wtorek, 18 września 2012

notka zupełnie a propos niczego (starość jest zła)

W życiu każdego pracującego człowieka przychodzi co najmniej raz w roku czas konfrontacji z Wielką Iluzją Wypoczynku. Iluzja zaczyna się od niebezpiecznych reminiscencji ("pamiętasz nasze wakacje w Tatrach?"), względnie od opowieści znajomych (wczasy w Toskanii, Bieszczadach, Drwęcku) albo od czegoś innego równie nieistotnego. Ważny jest skutek- pewnego dnia orientujemy się, że nasze walizki są spakowane, środek lokomocji wybrany, kwatera dograna, a z tyłu samochodu siedzi stłoczona sól tej Ziemi, nasze dzieci.
To właśnie początek dramatu, z którego nie zdajemy sobie jeszcze sprawy.

A więc miesiąc temu postanowiliśmy ze Starym jechać na urlop. Prawdziwie rodzinny, z jeziorem, kontaktem z naturą, bio, eko itd. itp, co brzmi dokładnie tak źle, jak potem wygląda. Nie zdążyliśmy wyjechać z miasta, kiedy okazało się, że Młodsze żąda "kałapki", Starsze potrzebuje panierowanych krewetek z sosem Tysiąca Wysp, a życie Starego może uratować jedynie WieśMac. Dobrze więc, fastfood odhaczony.
Sto kilometrów dalej Młodsze zauważa wrak samolotu, w którym obecnie działa knajpa, Stary chce zajarać, Starsze się nie określa, ale ewentualnie może rzucić okiem.
Jest gorąco, Młodsze nie daje się wyciągnąć z wraku, Stary mówi z pretensją "no zrób coś!" i zapowiadają się fantastyczne wakacje z rodziną.
Do momentu dotarcia do punktu końcowego Stary zdąży się dwukrotnie pokłócić z nawigacją samochodową i właduje nas w jakieś zadupia, Młodsze oświadczy, iż boli je kolanko, Starsze zacznie uciszać Młodsze, od czego nieomal poleje się krew, a ja czterokrotnie zacznę czytać ten sam akapit Gejerel, którą sobie odłożyłam na urlop, gdyż- hint!- na urlopie robimy rzeczy, na które na co dzień brakuje nam czasu.
Jezioro, które pragnęłam pokazać dzieciom ("dzieci, dzieci, czy czujecie jak pięknie pachnie jezioro? tak właśnie pachną wakacje!") okazuje się mieć trzy zasadnicze wady. Po pierwsze jest mokre i Młodsze dostaje histerii. Po drugie na jego brzegach mieszkają żaby i histerii dostaje Starsze. Po trzecie w wodzie pływa jedna (JEDNA) pijawka, z której bezskutecznie usiłuję zrobić kijankę ("synu, czy okłamałabym cię? Jeśli mówię, że kijanka to kijanka").
Dlatego też tego i kolejnych wieczorów kąpię się w jeziorze samotnie, co jest jednym z niewielu relaksujących punktów w grafiku tych wakacji.

Drugiego dnia postanawiam dokształcić dzieci historycznie i wywożę je do Malborka. Już po półgodzinie Młodsze chce "kałapki", bo zauważyło neon McDonaldsa. Starsze słucha grzecznie moich objaśnień, po czym mówi bezczelnie, że i tak nic nie rozumie, bo strasznie przynudzam. Za to gdybym kupiła łuk i strzały, to jest gotowe wdrożyć się w historię wieków średnich i ogólnie podciągnąć historycznie.
Drogę powrotną spędzam więc na głośnej lekturze "Ogniem i Mieczem" (jak nisko może upaść rodzic) i wyjaśnieniach, co to są oczerety i Zaporoże.
Gejerel oczywiście kurzy się w domku letniskowym.
Trzeciego dnia zostajemy ze Starym zasypani pytaniami, czy osy żądlą niesprowokowane, jak bardzo boli ukąszenie osy, ile dokładnie trwa ból po ukąszeniu (podać w jednostkach sekundowych) oraz na czym polega reakcja alergiczna. To wszystko kontrapunktowane wrzaskami Starszego, które przy każdym posiłku zrywa się od stolika wrzeszcząc "osa, osa!!!" i wymawia, że w Egipcie z babcią nie było os ani szerszeni. Młodsze zawodzi "boli mnie gardełko, czy ktoś się może zająć mną?!".
Czwartego dnia jedziemy do rezerwatu żółwia błotnego, aby wreszcie doświadczyć nielimitowanego kontaktu z przyrodą (ja) i zarazić rodzinę tą pasją (również ja).
Stary  wjeżdża w leśne wertepy, za co winą obciąża nawigację oraz mnie (w końcu rezerwat to mój pomysł). Po dojeździe na miejsce okazuje się, że Stary nie będzie robić z siebie buca na warszawskich blachach, który podjechał samochodem pod rezerwat, choć to zabronione.
Wysiadam i idę na wieżę obserwacyjną, za mną wloką się Starsze ("czy są tu osy? A żmije?") i Młodsze ("boli mnie kręgosłup, będę wymiotować, czy ktoś może mnie przytulić?"), a pochód zamyka Stary mamroczący słowa niecenzuralne.
Żółwi nie ma, żmii też nie, w ogóle niczego nie ma poza wspaniałą przyrodą i ciszą, którą reszta rodziny kwituje w sobie właściwy sposób:
- czy w rezerwacie można strzelać z łuku?
- boli mnie wszystko
- cholerne błoto kurwa żesz mać nigdy więcej tu nie przyjadę co to za pomysł wracamy natychmiast zanim ktoś zauważy samochód nie idź nad jezioro, mówię! nie strzelaj z łuku, tu się nie strzela! dlaczego nie pilnujesz dzieci zaraz spadną do wody z wieży!
Pobyt w rezerwacie trwa trzydzieści minut, ponieważ nerwy Starego nie są w stanie dłużej wytrzymać napięcia związanego z blachami warszawskimi i zagrożeniem, że ktoś pomyśli o nim jako o stołecznym chamie (nie muszę dodawać, że jesteśmy jedynymi gośćmi rezerwatu, ale to jakby totalnie nieważne).
Piątego dnia rzucam pomysł wyprawy do skansenu. Bardzo dobry pomysł- kontakt z historią wsi polskiej, poza tym przed skansenem jest parking.
Niestety w skansenie śmierdzi drewnem (Starsze), trzeba chodzić pieszo od czego bolą nogi (Młodsze), Stary chwilowo nie zgłasza uwag, co jest samo w sobie zjawiskiem.
Szóstego dnia proponuję łowienie ryb, bo przypominam sobie Śmierć Pięknych Saren i to skojarzenie wydaje mi się bardzo zachęcające. Ponieważ nikt z rodziny nie umie sobie przypomnieć, dlaczego jest to bardzo zły pomysł, udaje mi się go przepchnąć.
Gospodarstwo rybackie mieści się na końcu świata i szybko okazuje się, że moja rola ma polegać na opiece nad Młodszym, podczas gdy Stary i Starsze będą moczyć kije zaopatrzone w  kukurydzę, co nazywa się sportem dla wtajemniczonych i w ogóle nie_znasz_się_mamo.

Siedzę więc nad stawem, w którym woda aż wrze od pstrągów. W ciągu godziny obu panom udaje się złowić osiem sztuk, które następnie zdychają smętnie w plastikowym wiaderku za moimi plecami. Tym samym zdobywam kolejne doświadczenie: Ota Pavel nie miał racji, łowienie to chujowy sport, w każdym razie dla pstrągów.
Przerywam fiestę mówiąc, że więcej ryb nie zjedzą, a każdą złowioną sztukę trzeba zabrać ze sobą. Następuje ogólny foch oraz powrót do znanych już tematów użądleń przez osy, bólu gardełka i pozostałych części ciała oraz- uwaga, zmiana!- euforii Starego, który właśnie odkrył, że uwielbia łowienie ryb, to takie pierwotne, zmagania z dziką przyrodą i w ogóle. Dyplomatycznie zamykam gębę i nie dzielę się refleksją, że łowienie ryb w stawie hodowlanym jest jakby niespecjalnie zbieżne z dziką przyrodą.

