środa, 15 czerwca 2011

Chłopcze, dziewczyno, pokaż mi swój język i powiedz שָׁלוֹם‎



Ciociu Astrogalizo. Chcę Ci opowiedzieć dowcip.
Imaginujesz sobie salę pełną ludzi, to koordynatorzy wolontariatu z całej Polski. Ludzie wrażliwi społecznie. W dziesiątkach miast, na wsiach i w miasteczkach pracują z ochotnikami, budują społeczeństwo obywatelskie. Zasilają personel hospicjów, tworzą wolontariat 50+, koordynują Szlachetną Paczkę, projekt Koty w Mieście, archidiecezjalne domy dla ofiar przestępstwa...
Teraz pracują nad projektem plakatów. Plakaty mają komunikować inspirujące, zmuszające społeczeństwo do myślenia hasła.
Na warsztat zostały wzięte m.in. agresja wśród młodzieży, aktywność seniorów, bezrobocie.
Sięgam po kartkę, na której kolejni społecznicy wpisywali swoje propozycje haseł o bezrobociu:

bezrobocie to nie bezużyteczność
bez-robocie to nie bez-radność
Daj mi godziwą emeryturę, a zwolnię ci swoje miejsce pracy
Nie bądź żyd, daj pracę!

Zanim przekażę kartkę sąsiadowi z lewej, gryzmolę z boku komentarz do ostatniego zdania "to hasło jest żenujące!!!". Kolejkę później kartka wraca z dopiskiem "i bardzo dobrze, ma być kontrowersyjnie!".
Ciociu Astrogalizo, pewnie pękłaś ze śmiechu.

*
Cofnijmy się do początku.
Wysoki człowiek z dredami reprezentujący fundację Loesje opowiada o jej ideach.
Działalność Loesje ma pobudzać odbiorców do refleksji, a także kreatywnego i twórczego myślenia oraz uświadomić możliwość wpływania na najbliższe otoczenie.
Teksty, które zamieszczane są na drukach (plakatach, pocztówkach, wlepkach), tworzone są często podczas warsztatów kreatywnego pisania tekstów, a ich celem jest dzielenie się pomysłami i ideami, wyrażenie własnych opinii przy użyciu krótkich sloganów. Warsztaty Loesje to okazja do wyrażania swoich poglądów oraz inspiracja do działania, zwłaszcza w najbliższym otoczeniu.
Loesje jako osoba kieruje się wartościami kształtującymi jej myśli oraz słowa. Te wartości to przede wszystkim wolność wyrażania własnej opinii i wolność słowa, tolerancja, umiejętność pozytywnej krytyki, sprzeciwianie się autorytetom. Loesje wierzy w siłę ludzi, własną inicjatywę, kreatywność, niezależność, wolność, akceptację i pokój.


Niech grafika zilustruje, w czym rzecz (z góry przepraszam za jakość, ale to cecha własna plakatów Loesje):



Tak że tak. Holenderska Loesje ma już 24 lata i jest tam świetnie znana, tu jest polska strona, zachęcam, bo fajna.
Wracając do soli tej ziemi rozsypanej hojnie po konferencyjnych krzesłach: uczestnicy właśnie zostali poproszeni o podanie tematów, które wydają im się istotne społecznie. Będą potem robić nad nimi copywriterską burzę mózgów i demokratycznie wybierać hasła, które trafią na plakaty.

"Seniorzy"- zgłasza swój temat wysportowana sześćdziesięciolatka.
"Agresja wśród młodzieży"- woła bujna trzydziestolatka o aparycji pięćdziesięciolatki.
"Psia kupa w mieście"- krzyknął młody działacz.
Korciło mnie, aby rzucić "in vitro", ale ostatecznie podałam hasło "adopcja".

Ruszyliśmy do pracy. Mojej pięcioosobowej grupie przypadły tematy:
- hospicjum to nie kostnica
- adopcja
- oddawanie rodziców do domu starców
- wolontariat 50+
- agresja wśród młodzieży

Zajęta wypisywaniem swoich propozycji, zostawiłam na koniec kartkę z tematem "oddawanie rodziców do domu starców". Kiedy wreszcie wzięłam ją do ręki widniały już na niej następujące hasła:

oddam rodziców w dobre ręce, moje są gorsze
mam psa ze schroniska i rodzica w domu starców
Kablówka, komputer, samochód. Na rodzica brak miejsca
oddam dziadka do domu starców- mało je, dużo śpi

Było ich kilkanaście, wynotowałam tylko te. Ponieważ od pewnego czasu zaczęłam cierpieć na bardzo przykrą chorobę zwaną odwagą publiczną, komentuję na głos treść kartki:
- Hej, zaraz, temat sformułowany jest wartościująco w sposób, który w ogóle nie uwzględnia woli rodzica, a przecież rodzic ma tu najwięcej do powiedzenia! No i ten "dom starców". Dlaczego nie "Dom opieki"? Dom opieki nie jest wartościujący. Nie jestem w stanie podpisać się pod żadnym z tych haseł. Czuję złość z powodu takiego uproszczenia!
Bujna blondyna reaguje żywiołowo.
-Przecież-   nachyla ku mnie obfity biust ozdobiony złotym medalikiem- jest to najwyższy egoizm!
-Domy starców to umieralnie, oddałabyś tam matkę, która cię własną piersią wykarmiła?- zdumiewa się koordynatorka wolontariuszy w hospicjum.
- Wychowuję swoje dzieci- udziela informacji czarnowłosa nauczycielka z obrysowanymi kredką powiekami- żeby miał się kto zająć mną na starość. Taki jest porządek świata.


Tymczasem trafiły do nas kolejne kartki od sąsiedniej grupy, gdzie na plan pierwszy wybijał się błyskotliwy temat "kobieta zmienną jest".
A oto, co o tym inspirującym zdaniu mieli do powiedzenia polscy koordynatorzy:

kobieta nie krowa może zmienić pogląd
kobieta zmienna jest gdy zmyje makijaż
kobietę trzeba kochać nie rozumieć
kobieta zmienną jest: masz jedną, a jakbyś miał sto
Kobieta zmienną jest raz w miesiącu

Zirytowana dopisuję "Gniew nie jest PMSem" i przekazuję kartkę dalej. Najwyższy czas, bo oto w moje ręce trafia kartka "Prawa dziecka". Pod tematem rozrasta się bujnie kwiat przemyśleń zgromadzonych:

Prawa dziecka? Pogadajmy o obowiązkach.
Prawo dziecka do przyklejenia ci gumy na czole
Rodzic każe odrobić dziecku lekcje, a dziecko mówi "mam prawo odmówić" i wychodzi z domu

Wiem, że młodzież gimnazjalną trudno kochać, kiedy się ją przypadkiem uczy. Oraz rozumiem, że niewychowana młodzież istnieje, stanowi sporą grupę, zaś kompetencje wychowawcze wśród rodziców wydają się słabnąć na rzecz postaw lękowych, niezdecydowania i braku czasu łamanego przez roszczeniowość.
Jednak wiem też, że Konwencja Praw Dziecka nie jest w Polsce przestrzegana, a koncepcja szacunku do dziecka jest wielu rodzicom i opiekunom szerzej nieznana.
Co powoduje ludźmi, którzy dobrowolnie koordynują szkolne kluby wolontariatu, którzy z nieprzymuszonej woli pracują z młodzieżą zagrożoną wykluczeniem, otaczają opieką domy dziecka i jednocześnie uważają, że prawo dziecka jest społecznym zagrożeniem?
Kolejne grupy nadsyłały swoje koncepcje:

Hospicjum- uważaj, bo jeszcze tam trafisz
adopcja dziecka- miłość nic nie kosztuje
adopcja- bądź domowym bohaterem
bezrobotni ręka w górę! Nie widzę, dziękuję

I tak dalej, i tak dalej.
Podsumujmy: ludzie pracujący na co dzień w hospicjach wymyślają hasło, które ma w odbiorcy wywołać przestrach możliwością trafienia pod hospicyjną opiekę.
Adopcja na poziomie ludzi o podwyższonym wskaźniku wrażliwości społecznej nie wychodzi poza tradycyjny lukier adoptowanych kociąt ze schroniska, za których p r z y g a r n i ę c i e  należy się medal za heroizm.
Rodzice natomiast, niczym przedmioty, są "oddawani" do 'domów starców', których liczna personelowa obsada znajduje się w sali i wymyśliła to hasło.
W kuluarach wywiązuje się rozmowa o Paradzie Równości. Zebrani chcą popatrzeć przez okno na "pedziów". Będzie kolorowo, może ktoś się bzyknie publicznie na ich oczach, a przynajmniej pocałuje. Dziewczęta chichoczą, młodzieńcy prężą muskuły i przeczesują włosy, aby zaprezentować męskość i odsunąć podejrzenie, że być może mogliby...
Wyciągam komórkę i dzwonię do Starego:
Pamiętaj, że dziś Parada Równości, weź dzieciaki i jedźcie.
Kadencja ostatniego słowa odbija się echem w sali. Stary nie może jechać, ale zostawiam jego zaspane mamrotanie po drugiej stronie słuchawki. Spojrzenia zebranych kierują się na mnie.
Ona jest z tych od in vitro, szepczą. Tych co wiesz. Ciągnie swój do swego.

Lubię chodzić na szkolenia. Tam spotykam Kielce i Pomiechówek. Okazuje się wtedy, że to nieprawda, że prawo kobiet do bycia traktowanymi podmiotowo jest w 2011 ustalone.
Kiedy  krytycznie komentuję na głos zdanie "kobietą rządzą hormony", kolega siedzący obok pyta dowcipnie "masz te dni?".
Nie daję mu w mordę, zamiast tego pytam: chcesz porozmawiać o swoich polucjach?
Czerwienieje i zapowietrza się, koleżanka mówi: co za chamstwo.
Kończę spokojnie pisać swoje hasło.

Godzinę później pytam prowadzącego, w jaki sposób decydują, co się znajdzie na plakacie i co zrobiliby w sytuacji, w której zaproponowane przez kogoś hasło byłoby homofobiczne albo rasistowskie?
Dyskutujemy, odpowiada. Staramy się dochodzić do consensusu, uzgadniać stanowiska.
To znaczy, że nie stosujecie cenzury? naciskam
Uśmiecha się w odpowiedzi i opowiada o holenderskim plakacie, który wygląda tak:





-Nie to, że cenzurujemy, ale staramy się nie poruszać tematów drażliwych dopóki pozycja Loesje w Polsce nie będzie ugruntowana. Nie chcemy być łączeni z żadnymi skrajnościami ani wmieszani w politykę. Bo wyobrażasz sobie, że ten plakat zawisa na twojej ulicy?
- tak, odpowiadam, wyobrażam sobie, że ten plakat wisi na mojej ulicy.
Człowiek z dredami peszy się.
- no dobrze, ja też sobie wyobrażam, ale nie każdy to akceptuje. Ludzie w Polsce nie są jeszcze otwarci na krytyczne hasła o papieżu czy religii. Może za kilka lat.




Jak uczyć do wolności  i jak uczyć wolności nie pozwalając ludziom otwierać oczu i ust? Jak uczyć odwagi wyrażania własnych sądów, kiedy samemu się jej nie ma?
Jak widać na mapce, w Warszawie na 100 mieszkańców 33 osoby uczęszczają do kościoła.
W województwie lubelskim, tym od KULu, dotowanych klinik naprotechnologicznych i tradycji katolickiej, 38 na 100.
Mimo to sześćdziesiąt siedem osób w Warszawie boi się napisać, że papież prawdopodobnie nie jest bogiem.

*


-Nie podoba mi się to, mówię głośno. Człowiek jest zmienny, nie kobieta. Ci ludzie za oknem są tam z ważnych powodów, adopcja to rodzina a nie heroizm. A antysemityzm to obciach.
-Nie masz prawa mnie oceniać, szemrze obfita blondyna w spodniumie ze spandexu. Powiedział, że nie wolno oceniać, wskazuje palcem na prowadzącego.
Grupa patrzy wrogo.
Od kilku godzin jestem pajacem konferencyjnym i nie mam nic do stracenia. Pajac to parias szkoleń: zadaje głupie pytania, kwestionuje oczywistości, nie milknie pod naporem karcących spojrzeń. Konsoliduje grupę, która w przerwach kawowych syczy po kątach jak długo można pierniczyć o prawach człowieka? I co to kurwa jest ta stratyfikacja?

Dlatego otwieram usta i mówię, mówię, a oczy blondynki robią się okrągłe, bo używam takich słów jak dyskryminacja i społeczna wrażliwość, i mówię o jej ośmioletniej córce, która może być kim chce.
Potem zajęcia się kończą, a ja wychodzę.
Idę sobie Placem Bankowym i czuję cudowną wolność.

