnosi teraz żądania refundacji PGD jako procedury rutynowej, bądź domaga się rutynowego ICSI uważając, że brak tych procedur w programie (PGD w nim nie ma; ICSI jest, ale tylko dla par ze wskazaniami) dowodzi indolencji ekspertów ministerialnych. Pacjenci skarżą się również na ograniczenie transferowania jednego zarodka u kobiet do 35 rż, co w moim poczuciu jest powidokiem dotychczasowego polskiego trendu klinicznego na transfer dwóch, niekiedy trzech zarodków, które wprawdzie kończyły się często komplikacjami ciążowymi i położniczymi, zwiększały także odsetki poronień, za to w pierwszym okresie po transferze dawały często ciąże biochemiczne, a to właśnie one były zliczane do statystyk każdej kliniki. Ta strategia była bardzo owocna marketingowo, nie skutkowała jednak becikowym i zakupem wózka. Powyższa zależność pacjentom zazwyczaj umyka, zwłaszcza że część lekarzy dzielnie sekunduje temu mitowi i posuwa się nawet do twierdzeń, że wprowadzenie programu obniży raty ciąż.
Nie, kochanieńcy moi, program i centralny rejestr pokażą RZECZYWISTĄ skuteczność danej kliniki, a to może być upadek z bardzo wysokiego konia dla wielu bajkopisarzy. Nie sztuka postawić śmiałe hipotezy, sztuką jest je obronić empirycznie.

Wiele czasu zapewne zajmie nowa edukacja i zaadaptowanie się do tego, co wynika ze współczesnych wytycznych w leczeniu niepłodności, a nie z konieczności zamortyzowania np. specjalistycznej aparatury do PGD bądź namówienia pacjenta na droższe opcje w leczeniu (nie zawsze bardziej skuteczne oczywiście).
Wiele czasu również zajmie zobaczenie, co należy zrzucić z ołtarzy i postawić w zamian, takim wyzwaniem na pewno będzie program SET (transfer pojedynczego zarodka).

A teraz Was zaskoczę i napiszę coś bardzo staroświeckiego, na co nie ma miejsca w mediach. Otóż czuję się wdzięczna za powstanie tego programu i czuję się również prawdziwie podniesiona na duchu obserwacją, że kompromis może mieć w Polsce też uczciwą twarz. Kompromis tego programu w zakresie zarodków nadliczbowych nie jest kompromisem zgniłym ani złożonym w hołdzie Kościołowi katolickiemu. Jest to rzadki i cenny przypadek dobrego zrównoważenia racji medycznych i racji etycznych (do 35 rż zapładnia się 6 komórek jajowych, ale po dwóch nieudanych cyklach można zapłodnić wszystkie w tej grupie wiekowej; po 35 rż ograniczenie zostaje zniesione), które nie są wcale podnoszone jedynie przez umiłowanego Gowina, ale stają się również realnym i bolesnym problemem pacjentów z zarodkami nadliczbowymi. Wiem o tym dobrze, bo nie zliczę, ile razy wysłuchiwałam dramatycznych relacji ludzi, którzy pozostali z 10 zamrożonymi zarodkami, bliźniętami w domu i z brakiem pomysłu na to, co zrobić dalej.
Program zawiera preferencję procedury SET, która jest absolutnie zgodna ze światowymi wytycznymi i jest jednym z warunków bezpiecznego leczenia. Refundujemy trzy pełne cykle leczenia, co stawia nas w sytuacji podobnej do norweskiej, a wyprzedza program holenderski (pierwszy cykl IVF na koszt pacjenta, dopiero drugi i trzeci mogą zostać zrefundowane), niemiecki (refundacja dwóch cykli procedury) czy brytyjski (powiększająca się nierówność w dostępie do świadczeń z uwagi na zaostrzającą się politykę NHS).
Irytuje mnie więc malkontenctwo mediów i szukanie dziury w całym; irytuje mnie powtarzanie nieprawd i półprawd, wprowadzanie pacjentów w błąd, podważanie ich zaufania do wytycznych, sugerowanie, że za prywatne pieniądze będą mieć lepsze leczenie.
Wreszcie irytuje mnie trend na uwalenie Platformy Obywatelskiej, z czym się zresztą ideologicznie zgadzam, ale nie zgadzam się na to, aby używać tego programu jako karty przetargowej. Bo program się akurat udał i jest projektem, którego nie tylko nie musimy się wstydzić na europejskim forum, ale którym można się z powodzeniem chwalić, co zresztą robię. I również z powodzeniem.
Tuska można wywalić, byłoby to nawet sympatyczne, zwłaszcza że razem z nim odeszłaby Elżbieta Radziszewska, Jarosław Gowin i poseł Żalek. Tak, to byłoby coś.
Ale wraz z rządem PO odejdzie również ten program, bo pierwszą decyzją zwycięskiej opozycji będzie hołd ideologiczny i zmiana na stanowisku ministra zdrowia, a więc anulowanie dofinansowania do in vitro. Polscy pacjenci znów się znajdą w tym samym bagnie, w którym tkwią od 1991 roku, kiedy to wycofano refundację in vitro po raz pierwszy.
Nie chciałabym dojść do wniosku, że in vitro w Polsce miało swoją dobrą prasę jedynie wtedy, kiedy było nieosiągalne dla szerokiej grupy. Współczucie mediów okazywane ofiarom konserwatywnej polityki zmieniło się w milczenie o zwycięstwie, kiedy wreszcie ono nastąpiło.
Stąd 01 lipca 2013 roku, kiedy w życie wszedł program refundacyjny i pierwsze kliniki przeżyły swoje oblężenie, w głównym wydaniu Faktów usłyszałam o wielu ważkich doniesieniach, na przykład o problemach z wywózką śmieci z przyblokowych śmietników, ale nie usłyszałam ani jednego słowa na temat fundamentalnej zmiany w życiu piętnastu tysięcy ludzi.
Próbowałam wiele razy podzielić się tą radością z różnymi mediami, jednak szybko zorientowałam się, że to nie jest interesująca wiadomość. Pytana byłam głównie o wady programu i o to, z czego pacjenci są niezadowoleni.
Oczywiście odpowiadałam na te pytania, bo całe moje uznanie wobec programu nie zmienia faktu, że wciąż nie mamy prawodawstwa ani akredytacji dla ośrodków, że program pozostaje rozporządzeniem ministerialnym i jego przyszłość z tego powodu jest chwiejna; że PGD dla par ze wskazaniami z poradni genetycznych powinno być refundowane, że przemilczana jest sprawa dawstwa, która akurat bardzo mi leży na sercu.
Ale poza tym wypunktowaniem chciałam przekazać coś innego i bardzo ważnego: że to jest moment otwarcia szampana, że ta radość jest zasłużona i wywalczona, że chcę to celebrować, bo wiem, dla ilu osób ten program jest jedyną szansą. Bo jeszcze rok temu powiedziałabym, że ta refundacja się nie uda i pozostanie w sferze marzeń, a dziś czytam kolejne entuzjastyczne relacje od par, które są już po wizycie kwalifikacyjnej i ruszają z procedurą w sierpniu. Życzę im powodzenia i szczęścia.

Mam poczucie, że widmo powstań wciąż zmartwychwstaje od nowa sprawiając, że źródłem ekscytacji medialnej może być jedynie to, co się nie udało i co krąży wokół porażek, błędów i niedociągnięć.
Dlatego kończę notkę siedząc na tarasie i wznosząc kawą toast za pracę wszystkich tych, dzięki którym ten sukces stał się możliwy. Są wśród nich lekarze, urzędnicy, naukowcy i pacjenci. Nie jest to główne wydanie Faktów, ale bez oddania sprawiedliwości wysiłkom tych ludzi nie chciałabym jutro wstać z łóżka. A od pierwszego lipca wstaję z niego z poczuciem, że mój kraj stał się odrobinę lepszym miejscem dla półtora miliona niepłodnych osób, z których większość z in vitro korzystać nie musi, ale wszyscy skorzystają na normalizacji sytuacji leczenia niepłodności w Polsce.
I to właśnie chcę oraz będę świętować.

piątek, 5 lipca 2013

ofiara apostazji

Że Agnieszka Ziółkowska odejdzie z Kościoła Katolickiego było wiadomo od paru miesięcy, skoro tak zadeklarowała i postanowiła.
Że padła ofiarą nieczułości polskiego Episkopatu jest jednak mniej jasne, a dla mnie w całości niezrozumiałe.