***

Potem wróciliśmy do Warszawy, minął miesiąc i w tym czasie hierarchia wartości znów mi się prawidłowo ustawiła. Praca. Boże, jakiż to cudowny stan! Rozwozisz dzieci po placówkach, wracasz do cichego domu, włączasz laptopa i od tej pory rozmawiasz z dorosłymi ludźmi, załatwiasz sprawy z dorosłymi ludźmi, jeździsz na spotkania z dorosłymi ludźmi. Być może żadne z nich nie czytało nigdy nawet Ogniem i Mieczem, co świadczy o nich wyłącznie dobrze.
Kiedyś, kiedy byłam jeszcze młoda, szczupła i piękna, czyli w czasach prehistorycznych, zjechałam  pół Skandynawii (to jest bez Norwegii, bo już wtedy była za droga) autostopem, oraz, co najważniejsze, samotnie. Potem zrobiłam to samo z Indiami i z kawałkiem Afryki. Niestety wyprawa do Kenii posiadała błąd fundamentalny: przywiozłam z niej przyszłego męża, który zresztą szybko stał się eks mężem i to akurat błędem nie było.
To, że teraz o tym myślę i wspominam z tęsknotą, świadczy dowodnie o tym, że dotknął mnie właśnie kryzys wieku średniego.
Wyjścia są trzy: samotny urlop choćby na dwa dni, znalezienie kochanka albo przynajmniej jedna porządna impreza ze środkami zakazanymi polskim prawem z dużą ilością herbaty ziołowej.
Jako że kochanek byłby dość męczący na dłuższą metę, a na urlop nie mam aktualnie szans, może słyszeliście o jakiejś imprezie, na którą można się wkręcić, optymalnie bez gitar i sacrosongów?





sobota, 15 września 2012

sekwencje zdarzeń fabularnych czyli jak zdyscyplinować macicę




Opowieść jest taka: rodzisz się, dorastasz, zachodzisz w ciążę, której nie usuwasz, a potem twój bachor przeszkadza innym ludziom. Oczywiście pytlujesz jęzorem, kiedy on przeszkadza.
Albo inaczej: nie zachodzisz w ciążę, ale chcesz zarabiać tyle samo, co twój kolega. Zła decyzja.
Można też z innej broszki: jesteś po czterdziestce i szef cię łapie za tyłek. Powinnaś się cieszyć, że jeszcze ktoś na ciebie leci. Poza tym męskie białko odżywia kobiecy organizm od wewnątrz, to tylko aplikacja leczniczego środka, bądź wdzięczna.
Nazywa się to wszystko "powtarzalne sekwencje fabularne". Możesz być młoda lub stara, możesz mieć licencjat lub zawodówkę, możesz mieć dzieci lub ich nie mieć. Ale zawsze jesteś protagonistą z macicą, więc ciąg dalszy jest do przewidzenia.

Co najmniej cztery inspiracje składają się na tę notkę: zleżały nieco list prof. Włodzimierza Zagórskiego do Gazety Wyborczej, odczepcie się od in vitro, społeczna burza wywołana listem czytelniczki do Wysokich Obcasów, Niech ZUS kontroluje ciężarne, trochę zakurzona już rozmowa prof. Zbigniewa Mikołejki z dr Elżbietą Korolczuk, Wózkowe. Wojowniczy, dziki i ekspansywny segment macierzyństwa, i najświeższy content: wywiad Katarzyny Figury dla Vivy!, przetworzony już przez tabloidy.
Panem profesorem zajął się bardzo ładnie Fronesis, czytelniczkę wypunktował Wojciech Orliński w WO (O mężczyznach na L4), Zagórskiego nie wypunktował nikt, co mnie bardzo smuci, ale chwilowo nie wypełnię tej luki. Nad Figurą odbywa się właśnie sąd społeczny. Trzy pierwsze głosy łączy wspólny problem: co należy uczynić z kobiecą macicą, aby żyło się nam lepiej? Głos czwarty stanowi pojedyncza macica, która mówi różne przykre rzeczy o doświadczaniu przemocy domowej, najpewniej po to, aby się wylansować, w końcu jest celebrytką, no nie? Wstępną diagnozę dają internauci:

przykro mi ale z takimi tematami nie idzie sie do takiej gazety jak Viva! i nie okrasza sie ich wystylizowanymi zdjęciami - błędem pani Katarzyny Figury jest to że sprzedała swoją najintymniejszą historię za 2.99 czyli (powiedzmy) tabliczkę czekolady...

Propozycje Trzech Głosów + vox populi są różne: kontrolować ZUSem (czytelniczka), w ogóle się nią nie zajmować (Zagórski), wydzielić z przestrzeni publicznej i społecznej, aby nikt nie musiał patrzeć na zawartość, którą wyhodowała (Mikołejko), sprzedać za co najmniej dwadzieścia patyków i nie niżej niż Forbesowi (anonimowy głos ludu). Ale to nie są jedyne propozycje obecne w polskiej debacie, jak zawsze protagonista może liczyć na grecki chór, chór rozważy i wyda werdykt.
Przeanalizujmy sytuację wyjściową polskiej macicy:

Macica, która nie istnieje

...to oczywiście macica dziewczynki. Małe dzieci nie mają brzydkich narządów służących do jeszcze brzydszych rzeczy. Macica małej dziewczynki jest zarządzana przez rodziców co się znaczy: dokładają oni na ogół starań, aby dziewczynka nie wiedziała o jej istnieniu, ewentualnie posiadała wiedzę o dzidziusiu i miesiączce, poza tym powinna też wiedzieć, iż posiadanie tego organu predysponuje ją do prasowania męskich koszul i bycia empatyczną. Ta macica jest prywatna. Do tego stopnia, iż Państwo szanując tę prywatność, nie zaprząta główki małej dziewczynki obligatoryjną edukacją seksualną czy czymś równie niestosownym.

Macica dorastająca

Dziewczynka dorasta, formalnie pozostaje dziewicą aż do ślubu, nieformalnie do 19 roku życia inicjację seksualną ma za sobą 51% badanej młodzieży (źródło).
Jej macica nadal jest prywatna: środki antykoncepcyjne są sprawą tak intymną, że nie można ich refundować. Po 15 roku życia traci status osoby małoletniej i współżycie z nią nie jest karalne, ale receptę na pigułki może otrzymać po skończeniu pełnoletniości, wcześniej wymagana jest zgoda rodzica lub opiekuna.
Jeśli zdarzy się niepożądana ciąża, której dziewczyna nie będzie chciała donosić, jej macica podzieli się na pół: pierwsza połowa stanie się publiczna (aborcja jest nielegalna w świetle polskiego prawa), druga połowa będzie prywatna (jak się puszczałaś to płać za prywatną skrobankę). Jeżeli scenariusz będzie mniej optymistyczny i do ciąży dojdzie w wyniku gwałtu, macica zmieni się w publiczną: polskie prawo dopuszcza przerwanie ciąży w wyniku czynu karalnego, aby jednak nie doszło do egzekucji prawa organizacje katolickie przejęły na siebie ciężar uświadamiania nastolatkom, iż mogą ocalić swoje dusze i uratować dziecko przed morderstwem.

Macica prokreacyjna

W chwili zawarcia małżeństwa lub wejścia w stały związek macica staje się nieoczekiwanie publiczna. Przede wszystkim należy się zainteresować, czy została już zasiedlona zarodkiem, a jeśli nie- dlaczego nie. Dochodzenie winno się regularnie powtarzać w postaci rodzinnych i towarzyskich indagacji aż do osiągnięcia pozytywnego skutku: skolonizowania uterusa. Jednocześnie pracodawca kobiety będącej w stałym związku powinien się upewnić co do natury tego związku i planów prokreacyjnych.
W momencie zajścia w ciążę uwaga społeczna koncentruje się z całą mocą na macicy, alarm pierwszego stopnia zostaje odwołany dopiero po skończeniu 12 tygodnia (raczej już nie usunie, lepiej jednak odmówić wykonania  badań prenatalnych), i od tego czasu czujność może opadać. W tzw. międzyczasie należy uświadomić ciężarnej, że ciąża nie jest chorobą i  nie należy brać L4. Ostatni rzut obywatelskiego oka powinien towarzyszyć porodowi: po pierwsze publiczna macica nie może ulec cesarskiemu cięciu na życzenie, po drugie może się ewentualnie znieczulić w trakcie porodu, ale tylko w ramach  usługi za prywatne pieniądze, ponieważ bezbolesny poród nie jest sprawą publiczną i są ważniejsze wydatki niż refundowanie kaprysów neurotyczek.

Macica poporodowa

Tej należy się zbiorowa uwaga. Czy zawartość uwolniona przez macicę jest aby dobrze wychowywana? Czy dziecko zachowuje się grzecznie, a matka dba o swój potencjał intelektualny nie zawracając jednocześnie nikomu dupy prośbami o miejsce w żłobku/przedszkolu? Czy przestrzega podziału na prywatne/publiczne w zależności od tego, co jest na rękę profesorowi Mikołejce?

Macica prokreacyjna bezskutecznie

Macica może chcieć być w ciąży, ale nie móc dokonać tego samodzielnie. Staje się prywatna, ponieważ leczenie niepłodności nie jest sprawą publiczną, a dzieci chore na nowotwory czekają na drogie leki. Poza tym noworodki z in vitro są chore genetycznie, więc tym bardziej nie powinniśmy wspierać patologii, a jeśli już się urodzą- trzeba je potem terapeutyzować, bo wszystkie cierpią na syndrom ocaleńca.

Macica stara

Totalnie prywatna. Jest nieestetyczna i w ogóle, poza tym kobieta po menopauzie powinna wnuki bawić, a nie dawać sobie nabijać mózg seksem po 50tce, nie popieramy nekrofilii. Hormonalna terapia zastępcza jest szkodliwa, wyrastają po niej włosy na brodzie. Jeśli kobieta zajdzie w ciążę po 45 roku życia, jest wybrykiem natury i bardzo słusznie, że urodzi jej się dziecko z zespołem Downa, bo z naturą nie można bezkarnie igrać.