*
w tym miejscu dla wielu notka się może skończyć. Generalnie było o konflikcie my/oni i po raz kolejny dowiedliśmy, że dobro i piękno jest po naszej stronie. Możecie iść spać, miś uszatek mówi dobranoc.
Dla chętnych będzie inny ciąg dalszy.
*
Potem wracam do domu, gdzie siedzi Stary.
Ta rura Kopacz, mówi Stary. Ja nie mogę, popierdolony świat.
(Na wypadek, gdybyście chcieli powiększyć swoją wiedzę w zakresie przewin Kopacz Ewy, to tu jest wyjaśnienie wzburzenia Starego).
Mówi tak jeszcze długo i wtedy myślę sobie, że komunikaty "nie bądź żyd, daj pracę" i "rura pierdolony świat" mają ze sobą coś wspólnego. Prowadzą w rejon, w którym wcale nie chcę żyć.
A teraz przedstawię Wam swoją teorię, w której fantomem poglądowym jest życie wewnętrzne Tomasza T. i jego imperatywy działań:

Stołeczny autobus, towarzyszymy wyznaniom pasażera/ów, że "pedalstwo to zboczenie" albo "miejsce czarnucha jest w Afryce" albo "co się pani napiera, mąż pani nie zadowolił?". Otoczenie:
- nie reaguje;
- reaguje przewracając oczami i uruchamiając bogactwo mimiki;
- przesiada się z dala od buców (najbardziej zaangażowana forma reakcji);

Symulację możecie też wykonać w swoim miejscu pracy lub warzywniaku stopniując natężenie dyskryminacji w komunikacie. Nie gra roli.

(Jak widzę na blogu Wojtka Orlińskiego ów pisze o McLuhanie, którego lubię. Otóż objawię Wam: wielu ludzi nie wie, kto to był McLuhan i jak się czyta jego nazwisko (moja koleżanka z uporem twierdziła, że Ortega y Gasset to dwie osoby).
Właściwie bardzo dobrze wiedzieć, kim jest Dawkins i co napisał Baudrillard, ale i bez tego można żyć i mieć prawo wyborcze.
Prowincjonalne nauczycielki nie budują swojej codzienności na McLuhanie. One nie wierzą w McLuhana i nie znają Betty Friedan, ale są w stanie uwierzyć w myśl, że ich córki mają prawo do marzeń.)

Kiedy autobus mknie, Tomasz T. idzie po gazetę do swojego lokalnego sklepiku z polskim kapitałem i tam kupuje Gazetę Polską. Wśród rozłożonej na ladzie prasy widzi rozgogolone niewiasty (po naszemu: porno). Tomasz T. -wizualizuję- mówi tonem perswazyjno- homiletycznym:
"Pani Władziu, sprzedaż tych gazet to wsparcie cywilizacji śmierci. Przecież ma pani wnuczęta. Zaczyna się od gołych piersi a kończy na współżyciu z nieboszczykiem. Tego chce pani dla swoich bliskich? Obojętności na Prawdę i Dobro?"

I tak dalej. Jak zapewne zauważyliście Tomasz T. nie nazywa kioskarki starą lampucerą, nie mówi, żeby się pierdoliła, nie drze jej gazet, nie zamyka się też w sobie na klucz. Nawet jeśli napisze o tym notkę i wyzna, ze zajrzał sobie przez ramię i zapłakał, to notka będzie relacją z działania. Prawda Tomka wyraża się przez apostolat.
Tę prawdę Tomasz T. mówi Wam razem z Natalią Julią Nowak, z prezeską stowarzyszenia SoliDeo, z Pospieszalskim, Babiarzem i paroma innymi nazwiskami z książki telefonicznej oraz Facebooka. Wyjmijcie organizery i zapiszcie:

Odwaga publiczna nie jest obciachem.
Głośna deklaracja nie jest obciachem.
Komunikacja wprost nie jest obciachem.

Ponieważ Tomasz T. wierzy w to, co mówi, to -na zasadzie zwrotnej- inni często Tomaszowi wierzą. Naprawdę, dzisiejsza notka powinna nosić tytuł "wszystko co wiecie o komunikacji, ale z czego nie korzystacie, bo jesteście ponad to".
Odbiorcy lubią to co jasne i zrozumiałe. Co jest mówione z przekonaniem, ze spojrzeniem zogniskowanym na ich twarzy, co brzmi prosto, nieagresywnie i daje się ogarnąć ich doświadczeniem. Zasada czterech stopni brzmi następująco: najpierw się z ciebie śmieją, potem atakują, następnie cię ignorują, a na końcu wygrywasz.
It works, guys, it works.

Wracając do milczącego autobusu: tłumaczenie trepom, że są rasistami czy homofobami, jest bez sensu. Wydaje się ponadto dość prawdopodobne, że człowiek mówiący "miejsce czarnucha jest w Ekwadorze, niech wypierdala do Afryki" mógł nie czytać Galaktyki Gutenberga. Poza tym kto by chciał dostać w mordę albo stracić premię.
Ciskając joby na Kopacz w zaciszu wygodnego fotela niczym nie ryzykujecie, oczywiście poza obrzydliwym smakiem u nasady języka, który się nasila.
I to też działa, dudes, to też działa. Tylko na co innego.

Więc. Jeśli Was to przekonuje to zacznijcie mówić. Możecie zacząć od komunikatu, że dowcip sprzedany przez kolegę z działu:
- ojcze, zgrzeszyłem, oszukałem Żyda...
- to nie grzech, synu, to cud!

jest antysemicki, a Wy nie zgadzacie się na antysemityzm.
Zwróćcie uwagę na ważny niuans: nie mówicie, że jest bucerski, nie mówicie, żeby mówiący spierdalał. Nie robicie kwaśnej miny i nie odchodzicie w milczeniu. To są reakcje do notki i książki, a nie do komunikacji bezpośredniej, capite?
Prosty disclaimer: antysemityzm jest mową nienawiści, krzywdzi ludzi i to nie jest moja prawda. Czy chciałbyś, żeby twoje dzieci były prześladowane za swoją narodowość?
Piszę to również do Ciebie, mój mężu pracujący w <środowisku światopoglądowo odmiennym>: między atakiem, asekuracyjnym milczeniem i reakcją aprobującą, jest jeszcze miejsce nieagresywną asertywność. Trzeba poćwiczyć, z tym się człowiek nie rodzi, ale może się tego nauczyć.
Mamy sprawstwo rzeczywistości. Nie zawsze stuprocentowe, ale czasem pół procent wystarczy, aby móc dobrze o sobie myśleć.

Możecie sobie też przy okazji odpowiedzieć na pytanie, jak to się dzieje, że w Warszawie jest tylko 33 Terlikowskich na 67 Magdalen Śród, a to nie Terlikowski wbija wzrok w ziemię i pociąga w zakłopotaniu nosem?
Ściśle rzecz biorąc już odpowiedziałam za Was na to pytanie- dopóki nie wyjdziemy z klinczu myślenia o obciachu, wstrętu do angażowania się i niechęci do bycia konferencyjnym pajacem, będzie dalej bardzo gównianie. Bo obecnie jest gównianie, Bracia i Siostry, poświadczam Wam to trzema dniami spędzonymi z Polakami, których wrażliwość na tle średniej była ponadprzeciętna, a i tak zatrzymaliśmy się na żydzeniu i pedziach.


Ale na koniec napiszę Wam coś ważnego: dochodziłam już do pomnika Starzyńskiego, kiedy dogonił mnie mężczyzna w średnim wieku.
Moja matka jest od ośmiu lat chora na Alzheimera, powiedział, czułem się tam jak śmieć. Dziękuję.

Więc. Więc załóż tęczowy szalik, idź teraz po kajzerki i powiedz swojej kioskarce "Szalom". Albo coś.

czwartek, 19 maja 2011

Niech zstąpi duch pozytywizmu i odnowi oblicze tej ziemi



Lektura dzisiejszej notki pozwoli Wam zrozumieć:


- co łączy autyzm poszczepienny z transferami mnogimi przy ivf;
- dlaczego świecowanie uszu jest z punktu widzenia pacjenta wiarygodniejsze niż program szczepień populacyjnych;
- przyczynę, dla której część niepłodnych pacjentów weźmie niezarejestrowany lek o nieznanych skutkach ubocznych;
- prawo odwróconej proporcjonalności NGOSu;
- wytyczne Światowego Rządu na lata 2011/2012.


Zaczniemy od ustalenia faktów.
Fakt pierwszy: szczepienia powodują autyzm.


Piszę, że to fakt, ponieważ jest to fakt autentyczny. Jeśli nie wierzycie to odsłuchajcie do tyłu stairways to heaven, a ukaże się Wam szatan!!1!1 Serio, serio. To też fakt.


Teraz zagramy w "prawda czy wyzwanie". Kto chce, aby jego dziecko zachorowało na autyzm, ręka w górę!
Cóż, najprawdopodobniej idziecie więc typ samym tropem życzeniowym, co polscy rodzice zrzeszeni w Stowarzyszeniu STOP NOP. Potężna nazwa i takiż manifest.
Celem Stowarzyszenia STOP NOP jest zapobieżenie wystąpieniu niepożądanych odczynów poszczepiennych u dzieci. Stowarzyszenie wie, jak to osiągnąć: wystarczy znieść powszechny obowiązek szczepienia dzieci.
Wtedy każdy samodzielnie zdecyduje, czy narazi dziecko na krwawienia śródjelitowe, sepsę, autyzm i szereg niesympatycznych przypadłości, czy też wybierze zdrowie, szczęście, rodzinę i świat w technikolorze.
Jedyną stosowaną obecnie sankcją wobec rodziców odmawiających poddania  się obowiązkowi szczepień  jest sporadyczne wlepianie przez Sanepid kary pieniężnej. Co stanowi pogwałcenie wolności obywatelskiej oraz rodzicielskiej, ratujcie, biją mnie Niemcy!, itp. itd. Maksymalna wysokość jednorazowej kary to 10000 pln, przy czym karą można rodzica obciążyć pięciokrotnie do wysokości 50000 pln.


*




Fakt drugi: szczepionki to ściema


Porozmawiajmy o Davidzie Mihalovicu z USA. W przeciwieństwie do Houellebecqa, Foucaulta czy Eco, Mihalovic ma realny wpływ na życie tysięcy ludzi, od pewnego czasu również na decyzje zdrowotne polskich rodzin. Mihalovic w tekście, który stał się już obiektem kultu środowisk antyszczepionkowych, pyta dramatycznie:




1. Czy można prosić o opis jednego badania przeprowadzonego z podwójną ślepą próbą z zastosowaniem placebo udowadniającego bezpieczeństwo szczepień?
2. Czy można prosić o JAKIEKOLWIEK artykuły naukowe opisujące wyniki badań potwierdzające długoterminowe bezpieczeństwo i skuteczność szczepionek?
(...)Nie spotkałem jeszcze nigdy choćby jednego zwolennika szczepień o medycznych czy naukowych kwalifikacjach, który potrafiłby odpowiedzieć na 1, nie mówiąc o 9 powyższych pytaniach.


Powyższy cytat pochodzi z Salonu24, gdzie oddano Mihalovicowi należyte honory, w końcu objawia Prawdę.
[Na wypadek, gdyby ktoś chciał na serio odpowiedzieć na te pytania (jest ich zgodnie z prawdą dziewięć) informuję, iż Mihalovic został już stłuczony przez Marka Crislipa, (tutaj polskie tłumaczenie dzięki uprzejmości autora bloga Miski do mleka) zaś polskie wgniatanie w ziemię za pomocą wibratora sejsmicznego przeprowadziła  Migg.]
Poprzestanę więc na skromnym podsumowaniu,  iż kondukt dziewięciu pytań otwiera siostra Ignorancja, za którą podąża siostra Anegdota, zaś pochód zamyka siostra Czytaj PubMed, Głąbie.
Warto jednak zastanowić się, dlaczego dla tysięcy Polaków szukających wiedzy o szczepieniach, człowiek leczący świecowaniem uszu i zaparzaniem macierzanki, jest bardziej wiarygodny niż Ministerstwo Zdrowia, WHO i Polskie Towarzystwo Wakcynologiczne.


*


Przyszedł wreszcie dzień, w którym  Polskie Towarzystwo Ginekologiczne i Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu opracowały polskie Standardy Leczenia Niepłodności.
Z mojego NGOSowego punktu widzenia powinna być to okazja do prawdziwej pacjenckiej fiesty: polscy niepłodni nareszcie  dostali do ręki narzędzie weryfikacji terapii, która często- zwłaszcza w małych ośrodkach- jest prowadzona wbrew zasadom dobrej praktyki medycznej.
Część pacjencka standardów, przygotowana przez środowisko pacjenckie, została oddana do konsultacji społecznej i rychło okazało się, że poglądy części pacjentów są fundamentalnie rozbieżne w stosunku do planowanych standardów.
Stanowi to wprowadzenie do Uniwersalnego Prawa NGOsu, które brzmi:


poświęcenie i entuzjazm społecznika są odwrotnie proporcjonalne do osobistej znajomości środowiska, dla którego pracuje.

 
W tym przypadku problem polega na tym, że w momencie, w którym pewna część pacjentów dobrowolnie wyrzeka się swoich praw, inna część żąda prawa do nieograniczonej wolności.