Uwielbiam blog księdza Lemańskiego. Ale obserwuję jego wpisy również z pasją badacza oglądającego nieznany mu świat, który kiedyś był znajomy, a dziś jest odrębnym mikrokosmosem zamkniętym w kropli święconej wody.
Wiem, że z Kościoła można odejść na wiele różnych sposobów, odcinać łączące nas więzy jeden po drugim lub chirurgicznym cięciem. Albo jeszcze inaczej.
Największy jednak rezonans w moich emocjach wywołuje postawa racjonalizacji zła, które nie jest nazywane złem, a koniecznym kosztem lub - i to jest trudniejsze do wyodrębnienia - powoływaniem się na nieustającą dobroć niezdefiniowanej wspólnoty, która stoi ponad oficjelami Kościoła i stanowi część od niego niezależną. A dla niej warto zacisnąć zęby.

U nas, w Rwandzie, wprawdzie wyrżnęliśmy parę tysięcy Tutsi, ale jednak pozostał jeden sprawiedliwy i dla niego warto wybaczyć maczety. Naprawdę?
Po pierwsze nie sądzę. Po drugie taka definicja wspólnotowości obroni każde świństwo i podłość, bo nietrudno w największym nawet gnoju znaleźć przynajmniej jednego sprawiedliwego.
Po trzecie zawsze zadaję sobie pytanie o koszt tych, którzy walcząc w obrębie okrutnego systemu o godność dla siebie i innych siłą rzeczy sankcjonują otaczającą ich gnojówkę. Warto?

Sytuacja Lemańskiego dotyka w moim poczuciu zagadnienia imperatywu służby dla ludzi w imię wartości wiary i humanizmu. Globalnie sytuacja mi się nie podoba, ale widzę w niej człowieka i jemu będę służyć. To, co jest w tym imperatywie najbardziej szlachetne staje się jednocześnie jego przekleństwem. Wot, zadziwiający paradoks.


Z dnia na dzień widziałem coraz wyraźniej, że nie dostrzega Pani w tym Kościele prawdziwej troski o zbłąkanych, zagubionych i poranionych. Widziałem również, że członkowie komisji bioetycznej KEP nie dostrzegają najmniejszej nawet skazy na swoim dokumencie i w swoich wypowiedziach, i dla odchodzących z Kościoła zdają się mieć tylko jedno życzenie - "krzyż im na drogę". Ileż trzeba mieć w sobie pychy, pewności siebie i zatwardziałego serca, by na taki publiczny krzyk rozpaczy pozostać głuchym i nieczułym.
źródło

Cały problem z ofiarą apostazji polega na tym, że  przyznając jej status ofiary podkreślamy opresyjność sytuacji, w której się znalazła. W dalszej kolejności gotowi jesteśmy założyć swoją wyrozumiałość wobec reakcji desperackich i uruchamianych w obliczu silnych emocji, zamiast zobaczyć to, co znajduje się tam faktycznie: dojrzałą decyzję zbudowaną na bazie wolności i suwerenności.
Można taką ofiarę namawiać, aby została w imię wspólnoty. Co ksiądz Lemański uczynił. Można mówić o tysiącach sprawiedliwych. Co również uczynił.  Można umotywować jej decyzję "głosem rozpaczy". To też zostało zrobione.
Ja jednak myślę, że Agnieszka nie mówi głosem rozpaczy, a głosem dorosłej wkurwionej przedłużającą się sytuacją wmawiania jej w brzuch, że jest dzieckiem ludzi niegodziwych i sama nie zdaje sobie sprawy z bezmiaru własnego nieszczęścia. I że to nie jest głos człowieka sięgającego po płaszcz w nadziei, że uczestnicy przyjęcia zareagują "zostań, prosimy!", a głos kogoś, kto po prostu na tym przyjęciu nie widzi już dla siebie miejsca.
Nie każde przyjęcie jest warte naszej obecności i fakt, że serwowany jest tam ksiądz Lemański w niczym nie przysłoni faktu, że w charakterze dań głównych pojawiają się biskupi Hoser i Pieronek. To raczej ksiądz Lemański staje się przystawką rzucaną na pociechę tym wszystkim, którym hoserowe gnojowisko zaczyna coraz bardziej wonieć, ale wciąż tkwią w emocjonalnym szantażu istnienia jednego sprawiedliwego.

Nie wiem, czym jest wspólnota kościelna. Widziałam jej wiele twarzy i niewiele z nich mi się podobało.
Jeśli konstytuuje ją Bóg to można go znaleźć również poza wspólnotą Kościoła katolickiego, o ile ktoś ma taką potrzebę. Jeśli ma ją konstytuować miłość do bliźniego to niewiele jej widzę na Frondzie. Jeśli Fronda nie jest wspólnotą to co nią jest? Dlaczego Fronda ma się do tej wspólnoty nie zaliczać?
Z pewnością wygodniej jest wyrzucić Terlikowskiego poza nawias i przyjąć, iż wspólnota dzieje się gdzie indziej. Tylko że to nieprawda.

wtorek, 9 kwietnia 2013

O Heniu kłamczuszku i faryzeuszach

Spotkałam kiedyś człowieka, który powiedział mi, że w katolicyzmie chodzi z grubsza o to, że był kiedyś Jezus i on wszystkich kochał tak bardzo, że oddał swoje życie, aby odkupić grzechy ludzkości. Zadaniem wspólnoty katolickiej natomiast jest sprawić, aby ta prawda nigdy nie została zapomniana.
Przeglądam dokument Konferencji Episkopatu Polski zatytułowany "O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek" i wiecie, nie widzę nic o miłości zwyciężającej śmierć i nienawiść.

Ale jest sporo o seksie.
I o aborcji
Oraz o in vitro.

Zaskakująco tym razem nie ma nic o homoseksualistach. Pewnie zostali na deser, bo KEP zapowiada kolejne dokumenty bioetyczne.
Ogólnie jednak chodzi o to, aby zajmować się tym, co ludzie trzymają w spodniach i spódnicach. Kiedyś myślałam, że to wulgarne uproszczenie. Teraz myślę, że prawda po prostu jest wulgarna.

W dokumencie są dwa duże kłamstwa i dziesiątki małych. Zastanawiające, że człowiek przyzwoity - a za takiego się uważam - zaczyna w pewnym momencie relatywizować kłamstwa. Jest ich tak wiele, że trzeba ustalić jakąś hierarchię. Być może sama ta relatywizacja jest pierwszym krokiem ku nieprzyzwoitości, powolnemu psuciu się debaty publicznej. Nie wiem. Nie miałam w sobie nigdy tyle bezczelności i tupetu, aby po prostu brnąć w ideologiczną hucpę twierdząc, że cel mnie uświęci.
Tak więc kłamstwo pierwsze:


Po to, aby zwiększyć szansę powodzenia zabiegu, do organizmu matki przenosi się kilka embrionów. Po pewnym czasie sprawdza się ich rozwój i pozostawia przeważnie jeden z nich- ten najlepiej oceniany. Pozostałe zostają przeznaczone do selektywnej aborcji, w celu ograniczenia ryzyka związanego z ciążą mnogą.


Oto wyciągi z raportów EIM Polska 2008 - 2009 - 2010 pokazujące skalę aborcji selektywnych po procedurze in vitro. Raporty były zbierane również w latach wcześniejszych, jednak wersje elektroniczne są dostępne dopiero od 2008 roku:




Dla 2008 roku



Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
68
Complication to oocyte retrieval:
All
18
Bleeding
17
Infection
1
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2008 do PTG : 7297 cykli



Dla 2009 roku


Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
54
Complication to oocyte retrieval:
All
59
Bleeding
54
Infection
5
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2009 do PTG: 8377 cykli

Dla 2010 roku



Number of occurences
Severe Hyperstimulation Syndrome (grade 3 + )
56
Complication to oocyte retrieval:
All
33
Bleeding
29
Infection
4
Maternal death
0
Number of foetal reductions
0

Ilość cykli zapłodnienia pozaustrojowego zaraportowanych w roku 2010 do PTG: 9460 cykli

Kłamstwo drugie:

Kościół stoi po stronie człowieka

ale jednocześnie dokument nazywa mojego syna "produktem" (pkt 3. Prawda o ludzkiej seksualności i odpowiedzialności za dziecko, str. 6-7.), a ludziom niepłodnym zaleca:

w sytuacji, gdy małżonkowie są niezdolni do przekazania życia (w wymiarze fizycznym) cel małżeństwa może wypełnić się w wymiarze duchowym i jednocześnie praktycznym. Chodzi mianowicie o poświęcenie się niepłodnych par na rzecz innych lub wielkoduszne przyjęcie do rodziny jednego z ogromnej liczby dzieci oczekujących na adopcję. (pkt 3. Prawda o ludzkiej seksualności i odpowiedzialności za dziecko, str. 8.)