Status macicy jest bardzo elastyczny i zależy od chóru.
Poza podziałem ze względu na wiek mamy także podział wertykalny: jeśli zdarzy się gwałt na macicy i będziemy chciały dochodzić sprawiedliwości to wtedy- uwaga, pojawia się słowo klucz- staniemy się ROSZCZENIOWE.
Roszczeniowa macica to taka, która mówi, że coś by chciała dostać. Sprawiedliwość. Równą płacę. Podział obowiązków domowych. Refundację leczenia. Pomoc od Państwa.
Takiej macicy nikt nie lubi, bo nikt nie lubi niewdzięczników.
W końcu dostajemy tak dużo. Tak niewyobrażalnie wiele. Przepuszczanie w drzwiach, cmoki w upierścienione dłonie, no i oczywiście dostajemy mit matki Polki. A dla wierzących kobiecą twarz Kościoła: polską matkę Boską, która była cicha i piękna jak wiosna oraz nie chciała podkukułczać nikomu małego Jezusa ani zarabiać tyle co sąsiad.
Dlatego właśnie domaganie się rozwiązań ustawowych i stawianie twardych żądań jest takim strasznym faux pas i świadczy o braku kultury ze strony macicy.
Zaczyna się rozmowa o kasie i konkretach- kończy się kurtuazja, a serce Matki Polki roni krwawe łzy.
Ale jest rozwiązanie: humanizm.
Mówi o nim tekst Aleksandry Klich.
W roku 2012 i w gazecie mieniącej się postępową trochę nie uchodzi bezpardonowe kasowanie feministek, ale za to można im zamknąć gęby ładnym terminem i wytłumaczyć, że teraz będziemy współpracować i szanować wzajemnie swoje wybory, bo feminizm nie zbawi świata:

Już jesteśmy po drugiej stronie, wygrałyśmy. Czas zadać fundamentalne pytania: Co chcemy wnieść do świata? Jak go urządzić?

Bardzo ślicznie i w ogóle, chciałabym się więc grzecznie zapytać, komu mam wysłać rachunek za dziesięć miesięcy pobytu mojego młodszego syna w żłobku prywatnym (1500 zł/miesięcznie; w placówce publicznej był na 301 miejscu listy rezerwowej, po rocznym oczekiwaniu przesunął się na miejsce 198) oraz rachunek za criotransfer zarodków (1500 zł + 1000 zł za wizyty monitorujące +  niepoliczalna wartość "ocalenia życia poczętego przed morderstwem"), bo właśnie bardzo bym chciała powspółpracować i nie orientuję się, czy znowu za moją własną kasę czy może jednak przewidziano jakiś wspólny budżet w ramach szacunku i humanizmu?
Bo jeśli za moją kasę to bardzo mi przykro, ale muszę chyba powiedzieć "spierdalajcie". Ponieważ ja już grałam w tym filmie.


Tak więc parę tygodni temu siedziałam w poczekalni jednej z klinik leczenia niepłodności przygotowując się do transferu zamrożonych zarodków i przypomniałam sobie, że kiedy ostatni raz byłam w tym przybytku zaposiadłam pewność, że następna wizyta na pewno odbędzie się na NFZ, bo przecież tak dłużej być nie może i w ogóle. Otóż może. Upłynęły circa about trzy lata, w ciągu których dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, głównie o naturze mordowania embrionów + psychologii prenatalnej, natomiast niezmienne pozostało to, że mój portfel nadal jest drenowany, ilekroć usiłuję mieć dziecko.
Jednocześnie Zagórski macha mi przed nosem liberalizmem i zapewne myśli, że jest w tym co najmniej tak zajebisty, jak wydaje się to Mikołejce broniącemu, jak sam sądzi, etosu inteligentnej matki.
Podobnie zabawne jest to, że wyłudzenia ciążowych zwolnień  istnieją i nie ma ani jednego powodu, aby bronić zwyczajnego okradania ZUSu, które w Polsce jest pojmowane jak podstawowy obowiązek patriotyczny, co jest problemem o wiele znaczniejszym niż skala lewych L4.
Teoretycznie więc zarówno czytelniczka, jak i Mikołejko, a nawet profesor Zagórski posiadali po swojej stronie kwant słuszności, a nawet- niechby- i parę kwantów.
Co innego jednak ujrzało światło dzienne i jest to uświniony rąbek halki, choć suknia miała prezentować się godnie: grecki chór znów skoncentrował się na ordynarnym dyscyplinowaniu macic, zmieniły się tylko rekwizyty. Tym razem w tej roli wystąpił Kant, liberalizm w medycynie i troska o solidarność pracujących kobiet. Ale gówno pozostało to samo i ten sam bohater co zawsze jest nim obrzucany.

Tak że wolność i humanizm polegają głównie na tym, że można samemu zdecydować, jak się sobie poradzi w trudnej sytuacji, zaś to, że zrobi się to za własne pieniądze jest wartością dodaną, z której należy się cieszyć. No to cieszmy się, jesteśmy w doborowym towarzystwie światłych kobiet i postępowych profesorów, a patronat honorowy objęła znów Matka Polka.
Nie sądzę zatem, że Kongresy Kobiet są passe i choć mam wiele fajnych rzeczy do zrobienia w ich trakcie, przychodzę, bo tak trzeba. I cholernie mi przykro, że nie wszyscy rozumieją, dlaczego trzeba.

sobota, 21 lipca 2012

shadowboxing i okładka w Newsweeku- czyli pogadajmy o deontologii i paru innych trudnych słowach

Tak rozmawiamy sobie od paru lat o bioetyce w dziedzinie rozrodu wspomaganego (ART), a azymut wciąż wypada gdzieś między "mrożą ludzi!11!one!" a Nigdzie. Zdiagnozujmy więc przyczynę. Tytułem wprowadzenia w temat cytat:

"By this we can remain "religious" while creating a balance between "faith" and "reason"

wygłosił go dr Mohammed Rasekh i od razu zdradzam suspens, bo generalnie było o szyitach, sunnitach i o tym, którą nóżką bardziej akceptują ART oraz o fundamentalizmie religijnym ("religious") i jak sobie z nim poradzić w medycynie. Ale to, co mnie zaskoczyło naprawdę, to aplauz po wykładzie dra Rasekha.
A także to, że pewna brytyjska lekarka przyodziana w gustowną chustę skonkludowała, iż chłodna logika dra Rasekha pokazuje właściwy kierunek debaty nad biotechnologią w krajach muzułmańskich. That's the point! Szukać w medycynie uzgodnienia między nauką i wiarą, bo osoba prawdziwie religijna może i powinna być racjonalna, gdyż nauka podaje łapkę religii, to oczywiste. A wtedy w Iranie będzie się rodziło więcej dzieci z in vitro.

Siedziałam i powiedziałam w myślach "o kurwa".
Nikt mnie nie zrozumiał, bo biotechnologia jeszcze nie wymyśliła sposobu skanowania mózgu z opcją google translatora.

Więc.

W zasadzie notka jest o homoseksualnych rodzicach, ale ta grupa stanowi jedynie przykład w prezentacji zjawiska jałowego sporu. Początkowo miała być o dzieciach z ART, ponieważ uznałam, że transpozycja zagadnienia rodzin homo na dzieci ART będzie łatwiej przyswajalna w Polsce, ale #a tymczasem! pojawił się Newsweek, którego okładka od razu wzbudziła zamieszanie:



a niektórych zainspirowała do deklaracji, że woleliby zginąć w Holokauście niż być wychowywani przez lesbijki (Fronda do dziś nie ustaliła, czy powiedział to T.P. Terlikowski czy Haker Kościuszko, umówmy się jednak, że tekst generalnie jest kompatybilny z wizją humanizmu dra TPT). Dlatego spróbuję odpowiedzieć, dlaczego dr Rasekh nie ma racji i dlaczego w ogóle wielu ludzi nie ma racji. I dlaczego polska debata publiczna o etyce w kontekście rodzicielstwa jednopłciowego, in vitro, aborcji, edukacji seksualnej itd. jest głównie bez sensu - pytanie, które dręczy wielu z nas w bezsenne noce. Albo przynajmniej mnie samą. 


Hasło naczelne: "dobro przyszłych dzieci jest nadrzędne dla wszelkich rozstrzygnięć etycznych będących potem podstawą opracowywania prawa".

Z tym się raczej wszyscy zgadzamy, w końcu od lat się nas w tym szkoli. Fronda o tym mówi, Gość Niedzielny o tym mówi, Wyborcza o tym mówi- wszyscy o tym mówią i duży kwantyfikator się tu broni.
Adwokat Diabła: czy moglibyśmy sprecyzować termin "dobro przyszłych dzieci"?
Etycy gazetki parafialnej: (milczą wzgardliwie. Czyż definicja dobra przyszłych dzieci nie jest o c z y w i s t a?)

No dobrze, to teraz background i z góry przepraszam za rażące uproszczenia, ale jakby są totalnie konieczne:
Teoria intencji mówi nam: działanie jest dobre, jeśli jest zgodne z zasadami moralnymi akceptowanymi przez ogół i wynika z dobrych pobudek.
Zasady są dystrybuowane przez Dowód lub Boga. Ich wdrożenie powinno doprowadzić nas do zrealizowania praw człowieka. W każdym razie wszyscy w to wierzymy. Teorie deontologiczne niekoniecznie muszą być konserwatywne.
Teoria konsekwencjalistyczna mówi nam: działanie jest dobre, jeśli maksymalizuje korzyści tego działania w stosunku do działań alternatywnych. A więc dobro działania oceniamy po jego konsekwencjach.
(powyższy uproszczony podział przeprowadzam za prof. etyki Guido Penningsem, rozbudowanie można znaleźć w tekście "The welfare of the child: scrutinizing evaluation criteria", niestety jest dostępny tylko dla osób mających swoje konto na stronie, przykro mi. Względnie możecie po prostu zaufać mojej skrupulatności sprawozdawczej. Uwagi do Penningsa jakby co. Inne teksty autora na ten temat: 1 i 2)

zagadka: do którego porządku należy argument "Dobro Przyszłego Dziecka jest nadrzędnym odwołaniem w etycznej analizie rodzicielstwa par homoseksualnych"?