*
fakt trzeci: lekarz zawsze ma rację


Kiedy autor Globalnego Śmietnika popełnił wpis o naprotechnologii, w którym wspomniał przelotnie o naltreksonie, antagoniście opioidów o niepotwierdzonej skuteczności w leczeniu niepłodności, nie śniło mu się zapewne (mnie również nie), że wywoła żywą reakcję w Internetach.
Traf chciał, że kilka dni  po publikacji tego wpisu okazało się, że naltrekson zdążył przebyć już daleką drogę z Irlandii i zawitał do Polski, gdzie rodzimi naprotechnolodzy leczą nim- a teraz na kolana, ignoranci- endometriozę, zaburzenia jajeczkowania, PCOS, a nawet nawracające poronienia! (oficjalna broszurka, proszę bardzo, a tu wypowiedź  Boyle'a o leczeniu naltreksonem endometriozy. W ogóle coś mi mówi, że nadchodzi czas na drugą notkę o naprotechnologii).
Jakkolwiek  niezwykłe byłyby doniesienia doktora Boyle'a, faktem jest, że w Polsce naltrekson jest lekiem zarejestrowanym w terapii leczenia uzależnień.
W celu ustalenia jego statusu w polskiej ginekologii, organizacja pacjencka skierowała oficjalne pismo do Urzędu Rejestracji Leków, co wywołało natychmiastowy odzew pacjentek naprotechnologicznych:



A co do naltreksonu (LDN czyli 4,5 mg), niestety prawie nie da się go kupić. Długo szukałam w internecie skutków ubocznych, ale poza problemami ze snem (na początku, u mnie nie było problemu), nie mogłam znaleźć innych skutków negatywnych. Lekarz mnie nie oszukał. Były przeprowadzane badania. Dane prezentowane na stronie chorych na MR. Tyle tylko, że większa dawka 3x50 mg nie może być stosowana przez osoby z chorą wątrobą.
Ten lek w małych dawkach stosowany jest m.in. w leczeniu stwardnienia rozsianego i autyzmu. Też trzeba go sprowadzać i jest coraz trudniej (i drogo). (...) Na dodatek zmierza się do zabronienia mi leczenia w imię ochrony mojego zdrowia. Myślę, że jednak musimy przemyśleć, zanim podejmiemy kroki, które mogą zaszkodzić pacjentom.

Podsumujmy: pacjentka poddana niezarejestrowanej terapii eksperymentalnej niepokoi się, że być może nie będzie mogła dalej rozwalać sobie wątroby preparatem, którego ginekologiczna skuteczność jest niepotwierdzona, i który nie przeszedł badań klinicznych.
Skoro jesteśmy przy wartościowych koncepcjach, warto nadmienić o leczeniu niepłodności dietą.
Wystarczy wykonać proste badanie food print za jedyne 1500 zł, aby otrzymać listę produktów, na które mamy utajoną alergię.
Alergia bywa tak podstępna i dobrze ukryta, że trzydziestoletnie kobiety ze zdumieniem dowiadują się, iż już od trzech dekad zabijają swoje organizmy spożywaniem skrytobójczej marchewki, mąki gryczanej lub kurzego jaja.
Na szczęscie naprotechnologia ma na to sposób: wielomiesięczna eliminacja alergenów i będzie ciąża. Rekordzistki żywią się galaretkami i doświadczają "naprawdę niezwkłej poprawy jakości śluzu owulacyjnego".
Jakiekolwiek sugestie o konieczności weryfikacji tych rewelacji napotykają na mur agresji: po pierwsze lekarz wie, po drugie naprotechnologia jest nowatorską i skuteczną metodą, po trzecie pacjenci nie są od rozliczania lekarzy. 



 *


Fakt czwarty: trojaczki to szczęście, a rację ma zawsze pacjent!


Pacjenci powinni być informowani przez lekarza o terapiach i ich skutkach oraz o możliwościach leczenia i wiążących się z nimi konsekwencjami (w tym informacja o dawstwie, mrożeniu zarodków, ryzyku transferów mnogich itd.), jednak to ostatecznie pacjent decyduje o tym jakie ryzyko podejmuje (deklaracja na piśmie). Lekarz nie powinien odmówić przeprowadzenia np. transferu więcej niż 2 zarodków. (źródło)


W skład tej grupy wchodzą pacjenci, którzy uważają, że znajomość zawartości ubiegłorocznych numerów "Gazety lekarskiej" jest równoważna zaliczeniu LEPu. 
Są wśród nich również pacjenci posiadający faktyczną wiedzę np. w dziedzinie leczenia cukrzycy, którzy wpadają w końcu w kanał złudzenia omnipotencji medycznej. Od tej chwili to oni są specjalistami w dziedzinie immunologiii, wakcynologii, chorob zakaźnych. Przeszli przez to, przeryli się przez publikacje, pani kochana, gdzie oni nie byli, czego nie widzieli i ilu osobom nie pomogli...! Zbrojni w wiedzę diagnozują, ustawiają leczenie znajomym i pełnią rolę medycznych autorytetów na forach pacjenckich.
Im prędzej ktoś im wyświadczy przysługę i publicznie wyśmieje, tym lepiej dla nich.
Przy okazji dziękuję ginekolożce, która była tak uprzejma, że zrobiła to dla mnie przed laty.


Żadna z wymienionych grup pacjentów nie korzysta z zewnętrznych standardów. Pacjenci paranoicy ignorują je dlatego, bo ustaleniom oficjalnym nigdy nie można wierzyć. Pacjenci wnoszący o zniesienie ograniczeń negują standardy, gdyż te narzucają jakieś reguły gry i systematyzują postępowanie. Na przykład regułą HFEA i ESHRE jest dążenie do obligatoryjnego transferu pojedynczego (w uzasadnionych przypadkach podwójnego), aby zminimalizować ryzyko wystąpienia MPD, niskiej masy urodzeniowej, powikłań okołoporodowych, wcześniactwa oraz porodów przedwczesnych, które znacząco rośnie przy ciążach mnogich i wielopłodowych.
Nie jest także prawdą, iż ryzyko należy wyłącznie do pacjenta, bo za skutki powikłań płacą wszyscy podatnicy. W interesie społecznym jest zwiększenie narodzin zdrowych dzieci, a nie zwiększenie ilości zapłodnień.
Trzy próbki pacjenckiego koszmaru:


Fragment petycji Stowarzyszenia Stop Nop:


Występujemy w imieniu rodziców, którzy do tej pory musieli samotnie bronić się przed represjami ze strony bezdusznych urzędów w obronie praw do nietykalności cielesnej swoich dzieci oraz do samostanowienia i wolności wyboru.
 
Przykład drugi: co zrobić z przewlekłą boreliozą? Odpowiedzi udzieli sympatyk terapii dra Gersona i Ashkara, optymista


Między bajki włóżcie historie o ciężkim leczeniu boreliozy. Chorobę leczy się w miarę łatwo i prosto, chociaż leczenie jest uciążliwe i samo w sobie szkodliwe. Owe przypadki "leczenia całymi latami" to po prostu błędna diagnoza, fałszywie dodatnia. (...)Co 10 osoba ma nadmierny rozwój drożdżaków z gatunku candida. Oznacza to, że na 1000 osób z symptomami boreliozy, jedna faktycznie ma chorobę, reszta - candidę.


Przykład trzeci: jak utrzymać wczesną ciążę? Wypowie się pacjentka z habilitacją z pacjentologii:

3 razy 1 tabletka na dobę? Chyba ta gin zgłupiała. Natychmiast wepchnij sobie ze 4 tabletki i nad ranem to samo. W ciagu dnia możesz 2 i tak aż do odwołania. Progesteronu nie mozna przedawkować (no chyba, że byś sobie całe opakowanie wepchnęła, ale to i tak wtedy najwyżej ból głowy cię czeka) a jeżeli się okaże ze 30 to za mało to te 2 tabletki niczego nie podniosą.

 
*


Wraz z rozwojem nauki i medycyny rozwijają się ich przeciwieństwa: paranauka i zabobony. Lękowość objawiająca się paraliżem decyzyjnym i/lub kwestionowaniem oficjalnych ustaleń medycznych nie stanowi wcale domeny ludzi źle wykształconych, niewydolnych wychowawczo, posiadających złe intencje społeczne i tak dalej. Wręcz przeciwnie.
Lęków- racjonalnych i nie- doświadczamy wszyscy. Różnimy się między sobą głównie umiejętnościami ich kontroli.
Instytucje publiczne nakłaniają nas do działań, których uzasadnienia pozostają poza naszym bezpośrednim doswiadczeniem. Czy ktoś widział nowotwór? Ilu naszych znajomych umarło z powodu powikłań poświnkowych? Czy prąd istnieje? 
U niektórych ludzi uczucie intelektualnej bezradności prowadzi prostą drogą do agresji i przekonania, że ktoś próbuje ich oszukać: system korporacyjny, ministerstwo zdrowia, sąsiad spod dziewiątki, partia polityczna, zielonoświątkowcy itd.  
Odczuwają samotność w walce. Są niczym oficer Ripley w ostatniej części Obcego: cywilizacja kontra nasi najbliżsi. Czy podejmiesz wyzwanie, Strażniku Teksasu?


Tego procesu nie da się zatrzymać.
Rozwój nauki i specjalizacja poszczególnych dziedzin powodują intelektualne wykluczanie coraz większej liczby obywateli. Finalnie więc wszystko sprowadza się do podjęcia decyzji o zaufaniu: Mihalovic czy WHO? Ideologia czy medycyna? Nasz zbiór doświadczeń jako ostateczne odniesienie czy autorytet zewnętrznych standardów?
Choć lektura opowieści o uzdrawiającym wpływie citroseptu i upładniających właściwościach pasków św. Dominika może budzić wiele uciechy, sytuacja w żadnym razie nie jest zabawna.


*

Pacjenci lękowi: bezkrytyczni, nadmiernie krytyczni, posiadający skłonności paranoidalne, stanowią grupę, która z założenia będzie działać poza formalnymi strukturami. Dlatego też- to druga ważna cecha - niemal nigdy nie będą skuteczni w tym co robią.
To znaczy nie będą skuteczni prawnie i oficjalnie- pantoflowo, memetycznie i nieoficjalnie zmieniają świat. Niestety.  
Głównym pragnieniem lękowców jest nieograniczona wolność działania. Jeśli nie mogą jej sobie wywalczyć formalnie to zrealizują ją praktycznie.
Szkopuł tkwi w tym, że realizacja własnej wolności w medycynie oznacza często jednoczesne pogwałcenie cudzej wolności i praw.
Rodzice nieszczepiący dzieci wygrywają spokojny sen dzięki pasożytowaniu na odpowiedzialności rodziców, którzy dzieci szczepią i w związku z tym narażają je na potencjalne ryzyko.
Pacjentki stosujące alternatywne terapie onkologiczne trafiają potem z zaawansowanym rakiem piersi do państwowych szpitali. Wydarza się to na ogół wtedy, kiedy niespodziewanie Nowa Medycyna Germańska i leczenie cieciorką zawodzą, a medycyna konwencjonalna musi w związku z tym podjąć zwielokrotnione wysiłki, co wiąże się także ze wzrostem kosztów publicznych.
Z kolei entuzjaści wolności w zakresie ilości transferowanych zarodków nie lubią pamiętać o tym, iż ciąża mnoga wiąże się ze zwiększonym ryzykiem położniczym, a- jak ślicznie wyliczyli badacze z Holandii porównując długoterminowe koszty programów SET (single embryo transfer) z kosztami programów transferów mnogich- ciąza bliźniacza/wieloracza generuje wzrost kosztów rehabilitacji, hospitalizacji  i specjalistycznej opieki zdrowotnej o 30 000 euro.
Rozmnażające się przez pączkowanie środowisko lękowców uderza po kieszeni budżetowej wszystkich podatników niezależnie od ich sympatii politycznych i kondycji zdrowotnej. I wcale nie potrzebuje w tym celu zmieniać obowiązującego prawa.


Wróćmy tu na moment do antyszczepionkowców, którym bardzo zawadza świadomość bombardowania pacjentów komercyjnymi ulotkami koncernów farmaceutycznych. I jeszcze, że panie w rejestracji się śmieją z NOPów i nie chcą wpisywać. No i oczywiście to, że nie ma informacji społecznej, Ewo Kopacz, zrób coś, pliz!
Dobra, dziewczyny i chłopaki ze STOP NOP, ogarnijcie się teraz:

Praca w NGOSie polega na tym, że kiedy widzisz zmarznięte wróbelki to skrzykujesz ludzi i zapierdalasz przy budowie karmnika, a nie wołasz do ministra Kraszewskiego, żeby dosłał deski i herbatę w termosie. Bo jak nie, to mu zrobisz no no no!

Umawiacie się więc, skarbeńki,  na rozmowy z przedstawicielami firm produkujących szczepionki w celu uzgodnienia sfinansowania druku i dystrybucji ulotek informujących o istnieniu poradni wakcynologicznych, NOPie i grupach szczególnego ryzyka. Oni mają na to budżet, srsly. Możecie machnąć sobie nawet przyjemną, informacyjną kampanię społeczną.
Kampania jest potrzebna nieodzownie:  wielu rodziców nie wie o istnieniu wojewódzkich Poradni Konsultacyjnych ds. Szczepień, w których rodzice dzieci przewlekle chorych, urodzonych  przed 36 tygodniem ciąży, posiadających obciążony wywiad itp. mogą zasięgnąć porady, uzyskać odroczenie lub anulowanie szczepienia i indywidualną opiekę.
To właśnie te poradnie przyjmują zgłoszenia o NOPach i prowadzą ich rejestrację.
Mówienie Polakom o tym, że utrzymanie odpowiedniego poziomu odporności populacyjnej jest niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa tym, którzy z powodów medycznych nie będą mogli być zaszczepieni, jest właśnie zadaniem dla stowarzyszenia pacjentów.
Ach, właśnie, bo zapomniałam, że dzisiejszą wizję sponsoruje literka W jak "współpraca". To oznacza, że mówicie o NOPach, ale mówicie też o tragedii wspólnego pastwiska i wynikłych z niej epidemiach w społeczeństwach, które zaprzestały szczepień ochronnych, chwytacie?
Współpraca wiąże się niestety z uczciwością sprawozdawczą.
Was to jednak, zdaje się, nie dotyczy, więc możemy gładko zakończyć tę dygresję i wytłumaczyć czytającym, dlaczego tak wiele chlubnych inicjatyw w rodzaju całkowitego zakazu aborcji, nieograniczonej wolności w sprawie uodporniania dzieci i intronizacji Jezusa Chrystusa na króla Polski, kończy się plażą.