Piszą to ludzie, którzy odmieniają podmiotowość człowieka przez wszystkie przypadki, co nie przeszkadza im postrzegać dziecka adoptowanego  przez pryzmat wielkoduszności intencji przyszłych rodziców lub ich poświęcenia.
To nie jest ani zabawne, ani przerażające. Nie wiem sama jakie to jest. To jest takie, jak uczucie, które zalało mnie falą, kiedy słuchałam słów arcybiskupa Hosera mówiącego z autentyczną troską o przeznaczaniu olbrzymich kwot budżetowych na nieskuteczne, niebezpieczne i nieetyczne leczenie podczas gdy ludzie faktycznie cierpiący umierają bez pomocy.
Nadmieńmy, iż abp Hoser należy do instytucji, która w 2010 roku obciążyła budżet Państwa kwotą miliarda stu sześćdziesięciu dwóch milionów złotych wypłaconych na pensje dla katechetów i katechetek. I robi to rokrocznie. Bo sam polski Episkopat nie ma nawet na tyle przyzwoitości, aby płacić za własny apostolat. 
Jak śmiecie mówić mi, że leczenie mojej choroby jest obciążeniem dla budżetu?

Kilka dni temu profesor Obirek udzielił wywiadu, który - moim skromnym zdaniem - należy przeczytać z uwagą, a potem jeszcze raz. Cytując:

Święcenie kobiet, zmiany w etyce seksualnej… jeśli się od tego odejmie odium walki z chrześcijaństwem i zobaczy się w tym normalne procesy emancypacyjne, których samo chrześcijaństwo było kiedyś sojusznikiem, wówczas inaczej będziemy o tym dyskutować. Dlaczego inne kościoły chrześcijańskie, mimo że też mają wielosetletnią tradycję kapłaństwa mężczyzn, zmieniły się pod wpływem emancypacji? Dlaczego Kościół katolicki nie mógłby przejść tej drogi? Ale dopóki jesteśmy w średniowieczu społecznie, dopóki tkwimy w feudalnych rozwarstwieniach i zależy nam tylko na tym, żeby być na górze, żeby panować, to nie ma możliwości na przyjęcie języka debaty, a nie nienawiści, wobec tego zewnętrznego, zagrażającego nam ponoć świata. Negocjacji, dialogu społecznego, zamiast wyzwisk. Jeśli choćby uda się Franciszkowi zmienić język, którym Kościół rozmawia z nowoczesnością, to byłaby już wielka zmiana po poprzednich pontyfikatach.


I właśnie dlatego dowiedziałam się dziś z ust biskupa Wojciecha Polaka, Sekretarza Generalnego KEP, iż niniejszy dokument stanowi... odczytanie znaków czasu!

Znaków czasu!

Dzieci będące produktami, bo poczęły się na szkle.
Ojcowie, o których miłości Episkopat ma do powiedzenia tyle, że dokonali samogwałtu, aby ojcami zostać.
Kobiety noszące uszkodzone płody, które winny donosić ciążę i towarzyszyć dziecku w umieraniu, inaczej bowiem zaprzeczą jego podmiotowości.
Brzuchy tych kobiet będące inkubatorami chroniącymi podmiotowość płodu za cenę uprzedmiotowienia kobiety
I mentalność antykoncepcyjna, która jest potępiona, ponieważ choć "otwartość na życie może się wprawdzie łączyć z krzyżem, wiązać z wyrzeczeniami osobistymi i finansowymi", to jednak macica, prącie i ich szlachetne połączenie owocujące porodem stanowią wrota do zbawienia. To jest właśnie wulgarność prawdy.

A jedyny znak czasu, który się tu objawia to to, że jakkolwiek pedofilia jest problemem dla polskiego Kościoła zbyt błahym, to zajęcie się masturbacją niepłodnych ojców jest problemem wystarczająco ważkim.

Cóż, Jezus żył krócej niż faryzeusze. Wierzył w inne znaki czasu.


piątek, 29 marca 2013

z pamiętnika ofiary



Strasznie mnie niepokoił czerwony guziczek przy mikrofonie, bo jeśli się go nie wcisnęło to rozmowa się nie nagrywała. A musiała się nagrywać podobno. Siedzący obok mnie oficjele ignorowali tę prośbę, więc ja go włączałam za nich usiłując przy okazji wybić ząb Panu Docentowi albo dokonać lobotomii przez oczodół Pani Profesor.
I tak przy pierdylionowym "włącz-wyłącz guziczek" dotarło do moich zwojów trzeźwe pytanie, co ja w ogóle robię i dlaczego zachowuję się jak kretynka?
Gorsze było jednak to, że znałam odpowiedź na oba pytania.

Dowiedziałam się niedawno, że w moim kraju pozwala się jawnie na kradzież oraz mobbowanie. W świetle kamer, w ogóle bez krztyny obciachu. Czołowego polskiego polityka okradli z 70 tysięcy zielonych, a jedną ze znanych aktorek zastraszają "zniknięciem i pomniejszeniem" (myślę jednak, że się nie da złamać, w końcu to ona pożegnała komunizm).
Na szczęście solidarność nie umarła w narodzie i niejaki Pellowski postanowił dodać do swoich wypieków zdrową porcję pogardy, aby wzmocnić moralnie Lecha Wałęsę.
Całość tych wydarzeń została podlana stojącą na ciepłej płycie zupą, gotującą się tygodniami, o nazwie "związki partnerskie". Ponieważ większość Polaków nie popiera związków homoseksualnych, ale są łaskawi i pozwalają pedałom żyć. Byleby nie w tym samym kwartale bloków.
I tak oto na tym gruncie wyrósł wkurz Rude de Wredne.
Sam tekst jest ze wszech miar słuszny, ale kończy się akapitem, który mnie nieco zastanowił:

Chcieliśmy takim właśnie kretynom pokazywać, że jesteśmy "normalni". Zaczęliśmy od kampanii "Niech nas obsobaczą", tfu, zobaczą, i brnęliśmy w tym słodkim obrazie geja i lesbijki. I co? I gówno nam z tego przyszło! Ile razy czytałam na naszych forach, w komentarzach, żebyśmy się nie afiszowali, żebyśmy edukowali społeczeństwo i kornie czekali, aż dojrzeje. Kochane cioteczki, ulubione moje femki lesbijki. Nieważne, że wydaje wam się, że wy nie wyglądacie tak, jak te pedały i lesby na paradzie, i tak na pierwszy rzut oka widać, kim jesteście. Nieważne, że część z "postępowych" mówi, że "normalni" homosie są spoko. Te wszystkie brudy, ten gnój was też dotyczy. Nawet jeśli będziecie udawać, że gówno, którym was obrzucają, to czekolada.
Dlatego ja już przestaję edukować. Przestaję się hamować. Przestaję udawać, że normalna rozmowa z idiotami jest możliwa, i cierpliwie tłumaczyć. Dość. Niech żyje homoterror!



Czyli homoterror jest antonimem edukacyjnych kampanii społecznych, które - jestem o tym przekonana - przez większość konserwatywną były odbierane właśnie jako ilustracja homoterroru i homopropagandy.
Pozwólcie, że wyperoruję Wam przy okazji definicję "natrętnej homopropagandy": homopropagandą jest wyjście geja, o którym wiemy, że jest gejem, w przestrzeń publiczną. Kropka. Epatuje się samym istnieniem. Zdradzam Wam tę definicję, ponieważ nauczyłam się jej na przykładzie innego zestawu "potępiamy in vitro, ale kochamy dzieci urodzone dzięki tej metodzie".
Tak więc z punktu widzenia przeciętnego homofoba Polaka akcja "niech nas zobaczą" oraz Gay Pride mieszczą się dokładnie w tej samej kategorii zjawisk o zbiorczym tytule "homopropaganda". Zatem nie lękajcie się, i tak was nienawidzą.