Z  teoriami deontologicznymi jest pewien problem. Odnoszą się one do porządków, których logika wynika bezpośrednio z pierwotnego uznania jakiejś Zasady. Problem pojawia się zatem wtedy, kiedy różnimy się co do przyjętych Zasad będących źródłami naszych przekonań i światopoglądu. I tak oto katolik mówi "bycie pedziem jest o-hyd-ne! Mój Bóg tego nie lubi!", a pastafarianin mu odpowiada "a mój Bóg to kocha! Więcej gejów w społeczeństwie, yeah!". Albo ja mówię "lubię szczepionki, chronią zdrowie społeczeństwa", a Stowarzyszenie STOP NOP mówi "sama się szczep, debilko, i ochroń przy okazji nasze dzieci narażając swoje własne".
Dlatego społeczeństwo pluralistyczne (włączając w to dra Rasekha) wymyśliło sprytne rozwiązanie: tłumaczmy argumenty deontologiczne na racjonalne, i wtedy się dogadamy, bo wygra zasada  lepiej udokumentowana, po której stronie będą fakty, dowody i badania. Zasada gorzej udokumentowana będzie musiała podać tyły. Sprawiedliwa debata. Same fakty. Wyciąganie racjonalnych wniosków w służbie ludziom. Brzmi logicznie, no nie? Szynnici i sunnici się dogadają! Katolik porozumie się z Żydem! Git.
Tylko że to nie działa.

Trzy pytania retoryczne do wszystkich Polyann wierzących w porozumienie nauki i przekonań:
1. dlaczego ruchy antyszczepionkowe mają się świetnie, choć na gruncie racjonalnym są w bezapelacyjny sposób miażdżone?
2. dlaczego red. Terlikowskiemu ogólnopolski dziennik wydrukował ten tekst, choć- ufam- przeciętny czytelnik tego bloga jest w stanie punkt po punkcie wytknąć rażące błędy merytoryczne, duże kwantyfikatory i na deser dobić red. Terlikowskiego odwróceniem argumentu z eugeniką?
3. dlaczego wszystkie flejmy o in vitro zaczynają się od mordowania zarodków, przechodzą fazę tłuczenia PubMedu i podręczników akademickich, po czym na końcu okazuje się, że chodzi o to, że Bóg nie lubi seksu poza aktem małżeńskim?

Otóż dlatego, że starcie logika versus przekonania nie może mieć rozstrzygnięcia pozytywnego dla każdego, kto chce ocalić przekonania. I starcie nauka versus wiara też nie- sorry bardzo.
I dlatego też dr Rasekh budzi moje głębokie współczucie, ponieważ nie wydaje się być świadom, że przegrał zanim w ogóle podjął walkę.
Z rodzinami homoseksualnymi podstawowa trudność nie polega na tym, że zachodzą uzasadnione podejrzenia, iż mogłyby być niewydolne wychowawczo, społecznie i emocjonalnie, a więc: zagrozić dobru przyszłego dziecka, a więc: racjonalnie i etycznie jest na poziomie krajowego prawa zakazać homoseksualistom rozrodu oraz adopcji. Bo dziecko jest najważniejsze. I musimy je chronić. Sprawdźmy więc, na czym podstawowa trudność polega

Oto trzy najpopularniejsze, uchodzące za racjonalne argumenty przeciwko tworzeniu rodzin osób homoseksualnych, które chcą wspólnie mieć/wychowywać dziecko:
1. ryzyko bycia homoseksualnym. Jeśli dziecko będzie mieć dwóch tatusiów to jego orientacja seksualna ulegnie zaburzeniu.
2. dzieci będą prześladowane społecznie. Ten argument występuje też w odsłonie "generalnie jestem na tak, ale polskie społeczeństwo jeszcze do tego nie dorosło". Bardzo ładne odbicie tego stanowiska mieliśmy w dyskusji na blogdebart pod tą notką
3. Dziecko potrzebuje matki i ojca, gdyż jest mu to niezbędne do prawidłowego rozwoju psychospołecznego.

Ad.1. na ogół osoby odpowiadające na ten zarzut powołują się na rozmaite badania prowadzone od Anchorage po Papuę Nową Gwineę udowadniające, iż wychowanie przez dwóch ojców, dwie matki, samotną matkę, samotnego ojca, rodziców obojga płci,  nie wpływa w sposób statystycznie znaczący na późniejszą identyfikację seksualną dziecka.
W walce na badania łatwo traci się z oczu fakt, że sam argument wychodzi z założenia, iż homoseksualizm jest dewiacją, przed którą należy dziecko ochronić.
Bo o cóż troskasz się, szlachetny przechodniu, jeśli nie o to, że dwóch tatusiów mogłoby wychować syna geja? No i jeśli nawet? Cóż wtedy? Brzydki wirus się rozniesie?
Dokładnie o to chodzi, właśnie to przekonanie ukrywa się za tym argumentem. Czemu więc tak wiele myślących osób koncentruje się na merytorycznym uwalaniu tego zarzutu nie widząc, iż dają się wplątywać w homofobiczny dyskurs i utrwalają tym samym homofobiczny paradygmat?

ad. 2. Dziecko może cierpieć prześladowania społeczne również z powodu posiadania otyłego ojca, pijącej matki, bezrobotnych rodziców, bycia córką Świadków Jehowy, bycia synem zwolennika UPR oraz doświadczania dowolnego odstępstwa od tego, co jego kultura lokalna uważa za normę. To nie jest ani nowy argument, ani specjalnie błyskotliwy. Mimo to oświadczenie, iż należałoby wstrzymać prokreację osób powyżej BMI 30 wywołałoby, jak przypuszczam, powszechne zdziwienie i posądzenie o kiepski żart. Homoseksualistów jednak to nie dotyczy. Dlaczego?

ad.3. To nie w płci i liczbie rodziców tkwi sedno, a w ich kompetencjach i  jakości rodzicielstwa. Jaką wartość przedstawiają dla dziecka rodzice niezdolni do zajęcia się nim? Żadną. Jaką wartość dla dziecka przedstawiają rodzice zdolni do zajęcia się nim? Wysoką.

Widzimy więc, że żaden z zarzutów nie wytrzymuje racjonalnej krytyki, ale mimo to nie posuwa nas to ani o krok dalej w konstruktywnej rozmowie o  rozstrzygnięciach prawnych. Może więc spróbujmy zewaluować kryteria "Dobra Dziecka" i na tej podstawie rozwalić w następnym ruchu bezczelne lesby i pedziów żądających praw adopcyjnych i rozrodczych? Proszę bardzo:

  • kryterium pierwsze: maksymalny dobrostan dziecka. Do adopcji i prokreacji wspomaganej dostęp powinni mieć jedynie ci ludzie, którzy spełniają warunki idealne. Posiadają wysoki status społeczny, edukacyjny, ekonomiczny, zawodowy, są stabilni emocjonalnie, zdrowi, heteroseksualni, odprowadzają podatki, nie zdradzają się, płacą za odbiorniki radiowo telewizyjne i każdy by chciał ich mieć za sąsiadów.
podstawowy problem: niemal nikt nie zostałby rodzicem ponieważ to kryterium jest niemal nieprzepuszczalne.

  • kryterium drugie: minimalny dobrostan. Adopcja i prokreacja wspomagana powinna być wykluczona jedynie wówczas, jeśli życie przyszłego dziecka nie jest warte otrzymania życia (standard "życie gorsze niż śmierć").
podstawowy problem: niemal każdy mógłby być wówczas rodzicem, ponieważ to kryterium jest praktycznym zaniechaniem ograniczeń.

  • kryterium trzecie: rozsądny dobrostan. Adopcja i prokreacja wspomagana powinny być dostępne jedynie wówczas, jeśli istnieje rozsądna szansa, iż przyszłe dziecko będzie mieć rozsądną jakość życia (brak prawdopodobieństwa poważnej krzywdy).
Kryterium trzecie jest dość niezłe i pokrywa się ze społecznym osądem prokreacji ludzi płodnych, gdzie również uznajemy za rozsądne powoływanie dziecka na świat, kiedy ma ono szansę na godne życie, a za nierozsądne- kiedy takich szans nie ma (naprawdę mi przykro, ale w sprawie Wioletty Szwak miałam inny pogląd niż tabloidy).