 Fakt czwarty: w sprawach ważnych nie ma kompromisów, never ever!!!!!


A więc plażę mamy dlatego, że lękowcy zasadzie zawsze mówią podobne rzeczy: żądam delegalizacji chemioterapii. Żądam zniesienia w Polsce obowiązku szczepienia dzieci. Żądam zakazania sprzedaży środków antykoncepcyjnych. Żądam transferowania tylu zarodków, ile chcę, bo, kurwa, tak.


Tu nie ma półśrodków ani ważenia racji, w związku z czym petycje lękowców trafiają do kosza, a ich marsze protestacyjne mogą liczyć co najwyżej na zasilenie kilkunastoma przygodnymi spacerowiczami, którzy akurat nie mają nic lepszego do roboty. [ale tak naprawdę chodzi o to, że to spisek koncernów!11!]
Poza tym pacjent lękowy wcale nie chce zmieniać świata i mieć potem kłopot z odpowiedzialnością.
Woli przegrać bitwę legislacyjną i wygrać skuteczność praktyczną.
Dlatego lękowcy na wszelki wypadek  nie jednoczą się w imię działań konstruktywnych i realnych, z których mogłoby ewentualnie coś wyjść, a zawsze przeciwko: nie pozwolimy na zmuszanie nas do szczepienia dzieci, nie damy usunąć krzyża, nie pozwolimy na zatrudnianie w szkole homoseksualistów itd.
Ostatecznie nawet tak, wydawałoby się, pozytywistyczne inicjatywy jak obwołanie Chrystusa królem Polski, mają na celu przede wszystkim ustalenie, kto jest prawdziwym Polakiem, a kto pedalską żydomasońską świnią jude raus fuck you dirty nigga.
Chrstus królem Polski nie jest, ale  każdy o tym słyszał.


*


Dobra, to była ta smętna część notki, a teraz weźmy się wszyscy za ręce i zaśpiewajmy:





Niniejszym podaję Wam wytyczne Rządu Światowego na rok 2011-2012.
 Dalej róbcie swoje i bądźcie silni wiarą w sens pracy u podstaw, bo do nas należy królestwo odpowiedzialności.
Pod koniec XIX wieku śmiertelność dzieci w przedziale 1-5 lat wynosiła 42-49% (dane dla zaboru rosyjskiego), dziś wynosi 5,6%
Bynajmniej nie dzięki Astromarii i Stowarzyszeniom Stop NOP.



























wtorek, 29 marca 2011

honorowe dawstwo spermy w Obrzydłówku

Nie było moim wyborem, że moim rodzinnym domem stał się pojemnik z próbką. (Whipp 2000)

Nie istnieje bardziej fundamentalne prawo niż prawo do własnej tożsamości... Prawo nie bycia oszukanym w sprawie własnego pochodzenia (Freeman 1996)

Mama i tata od długiego już czasu próbowali urodzić dzidziusia, kiedy pan doktor powiedział im, że z jajeczkami mamy jest problem. To bardzo zasmuciło rodziców. Jednak pan doktor wtedy dodał, że są pewne życzliwe panie zwane dawczyniami, które pomagają takim osobom jak mama i tata. W ten sposób mogłem się urodzić i tak mama, tata i ja zostaliśmy rodziną

Tak zaczyna się historia opisana w uroczej książeczce dla dzieci "Our story" wydanej przez Donor Conception Network z Wielkiej Brytanii. W Polsce brzmi ona tak:

 Nie bierzemy pod uwagę informowania dziecka o tym, że powstało z AID- nikt oprócz nas nie wie i tak zostanie na zawsze. Myślę, że nie ma sensu sobie komplikować życia myśląc o tym kto dał nasienie, jaki był itp. Dawca nasienia się kompletnie nie liczy, dał nam tylko plemniki, a to mąż będzie ojcem naszego maleństwa (1)

z uzupełnieniem:
mam gdzieś czy dziecko mi kiedyś wyrzyga, że nie zna swojego ojca!!! chcę być matką i zrobiłam wszystko, abyśmy z eMkiem zostali rodzicami!!!! To bedzie nasze dziecko, nigdy mu nie powiemy o dawcy! (1)

*

 W roku 1991 w Wielkiej Brytanii zaczął obowiązywać Human Fertilisation and Embryology Act. Na mocy jego postanowień każde dziecko poczęte dzięki dawstwu gamet/zarodków ma prawo do ustalenia swoich biologicznych korzeni.
Jest to najbardziej skrajna postawa wobec dawstwa gamet, poza nią ustawodawstwo innych krajów europejskich praktykuje dwa warianty:
Model duński: dawstwo może być anonimowe lub jawne w zależności od decyzji dawcy i biorcy. Tę formę dawstwa nazywa się systemem dwuścieżkowym. Anonimowość dotyczy jednak tylko personaliów dawcy, poza tym dawca jest zobowiązany do pozostawienia podstawowych informacji o sobie na wypadek, gdyby jego  potomstwo chciało kiedyś dowiedzieć się szczegółów o biologicznym rodzicu. Wszyscy dawcy są objęci rejestrem centralnym, a ilość urodzonych dzięki nim dzieci jest limitowana i kontrolowana.
Model francuski: całkowita anonimowość dawcy, obowiązek rejestracji dawców i limitu urodzonych dzięki jednemu dawcy dzieci;

Jawność dawstwa lub system dwuścieżkowy wprowadzają kraje, w których dzieci dawców już dorosły i domagają się praw mówiąc o swoich doświadczeniach i przedstawiając wyniki badań nad psychospołecznymi skutkami dawstwa.
Dopóki ich głos był głosem dzieci- nie liczył się w debacie.
Drugim czynnikiem mającym wpływ na dyskusje o dawstwie jest rozwój Internetu a wraz z nim- rozwój wirtualnych baz DNA, które czynią informacje o swoim pochodzeniu dostępnymi dla każdej ręki zaopatrzonej w myszkę.

W Polsce temat dawstwa gamet i adopcji zarodków nie istnieje w przestrzeni publicznej, choć czasem u Ewy Drzyzgi mignie dumny inseminator, a na łamach prasy półkolorowej pojawi się reportaż o rozpłodowych hobbystach umawiających się na prokreacyjne randki w podmiejskich hotelach.
"Wysoka wydajność, dyskrecja gwarantowana" chwalą się panowie, którzy potem, często pod okiem legalnych małżonków, solennie zapładniają ich żony na hotelowych tapczanach. Nazywa się to wówczas NI- naturalną inseminacją. Jest taniej niż w klinice, bez cewników i lekarzy, ale też bez żadnych badań i certyfikacji. Potem drogi stron się rozchodzą, aby więcej nie skrzyżować.
Dziecko nigdy nie ma poznać prawdy o swoim pochodzeniu genetycznym.

*

Nie wiadomo, ile dzieci w Polsce urodziło się dzięki dawstwu plemników, komórki jajowej lub zarodka. Przypuszczalnie, biorąc pod uwagę wskaźniki europejskie, możemy mówić o dziesięciu, może piętnastu tysiącach dzieci. Nie prowadzimy rejestru centralnego dawców i nie kontrolujemy ilości próbek oddawanych przez jedną osobę.
Jesli klinika ma ambicję pracować wedle najnowocześniejszych standardów- a takich klinik w Polsce jest kilkanaście(2)- testy medyczne wykonywane kandydatom na dawców obejmują również wywiad rodzinny, cechy fizyczne oraz motywację dawstwa.
Jednak po oddaniu próbki nie monitoruje się działań dawców i nie sprawdza, czy ponownie nie zostają dawcami w innej klinice. A potem w następnej. I w następnej. Poza kontrolą są też gabinety inseminacyjne i przychodnie.

Dawstwo komórek jajowych to odrębne zagadnienie.
W Polsce to wyłącznie dawstwo krzyżowe:  kobieta poddająca się zapłodnieniu pozaustrojowemu  decyduje się oddać nadmiarową część swoich komórek anonimowej parze, która w zamian za to częściowo dofinansowuje zabieg ivf dawczyni.
Wyjątkowość sytuacji dawczyń polega więc na tym, że oddają swoje komórki jajowe w momencie, w którym nie posiadają jeszcze żadnej pewności, czy ich leczenie przyniesie skutek w postaci upragnionej ciąży.
Zdarza się więc, że po bezskutecznym leczeniu para ląduje w OAO lub decyduje się na świadomą bezdzietność, mając prawdopodobną i nieznaną liczbę biologicznych dzieci wychowywanych przez biorców.
Dawczynie nigdy nie otrzymają informacji o tym, czy te dzieci faktycznie się urodziły, a jeśli tak- to ile, jakiej płci, komu?
Znamy też ciemną stronę niekontrolowanego dawstwa komórek jajowych, choć nie potrafimy oszacować skali zjawiska: pacjentki bijące rekordy najstarszej matki świata bez wyjątku korzystają z komórek dawczyń, gdyż same są po menopauzie. Jeśli wierzyć informacjom pacjenckich organizacji ze Słowacji (15) i Rumunii (16) (w Rumunii padł jeden z rekordów: matką w wieku 66 lat została Elena Iliescu) wschodnioeuropejskie komórki jajowe stanowią znaczącą część światowego rynku dawstwa. I nie mamy możliwości zatrzymania tego zjawiska tak długo, jak długo nie wprowadzimy centralnych baz danych i kontroli nad losem próbek.

Z relacji współpracujących z organizacjami pacjenckimi psychologów wynika także, że na część dawczyń decyzja o oddaniu komórek jajowych wpływa w perspektywie czasu destrukcyjnie.
Dlatego najczęstszą strategią spotykaną wśród dawczyń jest wypieranie świadomości dawstwa. Inaczej rozważania o tym, do kogo trafiły gamety, ile dzieci się z nich urodziło, czy są szczęsliwe, czy nie doznają krzywdy, byłyby dla korzystających z pomocy psychologicznej dawczyń nie do udźwignięcia.
Być może byłoby im łatwiej, gdyby mogły mieć nadzieję, że więzi nie zostały zerwane do końca?

*

W 2003 roku, siedem lat od procesu Joanny Rose, która pozwała Ministerstwo Zdrowia za brak informacji o swoich genetycznych korzeniach i złamanie przez to prawa do prywatności i życia rodzinnego, grupa dorosłych dzieci urodzonych dzięki dawstwu wymusiła na brytyjskim Ministerstwie Zdrowia powołanie projektu Donor Link (3) kojarzącego rodzeństwa przyrodnie i umożliwiającego odnajdywanie informacji o swoich korzeniach.
Projekt opiera się na komputerowym rejestrze DNA i szukaniu według tego klucza krewnych. Podobne projekty są obecnie prowadzone w USA.
Wspiera te działania część dawców i dawczyń: (4):

Gdy byłem dawcą, nie czułem żadnej odpowiedzialności, ona należała do rodziców tego dziecka. W mojej głowie nie było relacji z dzieckiem, które jeszcze nie istniało, ale z jego rodzicami. Potem zrozumiałem, że nie można przekazać całej odpowiedzialności, jej część spoczywa na tobie. Przekazywanie genów to nie była moja pierwotna motywacja, ale z wiekiem ma to dla mnie znaczenie.

Donor Link szacuje, że rekordowi brytyjscy dawcy mają obecnie ponad sto synów i córek. Oddawali próbki co miesiąc przez szereg lat. Brak wprowadzonego limitu dzieci, których genetycznym ojcem był ten sam dawca spowodował, że nie kontrolowano ilości poczęć.
Podobna sytuacja dzieje się obecnie w Polsce.
*

Prawdy o swoim pochodzeniu dowiaduje się przypadkowo ok. 20% dzieci, których rodzice deklarowali całkowitą tajność dawstwa (4).
Te przypadki to choroby, wątpliwości powstałe przy wypełnianiu szpitalnych kart, kiedy ilość niezgodności wykracza poza możliwość koincydencji, ale też rozwody i rodzinne kłótnie.
Dodatkowo - jak wykazują tegoroczne badania Readingsa i Blake'a- anonimowość dawstwa jest w najczęściej iluzją.
Rodzice dzieci poczętych dzięki różnym formom adopcji prenatalnej z reguły mówią o swoim doświadczeniu przynajmniej jednej osobie (włączając w to społeczności internetowe) co prowadzi prostą drogą do zjawiska obserwowanego przy okazji badań nad ukrywaną adopcją społeczną: o adopcji wkrótce wiedzą wszyscy poza dzieckiem.
Ten faktor jest niemal zupełnie pomijany przez biorców i rodziców adopcyjnych, a wedle relacji dzieci z niejawnych adopcji społecznych i biologicznych odgrywa potem decydującą rolę: wzrastanie w cieniu niezdefiniowanej tajemnicy rodzinnej prowadzi albo do odkrycia sekretu, albo do niszczącego wpływu tej tajemnicy na więzi w rodzinie (5, 6).