Druga rzecz, która mnie zastanowiła, to wstęp do definicji normalnego homosia. Znów się podzielę swoją własną: normalny homoś to jest człowiek, który pozostaje lub chce pozostawać w relacji uczuciowej z człowiekiem tej samej płci. 
Zauważcie, że w tej definicji nie ma nic o kolorze gaci, ani o chodzeniu na parady, ani o całowaniu w miejskim parku, ani o wychowywaniu dzieci. Zdradzę Wam, dlaczego nie ma: otóż wali mnie to. Wali mnie konkretnie nie to, czy Kasia i Zuzia urodzą córkę, bo życzę im urodzenia córki, jeśli tego pragną i tworzą stabilny związek; wali mnie wyszczególnianie katalogu praw z uwagi na to, z kim się dzieli sypialnię. Myślę, że moja definicja jest nie tylko dobra, ale w ogóle jedyna możliwa, i zachęcam, aby homosie normalni i nie, podobnie jak heterosie normalni i nie, nauczyli się jej na pamięć, o ile sami do niej nie doszli już wcześniej.
(Tak poza tym twierdzę, że całowanie się w parku jest ohydne, ale uważam tak oczywiście dlatego, bo jestem strasznie stara i podnieca mnie już jedynie Sława Przybylska w wersji na grzebień i wiolonczelę. To, czy będzie mnie obrzydzać para hetero czy homo jest bez znaczenia).

Bycie obiektem nienawiści jest bardzo pozytywnym stanem, uważam, z niego nie ma już schodów do piwnicy, można piąć się jedynie w górę. Jest tu pewna analogia do mikrofonów z guziczkami. W sali, w której siedzi piętnastu starców z tytułami, i jedna kobieta bez tytułu, dla kobiety jest absolutnie jasne, kto zajmie się obsługą mikrofonu. Naturalnie jest możliwe, że niektórzy z tych starców mogą tego od kobiety oczekiwać. Niemniej jest również prawdą, że w każdej chwili może ona przecież powiedzieć "takiego wała".
Zasadniczo jest to punkt, do którego chciałam doprowadzić tę notkę. Pomijając życie w kraju pełnym Pellowskich i wszystkich moich ulubieńców pojawiających się licznie na stronach tego bloga, przede wszystkim żyjemy w towarzystwie swojej własnej samooceny, a ona zadaje nam uparte pytanie "dlaczego wciskasz guziczki?". 
Wciskam guziczki, ponieważ sama się degraduję do tej roli. Dodatkowo wciskanie guziczków obiektywnie nie jest najgorszą pracą na tym padole, ale identyfikuję je jako upokarzające, ponieważ to mnie przypada ono w udziale. A jest jasne, że skoro coś robię to musi być to praca niższego rzędu, ponieważ jestem kobietą, ponieważ nie mam tytułu akademickiego oraz ponieważ coś jeszcze, czym akurat tego dnia będę chciała się zadręczać w doskonałym stylu patriarchalnej ofiary.
Potem mamy trzeci poziom - dręczę mikrofon, ponieważ nie przyznaję sobie prawa, aby skorzystać z niego w sposób bardziej tradycyjny, to jest mówiąc do niego jakiś komunikat w celu bycia usłyszaną i wysłuchaną. Co utytułowani starcy robią tak po prostu i sądzę, że nie generuje w nich to głębszych refleksji na temat ich roli w świecie i prawa do zajęcia stanowiska wobec pytania starszego referenta.

Te wszystkie trzy sytuacje łączy jeden mianownik i nie jest nim niestety penis. Ani żaden inny atrybut męskiej władzy. Jest nim mój wybór.
Tak że jak długo będziemy chcieli przekonywać kogokolwiek do tego, że jesteśmy normalni i zasługujemy na awans z roli guziczkowego, tak długo nie wydostaniemy się z gówna. Naturalnie prościej jest przyjąć, iż jesteśmy tym gównem obrzucani i dlatego płaszczyk mamy powalany kaka, obawiam się jednak, iż on się powalał po prostu dlatego, bo w uznaniu swojej podrzędności zrobiliśmy chlup do kloaki.
Nie przestawajmy, kochane mniejszości, edukować większości. Ale tak, przestańmy się hamować.
Tylko że to się nie nazywa homoterror. To się nazywa rozpoznanie siebie jako ludzi posiadających równe prawa.


środa, 27 marca 2013

Nic nie będzie w ogóle i nigdy

Przyszła wiosna, zmieniły się sklepowe wystawy, a politycy wystawili swe małe główki z poselskich norek sygnalizując gotowość do podjęcia aktywności.
20 marca 2013 podpisano Narodowy Program Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego na lata 2013 - 2016
Program ma ruszyć 01 lipca 2013, obejmuje refundację 3 pełnych cykli IVF/para, dotyczy par ze zdiagnozowaną niepłodnością (bez względu na ich stan cywilny), finansowana jest część biotechnologiczna i kliniczna, pacjent płaci jedynie za leki (ok. 1/3- 1/2 kosztów całości). Aha, z programu wypadają kobiety powyżej 40 rż., pary korzystające z gamet dawców oraz kobiety z wadami macicy uniemożliwiającymi donoszenie ciąży bądź z poronieniami nawykowymi.

Okazało się, że to jest bardzo zły program. Podczas gdy politycy te swoje małe główki i tak dalej, w pacjentach polskich narastają złość i refleksje*:

Ty w ogóle czytałaś ten projekt? Musisz wyłożyć ponad 3/4 kosztów, a szansa powodzenia jest minimalna przy jednym zarodku... Lepiej zapłacić ze swojej kieszeni i móc dowolnie zarządzać swoimi komórkami i zarodkami. Jak już chcą coś zrobić to niech napiszą porządny, mądry projekt, a nie udają tylko, że coś robią!

Ja to bym wolała jeść kanapki z dżemem przez cały rok, ale zrobić ivf "po swojemu" niż skorzystać z tej łachy i drastycznie obniżyć swoje szanse na ciążę

A wiecie co jest najgorsze? Że ludzie zaczynają już mówić, że będziemy się leczyć za darmo. Nawet moja kumpela zadzwoniła ucieszona, że nie muszę już zbierać kasy na in vitro, bo będzie refundacja. Naiwna biedaczka...

Wiem, że mogę się nie znać, bo nie mam habilitacji z pacjentologii, a truskawki posypuję cukrem, ale rządowy program jest programem dobrym. Nie idealnym, ale dobrym.
To prawda, że wypada z niego dawstwo gamet. I nie może być inaczej, jak długo nie mamy wdrożonych dyrektyw unijnych. Państwo nie może refundować procedury, której bezpieczeństwa nie jest w stanie skontrolować. Ale to również oznacza, iż jedyną drogą do włączenia tej grupy w ramy refundacji jest po prostu ustanowienie prawa, a nie majstrowanie przy dofinansowaniu.

Wiek kobiety. Spójrzmy na sytuację europejską.
Portugalia: 39 rż
Izrael: 45 rż
Bułgaria: 43 rż
Szwecja: 37-43 rż (w zależności od regionu)

Na tym tle polska średnia wypada właśnie jako średnia. Uwagę powinno zwrócić coś zupełnie innego: brak ograniczeń wiekowych dla mężczyzny. Z podanych krajów tylko Szwecja posiada to ograniczenie. Warto nad tym popracować w kolejnych edycjach Programu.

Wysokość dofinansowania: 7510 zł na program (część biotechnologiczna i kliniczna), 3 pełne programy refundowane. Pacjent płaci jedynie za leki. Ministerstwo prowadzi negocjacje z producentami leków, aby obniżyć ich ceny. Spójrzmy na przykładową sytuację europejską:
Finlandia: 3 cykle IVF
Dania: zawiesiła refundację
Grecja: zwrot 7% kosztów IVF w klinice i zwrot 25% kosztów leków
Holandia: 3 cykle IVF
Norwegia: 3 cykle IVF

Sami naiwniacy w tej Europie mieszkają. Pewnie tam też koleżanki przegrzewają łącza telefoniczne, aby wyrazić głupią radość, że leczenie jest dofinansowane. Jahwe dziękować, że polski pacjent ma morze cierpliwości, aby życzliwej koleżance nie powiedzieć z miejsca "spierdalaj".