Teraz- wciąż tłukąc Rasekha, choć może tego nie widać, ale to wyjdzie za chwilę- popatrzmy przez moment na badania społeczno psychologiczne rodzin homoseksualnych, aby zbadać, czy w ich przypadku kryterium rozsądnego dobrostanu dziecka zostanie zachowane (012345678)
Uznajemy za oczywiste, iż grupą kontrolną w takich badaniach jest rodzina heteroseksualna. Jest to tak oczywiste, że nawet nie widzimy, jak bardzo jest nieoczywiste i w gruncie rzeczy homofobiczne traktując heteroseksualizm jako pożądaną normę stanowiącą punkt odniesienia dla "dobra rodziny i dobra dziecka".
Skutkuje zaś tym, że większość badań skupia się na "braku różnic" unikając podniesienia tematu "różnic pozytywnych", które - niestety dla Gościa Niedzielnego - istnieją.
Ale gdybyśmy zachowali się niedefensywnie i zwerbalizowali to, co w większości tych badaniach wychodzi (a wychodzi w nich na przykład wyższa jakość więzi między dziećmi i rodzicami w rodzinach lesbijskich), doszlibyśmy do bardzo niepokojącego wniosku. Niepokojącego w świetle postulatu: wybierzmy fakty, a wtedy będziemy wiedzieli, co jest rozsądnym dobrostanem dziecka, bo nierozsądny się nie obroni. Spójrzmy na przykładowe zestawienie przyjmując jednostkę QALY jako jednostkę jakości rodziny mierzonej jakością więzi:

Rodzina typu heteroseksualnego: 10 QALY
Rodzina typu homoseksualnego: 15 QALY

Wyniki badań nad samooceną i psychologicznym dobrostanem dzieci w rodzinach lesbijskich i heteroseksualnych faworyzują tę pierwszą grupę.
(Prawdopodobnie zbliżone wyniki uzyskalibyśmy porównując np. ryzyko porzucenia dziecka w rodzinach utworzonych w drodze poczęcia naturalnego z rodzinami utworzonymi w wyniku metod ART. Wszak rodziny starające się o dziecko i inwestujące w poczęcie świadomość, czas, zdrowie, pieniądze i determinację nie czynią tego po to, aby następnie oddać dziecko do adopcji)

no i co, szczwane liski? Podążając tropem tych zimnych faktów, które tak dobrze brzmią w ustach dr Rasekha, Terlikowskiego i paru innych, dochodzimy do zaskakującej  konkluzji: jeśli przyjętą społecznie miarą dobra dziecka ma być jakość jego życia i od jej poziomu uzależniamy etyczne przyzwolenie na prokreację i adopcję dla konkretnych grup społecznych, to rodziny heteroseksualne wypadają nam z gry. Cześć i czołem.
Jeśli ktoś nie akceptuje tej konkluzji powinien teraz wykazać, dlaczego odwrócenie sytuacji (dziecko w rodzinie lesbijskiej ma się np. pod względem społecznej akceptacji gorzej niż w heteroseksualnej) będzie ważnym argumentem, skoro w dyskusji nad prawami par heteroseksualnych ta logika jednak nie działa?
No i pozamiatane.

Na pustym placu bitwy pozostaje nam jednak jeden mały problemik.
Gdzie się podziała potężna sylwetka "dowodów, faktów i merytoryki" Wielkiego Konserwatysty? Czy to nie on przed chwilą grzmiał "dajcie mi dowody, to zmienię zdanie. Mój sprzeciw jest racjonalny i naukowo udowodniony!  Ha, ale cóż widzę- dowodów nie ma! Wszyscy amerykańscy naukowcy mówią, że pedalstwo to dewiacja, a dzieci w takich rodzinach są nieszczęśliwe. I to są fakty. Wy, liberałowie, myślicie życzeniowo, bo wiecie, że przegracie z dowodzeniem merytorycznym".
No więc daliśmy dowody i oczekujemy, że Konserwatysta zgodnie z zapowiedzią zmieni zdanie.
A mimo to pewność siebie Konserwatysty ma się bardzo, ale to bardzo dobrze.
Bo Wielkiemu Konserwatyście wcale nie chodziło o dowody i fakty. Być może przez chwilę popróbuje się jeszcze bronić wyświechtanym "wasze badania są sponsorowane przez środowisko LGBTQ!", ale w zasadzie ta linia obrony jest mu zupełnie niepotrzebna.
Bo za pazuchą skrywa argument ostateczny. Brzmi on "możecie sobie w dupę wsadzić wasze dowody, mój Bóg i tak mówi, że homoseksualistom nie wolno tworzyć rodzin, a ja mam obowiązek być wierny swoim przekonaniom, bo inaczej nie zostanę zbawiony/ nie wyrwę się z koła wcieleń/ nie otrzymam porcji spaghetti wystarczającej na całą wieczność".

Ta argumentacja jest wszechpotężna jak długo utrzymujemy paradygmat niedyskutowalności z Wielkimi Zasadami, w które wierzy tylko część z nas. Wtedy ta druga część może się spalać w dostarczaniu dowodów, faktów, skutków i argumentów merytorycznych, aby w finalnym starciu doświadczyć nieodwołalnej porażki.
Ponieważ w sporze między wiarą i nauką nigdy nie chodziło o dowody- chodzi o dyplomatyczny taniec, w którym racjonaliści muszą polec, gdyż nie stoi za nimi żadna nadprzyrodzona istota/ideologia, wiara w którą pozwoli im uciąć dyskusję słowami "jeśli zmuszasz mnie do zmiany moich poglądów wynikających z przekonań, toś jest bucem dyskryminującym ludzi z uwagi na ich światopogląd".
Kiedy myli się w swoim równaniu profesor matematyki, zdolny asystent zawsze może mu to wykazać wykreślając błędnie postawioną nablę.
Kiedy myli się w swoim dowodzeniu biskup ziemi opolskiej czy innej, oponent może się z tym jedynie pogodzić, ponieważ nawet największa bzdura zostanie uzasadniona odwołaniem się do racji pochodzenia nadprzyrodzonego lub mętnej ideologii (vide ruchy antyszczepionkowe). A jeśli oponent mimo to będzie chciał ją zdemaskować, zostanie obwołany chamem nieuznającym prawa do wolności przekonań i wynikających z nich postaw.

Nie ma więc znaczenia dla rozstrzygnięcia społecznej debaty, czego dowodzą i co wykazują badania. Nie ma także znaczenia, jaka jest metodologia tych badań i jakie są kryteria doboru grup.
Problemem pierwotnym jest ten, że wprowadzamy w polskim dyskursie równość statusów argumentów naukowych i argumentów światopoglądowych, ale jedynie w przypadku tych drugich godzimy się z tym, że ignorancja zostanie podniesiona do rangi cnoty, ponieważ "Niepojęte istnieje i należy okazać mu szacunek". Idąc tym tropem bardzo łatwo jest zejść na manowce dowodzenia, że należy dążyć do porozumienia nauki i wiary w obszarze stanowienia prawa, gdyż jedynie w tym porozumieniu spełni się dojrzałość społeczeństwa. Co jest fundamentalnym błędem.
Naturalnie sytuacja nie jest beznadziejna (to znaczy jest, ale postanowiłam kończyć notki odrobiną otuchy). Moglibyśmy na przykład oddzielić debatę światopoglądową od debaty naukowej, Państwo od Kościoła i przekonania od faktów ratując energię 38 milionów Polaków przed wplątywaniem się w jałowy shadowboxing.
Wymagałoby to wprawdzie poważnych czystek na paru uczelniach, nie mówiąc o okrągłym budynku na Wiejskiej i ogólnopolskich redakcjach medialnych, ale rzecz jest godna przemyślenia.
Wtedy za parę dekad polscy biskupi mieliby szansę dołączyć do arcybiskupa Andre Leonarda z Belgii, który w wywiadzie z Joanną Bątkiewicz Brożek oświadczył:
"Nie definiujmy Kościoła jako instytucji, która się sprzeciwia, walczy (...). Nie na barykady. Kościół nie może  niczego nikomu narzucać"

Rozwiązanie sporu religii i nauki jest proste: rezygnacja ze sporu.
W praktyce oznacza to rozdział magisterium Kościoła (i szerzej: ideologii) wobec nauki wszędzie tam, gdzie decydowany jest kształt prawa państwowego oraz przywileje/obowiązki obywateli. Brak tego rozdziału rzutuje na coś więcej niż obecność religii w szkołach- doświadczamy jego skutków we wszystkich strefach życia społecznego, ponieważ zgodziliśmy się na to, że naszą debatą powinna rządzić logika szacunku dla Wielkich Zasad. Część z nas zwyczajnie nie wierzy w te Zasady: nie wierzymy, że homoseksualizm jest zły, bo tak mówi książka napisana parę tysięcy lat temu albo że in vitro jest złe, bo dobro płynie jedynie z poczęcia waginalnego i potwierdził to papież.
To sprawiło więc, że żyjemy w kraju, który za swoje nieformalne motto postanowił przyjąć kompromisowe rozwodnienie "prawda leży pośrodku". Tę zasadę gorliwie realizują politycy i  dziennikarze, osobliwie pracownicy mediów centrowych i lewicujących, ponieważ im szczególnie- acz nie wiem po co- zależy na wykazaniu, iż są w pełni obiektywni, a więc uwzględniają wszystkie racje bez względu na to, jak bardzo część z nich jest głupia, nieracjonalna lub sprzeczna z dowodami. To zaś oznacza, że skoro jedna strona sporu mówi, iż Holokaust jest lepszy od bycia dzieckiem lesbijek, a bohaterki artykułu Newsweeka twierdzą, że się kochają i dbają o dzieci, dobro dziecka wypada gdzieś pomiędzy molestowaniem seksualnym a ciężkim uszkodzeniem ciała. I należy tę wypadkową poważnie rozważyć, aby oddać należyty szacunek stanowisku zarówno Wielkiego Konserwatysty, jak i stanowisku lesbijek.
Do innej definicji dojrzałości debaty póki co nie doszliśmy, więc prof. Pennings mógłby liczyć u nas co najwyżej na obrzucenie zgniłymi jajami.

















czwartek, 5 lipca 2012

krótka notka informacyjna

Dawno temu, tak dawno że najstarsi górale tego nie pamiętają, Platforma Obywatelska ogłosiła, iż poza projektem "invitrowym" Gowina, chowa w zanadrzu projekt alternatywny przygotowany przez posłankę Kidawę Błońską.
Projekt ten wywoływał wielkie poruszenie, pełne pasji oskarżenia i mowy obrończe, miał być liberalny lub nawet ultraliberalny, choć niektórzy twierdzili, że jest szalenie konserwatywny. Czasem podobno zawierał passusy o niszczeniu zarodków, a czasem brońboże ich nie zawierał. Dopuszczał zapłodnienie ivf u kobiet samotnych lub wręcz przeciwnie- precz siło nieczysta.  
Znałam nawet ludzi, którzy znali ludzi, którzy twierdzili, że widzieli ten projekt.