Szacunki dwudziestoprocentowe pochodzą sprzed rozwoju Internetu.
Obecnie dzięki tworzonym sieciom DNA każdy z nas może dołączyć swój kod do bazy. W poszukiwaniu zagubionych krewnych, z ciekawości lub zwyczajnie z nudów.
Dla kilkunastu tysięcy polskich rodzin będzie to chwila prawdy, zwłaszcza że dzięki badaniom wiemy już, iż dzieci chcą wiedzieć i oceniają negatywnie ukrywanie przed nimi prawdy o ich genetycznym pochodzeniu (7).
Ok. 16% dzieci dawców całkowicie zgadza się ze zdaniem "okoliczności mojego poczęcia są dla mnie istotne", zaś 26% wybiera odpowiedź "raczej się zgadzam".
Z kolei twierdzenie "mój dawca jest połową mnie" uważa za prawdziwe aż 65% dzieci poczętych dzięki dawstwu (7). Dane biologicznych rodziców chce poznać co trzecie dziecko (14).
Zatem intuicja większości polskich biorców deklarujących "gdyby moim ojcem był dawca nigdy nie chciałabym/chciałbym o tym wiedzieć" wydaje się raczej życzeniową obudową własnego lęku, aniżeli próbą zrozumienia uczuć dziecka i wejściem w jego perspektywę.

*

Dla każdego, kto orientuje się przynajmniej pobieżnie w historii polskiej adopcji, analogie są aż nadto widoczne.
Porozmawiajmy więc o 50letniej historii polskiej adopcji  i jej pedagogicznych eksperymentach sprzed pół wieku. Zawsze- co trzeba uczciwie zastrzec- stawiających sobie za cel dobro dzieci i ich rodzin, nie zawsze spełniających jednak to oczekiwanie.
W latach 60tych wśród pracowników społecznych i rodziców adopcyjnych panowało powszechne przekonanie, iż w interesie dziecka jest całkowite wchłonięcie jego tożsamości przez rodzinę adopcyjną. Matce biologicznej oznajmiano w chwili podpisania dokumentów "Odtąd to dziecko dla ciebie umarło, nigdy go nie zobaczysz" (8).
Testowano rozmaite rozwiązania, które wydawały się mieć intuicyjny sens. Jedną z form proponowanej rodzicom "dyskretnej" adopcji było zastępowanie zmarłych przy porodzie noworodków noworodkami przeznaczonymi do adopcji. Ten rodzaj adopcji szybko ujawnił swoją słabość i wycofano się z niego w ciągu kilku lat.  Inną możliwością było pomaganie w ukrywaniu adopcji włączając w to fikcję wypchanych poduszkami brzuchów i lokowanie przyszłych adopcyjnych matek po zaprzyjaźnionych klasztorach na ostatnie miesiące "ciąży".
Z relacji dorosłych dzieci adoptowanych, przed którymi ukrywano fakt adopcji, wiemy, jak druzgoczącym doświadczeniem okazywało się na ogół zatajanie ich dziedzictwa biologicznego. Z drugiej strony płynęły sygnały przeciwne wskazujące na pozytywną rolę, jaką dla rodziny może odegrać otwartość:


Już w latach sześćdziesiątych niektóre rodziny decydowały się na wychowywanie dziecka w świadomości o jego pochodzeniu zaczynając od mówienia do niemowlęcia „mój ty kochany, adoptowany”. Obserwowano pozytywne doświadczenia rodziców uczciwie przedstawiających dzieciom sposób ich znalezienia się w rodzinie, tworzenie się więzi emocjonalnej opartej na zaufaniu, na dźwiganiu wspólnego losu ( i dziecko i rodzice woleliby, żeby łączyła ich więź biologiczna).
Z początkiem lat siedemdziesiątych Ośrodek całkowicie wycofał się z pomocy w tajnych adopcjach. Przekonywano kandydatów na rodziców adopcyjnych, że warunkiem szczęśliwych relacji w rodzinie jest wzajemna uczciwość i zaufanie, a więc poszanowanie prawdy. (8)

Sens jawności adopcji społecznej szczęśliwie nie bywa już w Polsce kwestionowany. Rodziny zatajające przed dzieckiem jego pochodzenie stanowią wartości kilkuprocentowe. To sukces, nad którym pracowały tysiące osób, przede wszystkim rzesza rodziców adopcyjnych.
Tego wszystkiego nie da się niestety powiedzieć o jawności póładopcji i adopcji prenatalnej.
To temat, na rzecz którego nie lobbuje w Polsce obecnie żadne środowisko.
Przede wszystkim dlatego, że próby podejmowania z pacjentami tematu jawności adopcji prenatalnej spotykają się niemal bez wyjątku z wrogością, jeśli nie agresją.
Dominuje podejście posesywno-lękowe, któremu towarzyszą liczne deklaracje o pragnieniu stworzenia szczęśliwej rodziny, powoływanie się na prawo do posiadania dziecka i przekonanie, że częściowa czy całkowita jawność zniszczy rodzinę.
Na plan pierwszy wybijają się emocje rodziców:


nie rozważam powiedzenia dziecku. Bałabym się, że być może dziecko uzna że źle zrobiliśmy podchodząc do AID, że będzie uznawał dawcę jako ojca, a mój eMek będzie czuł się odtrącony, że tamta rodzina zacznie się wtrącać w nasze życie, że ogólnie wszystko co budowaliśmy między mną, eMkiem i dzieckiem legnie w gruzach. najbardziej boję się o eMka, na pewno czułby się zagrożony, w sytuacji gdy dziecko pozna dawcę swoich genów


Dla faceta diagnoza- nie może być ojcem- to cios poniżej pasa. Ujawnienie, że ojcem dziecka jest ktoś inny to kolejny cios dla bezpłodnego faceta. Nie ma mowy o powiedzeniu dziecku, nie interesuje mnie zresztą jakiś koleś, który oddał nasienie dla kasy czy z innego tam powodu. Dziękuję mu i to wszystko.
        
Ja tak sobie myślę, że najczęściej pary korzystające z AID nie wtajemniczają w swoją walkę o dziecko za wielu osób, bo dla faceta problem nieplodności to trudniejsze przeżycie niż dla nas dzielnych kobitek. Gdy dawstwo będzie jawne, to co ma począć mąż, jak on będzie się czuł, gdy dawca będzie realną osobą, która "zapłodniła" jego żonę? a niech jeszcze ten dawca kiedyś zechce poznać "swojego" potomka? no przecież facet może poczuć się delikatnie mówiąc zbędnym ogniwem, bo przecież dziecko nie ma jego genów. Ja dawstwu jawnemu i poznaniu dawcy mówię stanowcze NIE


jeszcze tak sobie pomyslalam, co w sytuacji, gdy dziecko pozna "dawcę nasienia" i będzie go traktował jako swojego ojca? przecież męzowi serce pęknie (2)

Uczuciu frustracji i niezrozumienia przez zdrowe otoczenie, towarzyszy- szczególnie gdy leczenie trwa długo i nie przynosi sukcesu- poczucie, iż ogólne zasady i prawa powinny być w przypadku ludzi chorych naginane właśnie dlatego, bo są chorzy.
Oznacza to wiarę, że choć brzydko jest świsnąć stówkę z portfela matki, to Jaś chory na neuroblastomę będzie temu winny mniej niż Staś z idealnymi wynikami krwi.
Okłamywanie dziecka zaś generalnie jest złe, ale w szczególnych sytuacjach- na przykład wówczas, kiedy ochrania emocje i strachy rodziców- jest działaniem, w odczuciu większości polskich biorców, uzasadnionym.

Tego rodzaju emocje nie są niczym dziwnym. Chęć ukrycia pochodzenia dziecka przeżywa prawdopodobnie każdy kandydat na rodzica adopcyjnego. Wystarczy przecież tak niewiele, a adoptowane dziecko na zawsze pozostanie najwłaśniejszym, jedynym, wyłącznym i całkowicie przynależnym...
Szczęśliwie w Polsce szkolenie adopcyjne jest obowiązkowe.
Treść szkolenia może się różnić w zależności od ośrodka, ale każde musi mieć akceptację Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Przyszli rodzice szybko pozbywają się złudzeń. Kiedy wychodzą ze szkoleniowego magla wiedzą już, że celem adopcji jest zapewnienie dziecku rodziny w poszanowaniu dla jego dziedzictwa, a nie niańczenie emocjonalnych deficytów niepłodnej pary.
Nie ma więc miętkiej gry, eMkowie z pękającymi sercami, dojrzałość generalnie jest bolesna. Ale kiedyś powinno się dorosnąć, prawda?

Niestety "Trzecia część prokreacji", bo tak w literaturze nazywa się dawstwo, wydaje się być w Polsce nader często traktowana jako jedna ze ścieżek leczenia analogiczna do homologicznej inseminacji lub in vitro, a nie jako rodzaj (pół)adopcji, którym faktycznie jest.
Takie podejście każe z niepokojem myśleć o rodzicielstwie par, którym polskie prawo nie stawia żadnych zapór zmuszających do głębokiego przemyślenia implikacji decyzji o dawstwie lub biorstwie gamet.

Teraz rzut oka na oficjalne wytyczne i badania.
Jawna adopcja prenatalna istnieje w Holandii, Norwegii, Niemczech, Szwecji, Austrii, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii i Szwajcarii. W Danii i USA występuje dawstwo dwuścieżkowe.
Oficjalne stanowisko ESHRE (10) zaleca ścieżkę podwójną jako najlepiej godzącą interesy dawcy, biorców i dziecka. Ponadto dziecko ma prawo do uzyskania wszelkich informacji o dawcy/dawczyni/dawcach, jakie przewidział dawca, ma także ma prawo do wiedzy, że zostało poczęte dzięki dawstwu.
Brytyjska HFEA(9) poszła w swoim stanowisku dalej: od 2005 roku dawca w Wielkiej Brytanii nie ma możliwości pozostania anonimowym, a jego dane zostają udostępnione na życzenie dziecka w chwili, kiedy skończy ono 18 lat.
Zarówno HFEA jak i ESHRE nakazują prowadzenie rejestrów i zabezpieczenie danych dawców przez 50 lat.
*
Badania oceniające psychospołeczne skutki dawstwa wykazują, iż świadomość bycia urodzonym dzięki dawstwu pozostaje bez wpływu na więź z rodzicami lub wytwarza więź pozytywną wpływając na poczucie bycia wyjątkowym dla rodziców (11, 12, a, c, d).
Ponadto- analogicznie do rodzin adopcyjnych- stwierdza się pozytywną korelację między jakością więzi dziecko-rodzic, informacją o prawdziwej historii rodziny a wiekiem dziecka. Im młodsze dziecko tym naturalniej przyjmuje tę prawdę i tym pozytywniejsze są interakcje z rodzicami (13).

W tym samym czasie wśród polskiej obfitości aż sześciu projektów ustawy bioetycznej, tylko dwa przewidują utworzenie centralnego rejestru dawców (projekt Małgorzaty Kidawy Błońskiej i projekt Marka Balickiego),  ale jedynie projekt Małgorzaty Kidawy Błońskiej zakłada jednoczesną nowelizację KRiO, aby dziecko po osiągnięciu pełnoletniości miało możliwość ustalenia danych dawców gamet, jeśli są inni niż ojciec i matka. Jednocześnie projekt zakłada wygaśnięcie praw alimentacyjnych dzieci urodzonych dzięki dawstwu gamet lub zarodków.

Rok 1991 był krokiem milowym nie tylko dla Wielkiej Brytanii przyjmującej HFEA.
W tym roku po raz pierwszy odwiedzili Polskę Purple z trasą Nobody's Perfect, we Wrocławiu zamknięto wrocławską kolej dojazdową, a w lipcu narodził się oficjalnie polski Internet.
To również rok, w którym rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego podpisał Europejską Konwencję Praw Dziecka.
Tym samym dołączyliśmy do do chlubnego grona krajów uznających prawa dziecka i do niechlubnego grona krajów, które podpisaną Konwencję opatrzyły dwoma formalnymi zastrzeżeniami w formie poprawek.
Dobra, powiedzmy zresztą wprost: byliśmy jedynym krajem, który to zrobił.
Przyjęte przez konserwatywny  rząd poprawki dotyczyły dwóch spraw. Po pierwsze zastrzegliśmy sobie, że choć każde dziecko ma prawo do wolności myśli, wyznania i światopoglądu, to jednak polskie dzieci będą mieć  to prawo jedynie wówczas, kiedy nie stoi ono w sprzeczności z władzą rodzicielską oraz tradycyjną pozycją dziecka w polskiej rodzinie. Co zasadniczo się wyklucza z sensem tego zapisu mającego właśnie dawać dzieciom możliwość niepodążenia do meczetu nawet wówczas, kiedy reszta rodziny tam podąża.
Druga poprawka uściśla prawo dzieci do wiedzy o własnej tożsamości. Jest ono oczywiście niepodważalne. Z wyjątkiem dzieci adoptowanych. Oto oryginalny tekst:
Prawo dziecka przysposobionego do poznania rodziców naturalnych będzie ulegało ograniczeniu przez obowiązywanie rozwiązań prawnych umożliwiających przysposabiającym zachowanie tajemnicy pochodzenia dziecka

Ten zapis uczynił nas prawdziwym europejskim wyjątkiem i perłą w koronie królowej Obrzydłówka.
Dopiero w 1995 rządowi Józefa Oleksego udało się osłabić moc tego zapisu dzięki nowelizacji KRiO i przyznaniu dziecku adoptowanemu prawa poznania trożsamości rodziców biologicznych po ukończeniu przez nie18 roku życia.
Od 1991 na Polskę wciąż wywierany jest europejski nacisk w sprawie wycofania sie z obu zastrzeżeń, ale my się nie dajemy, tak nam dopomóż Bug i wszystkie przyjazne polskim dzieciom rzeki.
Takie podejście do praw dziecka czyni więc dyskusję o dawstwie nieco egzotyczną, nie mówiąc już o koncepcji rozważenia dawstwa jawnego lub półjawnego.