No i w końcu temat najbardziej jątrzący: mrożenie i transferowanie zarodków.
Nie czarujmy się, program rządowy jest rozpięty pomiędzy gowinologią i liberalizmem. Od kobiet do 35 rż można pobrać maksymalnie 6 komórek jajowych i je zapłodnić. Jeśli dwie pierwsze próby IVF się nie powiodą, przy trzeciej można zapłodnić już wszystkie komórki jajowe, bez ograniczeń. U kobiet po 35 rż nie stosuje się ograniczenia liczby zapładnianych komórek z uwagi na obniżającą się jakość tychże, a więc mniejsze szanse zapłodnienia.
Z drugiej strony przyjdzie kiedyś taki dzień, w którym zapłoną znicze pod ośrodkami leczenia niepłodności (albo pod Ministerstwem, to się zobaczy) w intencji ulatujących w niebo duszyczek zygot.
Od 25 lat nie wiemy, co robić w Polsce z zarodkami tzw. niechcianymi. Czyli tymi, których rodzice nie transferowali, nie oddali do adopcji ani nie odebrali z kliniki. Zarodki te pochodzą na ogół z czasów, w których kobietę intensywnie stymulowano, uzyskiwano więc dużo komórek jajowych, które następnie zapładniano.
Dziś porządne i znające się na rzeczy ośrodki preferują lekką stymulację, w wyniku której kobieta wytwarza 2-6 dobrych jakościowo komórek, z których powstanie około 3-4 zarodków, z których - po transferowaniu w cyklu świeżym i mrożonych - urodzi się 1-2 dzieci. Patrząc na badania napływające z całego świata ten trend się utrzyma, wyraźnie metody ART idą w jakość, a nie w ilość zarodków.
Co się dzieje więc z zarodkami niechcianymi?
Są po prostu przechowywane w ośrodkach z uwagi na brak przepisów precyzujących ich dalsze losy. Nie dzieje im się krzywda i wszystko z nimi w porządku poza tym, że nie wiadomo, co zrobić z nimi dalej. Jak długo je mrozić? Jak długo mają dryfować w próżni prawnej? Będziemy dostawiać kolejne pojemniki z azotem na nowe zarodki?
Tak, to jest problem.
I owszem, trzeba go będzie kiedyś rozwiązać. Rozwiązania są tak naprawdę dwa- zniszczyć lub przekazać do celów naukowych. W każdym razie takie rozwiązania zastosowały m.in. Włochy i Wielka Brytania, które doszły do tej samej ściany.
Nie poważyłabym się na twierdzenie, że w Polsce pacjenci się tym nie przejmują. Oni o tym w większości nie myślą.
Zamiast tego lubią rozważać kategorię "wolność" bez subkategorii "skutki, konsekwencje".
Tymczasem program jest skonstruowany pod tym względem bardzo rozsądnie: tylko jeden zarodek na jeden transfer, co obniży szansę ciąży o 1-5% na jeden cykl in vitro**, ale również zniweluje do poziomu populacyjnego ryzyko ciąży mnogiej. A to ciąża mnoga jest głównym powikłaniem metod wspomaganego rozrodu. W zamian za SET dostajesz trzy pełne refundowane cykle (Słowenia idzie tu jeszcze dalej: 4 próby IVF, ale tylko dla SETów. Chcesz mieć DET? Płać z własnej kieszeni. Tę samą politykę będą wprowadzać Czechy).
Społeczeństwo w dalszej perspektywie zyskuje:
- brak nakładów ponoszonych na leczenie powikłań okołoporodowych i neonatologicznych w ciążach mnogich
- brak perspektywy "a teraz co do cholery zrobimy z niechcianymi zarodkami?!"

Program SET (single embryo transfer) opłaca się wszystkim: pacjentom, lekarzom i budżetowi. Przede wszystkim opłaca się dzieciom urodzonym z SETów, bo rodzą się w lepszej kondycji, z wyższą masą urodzeniową i w późniejszych tygodniach ciąży niż dzieci z DETów i TETów.
Po latach opłaca się to również rodzicom, którzy nie piszą spanikowani "oborze, i co teraz mam zrobić? Troje dzieci w domu, sześć zarodków w klinice, do adopcji nie oddam, sumienie nie pozwala mi zniszczyć, a na kolejną ciążę sobie nie pozwolę!".
No ja nie wiem, co masz zrobić. Serio. Dlatego wolę myśleć o planach długoterminowych, a nie strategiach "aby do pozytywnego testu ciążowego, a potem się zobaczy".
Ale złota polska wolność i tradycje szlacheckich pasów trzymają się mocno powtarzając z rozpaczą "Marność, marność nad marnościami, wszystko to marność. I chuj".
Albowiem powinno być za darmo, bez ograniczeń i z becikowym na końcu trasy maratonu. A jak nie to zjem dżem, ale będzie po mojemu, na bogato.

Wracając więc do wiosny. Stała się rzecz, do której nie umiem się odnieść, otóż minister zdrowia, Bartosz Arłukowicz, spełnia swoją obietnicę. Na razie częściowo, ale jednak konsekwentnie.
Ta sytuacja mnie wytrąca z równowagi, ponieważ są na tym świecie pewne stałości, na przykład po zimie przychodzi wiosna, a politycy nie wywiązują się z przyrzeczeń złożonych społeczeństwu.
Jednak w marcu 2013, najbardziej zimowej wiośnie ostatniej dekady, nie rozmawiamy już o tym"CZY in vitro", a jedynie o tym "W JAKI SPOSÓB in vitro".
I tak, jest to wielki sukces. I będę się z niego cieszyć.
A na koniec oddaję głos Julii Kubisy dedykując ten fragment wszystkim pacjentom od kanapek z dżemem i wypisywania bzdetów, za które mi zwyczajnie wstyd, jako byłej pacjentce:

To samo tyczy się in vitro. Kilka lat temu Porozumienie Kobiet 8 Marca razem ze Stowarzyszeniem „Nasz Bocian” organizowało pikiety w sprawie in vitro pod Sejmem. Na jednej z nich głos zabrała działaczka WZZ Sierpień 80. Opowiedziała o wieloletnich staraniach o dziecko, o zapożyczeniu się na niezwykle drogą procedurę in vitro – i o rozpaczy, że kolejnych prób nie będzie, bo nie ma na to pieniędzy, za to są długi. In vitro jako problem klasy średniej? Nie sądzę.


* cytaty są parafrazą wypowiedzi pacjentów. Nie zamieszczam oryginalnych cytatów, aby nie naruszać ich dóbr i uniemożliwić identyfikację
** SETy są wprowadzane obligatoryjnie lub zalecane w większości krajów z uregulowanym prawodawstwem, wynikają również z oficjalnej rekomendacji ESHRE. W zależności od metodologii badania (głównym czynnikiem różnicującym jest wiek kobiety) raty ciąż po SET różnią się negatywnie od DETów w granicach 1-5 %, przy czym jeśli porównywany jest wskaźnik "take home baby" różnice niwelują się do ok. 1%. Poniżej przykładowe badania:
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23453121
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/18773532
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/20500945























niedziela, 16 grudnia 2012

cywilizacjo kretynów, odwal się od dzieci

Dzieci widoczne na zdjęciach poniżej urodziły się dzięki metodom wspomaganego rozrodu, zostały adoptowane bądź przyszły do swojej rodziny innymi drogami, o których nic bliżej nie musicie wiedzieć, bo to nie wasza sprawa. To, co jest wspólną sprawą to to, że posiadają prawa przynależne każdemu człowiekowi. Przypatrzcie się uważnie i poszukajcie chipów, nadmiarowych kończyn oraz wytatuowanych szóstek za uszami:





Zgroza, prawda? I dla niepoznaki wyglądają tak normalnie. Ale nie dajcie się zwieść pozorom. Duża polska sieciówka odzieżowa wykazała się czujnością i odmówiła użyczenia swoich kolekcji do sesji zdjęciowej powyższego kalendarza, gdyż niestety nie może brać udziału w projekcie, ponieważ jako sklep dla dzieci nie chce mieszać się w polityczne zagrywki i kontrowersje jakie są w związku z zapłodnieniem in vitro.
Wiadomo, dzieci ze swej natury budzą kontrowersje, szczególnie w Polsce, kraju sławiącym miłość do dzieci i wartości rodzinnych.
Na szczęście cztery inne sieciówki nie miały nic przeciwko dzieciom i udostępniły ubranka. Pewnie nikt ich na czas nie powiadomił, że dzieci adoptowane to margines i patologia (odznaczają się głównie predylekcją do wbijania siekier w potylice swoich rodziców), a na dzieciach urodzonych dzięki in vitro ciąży zmaza współodpowiedzialności za morderstwo braci i sióstr.
Wobec tego trudne zadanie edukacji społecznej w tym ostatnim przypadku wziął na siebie Przegląd Katolicki informując czytelników, iż:

Po pierwsze, Kościół katolicki nigdy nie stygmatyzował i nie stygmatyzuje rodzin decydujących się na in vitro ani nie piętnuje dzieci poczętych tą metodą.
Radować się, że zostało to wreszcie wyjaśnione, bo bez tego disclaimera dość trudno byłoby zinterpretować zdanie pojawiające się niżej:

 in vitro jest metodą pozyskania dzieci za cenę bezpośredniego lub pośredniego uśmiercania innych dzieci. Jest to przede wszystkim selekcja i uśmiercanie embrionów – produkuje się ich kilka, tak by zwiększyć szansę poczęcia. Niszczenie takich embrionów jest z perspektywy nauki Kościoła zabójstwem.