I oto dziś, po latach zapowiadania projektu, który w tzw. międzyczasie zyskał już nazwę projektu-widma, projekt pojawił się na stronie posłanki Kidawy Błońskiej, voila:


Od dziś Fronda może nie tylko pisać, że nie lubi Kidawy Błońskiej, lewackiego wykształciucha,  ale nawet to uzasadnić. Choć w zasadzie brak dowodów nigdy Frondy nie ograniczał, więc.
Tak czy inaczej jest to zupełnie niezły projekt, serio serio.
Trzymam za niego kciuki.

czwartek, 28 czerwca 2012

z najlepszymi życzeniami dla Piechy i Dziedziczaka



Zaczęło się od tego, że pewien przyzwoity człowiek postanowił zrobić dla ludzkości coś naprawdę dobrego. Ale nie, że odkryć szczepionkę przeciwko boreliozie czy coś równie trywialnego. Przyzwoity człowiek chciał ocalić ludzkość, a przynajmniej jej znaczącą część, i żeby to było z przytupem, i ładne, i bez wątpliwości, i żeby były tam pyzate niemowlęta, bo one są najlepsze, jak sam Cthulhu potwierdza.
Tak wyglądała geneza zakazu aborcji, a jeśli znacie inną wersję tej historii to kłamiecie.
I wprowadził przyzwoity człowiek zakaz aborcji. I on istniał, ten zakaz.
I spytał Bóg: człowieku, czy płody Twojego gatunku przestały ginąć odkąd wprowadziłeś zakaz?

I tu właśnie opowieść się rozsypuje.

Wiele lat po tym, jak pierwszy przyzwoity człowiek stanął w obronie płodów z nóżkami, rączkami i tym wszystkim ślicznym, pojawił się drugi przyzwoity człowiek o imieniu Bolesław:




Bolesław znał dobrze problematykę nóżek i rączek, ponieważ wiele ich w swoim życiu wyskrobał, zapijając ból egzystencjalny wódką, o czym sam doniósł mediom, więc nie uchylam tajemnic spiżarni.
Ale potem Bolesław stał się przyzwoity i postanowił zrobić dla ludzkości coś naprawdę dobrego.
Ale nie, że odkryć szczepionkę...- a nie, o tym już była mowa.
Bolesław postanowił wprowadzić zakaz wykonywania procedury in vitro, a lekarzy stosujących leczenie tą metodą wsadzić do więzień. Nie byłoby im tam smutno, ponieważ w celach siedzieliby już rodzice dzieci urodzonych tą metodą, których Bolesław także chciałby zobaczyć w pierdlu.
Potem członkowie rodziny przynosiliby im na widzenia salceson i mogłaby się narodzić nowa legenda polskiej opozycji, a ja za 30 lat mogłabym wieszać na ścianie poroża jeleni upolowanych wspólnie z prezydentem RP, którego znałabym z czasów wspólnej odsiadki.

Istnieją trzy dobre powody, aby cieszyć się z inicjatywy Bolesława. Oto one:

1. powiedzmy, że stanę się na chwilę rzecznikiem Boga i zawołam: Bolesławie, Bolesławie, ile ludzkich zarodków skazanych na śmierć ocaliłeś swoją ustawą?
Powiedzmy, że stanę się na chwilę rzecznikiem Bolesława i odpowiem: ani jednego, panie Boże, ani jednego.
A czemuż to? Zapyta Bóg ustami swojego rzecznika.
A temuż to, odpowie rzecznik Bolesława (bo rzecznik jest filutem i Bolesław go wkrótce po tej rozmowie zwolni), iż tak to panie Boże urządziłeś łącząc łańcuchy aminokwasów, aby z prazupy mógł się wyłonić Bolesław i inni mu podobni, że 70% zapłodnień kończy się śmiercią zarodków, których pochówek odbywa się w szumiących trumnach kanalizacji, dokąd spływają wraz z krwią swoich matek. Czemu każesz pójść do nieba 3/4 populacji?
No dobrze, powie rzecznik Boga, ale ty mówisz o zapłodnieniu naturalnym, a ja się pytam o in vitro. Czy nie ocaliłeś, Bolesławie, ani jednego z tych zarodków powstających pozaustrojowo?
Ach panie Boże, rozpromieni się rzecznik, jeśli mówimy o TYCH zarodkach to ocaliłem je wszystkie. Wszak nigdy nie powstały (ok, może Bolesław jednak ocali mu etat).

Spójrzmy na to od jasnej strony. Codziennie ocalamy niepoliczalne rzesze Marsjan. Ocalamy ludzi przed śmiercią z powodu chorób, które nie istnieją.
Wysiłki Bolesława i jemu podobnych mogłyby przynieść słodkie owoce. Nie umrze żadne dziecko ludzi cierpiących na zaawansowaną niepłodność, ponieważ żadne dziecko nie otrzyma szansy narodzin.

2. istnieją ludzie jeszcze bardziej gorliwi w swoim pragnieniu bycia przyzwoitymi. To Jan Dziedziczak, autor drugiego projektu PiS dotyczącego regulacji in vitro:




Dziedziczakowi nie wystarczy zakaz zapłodnienia pozaustrojowego. Chciałby także zgromadzić wszystkie zamrożone zarodki w jednym miejscu, poświęcić, następnie rozmrozić i pochować.
Bóg: nie chciałbym być nieuprzejmy czy coś, ale nie sądzisz, Janie, że rozmrożenie zarodków to wydanie na nie wyroku śmierci?
Dziedziczak: hej, a nie chciałbyś sobie popalić krzaków na pustyni albo rzucić, no nie wiem, manny do Biedronki? Za pozwoleniem, Boże, ale niespecjalnie się znasz na subtelnościach doktrynalnych polskiego Kościoła, więc udaj się może na nauki do księdza Longchamps de Berier, a do tego czasu nie wtrącaj się w sprawy spoza twoich kompetencji.

Dziedziczak: 1, Bóg: 0

3. Ilekroć polscy mężowie stanu postanawiają powiedzieć coś mądrego i zrobić coś dobrego, tylekroć czuję wsobną radość i znów zaczynają cieszyć mnie pliszki żerujące na moim trawniku. I sarenki, które widzę z okna. Bo koniec jest bliski.
Choć uważam, że oba projekty są zbyt zachowawcze, chciałabym chłosty dla pacjentów. I żeby przeprowadzono mi kontrolę kuratora w chałupie, a potem zabrano niegodnie urodzone dzieci do pogotowia opiekuńczego. I jeszcze aby sam biskup przyjechał wyświęcić mój trawnik przed przekazaniem go porządnej, katolickiej rodzinie na mocy aktu wywłaszczenia. A to wszystko z bezpośrednią transmisją telewizyjną w głównych wydaniach dzienników.
Zakaz aborcji to za mało, aby Polacy ruszyli dupy. To już nie działa, te wszystkie tabelki pokazujące, że stała aborcji jest stała, te racjonalne argumenty mówiące o tym, iż okres poczucia omnipotencji jest owszem, naturalnym etapem rozwoju człowieka, ale człowieka dwuletniego, w formie szczątkowej do dziesiątego roku życia, a potem zaczyna się już bycie Bolesławem albo Janem.
Ale rozmrożenie zarodków? Zakaz in vitro będący wyjątkiem w prawie europejskim? Więzienna celka dla lekarza i piszącej te słowa?
Im gorzej tym lepiej.

Mamy w Polsce sporą grupę dziewcząt i chłopców, u których w fazie narcyzmu pierwotnego coś poszło nie tak i teraz wydaje im się, że powiedzą "koniec aborcji!" i nastanie koniec aborcji. A potem powiedzą "Biedroń, od jutra jesteś hetero!" i Biedroń obudzi się w łóżku z cycatą blondynką, którą zapragnie uczynić swą żoną. Czasem to wesołe towarzystwo postanawia się zająć statystyką i wychodzi mu, że skuteczność in vitro wynosi 5-7% (Fronda), a naprotechnologia osiąga 80% ciąż (również Fronda). To mimo wszystko nienajgorszy scenariusz, bo niekiedy nasz kwiat młodzieży zaczyna na serio myśleć, że zna się również na ekonomii, określaniu wartości węglowodoru w bombie próżniowej  i wyliczaniu polskości w krwi piłkarzy o obcobrzmiących nazwiskach. Tak zaawansowana arytmetyka powoduje ból głowy, na szczęście groupies Bolesława i Jana znają się na niej równie dobrze, jak oni sami, więc małe sekrety udaje się zatrzymać w rodzinie.
Najbardziej optymistycznie zaczyna się jednak robić wtedy, kiedy zabierają się do opracowywania strategii przejęcia politycznej władzy i wpadają w końcu na pomysł "zajmijmy się in vitro, ludzie za nami pójdą!!11!one!".