Może więc należy całkowicie zrezygnować z dawstwa, jak doradzają nam poseł Gowin, Piecha i posłanka Wargocka?
Byłoby to jednak wylaniem- nomen omen- dziecka z kąpielą. Dawstwo to jedyna szansa na ciążę dla ludzi bezpłodnych i dla nosicieli chorób dziedzicznych. Choć nie zostaną genetycznymi rodzicami, będą mogli wychowywać dziecko partnera/partnerki, przeżywać wspólnie ciążę, czuć pierwsze ruchy dziecka. Wreszcie dostaną szansę wspólnego przeżycia porodu i bycia z dzieckiem od narodzin. Adopcja społeczna nigdy nie dałaby im tej szansy.
W przypadku adopcji zarodków niebagatelny jest też aspekt etyczny: jest to rozwiązanie problemu niechcianych zarodków, którego ciężar dla wielu ludzi jest rzeczywisty i odczuwalny.
Last but not least ilosć obciążeń i wad wrodzonych w grupie dzieci urodzonych dzięki dawstwu jest pięciokrotnie niższa niż w grupie dzieci poczętych naturalnie.
Choć pewnie Tomek Terlikowski przenigdy by w to nie uwierzył albo zaraz zmajstrował świeżutką teorię, że w gorszej kondycji dzieci poczętych naturalnie i tak jest boży plan. Albo przynajmniej, że powstańcze hełmy lepiej leżą na ich głowach.



Kto więc oswobodzi Obrzydłówek? Wygląda na to, ze nikt. Konkluzje, do których badacze psychospołecznych wpływów dawstwa gamet doszli już w 1981 roku:


Obsesyjna koncentracja na ochronie samego siebie musi ustąpić przed koncentracją na dziecku i jego prawach (Child Welfare, 1981 Mar;60(3):161-74.)

są oczywiste dla rodziców i lekarzy do momentu, w którym nie zorientują się, że w cytacie chodzi o dawstwo gamet.
Nakłonienie pacjentów do lobbowania na rzecz bezpieczniejszego i przyjaznego ich dzieciom prawa nie jest możliwe z uwagi na to, iż niczego pacjenci nie boją się bardziej niż utraty kontroli nad rodzinną tajemnicą.
W ślad za nimi podążają lekarze, których zawodowa uwaga koncentruje się na doprowadzeniu do pozytywnej próby ciążowej i odebraniu rok później kolorowej rodzinnej fotografii z tłustym bobasem na pierwszym planie.
Dla nich wprowadzenie jawności dawstwa będzie oznaczało przede wszystkim raptowne stopnienie puli dawców (jak stało się to udziałem wszystkich krajów posiadających jawne rejestry) co z kolei uważają za krzywdę swoich pacjentów zmuszonych do oczekiwania w kolejkach na nasienie, oocyt, zarodek.
Co ciekawe w przypadku adopcji społecznej mało kto podnosi argument krzywdy rodziców adopcyjnych czekających na dziecko około dwóch lat i wykorzystujących ten czas na przeżycie żałoby po swoim potomstwie biologicznym oraz stworzenie przestrzeni  dla rodzicielstwa adopcyjnego. Tu prawo dziecka wydaje się być społecznie rozumiane i honorowane.
Rodzicielstwo z dawstwa dezorientuje.
Przez fakt bycia w ciąży i przeżywania porodu nie traci ono swej funkcji póładopcyjnej, choć- jak się wydaje- intencją zaangażowanych stron jest zrobienie wszystkiego, aby wypchnąć ten stan rzeczy poza nawias świadomosci.

Pierwsze polskie dzieci urodzone dzięki dawstwu mają obecnie po dwadzieścia lat. To niewielka, przypuszczalnie kilkudziesięcioosobowa grupa.
W ostatnich latach ciąże uzyskane dzięki dawstwu stanowią jednak ok. 20% wszystkich wykonywanych w Polsce inseminacji i ok. 15 % łącznej ilości zabiegów in vitro.
Wielka Brytania przed nami, mamy jeszcze około piętnastu lat względnego spokoju.
Bomba tyka.



1. wszystkie cytaty opisujące doświadczenie polskich pacjentów decydujących się na program z przyjęciem gamety dawcy/dawczyni/zarodka pochodzą z polskich for niepłodnościowych. Pisownia oryginalna;
2. np. http://www.cryobank-genesis.com/pl/bank-dawcow.php
3. http://www.ukdonorlink.org.uk/
4. http://wyborcza.pl/1,76842,7426398,Palaca_ciekawosc.html
5. http://www.dailymail.co.uk/femail/article-1163032/A-generation-sperm-donor-children-discovering-father-know-love-NOT-father-all.html
6. Donor insemination, C.L.R. Barratt and I.D. Cooke, Cambridge (England): Cambridge University Press, 1993).
7. Wendy Kramer, Eric Blyth, My daddy's name is a donor, Bionews, Jul 2010
8. Irena Czajka w: Wyjątkowe rodzielstwo. Adopcyjne historie. Ewa Kozdrowicz, Monika Jagodzińska, Grażyna Niedzielska, Warszawa 2010)
9. Human Fertilisation and Embryology Authority (Disclosure of Donor Information) Regulations 2004/1511
10. Gamete and embryo donation, ESHRE, http://humrep.oxfordjournals.org/content/17/5/1407.full
11.  Adolescents with open-identity sperm donors: reports from 12-17 year olds, Hum Rep(1): 239-252
12. Gamete donation: parents' experiences of searching for their child's donor siblings and donor, Human Reproduction, Vol.1, No.1 pp. 1–12, 2009).
13. Journal of Family Psychology, Mar 14, 2011
14. Dz.U. 1991 nr 120 poz. 526
15.http://www.bocianoviny.sk/
16. http://infertilitateaesteoboala.wordpress.com/

dodatkowo badania:

a. J Fam Psychol. 2011 Mar 14. Children conceived by gamete donation: Psychological adjustment and mother-child relationships at age 7, Golombok S, Readings J, Blake L, Casey P, Mellish L, Marks A, Jadva V.
b. Hum Reprod. 2011 Apr;26(4):853-60. Epub 2011 Jan 5. Two decades after legislation on identifiable donors in Sweden: are recipient couples ready to be open about using gamete donation, Isaksson S, Skoog Svanberg A, Sydsjö G, Thurin-Kjellberg A, Karlström PO, Solensten NG, Lampic C.
Department of Public Health and Caring Sciences, Uppsala University, S-751 22 Uppsala, Sweden.
c.Hum Reprod. 2010 Oct;25(10):2527-34. Epub 2010 Aug 18. 'Daddy ran out of tadpoles': how parents tell their children that they are donor conceived, and what their 7-year-olds understand.
Blake L, Casey P, Readings J, Jadva V, Golombok S.
d. Asian J Androl. 2010 Nov;12(6):801-6. Epub 2010 Jul 12. To name or not to name? An overview of the social and ethical issues raised by removing anonymity from sperm donors.
Burrn, University of Sheffield School of Health and Related Research, Sheffield


*

i na tym wpisie blog zawiesza na miesiąc (w porywie dwa) swoją aktywność, gdyż praca wzywa.

niestety coś schrzaniłam z jakimś HTMLem, co to kurfa jest?!, i teraz moje śliczne podświetlane linki już nie działają. Słowo skauta, że one tam były. Jakby ktoś bardzo chciał wiedzieć, co się kryje pod Whippem albo Longchampsem de Berier to proszę pisać na maila albo zostawić ślad w komentarzu.
Soraski i tak dalej, ale o tej godzinie nie mam już serca do tego pieprzonego blogspotu i entej edycji.

czwartek, 24 marca 2011

pan Skreczko robi geszeft

od tygodni kluje się w bu...bólach tekst o adopcji, więc żeby odwlec poród dziś porozmawiamy o panu Skreczko, właścicielu księgarni Selkar, której przypadkiem byłam klientką do dnia  niniejszego, dokładnie do godziny dziewiątej czterdzieści siedem.
Pan Skreczko to prawdziwy szałaput, ho ho ho!, mój wąsaty wujek Marian mógłby się poczuć zagrożony na swojej pozycji rodzinnego kawalarza gdyby tylko wiedział o inicjatywie pana Skreczko.
Ów umieścił nad opisem ksiązki "Złote Żniwa" taki oto disclaimer (zwrócić uwagę na emotikon na końcu):

Ponieważ nie możemy wycofać książki z naszej oferty, a nie chcemy żeby nasi klienci odnieśli wrażenie, iż poglądy i wnioski Pana Grossa są naszymi poglądami, postanowiliśmy nieco podwyższyć cenę książki. Życzymy udanych zakupów ;)

"Nieco podwyższona cena" wynosi w tym przypadku 4499 złotych polskich, słownie cztery tysiące czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć złotych.
Wszyscy chichoczą?
To odbijamy korek w szampanie Piccolo i dla każdego po gumie w kształcie papierosa. Dalej będzie jeszcze śmieszniej.
Indagowany przez dziennikarzy w tej sprawie, pan Skreczko udzielił wyjaśnień:


Powodem tego wszystkiego były negatywne e-maile i telefony od naszych klientów, czasem nawet wulgarne. Zrobiło się zamieszanie, coraz więcej klientów informowało nas, że przez tę książkę przestaną robić zakupy w naszej księgarni - wyjaśnił Skreczko w rozmowie z Alertem24.
- Ponieważ nie możemy wycofać książki z naszej oferty, a nie chcemy żeby nasi klienci odnieśli wrażenie, iż poglądy i wnioski Pana Grossa są naszymi poglądami, postanowiliśmy nieco podwyższyć cenę książki.
Zapytany o to, które dokładnie poglądy Jana Grossa mu nie odpowiadają odpowiedział: - Nie przeczytałem całej książki, nie chcę się wypowiadać na temat jej treści.

Pierwszą ksiązką Jana Tomasza Grossa, jaką zakupiłam za swoje pieniądze, Drogi Pamiętniczku, byli "Sąsiedzi", a pamiętam to dokładnie, gdyż następnie tatuś mi ją podarł i wyrzucił do kosza, co dało przyczynek do mojego drugiego olśnienia w zakresie posiadania ojca antysemity.
Treść pamiętam dokładnie i generalnie było tam o tym, że nie wszyscy Polacy kochali Żydów i nosili im bochenki chleba do lasu. Było też coś o płonącej stodole.
Potem dorosłam i nie zostałam właścicielką księgarni Selkar, dzięki czemu nie wyzbyłam się zwyczaju czytania książek. Szczególnie czytam je wówczas, kiedy mam o nich coś publicznie powiedzieć. To pożyteczny nawyk.
Co do Grossa to napisał jeszcze kilkanaście książek, które w ciągu ostatniego dziesięciolecia miały wiele wznowień, o czym pan Skreczko pewnie wie, bo w ciągłej sprzedaży posiada inną książkę Grossa, Upiorną dekadę, w cenie 27 zł za egzemplarz.
Panie Skreczko, ta książka też jest o Żydach i Polakach! Baczność!

Ogólny fetor marketingowej żenady unoszący się nad tą sprawą nakazał mi wysłać mail do Biura Obsługi Klienta księgarni Selkar, gdyż  bardzo lubię informować przyjaciół:
Szanowni Państwo

W zwiazku z Państwa decyzją dotyczącą zajęcia stanowiska w sprawie ksiązki Jana Tomasza Grossa "Złote Żniwa" proszę o niezwłoczne usunięcie mojego adresu mailowego i danych z bazy księgarni Selkar oraz wykreślenie mnie z listy newsletterowej. Uważam takie posunięcia marketingowe za w najwyższym stopniu niestosowne. Nie oczekuję od księgarni, w ktorej kupuję książki, prowadzenia polityki.

Z szacunkiem

XX

Moi korespondencyjni przyjaciele odpowiedzieli już o ósmej cztery dnia następnego:

Chcieliśmy poinformować, że nie zamierzamy uczestniczyć w dyskusji na temat książki "Złote żniwa". Sprawa jest dla nas zamknięta i dopóki mamy książki na stanie i nie zwrócimy ich do wydawnictwa, ich cena nie ulegnie zmianie. Nie zabraniamy w żaden sposób jej zakupu na naszej stronie, a wręcz zachęcamy ponieważ pieniadze z jej sprzedaży zostaną przekazane na Dom Dziecka w Białymstoku. Później książka będzie u nas niedostępna w sprzedaży.

pozdrawiamy

ja wam dobrze radzę, kupcie podopiecznym tego domu dziecka jeszcze projektor i złotą kolekcję filmową Bohdana Poręby, będzie jak znalazł.