Smaczku dodaje fakt, iż nie dalej jak tydzień temu redakcja Przewodnika Katolickiego zwróciła się z prośbą do autorów projektu "Dzieci Naszego Bociana" o użyczenie zdjęć dzieci dla potrzeb cytowanego wyżej tekstu. Prośba nie została spełniona.
Uporządkujmy fakty:
1. Kościół katolicki nie stygmatyzuje dzieci urodzonych dzięki ivf;
2. redakcje tygodników katolickich chętnie opublikują zdjęcia polskich dzieci urodzonych tą metodą, aby wyjaśnić odbiorcom, że Tymek, Zosia i Staś przyszły na świat za cenę zabójstwa innych dzieci.

Autorka artykułu ujawnia kolejne sensacje dotyczące idei kalendarza:

 Jak piszą jego pomysłodawcy, „w sesji brały udział dzieci urodzone dzięki metodom wspomaganego rozrodu, adoptowane oraz ich rodzeństwa”. A cel przedsięwzięcia? Zwrócenie uwagi na dzieci poczęte metodą in vitro.
Wystarczyłoby sprawdzić, co naprawdę piszą jego pomysłodawcy, aby nie brać wierszówki za bzdury, które się autorce jedynie wydają:


Dlaczego kalendarz?
Dzieci z kalendarza są wyjątkowe. Oczywiście wszystkie dzieci są wyjątkowe, ale nasze, bocianowe jakby „bardziej”. Czekaliśmy na nie długo, czasem bardzo długo. Raz po raz traciliśmy nadzieję na to, że w ogóle pojawią się na świecie, że razem z nami stworzą rodzinę. Ale są! Choć od 25 lat nie ma przepisów i nie ma regulacji dotyczących metody in vitro, nie ma refundacji leczenia niepłodności, a wokół adopcji nadal funkcjonuje wiele szkodliwych mitów- wbrew przeciwnościom tworzymy szczęśliwe rodziny. Każdego dnia na świat przychodzą dzieci poczęte dzięki wspomaganemu rozrodowi, a do naszych rodzin trafiają kolejne dzieci adopcyjne. Są takie same jak miliony innych dzieci na świecie, przywracają wiarę i nadzieję na szczęście! Przyszły do nas z miłości, w miłości i dzięki miłości. Dzielimy się z Wami naszym szczęściem i tym przesłaniem.



Dla ułatwienia napisano to nawet na okładce kalendarza, a ponadto na jego stronie internetowej oraz w informacjach prasowych.
Następnie czytamy:


Problem bezpłodności – według raportów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – dotyka 15 proc. małżeństw. Szacuje się, że 5 proc. rodzących się dzieci w krajach zachodnich to dzieci poczęte metodą in vitro.
Pierwsze słyszę, aby bezpłodność dotykała 15% małżeństw, według WHO dotyka ona 15% par, i mówimy o niepłodności, a nie bezpłodności. Chwila, w której prawicowe media przyswoją sobie wreszcie elementarne nazewnictwo obowiązujące w temacie, w którym zajmują głos, będzie chwilą odznaczoną przeze mnie na czerwono w kalendarzu. Ze złotą ramką ku czci.

W dyskusjach o in vitro wiele mówi się o samej procedurze, zapłodnieniu pozaustrojowym, technikach sztucznego wspomagania rozrodu, pomija się lub trywializuje wiele faktów, które są dla chrześcijan nie do zaakceptowania.

Magdaleno Szewczyk, dlaczego Pani ordynarnie kłamie? Metody wspomaganego rozrodu są w swoim okrojonym katalogu (inseminacja homologiczna przy użyciu prezerwatywy perforowanej; GIFT, gamete intra-fallopian transfer; LTOT, low tubal  ovum transfer) akceptowane przez Watykan (a w każdym razie nie są potępiane i Kongregacja Wiary zostawiła niepłodnym małżonkom furtkę decyzyjną), ponadto słowo "chrześcijanin" nie jest synonimem "katolika", a tak się składa, że zdecydowana większość odłamów chrześcijaństwa nie ma problemu z zapłodnieniem in vitro. Kościół katolicki ma. Ale to za mało, aby stosować bezczelną figurę chrześcijańskiego uogólnienia.
I argument, na który często powołują się osoby afirmujące technikę sztucznego zapłodnienia jako metodę leczniczą. In vitro nie leczy bezpłodności, tylko obchodzi problem. Po urodzeniu dziecka poczętego przez in vitro kobieta czy mężczyzna dalej są bezpłodni

Każda terapia objawowa obchodzi przyczynę, co na ogół nie uruchamia w katolickich publicystkach mechanizmu poniewierania ludźmi chorymi i zaleconą im terapią. Znani mi rekordziści są rodzicami pięciorga dzieci urodzonych dzięki metodzie ivf i fakt, że ich jajowody nadal są niedrożne, a nasienie niepełnowartościowe, nie ma dla nich żadnego znaczenia wobec rzeczywistości bycia siedmioosobową rodziną i odzyskania dzięki temu dobrostanu psychofizycznego. Minus zarwane noce z powodu kolek.

Nie ma sensu miażdżyć pozostałych nierzetelności zawartych w tekście. Po pierwsze robiłam to wiele razy na tych stronach, a komunały antyinvitrowe (i szerzej: związane z negacją praw reprodukcyjnych) cechują się  powtarzalnością. Po drugie tłumaczenie czegokolwiek środowisku, które chce ilustrować swoją ideologiczną paranoję zdjęciami istniejących dzieci, do których ta paranoja i brak wiedzy odnoszą się bezpośrednio, jest działaniem jałowym.
Uwagę jednak warto skierować na ostatnie zdanie przytaczanego artykułu:

Najważniejsze, że kropla drąży skałę...          


To prawda, drąży. A ponieważ od kilku miesięcy obserwuję narastające zjawisko niepłodnościowego coming outu spodziewam się wodospadu i braku szalup dla reprezentantów cywilizacji kretynów. I właśnie tego sobie życzę w nadchodzącym roku.


I na deser:



czwartek, 6 grudnia 2012

Życie albo śmietnik. Dlaczego Polacy lubią Dickensa.

Okna życia w Polsce uratowały życie 44 dzieciom. Nigdy nie poznają danych rodziców biologicznych i będą żyć z czarną dziurą dotyczącą ich tożsamości, ale wygraliśmy bitwę o ich życie!

Jest grudzień Anno Domini 2012 roku, piszę te słowa w Warszawie, w Polsce. Część moich rodaków osiągnęła już taki etap rozwoju społecznego, iż zgadzają się ze zdaniem "kobieta jest człowiekiem". Mamy więcej sukcesów: osiągnęliśmy konsens co do tego, że niewolnictwo nie jest okej, dzieci nie powinny być molestowane seksualnie ani poddawane przemocy, zaś osoby niepełnosprawne nie mogą być dyskryminowane. Dopracowaliśmy się również konkretnych przepisów prawnych stojących na straży powyższych osiągnięć cywilizacyjnych.
Są powody do radości.
Tymczasem zjawia się Maria Herczog, członkini komitetu ONZ i sprzedaje dziwaczną teorię, iż okna życia łamią prawo dzieci do wiedzy o własnej tożsamości, uderzają też w prawa kobiet oddających dzieci do adopcji. Na reakcje nie trzeba długo czekać:


Jak widzimy przełożenie jest proste: mniej okien życia równa się więcej dzieci na śmietnikach. Zupełnie, jakby od 60 lat nie funkcjonował sprawnie system adopcyjny, a skala dzieciobójstw nie obniżała się.
Lament środowiska Gościa Niedzielnego niespecjalnie dziwi, desperowanie redaktor Brygidy Grysiak również nie, ale że pod tym zdjęciem podpisują się osoby związane z polskim środowiskiem feministycznym i lewicowym- to nie tylko dziwi, to po prostu zasmuca.
Cofnijmy się nieco w przeszłość.
Pierwsze okno życia, a w zasadzie "kołowrót życia" otwarto w Warszawie w roku 1736. Zasada działania była prosta: kobieta mogła anonimowo podrzucić swoje dziecko do obrotowej skrzynki uruchamiając dzwonek alarmujący personel szpitalny lub siostry zakonne.