Bo serio. Jest dobrze. Naprawdę.
Źle by było, gdyby Bolesław lub Jan odkryli, że żyją w świecie złudzeń wczesnych faz rozwoju, więc rozsądniej byłoby wesprzeć Jarosława, którego projekt może mieć pewne szanse w Sejmie, a jest- choć w odmienny sposób- równie kastrujący metody ART, co ich pomysły.
Na szczęście nie wpadli na tę koncepcję.
Jak zwykle polska prawica rozpieprza się sama, w czym życzę jej dalszych sukcesów i samych pomyślnych wiatrów.

















środa, 25 kwietnia 2012

nie bijcie Rusinka!

Postanowiłam włączyć się w najżarliwszą debatę Internetu w ostatnim tygodniu, i nie, nie chodzi o wystawienie pomnika Kaczyńskiemu (Uważam Rze), ani okoliczności zgonu morderstwa małej Madzi. Ponieważ strasznie nudzi mnie ton akademicki (a poza tym inni posługują się nim ładniej, taka prawda) przejdę od razu do rzeczy, bo poprzednia notka była za długa itd.

"Witam
pani Aniu gdyby była możliwość przesłania tego pliku to bardzo poproszę.
pozdrawiam serdecznie
Małgorzata"

Pani Ania:
a) uczy Małgorzatę manier i nie odpowiada, czym oczywiście kręci bicz na plecy swoje, a nie gosine, bo transakcja/umowa/dzieło nie zostaną zrealizowane i to Ania za to beknie (rozważyć: czy zlekceważenie nadawcy, który nie ma pojęcia o przyczynie zlekceważenia, jest świadectwem zinteralizowanego przez adresata bontonu tak/nie);
b) myśli sobie tęsknie "a jak dziadulo siadywał na tym pięknie laubzegą rzeźbionym ganeczku, co to go nasz Jan ciosał, czytając "Ballady i Romanse" wnuczętom, a babka wydawała dyspozycje Maciejowej, aby ptifurki doniosła, ach łza się w oku kręci na dzisiejszą pospolitość i chamstwo".
W zasadzie zabrakło jeszcze paru złożeń zdania i przynajmniej jednego imiesłowu przysłówkowego uprzedniego dodanego dla wytworności, ale tuszę, że czytelnicy wybaczą, jestem po pierwszej kawie dopiero. Tu dodam wbrew deklaracji złożonej w tym miejscu, iż druga połowa pnia mojego drzewa wyrasta z takich oto nostalgicznych, post-szlacheckich żołędzi, więc, powiedzmy, mam podstawy do wzruszeń;
c) odpowiada. W tym także: odpowiada, ponieważ nie czuje, aby jej przestrzeń była zawłaszczana przez Małgorzatę.

Pierwszy wymiar praktyczny sporu między Warszawką a Krakówkiem polega zatem na tym, iż szczupłe grono odbiorców, do którego zalicza się także dr Michał Rusinek, może pozwolić sobie na karne edukowanie pospólstwa, podczas gdy reszta zapieprza w korporacjach i innych tego typu strukturach, gdzie fajfy, ratafie na wisienkach z ziemskiego sadu i hobbystyczna translacja Dzienników Gombrowicza na łacinę nie mają raczej racji bytu. Albowię chleb za coś kupić trzeba i jeszcze obłożyć go smaloszkiem. Ten aspekt jakoś umknął mi w dyskusji rozpętanej przez Internety, a uważam go za fundamentalny.
Edukacja zakłada bowiem istnienie podmiotu edukowanego, co w warunkach zwyczajnej pracy (pisząc "zwyczajna" nie mam na myśli: środowiska akademickiego, korespondencji z wydawcami oraz odpowiedzi na zaproszenia konferencyjne, które to konferencje mamy uświetnić swoją osobą) akurat nie występuje.
I wymiar drugi, również związany z praktyką, o wiele istotniejszy niż pierwszy:

"osiem lat temu poszliśmy do doktora i on powiedzial ze nfz nie zrefódnuje zabiegu wiec my byś my chcięli dopytać czy na serio tak jest ze nie refundóją? Alcia"

Oczywiście mogłabym opowiedzieć Alci o ratafii i ptifurkach, jednak podejrzewam, że Alcia ma to gdzieś, ja zresztą również. Sednem większości aktów komunikacyjnych jest ich funkcja informacyjna, a skupianie się na idiolekcie (i tym, jak bardzo niektórymi z nich gardzimy) zaciemnia tę funkcję znacząco.
Pomijając drobny fakt, iż znika człowieka siedzącego po drugiej stronie monitora oraz jego potrzeby i częstą niemoc ich składnego wyrażenia.
Podsumowując: przynajmniej raz dziennie staję w obliczu konfliktu "rusinkizm czy pomoc" i wybieram to drugie. Mam wrażenie, że większość znanych mi ludzi postępuje podobnie rezygnując z możliwości pouczenia nadawcy w zakresie norm interpunkcyjnych, ortograficznych i grzecznościowych, zamiast tego decydując się po prostu odpowiedzieć jak najrzetelniej, bo: człowiek. Nie jestem pewna, czy to oznacza, że przykładamy w ten sposób rękę do upadku obyczajów językowych, ale z drugiej strony nigdy nie przekonywał mnie Ortega y Gasset ze swoimi pretensjami i użalaniem się nad upadkiem elit, więc mogę być w błędzie. Tu z kolei dochodzimy nieco okrężną drogą do zagadnienia władzy i jej dystrybucji, w czym narzędzia językowe mogą być bardzo pomocne, bowiem nic skuteczniej nie ustawia relacji "petent- urzędnik" niż wskazanie komuś miejsca w szeregu wytknięciem jego nieporadności językowej.
Gdybym chciała w ten sposób pisać z panią Małgorzatą i Alcią to owszem, mogłabym, ale po co? Naturalnie poza udowodnieniem sobie samej, że jestem stuprocentową bucką.

A Rusinka nie bijmy tak czy inaczej, lepiej ukochajmy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

lekarze, odwagi! Słów parę o liberalizmie w medycynie

Ponieważ pojawiły się głosy, że Lemingarnia tchnie społeczną depresją, oto krótki katalog dobrych nowin:
- 11 kwietnia do stołecznego zoo przyjechał takin o imieniu Benny. Tak wygląda:














- w najbliższą sobotę temperatura ma sięgnąć 30'C

- Harry Potter pokonał Voldemorta

Możemy przejść do dalszej części notki, będzie jak zawsze.

Disclaimer: lubię lekarzy. Naprawdę bardzo i bez ironii. Ale.



scenka I:

dr Y: bo ja pani powiem prosto, nie żeby panią obrazić, tak dla jasności. Słyszała pani o Lindberghu? Proszę nie brać tego osobiście, ale pani jest jak Lindbergh. Bo co to dobrego komu przyniesie? Po prostu nazizm też zaczynał się od idei i czym się to skończyło? A powiem pani, bo pani jest młoda, w zasadzie jak dziecko przy mnie, że w Polsce był PRL, a teraz mamy rządy katolickie. I jeśli nie będziemy cicho to w końcu nam się dobiorą do dupy.

ja: (wyrozumiałe milczenie, rozumiem wszystko i w ogóle, w drugim zdaniu Godwin, wow, jak dotąd dr Y jest najwyżej w rankingu)

scenka II:

dr Q: teoretycznie podzielam pani założenia, tylko że myślę o Włoszech i Antinorim. No wszystko było dobrze dopóki Antinori nie ogłosił, że sklonował ludzi i że dwie kobiety są w ciąży. Na szczęście nie urodziły, ale jakie to miało skutki? Zaostrzenie ustawy, teraz Włochy mają najgorsze prawo bioetyczne w Europie. I ten liberalizm się skończył. Tak, on się skończył po prostu. Więc jeśli zgłaszamy takie postulaty jak jawność dawstwa i centralne rejestry dawców, czy w ogóle szerzej ustawa, prawda, to miejmy na uwadze, że liberalizm się skończy i że za to zapłacimy.


Zatem ogłoszenia parafialne:

1. aczkolwiek argument o smarkaterii zasadniczo mi pochlebia (dziękuję ci pudrze chanel, cudownie rozpraszasz światło), jestem także niezwykle wdzięczna za krótki apdejt historii najnowszej, to jednak wolałabym dyskutować bez argumentów ad hominem i zapędzania się w ageizm.

2. Antinori Severino. Postać, która wywołała wiele zamieszania wokół swojej osoby ogłaszając w 2002 roku, iż udało jej się wyhodować sklonowany ludzki embrion. Embrion miał być transferowany do macicy anonimowej matki zastępczej, jednakże do porodu nie doszło i nie było komu wysyłać kwiatów na porodówkę.