Szanowna Pani

Zaszło nieporozumienie wynikające z braku zapoznania się z moim mailem. Nie interesują mnie tłumaczenia i stanowiska Państwa firmy, bo nie jestem zainteresowana byciem klientką księgarni, która w sposób tak żenujący uwikłała się w politykę. Przypominam, iż Jan Tomasz Gross napisał w ostatniej dekadzie kilka książek, więc linia historyczna kolejnej nie powinna być zaskoczeniem dla nikogo. Oczywiście zakładając, iż pracownicy i właściciele księgarni mają zwyczaj czytać zamawiane do magazynu książki. Jeśli nie- z tym większą przyjemnością będę korzystała z usług Państwa konkurencji.
Ponawiam swoje żądanie o usunięcie moich danych osobowych oraz adresu mailowego z Państwa bazy danych. Nie życzę sobie więcej być kłopotana korespondencją z Państwem.

Z poważaniem

I w ten to sposób zostałam zniknięta ze złotych list bazy Selkarowej.
A Wy, klienci Selkaru, czyńcie swą powinność. Jeśli się Wam ofc chce.

edit: zapomniawszy, bo chciałam jeszcze napisać, że uwaga!!11!! autor Migotania Słów zauważył podobną wiosenno- ofensywną tendencję rodzimych księgarni. Musimy więc być duchem silni, od czasów reklamy Prusakolepu zachowały się przetrwalniki polskiego  marketingu topornego. Być może pomaga na nie cieciorka i dieta pięciu przemian, ale maile są w każdym razie szybsze.

poniedziałek, 7 marca 2011

Gdzie jest moja rewolucja?

Nie sprawdzałam jeszcze relacji manifowych w Internetsach, ale mogę Wam powiedziec, jak było. Tomasz Kalita przyszedł z labradorem, a poseł Kalisz miał świetną czapkę.
Na Placu Trzech Krzyży stała ponura pani z zawieszonym na piersiach plakatem o pomordowanych embrionach, których ilość oszacowano na 30-40 tysięcy (Episkopat szacuje ilość zamrożonych embrionów na 50 tysięcy, najwidoczniej nie zsynchronizowali zegarków).

W okolicach Czaji Magdy Gessler zaczął padać śnieg, dalej był już sejm i trzydziestoosobowa grupka skaczącej Młodzieży Wszechpolskiej z zielonymi flagami. Nieopodal stała starsza pani (nie udało mi się ustalić, czy to ta sama czy inna) z plakatem na piersi, tym razem plakat oddawał cześć noworodkom pomordowanym w ciągu 72 godzin od zapłodnienia i nawoływał do modlitwy.
Tak wyglądała Manifa 2011.

*

Kiedy straszą mnie cywilizacją śmierci wizualizuję sobie mroczne szwadrony wyposażone w morbital, pavulon i obcęgi do miażdżenia główek abortowanych płodów. Mają kasę, wciagają kokę na zapleczach swoich korpoapartamentów, jeżdżą autami tak luksusowymi, że kupując sam błotnik skończyłabym spłacać kredyt tuż przed emeryturą.
Finansują feminazizm, pedałów i lesby oraz imprezy integracyjne w firmach popierających związki pozamałżeńskie z delegacyjnymi obmacywankami.
Tak postępuje rozkład i rozpad, tkankę rodziny zaczyna toczyć robak, a potem idzie już lawinowo- upadają autorytety, ginie cywilizacja życia. Kończymy na kozetkach szukając szczęścia, którego nigdy nie znajdziemy w świecie bez wartości.

*

Hasła tegorocznej manify to "dość wyzysku, wymawiamy służbę!" i tradycyjne "chcemy zdrowia, nie zdrowasiek". Malowane markerami na chałupniczo sporządzanych transparentach, klejone taśmą przezroczystą.
Chutnik i Fundacja MaMa jadą na pace obskurnej platformy, głośniki dudnią metr od samochodu i są praktycznie niesłyszalne pięć metrów dalej. Mocujemy swój banner jakimś cholernym sznurkiem konopnym, który wciąż się plącze. Widzę dwie tęczowe flagi, jak zawsze jest Ewa Dąbrowska Szulc z ProFeminy (pokażą Ją potem z transparentem "żądamy prawa do aborcji" i komentarzem, że w tym roku na Manifie pojawiły się także skrajne hasła). Ogólną liczbę degeneratów pragnących śmierci, zniszczenia i zbezczeszczenia świętych ksiąg szacuję na 2-3 tysiące.
Kłaniam się znajomemu posłowi pytając, jak tam idą prace?
-dobrze,- odkłania się,- nic się nie dzieje, nie będzie ustawy.
Ogarnia mnie radość. Wspaniale, zatem aż do października nic nie spieprzą.

*

A więc doszłam do etapu, na którym im mniej robią tym większą wdzięczność czuję.

*

Dalej to już tylko emigracja.

*

W piątek w stołecznym liceum imienia Kopernika red. Wildstein prezentował film o eugenice w reżyserii Brauna, najnowsze dzieło ze stajni Roberta Kaczmarka, producenta Solidarnych 2010.
W dyskusji wzięli udział Joanna Potocka, Bronisław Wildstein oraz dr. Michał Łuczewski, socjolog wsi. Wśród zaproszonych nie było wprawdzie Joanny Najfeld, ale wzięła potem udział w panelu dyskusyjnym.
Film- na wypadek, gdyby ktoś nie widział, a mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga w wolnym czasie zajmują się rzeczami bardziej konstruktywnymi- przez trzy czwarte czasu trwania relacjonuje historię amerykańskiej eugeniki, a w ostatnich minutach wyprowadza z eugeniki zapłodnienie in vitro, w czym pomocne są wypowiedzi prof. Szamatowicza, odpowiednio przycięte rzecz jasna.
Ponadto w kraju działa prężnie sieć Kuźni Wiary, doktor Barczentewicz wykłada jak Polska długa i szeroka, profesor Chazan chałturzy podczas siedleckiego sympozjum "in vitro i co dalej?" (sympozjum za pieniądze podatników, wśród gości biskup siedlecki i naprotechnolodzy, przykładowy temat wykładu: "in vitro a ryzyko medyczne i genetyczne").
Wygląda więc na to, że publiczne życie Niezależnych Mustangów nie grozi śmiercią głodową ani męczeństwem przez zapomnienie.

Tymczasem stołeczna manifa lemingów sponsorowana przez tego gościa z koką, pierdyliardem dolarów i szczepionkami powodującymi autyzm, jedzie na dwóch platformach, nie stać jej na porządne głośniki i finansuje się z datków zbieranych po feministycznych imprezach.
Ale ma przy tym dużo entuzjazmu.
Już dwunasty rok!
W tym czasie ustawy antyaborcyjnej nie zliberalizowano, nie wprowadzono edukacji seksualnej, sterylizacja i wasektomia są nielegalne, za leczenie metodą in vitro się płaci, za leki gonadotropinowe się płaci, we wszystkich niemal szkołach jest religia. Wisi nad nami widmo likwidacji wielu domów dziecka i sprywatyzowania adopcji, umowy śmieciowe za to mają się doskonale, niższe płace kobiet i brak żłobków również.
Konkordat stał się pustym słowem, czego spór o krzyż na Krakowskim Przedmieściu był wymownym dowodem.
Transparenty z żądaniami wznowienia rozmów o dopuszczalności przerywania ciąży widuje się już tylko na Manifach, w sferze polityki sejmowej ta sprawa została zakończona i zabetonowana jak reaktor w Czernobylu.

Sukcesem NGOSów jest za to pisanie niezłych projektów celem otrzymania grantu bądź dotacji z unii Europejskiej.
Utrzymuje nas to w miłym poczuciu, że coś jednak robimy i że ma to sens. Wydajemy kolorowe gazetki, piszemy wspierające maile i przekopujemy milimetry kwadratowe obywatelskiej ziemi, podczas gdy prawicowe buldożery prą przez ugór, a za nimi stu oraczy, a za nimi niewiasty z siejbą, a nad nimi jasne słonko ogrzewające ideologiczne kiełki, z których potem wyrastają baobaby.
Natomiast akademicka lewica sączy kawę w Nowym Wspaniałym Świecie wśród tych samych inteligentnych twarzy, w tym samym legislacyjnym cemencie, uwikłana między dwie prawicowe partie i uśmiechniętego Napieralskiego, który opowiada ludziom o lewicowej wrażliwości /gdzie wiadro?/

*

Żeby dać promyczek nadziei powiem, że jest kwant szansy, że to jednak Tamci żyją w świecie alternatywnym. Niestety drugą możliwością jest wariant odwrotny.
Za moją wersją przemawia:
- dookoła Facebooki, blipy, blogi i inicjatywy obywatelskie, a w okrągłym budynku na Wiejskiej posłanka Wargocka, PiS, zgłasza jedną uwagę formalną podczas prac podkomisji ds. zdrowia. Mianowicie chciałaby zmienić tytuł roboczy ustawy bioetycznej, gdyż kojarzy jej się z "żywieniem człowieka" (?);

- sytuacja reprodukcyjna wygląda jak wyżej opisałam, kobiety są zatrudniane na podstawie umów czasowych, rozwarstwia się społeczeństwo, w wypadku dziewięcioosobowego samochodu ginie osiemnastu pasażerów jadących do sezonowej pracy za grosze, tymczasem najistotniejszą kwestią ostatnich dni jest to, co napisał, a czego nie napisał Gross i jak to robi naszej narodowej godności;
- istnieje więc szansa, że część ludzi nie bierze udziału w życiu wyborczym głównie dlatego, bo staje się ono oderwanym od rzeczywistości projektem zawieszonym gdzieś między daniem dnia w stołówce sejmowej a spindoktorskimi zajęciami z autoprezentacji.

Druga wersja mówi, że:
- nie tylko my mamy Internety;
- nie tylko my mamy idee;
- takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie, a to nie my kształcimy katechetów, etyków i prelegentów jeżdżących na gościnne wykłady do krajowych szkół;

*

Gdyby ktoś mi powiedział wcześniej, że życie leminga  będzie tak żałośnie nędzne to chyba bym nie uwierzyła. Hej, przecież stoi za nami cywilizacja śmierci! Potężne siły, laboratoria NASA i smoleńska brzoza.
A na koniec tytułowy kawałek:

http://www.youtube.com/watch?v=0XdVf6_8LMc

środa, 9 lutego 2011

pocztówka z otchłani

- Jesteś... jesteś... bałwochwalcą!
wysyczał nadęty brunecik z sypiącym się wąsikiem, lat siedemnaście, wypuszczając na kadencji powietrze z czerwonych policzków.
A wszystko za sprawą Dalajlamy, którego zdjęcie miałam w portfelu. Okazało się, że nie jest to mile widziane na wędrownym obozie ruchu Światło Życie, do udziału w którym zgłosił mnie Tatuś.
Dalajlama był pierwszym powodem, dla którego brunecik przerwał zbiorowe milczenie. Powodem drugim była moja ucieczka z obozu, który tego akurat dnia miał w podparyskim klasztorze kontemplować Drogę Krzyżową.
Cóż, ja wybrałam Disneyland.
Bałwochwalca, ten nieco archaiczny termin odwołuje się do pojęcia idolatrii, a więc czczenia bożków, bałwanów, złotych cielców.
Trudno mi powiedzieć, czy sympatyczny Tenzin Gjaco, XVI Dalajlama, czuje się raczej bożkiem, bałwanem czy złotym parzystokopytnym, jednakże rozważyłabym także możliwość, że fertyczny brunecik posiadał pewne luki w edukacji.
Mimo to nie troskam się o przyszłość brunecika, z pewnością działa obecnie w jakimś lokalnym kole partii prawicowej, do czego predestynowała go ignorancja, ale przede wszystkim ten charakterystyczny wygląd jednostki zbierającej regularny wpierdziel w szkolnych kiblach.
Zdjęcie zupełnie nie a'propos:



Jakimikolwiek jednak drogami podążył, w chwili uwiecznionej przeze mnie w blogowej migawce, brunecik miał wciąż lat szesnaście i prezentował typową mentalność polskiego ucznia kształconego religijnie w szkole publicznej: na świecie istnieje katolicyzm, potem długo nic, potem są żydzi (zabili pana Jezusa) i islam (ucinają chłopcom siusiaki i porywają samoloty pasażerskie). To tyle. Wszystko, co nie jest katolickie jest bałwochwalcze.
Wiara w istnienie ateistów nie ma podstaw.

Poza brunecikiem w pielgrzymce brała udział studentka teologii forsująca oryginalny pogląd, iż "buddyzm jest najbardziej sekciarską religią i już nawet hinduizm jest lepszy". W mojej wdzięcznej pamięci zapisało się także dwóch chłopców rywalizujących ze sobą o to, który lepiej nadaje się na księdza, i pewien absolwent technikum twierdzący uparcie, iż warunkiem wstępnym medytacji jest nagość (sądzę, że musiał coś kiedyś czytać o tantra jodze, ale nie do końca zrozumiał).
Poza nimi było jeszcze kilkadziesiąt osób z ruchu Światło Życie, które były tak uprzejme, że codziennie rano, pod światłym przewodnictwem księdza pilota, inicjowały modlitwę:

 "i módlmy się za tę jedną spośród nas, która nie przystąpiła jeszcze do sakramentu pokuty i eucharystii"

 - i nie zamierza przystąpić, prawda, serdeńko?- szeptała odszczepieńczyni do fotografii Dalajlamy, podczas gdy reszta autokaru wznosiła modły proszalne o jej nawrócenie.