Adopcja takich dzieci zdarzała się bardzo rzadko, ich przyszłe losy determinowały w zasadzie dwie możliwości: pójście na służbę lub terminowanie u rzemieślników. O ile udało im się przeżyć, ponieważ w 1848 roku śmiertelność podrzutków sięgała 61% (wszystkie źródła statystyk i liczb podaję na końcu notki).
Co interesujące, krytyka kołowrotów życia jest równie stara, co same kołowroty. Najczęściej podnoszony sprzeciw dotyczył argumentu, że to rozwiązanie sprzyja bezkarnemu porzuceniu dzieci, za to nie przekłada się na zmniejszenie ilości aborcji (spędzania płodów) ani przypadków dzieciobójstwa. Równie bogatą tradycję ma obrona kołowrotów życia, dziś okien życia, oparta na nieśmiertelnym i nośnym evergreenie: "nie można dowieść, że to nie działa, więc lepiej zakładajmy nowe kołowroty aby ratować dzieci".
Wersję współczesną proponuje nam załączony obrazek i red. Grysiak:

Mnie się zawsze wydawało, że nawet jedno uratowane życie powoduje, że warto się starać. Nawet jedno uratowane życie powinno być najmocniejszym argumentem za oknami życia. Nie bardzo rozumiem tych, dla których nie jest.
(źródło)
Ta argumentacja miałaby sens, gdyby red. Grysiak była w stanie udowodnić istnienie korelacji między funkcjonowaniem okien życia, a "uratowaniem choć jednego życia". Sęk w tym, że nie jest w stanie tego udowodnić. Podobnie jak jej XVIII - wieczni poprzednicy.
Co jednak mówią nam historia i liczby?
W 1871 roku stołeczny kołowrót życia zostaje działający na zasadzie pełnej anonimowości zostaje zlikwidowany. Nadal można oddawać dzieci, ale już pod własnym imieniem i nazwiskiem. Liczba oddawanych dzieci w kolejnych latach utrzymuje się jednak na dotychczasowym poziomie, za to maleje liczba dzieci porzucanych pokątnie i anonimowo z narażeniem ich życia.
Co więc widzimy? Likwidacja kołowrotów życia opartych na anonimowości i bezkarności rodzica, i wprowadzenie na ich miejsce systemu przekazań dzieci opartych na nieanonimowości nie zmniejsza liczby dzieci oddawanych do przytułków, za to zmniejsza ilość anonimowych porzuceń, których okoliczności zagrażają życiu niemowląt i noworodków.
Zdaje się, że właśnie od tego argumentu zaczęliśmy: "nie likwidujcie okien życia, bo niechciane dzieci zaczną być zabijane bądź będą porzucane na śmietnikach"?
Świetna replika, szkoda tylko, że oparta na fałszywym założeniu, ponieważ relacja zdaje się być zgoła odwrotna: im więcej anonimowości i bezkarności, tym wyższe wskaźniki porzuceń z narażeniem życia. Liczba przekazań do adopcji pozostaje natomiast relatywnie stała, co wskazuje na to, iż najważniejszą zmienną jest tu po prostu motywacja matki: jeśli chce, aby jej dziecko przeżyło to kwestia anonimowości nie odgrywa większej roli. Jeśli nie chce, aby dziecko przeżyło to cóż, nie doniesie go ani do kołowrotu, ani do okna życia, ani do przedsionka kościoła, tylko  wybierze beczkę z kapustą.

No ale wciąż mówimy o historii, a może  we współczesnej Polsce ten schemat działa inaczej? Wydaje się, że nie: skala dzieciobójstw obniża się sukcesywnie od roku 1999 (źródło), co zdaje się mieć raczej związek ze spadającą liczbą porodów w Polsce (źródło), a nie ze zjawiskiem otwierania bądź zamykania okien życia, zwłaszcza, że ilość przysposobień w Polsce również maleje (źródło) wraz z obniżającą się dzietnością. Mniej dzieci rodzimy, mniej dzieci porzucamy i mniej dzieci oddajemy do adopcji. To dość prosta zależność, z którą istnienie okien życia nie wydaje się być skorelowane pozytywnie ani negatywnie.
Co więc nie działa, skoro ta zależność nie jest w stanie się przebić do świadomości społecznej i powstrzymać egzaltowaną argumentację "okna życia ratują dzieci, które inaczej zostałyby zabite"?
O tym za moment, teraz spójrzmy na stronę prawną i liczby odnoszące się do skali dzieciobójstw i porzuceń dzieci w Polsce.

Oddanie dziecka do okna życia nie jest kwalifikowane jako porzucenie dziecka, a jako jego opuszczenie. Różnica polega na tym, iż opuszczenie dziecka nie nosi znamion przestępstwa, tj.  dziecko jest pozostawione w miejscu, w którym może otrzymać natychmiastową opiekę od innych osób lub instytucji. Nie zmienia to faktu, że matka pozostawiająca dziecko w oknie życia jest szukana przez policję w celu ustalenia jej tożsamości, a więc główna propaganda okien życia ("anonimowo, bez problemu, bez konsekwencji") opiera się na oszustwie wobec kobiety. To nieprawda, że nie będzie poszukiwana i to nieprawda, że jej anonimowość zostanie uszanowana, ponieważ anonimowe urodzenie dziecka nie jest zgodne z polskim prawem. Zwyczajnie i po prostu.
 A teraz odrobina statystyk policyjnych. Jak wygląda tabela dzieciobójstw i porzuceń dzieci w Polsce ze skutkiem śmiertelnym?



1992 59/0
1993 56/0
1994 52/3
1995 42/4
1996 44/2
1997 43/3
1998 38/4
1999 31/1
2000 47/0
2001 26/0
2002 28/3
2003 25/0   

i dalej już tylko dzieciobójstwa bez porzuceń:

rok Liczba postępowań wszczętych Liczba przestępstw stwierdzonych
2007 34 13
2008 33 13
2009 28 10
2010 26 10
2011 24 5



Od roku 2006 w 50 oknach życia opuszczono 44 noworodków. Niezależnie od istnienia okien życia ilość przestępstw popełnionych z tytułu Art. 149 maleje systematycznie z powodów prawdopodobnie głównie demograficznych, być może z powodu lepszej kontroli/wzrostu świadomości społecznej/wyższej jakości pracy pracowników społecznych/niższej wykrywalności, jednak tendencja spadkowa jest wyraźna i wcześniejsza niż powstanie pierwszego polskiego okna życia. Co więc dokładnie uzyskaliśmy poza zagwarantowaniem czterdzieściorgu czworgu dzieciom braku wiedzy o ich tożsamości w imię porywającego hasła "uratowaliśmy przed śmiercią 44 dzieci", czego oczywiście nie jesteśmy w stanie poprzeć czymś nieco bardziej wiarygodnym niż własne przekonanie?

Ta cała sprawa ma też inną stronę medalu, mianowicie stronę kobiety.
Jak widzimy, Gość Niedzielny i Brygida Grysiak są przekonani do swoich racji, ale wystarczy być katolikiem ORAZ posiadać doświadczenie w pracy w ośrodku adopcyjnym, aby narracja uległa zasadniczej zmianie. Apel pochodzi ze strony Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Warszawie, identyczne znajdziemy na stronach ogólnopolskich OAO niezależnie od tego, czy są publiczne czy katolickie:


OKNO ŻYCIA

Nim położysz tu dziecko, przeczytaj …
Jeśli nie jesteś pewna, co zrobić i gubisz się, przyjdź do Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Warszawie i porozmawiaj. Otrzymasz pomoc prawną, psychologiczną, rzeczową. Możesz przyjść jeszcze w ciąży - dowiesz się, jakie masz możliwości. Możesz w szpitalu przy urodzeniu dziecka powiedzieć, że nie możesz go wychowywać, wtedy sam personel skontaktuje się z Ośrodkiem. Jeśli masz już dziecko na rękach, znajdziemy mu miejsce w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym w Otwocku (ul. Batorego 44, tel.: 22 779 48 38), gdzie bezpiecznie poczeka na Twoją ostateczną decyzję.Jeśli jesteś gotowa przekazać dziecko do adopcji możesz zrobić to za pośrednictwem Ośrodka. Zyskujesz wtedy Ty i dziecko: masz możliwość upewnienia się, że będzie ono w dobrej rodzinie, skracasz mu czas pobytu w placówce, bo procedury prawne są wówczas dużo łatwiejsze, stwarzasz szansę na zapewnienie mu lepszej pomocy medycznej, dajesz mu możliwość łatwiejszego pogodzenie się z faktem adopcji w przyszłości.Może się zdarzyć też, że dojdziesz do wniosku, że uda Ci się zatrzymać i wychowywać dziecko. Jeśli zostawisz je w Oknie Życia, nie będziesz miała odwrotu!Zaczekaj!Przekazanie dziecka do Okna Życia jest nieodwołalne. Zastanów się!






Czego to dowodzi? Starej prawdy, że największymi orędownikami Okien Życia są nieprzypadkowo ci, którzy ]mają bardzo niewiele wspólnego z przeprowadzaniem procesów adopcyjnych i pracą z kobietami rozważającymi przekazanie dziecka do adopcji. Teoretyzowanie daje komfort pisania głupot w myśl zasady "nie znam się, więc się wypowiem".
Kontynuując temat zysków kobiety: co zyskuje kobieta oddająca dziecko do adopcji za pośrednictwem Ośrodka Adopcyjno Opiekuńczego?
- opiekę i poradnictwo psychologiczne oraz prawne, włączając w to pomoc przed i po porodzie
- opiekę położniczą wynikającą z faktu urodzenia w szpitalu, w tym dostęp do środków hamujących laktację
- ustawowe sześć tygodni na zmianę decyzji o adopcji

W zamian musi potwierdzić decyzję o zrzeczeniu się dziecka. Jej dane są chronione i zostaną udostępnione jedynie dorosłemu dziecku, o ile wyrazi ono taką wolę. Według danych stołecznego KOAO 52% kobiet zmienia decyzję po otrzymaniu wsparcia psychologicznego, prawnego i finansowego od profesjonalistów zajmujących się tą grupą. Dalsze 16% matek wycofuje się z decyzji adopcji już po urodzeniu dziecka i wyrażeniu wstępnej woli zrzeczenia jeszcze w szpitalu.
Rachunek jest prosty: prawie 70% kobiet rozważających przekazanie dziecka do adopcji zmienia ostatecznie zdanie, ale dzieje się tak jedynie dlatego, ponieważ otrzymały wsparcie. Bez tej pomocy zostają okna życia, które zapewniają szybkie rozwiązanie problemu, ale jednocześnie uniemożliwiają zmianę decyzji i otrzymanie pomocy w sprawie, którą można chyba bezdyskusyjnie nazwać sprawą rangi życiowej.
Co natomiast zyskuje kobieta oddająca dziecko do okna życia?

- brak opieki i poradnictwa psychologicznego oraz wsparcia prawnego
- ryzyko zagrożenia życia i zdrowia podczas porodu w warunkach pozaszpitalnych
- nieodwołalność swojej decyzji i niemożność wycofania się z niej
- anonimowość, którą zyskałaby tak czy inaczej przy procesie adopcji blankietowej opisanym wyżej

Co jest zatem zyskiem i wolnością kobiety patrząc na te zagadnienia z perspektywy feministycznej? Zostawmy feminizm- co jest zyskiem i wolnością kobiety patrząc na te zagadnienia z perspektywy humanistycznej?
Może pewnym wyjaśnieniem będą słowa kardynała Dziwisza wygłoszone podczas poświęcania pierwszego w Polsce okna życia:


„okno życia to ratunek dla dziecka, któremu rodzice odmówili miłości"  

(źródło)

Wracamy, proszę Państwa, do sedna. Jeśli traktujemy decyzję adopcyjną jako dowód braku miłości rodziców, a nie jako dowód ich bardzo trudnej odpowiedzialności za dziecko i realizację jeszcze trudniejszej miłości, to chyba nie mamy o czym dalej rozmawiać. Dalej tkwimy po uszy w tym, co nazwałam kilka dni temu mentalnym neolitem adopcyjnym. Cechą tego neolitu jest jego trwała hipokryzja: to wspaniale, że uratowałaś dziecku życie i zdecydowałaś się je urodzić zamiast poddać się aborcji. Niemniej pozostajesz suką wypraną z uczuć, skoro nie chcesz się nim teraz zająć. Przyjdziemy ci jednak z pomocą: możesz oddać je do adopcji anonimowo. Nadal pozostaniesz suką, ale przynajmniej nikt nie dowie się o twojej hańbie. Chwileczkę, zdaje się jednak, że zaczęliśmy ten wywód od złożenia hołdu matce, która oddaje dziecko do adopcji zamiast usunąć ciążę? Skądże znowu, była to klasyczna ściema, tak naprawdę polska matka decydująca się na adopcję pozostaje istotą godną pogardy, a udzielana jej przez okna życia pomoc polega na dostarczeniu możliwości ukrycia niegodnego występku.
Wewnętrzna niespójność tego wywodu nie jest powszechnie dostrzegana, za to podnoszony jest wygodny argument, że matki nie chcą oddawać dzieci jawnie, ponieważ boją się napiętnowania. I tu właśnie proponujemy im okna życia. Jakie to proste.
Owszem, utrwalanie szczucia kobiet przynosi zaskakujący skutek, że czują się finalnie zaszczute. Tylko kto je wcześniej zaszczuwał? Może głosiciele poglądu, iż adopcja jest odmową miłości?
Dramatem jest to, że walka o utrwalenie tego neolitu odbywa się z jednej strony przy wtórze okrzyków o zagwarantowaniu wolności kobiecie, z drugiej zaś strony opiera na wrzaskach o potrzebie ocalenia skazanych na śmierć dzieci. Rzadki przypadek, w którym część polskiego środowiska, ujmijmy to, liberalnego przychodzi w sukurs narracjom pro-life'owym sygnowanym Episkopatem.


Jak długo będziemy wychodzić z założenia "odmowy miłości" tak długo w Polsce będzie przestrzeń społeczna dla istnienia okien życia. Nie dlatego, że są potrzebne, a dlatego ponieważ łatwiej jest podtrzymywać iluzje pasujące nam do hipotezy, niż zająć się pracą u podstaw. Co, nawiasem mówiąc, jest robione w Polsce od pierwszej połowy XX wieku włączając w to koncepcje gniazd sierocych, wiosek kościuszkowskich, metodę pracy grup rodzinkowych, idee korczakowskie, rodzinne domy dziecka i wioski dziecięce, działalność Towarzystwa Przyjaciół Dzieci aż do powstania idei jawności pochodzenia dziecka, szacunku dla jego tożsamości i przygotowania programów szkoleniowych dla kandydatów na rodziców adopcyjnych, które realizujemy w Polsce od mniej więcej 30 lat, wielką pracą środowiska  ukonstytuowanego wokół form opieki adopcyjnej i zastępczej. 
Ich wysiłki od 2006 roku otrzymują regularne strzały w stopę za sprawą propagandy okien życia i zachęty do cofania się w rozwiązaniach społecznych i pedagogicznych do ustaleń sprzed kilku wieków. 
Fundament, jakim jest Konwencja Praw Dziecka wraz z zapisem prawa do poznania swojej tożsamości zderza się z ideą siedemnastowiecznych kołowrotów życia, co jest sytuacją absolutnie kuriozalną.  Anonimowość porzucającego rodzica nadal jest wartością w wieku XXI i należy jej się hołubienie przy wtórze egzaltowanych argumentów "ocaliliśmy czterdzieścioro czworo dzieci!" i przy jednoczesnym przypomnieniu, że przekazanie do adopcji jest odmówieniem dziecku miłości.
Szach mat. 
Czego kobieta nie zrobi i tak będzie winna.
A mój postulat jest bardzo prosty: przestańmy dawać sobie prać mózgi. Adopcja na tym skorzysta i kobiety również.

*

Celowo nie rozwijam zagadnienia strat dziecka oddawanego do okna życia, bo jest to temat na osobną notkę.

Lektury, które warto przeczytać, a do danych z  których odwoływałam się wyżej:

M. Kolankiewicz, Zapiski o instytucjonalnej opiece nad dziećmi, Wydział Pedagogiczny, Uniwersytet Warszawski.
M. Kolankiewicz (1996), Schronienie. Historia Domu Małych Dzieci ks. G. P. Baudoina, Wydawnictwo KR.
M. Kolankiewicz (2002), Porzuceni i powierzeni trosce. Dom małych dzieci. Śląsk, Katowice.
B. Geremek (1998), Litość i szubienica. Dzieje nędzy i miłosierdzia, Czytelnik, Warszawa.
Konwencja o prawach dziecka, http://www.brpd.bip.doc.pl/index.php?wiad=6031
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1531801,3,okna-zycia---porazka-panstwa.read
Statystyki Komendy Policji, materiały statystyczne, Warszawa 2001-2003.
http://www.statystyka.policja.pl/portal/st/840/79132/Zabojstwa_maloletnich__tj_z_art_148_kk__i_przestepstwa_dzieciobojstwa_tj_z_art_1.html
Roczniki Demograficzne GUS.
Ochrona Zdrowia GUS, lata 2005, 2006, 2007.