*


 Ta historia miała miejsce piętnaście lat temu.
Anno Domini 2011 trzymam w ręku program kursów uzupełniających dla pedagogów z województwa mazowieckiego, kartkuję, jest. Spis kursów doszkalających z filozofii, etyki i religii. Wszystko finansowane ze środków unijnych w ramach działalności mazowieckiego samorządu. Na 40 kursów siedem nie dotyczy religii katolickiej, z tego dwa poświęcone są dydaktyce filozofii i etyki, a z pozostałych pięciu możemy wybrać następujące szkolenia:

  • Higiena i emisja głosu nauczyciela
  • Tworzenie prezentacji w programie PowerPoint
  • Jak pracować z dzieckiem z ADHD

Ewentualne potrzeby filozoficzne i etyczne możemy zaspokoić dzięki kursom "Pan Jezus pełni wolę ojca" i "Wezwania Wielkiego Postu". Jest też pięć sesji wielkopostnych skupień i sesja poświęcona nauce społecznej Kościoła Katolickiego.
Podobno człowiek inteligentny nigdy się nie nudzi i z każdej sytuacji wyciągnie dla siebie korzyść, więc nuże, wykształciuchy, odsączać rodzinę nazaretańską z wartości chrześcijańskich i ekstrahować w wartości uniwersalne. Alternatywy i tak nie ma.

Obowiązek zapewnienia lekcji etyki uczniom, którzy nie uczęszczają na lekcje religii, wypełnia w województwie mazowieckim 2 procent szkół publicznych. W 98 procentach szkół uczeń innego wyznania bądź niewierzący ma do dyspozycji świetlicę lub korytarz. Może się też wcześniej urwać do domu, choć coraz z tym trudniej, bo religia obecnie jest umieszczana w środku planu zajęć dziennych, zamiast na lekcji pierwszej bądź ostatniej.
Może i wygląda to niewiarygodnie, ba, może nawet przerażać, ale Ministerstwo Edukacji Narodowej zachowuje spokój ducha i optymizm:

Z przekazanych do Ministerstwa informacji  wynika, że w bieżącym roku szkolnym żadne  kuratorium oświaty  nie otrzymało skarg ani sygnałów świadczących o uchylaniu się  przez szkołę lub organ prowadzący od zorganizowania zajęć z etyki dla uczniów zainteresowanych tym przedmiotem. Kuratorzy informują, że w szkołach, w których na początku września zgłosili się uczniowie zainteresowani udziałem w zajęciach z etyki,  wprowadzono te zajęcia do zatwierdzonych wcześniej arkuszy organizacyjnych szkoły za pomocą aneksów. W przypadkach, gdy mała liczba zgłoszeń uniemożliwiła zorganizowanie zajęć w grupie klasowej lub międzyklasowej na terenie szkoły, podjęte zostały działania w celu utworzenia grup międzyszkolnych.

Jedynie cztery szkoły w skali całego kraju zasygnalizowały kuratoriom oświaty brak nauczyciela etyki. Jak wynika z informacji przekazanych w ostatnich dniach, wszystkie przypadki zostały rozwiązane pozytywnie, m.in. dzięki bankom ofert pracy utworzonym w niektórych kuratoriach. Banki te są pomocne zarówno dyrektorom kompletującym kadrę nauczycielską,  jak i osobom poszukującym pracy w szkole  jako nauczyciele etyki.  

Święta panienko z przedmieść Rio, czy nie drży Wam radośnie serce na wieść o tym, w jak wspaniałym kraju żyjemy? Poproście, a otrzymacie. Zgłoście, a będzie wam dane. Tworzy się nawet grupy międzyszkolne!
Musi być to efekt posiadania czakramu na Wawelu, którego cudowne promieniowanie wpływa zarówno na fakt, że Polska to jedyny kraj na świecie (poza Nikaraguą), gdzie wykonuje się jedynie ok. 100 zabiegów przerwania ciąży rocznie, a dyskomfort z tytułu brak zajęć z etyki zgłaszają tylko cztery szkoły w skali całego kraju.
Z drugiej strony- Nikaragua! Ta to dopiero musi posiadać czakram! Tam w ogóle nie wykonuje się aborcji, gdyż jej zakazano, a zakazano jej, gdyż nikt jej nie potrzebuje.
Należałoby sprawdzić, czy i my niegdyś nie mieliśmy czakramu capo di tutti capi, tylko potem przyszły ruskie i zabrały, i dlatego teraz aż sto Polek roczne się skrobie.

*

Zaglądam na stronę Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka:

27 500 szkół w Polsce zapewnia uczniom lekcje religii
334 szkoły zapewniają uczniom lekcje etyki
Jednocześnie MEN nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytanie, ilu polskich uczniów nie uczęszcza na lekcje etyki tylko dlatego, bo szkoła ich nie zorganizowała.
Pośredniej odpowiedzi udziela za to sondaż przeprowadzony przez HomoHomini (i cytowany swego czasu na blogu BossaNovy):

 
46 % Polaków posłałoby swoje dziecko na lekcje religii w szkole
15 % wybrałoby dla swoich dzieci etykę
32% dałoby wybór dziecku
To naprawdę bardzo niesprawiedliwe, że tak rzadko doceniamy polską myśl architektoniczną i budowlaną, dzięki którym możliwe staje się upchnięcie dzieci piętnastu procent dorosłych Polaków w zaledwie 334 szkołach publicznych.

 
*
Drugiego lutego, znanego również jako święto Ofiarowania Pańskiego, około stu polskich posłów pojechało na pielgrzymkę do Częstochowy, aby tam modlić się w intencji ojczyzny. W tym samym czasie wdzięczna ojczyzna odliczała im skrupulatnie dupogodziny ciężkiej pracy, za którą należność w połowie miesiąca wpłynie na konta pań posłanek i panów posłów.
Nie wiem czemu, ale szczególny ból odczuwam na myśl o koncie posłanki Szczypińskiej.

Media akurat rozważały świeżą sprawę katastrofy smoleńskiej, która wydarzyła się zaledwie dziesięć miesięcy temu, więc nikt nie zadał dość oczywistego pytania, czy był to urlop płatny? I czy w ogóle był to urlop czy też doszliśmy już do etapu, w którym czas spędzany w kościele, meczecie czy synagodze będzie się wliczał do godzin pracy?

Niedawno ktoś zaoponował przeciwko nazwaniu Jana Pospieszalskiego "kiepskim warsztatowcem", gdyż przecież dziennikarstwo jest czymś w rodzaju niedefiniowalnej plazmy, wobec której możemy stosować jedynie kryteria subiektywne.
Zatem jeśli dziennikarz wyrywa mikrofon zaproszonemu gościowi to nie można powiedzieć, że naruszył ogólne zasady. Kto wie, być może był to jego autorski pomysł na program i w obrębie tego programu kultura ulega redefinicji.
Koncepcja, że dziennikarz mógłby na przykład reagować na błędy logiczne czy merytoryczne popełniane przez rozmówcę, jest koncepcją szerzej nieznaną.
Prześliczna dziennikarka telewizji publicznej przerywa mi w pół zdania pytając "No a naprotechnologia? Czy nie stanowi alternatywy dla metody in vitro?".
Myślę, pani Agnieszko, że teraz to już tylko wskakiwać w bikini i do kisielu. Będzie taniej niż ta cała publicystyka, a oglądalność jeszcze wzrośnie. Jednocześnie zaczynam odliczać czas do chwili, w której Bogdan Rymanowski zapyta na przykład profesora Wiesława Jędrzejczaka "No właśnie, a wkładanie na dwie zdrowaśki do pieca? Czy to nie skuteczniejsze niż przeszczep szpiku?".


Niedawno byłam świadkiem rozterek pewnej wierzącej matki, która zastanawiała się, w jaki sposób rozmawiać ze swoimi dziećmi o Holokauście, skoro temat dotyczy tak głębokiego okrucieństwa.
To, że nikogo nie dziwi podróżowanie stu posłów w godzinach pracy na Jasną Górę, jest w pewnym sensie równie absurdalne jak to, że z całego morza otaczającego nas cierpienia i irracjonalności wybiera się jako niezrozumiały akurat Holokaust, choć wizerunek torturowanego człowieka na krzyżu towarzyszy naszym dzieciom od narodzin i nikt nie podnosi kwestii jego potencjalnego wpływu na psychikę.
Podobnie jak nikt nie cenzuruje historii Abrahama i Izaaka, zapłodnienia Hagar, nikt nie troska się wizerunkiem bogini Kali i nie płacze nad Księgą Powtórzonego Prawa.

Nie twierdzę tym samym, że czczenie krucyfiksu czy chodzenie do synagogi kogokolwiek może skrzywić emocjonalnie, chodzi mi jedynie o to, że okrucieństwo religijne jest faktem i jest w kulturze  polskiej codzienności przezroczyste tak samo, jak przezroczyste jest uprawianie kultu za publiczne pieniądze. Przezroczysta jest też dyskryminacja z uwagi na światopogląd zwyczajnie dlatego, ze w naszym kraju jest tylko jeden światopogląd.
Wszyscy kochaliśmy Ojca Świętego, a teraz nie możemy uchwalić ustawy o związkach partnerskich, bo Jan Paweł II wkrótce będzie beatyfikowany i byłoby to szarganiem jego pamięci, jak wyznał rozbrajająco poseł Poncyljusz na antenie TVN24. Rozmawiający z nim dziennikarz gładko przeszedł do kolejnej kwestii.
Zaczynam się obawiać, że po pierwszym maja czekają nas ciężkie czasy.

*
Pod koniec stycznia gruchnęła sensacyjna wieść, że Episkopat zwiera szeregi i odtąd przyszli małżonkowie będą musieli przejść testy psychologiczne i ginekologiczne, bo sakrament to sakrament, a trza, żeby święte były.
Zanim okazało się, że to nieprawda, pewna znana mi nauczycielka tak zwanego wudeżetu (wychowanie do życia w rodzinie), oświadczyła, ze istotnie, polskie młode pary mają rażąco niski poziom duchowej dojrzałości do zawarcia związku małżeńskiego. Rozwiązaniem byłaby solidniejsza edukacja religijna, więcej rekolekcji i religijnej aktywności pozaszkolnej.
Pytam grzecznie: że, kurfa, co?
Polak mały religię ma od przedszkola (trzy lata) do liceum (lat osiemnaście). Piętnaście lat regularnego kształcenia duchowości praktycznej, która nie ma nic wspólnego z wiedzą o religii katolickiej, jak to lubią sobie wyobrażać ateistyczni rodzice posyłający dzieci na religię, "bo to przecież część kultury".
Na studiach młody człowiek jest na ogół już wystarczająco ukształtowany, aby nawet dyskutując o dopuszczalności aborcji używać określeń typu "życie poczęte" czy "nienarodzony człowiek". W naszym kraju funkcjonuje gigantyczna kuźnia intelektualna, która wykuwa przyszłe prezeski studenckich kół SoliDeo, a brunecikom każe się całkiem serio dziwić, ze ktoś nosi zdjęcie Dalajlamy w portfelu.
Panie prezesie, melduję wykonanie zadania.
Mentalność skolonizowana, a na szczycie Giewontu krzyż.

Przez ostatnie lata doświadczamy postępującego dysonansu deklaratywnego.
70 procent Polaków jest za in vitro, ale w publicznych serwisach publicystycznych brylują Pospieszalski i Terlikowski, a umiarkowanie konserwatywna ustawa Małgorzaty Kidawy Błońskiej nazywana jest "liberalną". 54 procent Polaków nie chce religii w szkołach, ale oficjalnie tylko cztery szkoły mają z tym problem. 94 procent Polek uważa, że systemowe rozwiązania dotyczące upowszechniania wiedzy o płodności i antykoncepcji nie są wystarczające, mimo to nie ma publicznej edukacji seksualnej, a na liście refundowanych środków antykoncepcyjnych jest tylko siedem leków wykazujących  działanie antykoncepcyjne, refundowanych do 30% lub 50%  wartości. Jednocześnie viagra może być refundowana w całości. 64 procent Polek w wieku 15-65 deklaruje stosowanie antykoncepcji (GUS 2006).


Boże mój boże, chciałabym westchnąć w tym momencie, a to przecież nie jest tak, że ja katolików nie lubię albo że krzyż mnie drażni. Skąd, żaden ze mnie katofob.
Ja chcę tylko w spokoju pożyć, i żeby wszystkie polskie dzieci uczyć logiki i myślenia krytycznego, oraz przydatnej informacji, że poza kryteriami metafizycznymi istnieją też kryteria socjologiczne, psychologiczne, kulturowe i szereg innych. Warto z nich korzystać, bo to przydatne narzędzia.
Na razie w szkole mojego dziecka uczy się dzieci, że w Sokółce hostia zmieniła się w serce Pana Jezusa, co jest o tyle osobliwe, że polski Episkopat konsekwentnie odmawia w tej sprawie komentarza i dotąd nie wydał żadnego oficjalnego stamowiska. Ale katecheci będą gorliwsi od Episkopatu, a co tam, niech się duchowość ludowa rozwija. Najwyżej odpokutują podczas skupień wielkopostnych, które zafunduje im województwo.

Podobno prawdziwa cnota krytyk się nie boi i pan bóg pewnie również nie, więc może czas kopnąć w dupę tych wszystkich kustoszy polskiego dyskursu społecznego.
I zacząć przede wszystkim mówić, do tego mówić głośniej.

 Wczoraj zgłosiłam oficjalnie prośbę o zapewnienie lekcji etyki w szkole mojego syna.