3. Włochy. Kraj ojczysty Severino Antinoriego. Było tam bardzo wesoło i progresywnie, aż Antinori podzielił się swoim sukcesem o sklonowaniu człowieka i szeregiem pomniejszych sukcesów zapłodnienia kilkudziesięciu matek w wieku 55-60+ w prowadzonej przez niego klinice leczenia niepłodności.
Wtedy kraj mozarelli i Sophii Loren doszedł do przykrej refleksji, że jednak sprawy zaszły nieco za daleko. W konsekwencji rok później przyjęto restrykcyjne prawo bioetyczne, o którym szerzej napisano w tej notce, a także w wielu innych bardziej godnych polecenia źródłach.
Italia przykryła się kirem żałoby, żadnego klonowania i żadnego, nawet malutkiego, zapłodnionka sześćdziesięciolatek. Liberalizm kaputt.
Jednak wtedy potomkowie Petrarki skonstatowali, że wylewając kąpiel wylali wraz z nią dziecko. Ustawa bowiem była tak restrykcyjna, że w efekcie nieetyczna: narażała zdrowie i życie kobiet, dyskryminowała osoby bezpłodne i niepłodne, zwiększyła odsetki poronień i uszkodzeń okołoporodowych, przyczyniła się także do wzrostu aborcji z powodów medycznych.
Na arenę wkroczyli rozżaleni pacjenci, cztery włoskie organizacje pacjenckie i włoscy członkowie Parlamentu Europejskiego, którzy zaczęli silnie lobbować, co zaowocowało serią wyroków włoskiego Trybunału Konstytucyjnego i zaangażowaniem w sprawę Strasburga (Costa, Pavan vs. Italy).
Obecnie, w roku 2012, z restrykcyjnej ustawy włoskiej pozostały: stanowisko krajowego konsultanta, obowiązek akredytacji klinik, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Medycznej, rekomendacje etyczne, wdrożone rekomendacje Dobrej Praktyki Laboratoryjnej. Pozostała też refundacja i tak, niestety, zakaz klonowania, chlip.
Jedyne restrykcje, które nadal są w mocy, to zakaz dawstwa gamet i zarodków, natomiast wycofano się z banu na PGD (diagnostykę preimplantacyjną) i mrożenie zarodków.
Jak więc widać bez specjalnego naciągania, w krótkim powyższym zarysie mogliśmy prześledzić zmiany na osi "skrajny liberalizm- skrajny konserwatyzm- pragmatyzm".
Doktorowi Q kraja się z tego powodu serce, cóż, moje się nie kraja. Zwłaszcza, że zakaz dawstwa ma silny lobbing pacjencki i sądzę, że w ciągu paru lat i ten ban zostanie ostatecznie zniesiony.

4. liberalizm oznacza wszelako coś więcej niż "zainkasować należność i spierniczaj". Naprawdę przykro mi z powodu używania słów, po których babcia kazała myć buzię mydłem, mam jednak niejasne wrażenie, że liberalizm w rodzimym wydaniu ma polegać na dalszym utrzymywaniu próżni prawnej w dziedzinie medycyny rozrodu wspomaganego. Czego beneficjentami będą oczywiście lekarze oraz- jak sami lekarze twierdzą- pacjenci. Alternatywą dla próżni prawnej są jeremiady dorosłych ludzi, którzy nadal nie wyzwolili się spod mentalnej okupacji PRLu i żyją w poczuciu, że jeśli pisną głośniej to przyjdzie ksiądz biskup albo zaprzyjaźniony z nim polityk i urządzą nam piekło na ziemi. Zupełnie jakbyśmy teraz żyli w Edenie.

5. liberalizm nie oznacza też zielonego światła na klonowanie ludzi, ekskjuzmi.

6. podobnie jak są rzeczy tak samo złe jak brak liberalizmu. Na przykład liberalizm bez ograniczeń.



A więc mam kolejny disclaimer:

Szanowni doktorzy. Zdaję sobie sprawę, że bezruch legislacyjny jest szeroko ceniony, o czym świadczy na przykład powołanie pierwszego w Polsce komercyjnego banku komórek jajowych, który nie miałby szansy zaistnieć w żadnym innym kraju UE, ponieważ prawo unijne zakazuje handlu gametami i czerpania korzyści z pośrednictwa.
W związku z tym lokalna wykładnia liberalizmu bardzo się części z was opłaca, jest to jasne i zrozumiałe, o wiele lepiej jest wszak zarabiać pieniądze na sprzedaży komórek jajowych niż siedzieć z tego powodu w więzieniu.
Chciałabym Wam jednak przekazać kilka moich uwag:

po pierwsze na pacjenta, którego leczycie, składają się -poza powłoką skórną i wsadem biologicznym- także pewne prawa. Wchodzimy tu na nieprzyjazny teren nauk humanistycznych, mam tego świadomośc, mimo to spróbujmy.
Pacjent ma na przykład prawo do informacji o leczeniu, w tym obszernej informacji o skutkach ubocznych leczenia i statusie terapii (eksperymentalna versus zgodna z EBM).
Dalej: pacjent ma prawo do odmowy poddania się terapii.
Dalej: pacjent ma prawo być chroniony prawem i dzięki temu bezpieczny.
Dalej: pacjent ma prawo do konsultacji psychologicznej przed poddaniem się terapii. Tu wyjaśnienie: psycholog to ta pani w szarej garsonce lub pan w brązowym garniturze, których czasem zatrudnia się w klinice, aby ładniej to wyglądało na stronie www.
Otóż celem pracy tych ludzi nie jest przeszkadzanie w pracy lekarza, a pomoc i wsparcie udzielane pacjentom. Niektórzy lekarze z krajów zgniłego Zachodu nauczyli się doceniać wkład psychologów i doradców pacjenta, ponieważ przeczytali parę badań i doszli do wniosku, że pacjent świadomy i współpracujący z lekarzem to lepszy pacjent, niż pieczarka na krowim nawozie hodowana. W Polsce jesteśmy niestety wciąż przed osiągnięciem tego etapu, tu kłaniam się w pas psychoonkologom i psychologom szpitalnym, wiedzą, o czym mówię.
Skutek uboczny: czasem pacjent po konsultacji z psychologiem zaczyna zadawać różne pytania, których wielu lekarzy nie lubi. Wtedy trzeba na te pytania odpowiadać. To może być problemem. Zwłaszcza dla kogoś, kto nauczył się, że jego status lokalny jest czymś pośrednim między Bogiem Stwórcą, a prezydentem USA.


Po drugie. Oto, jak radzicie sobie z trudnym zadaniem utrzymania rozkroku pomiędzy kompetencjami lekarza i kompetencjami tych wszystkich profesji, których formalnie nie wykonujecie:

głos pierwszy:
"Wysłałam pytanie do Kliniki X i spotkałam się z dużo ostrzejszą odmową niż sądziłam. Nawet nie że prawo albo regulamin tego nie przewiduje, ale że "z długoletniej praktyki wiemy, że jawność nic dobrego przynieść nie może". Trochę mnie zmroziło to poczucie nieomylności, bo niestety z moich lektur wynika coś całkiem odwrotnego. Nie chodzi mi przecież o szukanie drugiego taty dla mojego potencjalnego dziecka, ale o danie mu możliwości dowiedzenia się czegokolwiek, uzupełnienia układanki genetycznej. I wolałabym to wszystko przemyśleć zanim podejdę do pierwszej AID."

głos drugi:
"pojechaliśmy do kliniki Y, zawiozłam całą swoją dokumentację. Lekarz popatrzył i powiedział "nie ma pani szans na ciążę, pani jajniki nie pracują". Potem zawołał mojego męża i powiedział "zona jest bezpłodna. Jeśli planujecie dziecko to trzeba skorzystać z dawczyni komórek". Mój mąż o niczym wcześniej nie wiedział, nie chciałam, aby był obecny przy wizycie, ale nikogo to chyba nie obchodziło. Ledwo wyszliśmy z gabinetu jeszcze w szoku, a przejęła nas miła pani asystentka i powiedziała "wybierzemy wam dawczynię, może być nawet podobna do pani. Możemy zaczynać już w kolejnym cyklu"

głos trzeci:
"mój mąż próbował pytać o dawcę, jaką ma grupę krwi i wykształcenie, no i jak w ogóle do tego podejść, czy mówić rodzinie, czy nie, ale lekarz powiedział "niech pan się nie rozczula, to jest decyzja techniczna, umieścimy plemniki dawcy w macicy pana żony, a co potem- proszę żyć jak zawsze i zapomnieć, ze to dawcy"

głos czwarty:
"w klinice V, gdzie się leczymy, pracuje też psycholożka. Była pierwszą osobą w klinice, która zapytała się nas o to, jak się czujemy z naszą chorobą i decyzją o leczeniu. Dopiero po rozmowie z nią zaczęliśmy z eMkiem rozmawiać- jak on się czuje ze swoją bezpłodnością, czy akceptuje dawstwo, jak on to widzi. Odbyliśmy kilka takich rozmów, nie obeszło się bez łez. Potrzebowaliśmy paru miesięcy, aby to sobie poukładać w głowie i podjąć decyzję o AID. Opowiedzieliśmy potem o tym naszemu lekarzowi, był zdziwiony, że zaprzątamy sobie głowy "bzdetami", jak to ujął"

Jak widać radzicie sobie fantastycznie. Myślę, że Polskie Towarzystwo Psychologiczne powinno poważnie rozważyć nadanie członkostwa honorowego polskim lekarzom pracującym z niepłodnymi parami. Wielu lekarzy ma obfite doświadczenie na polu jawnego dawstwa, choć w Polsce nigdy nie było jawnego dawstwa. Inni mają sporo do powiedzenia o doświadczeniu Wielkiej Brytanii, która od roku 2004 dopuszcza wyłącznie jawne dawstwo gamet, choć nie spotkałam dotąd lekarza kojarzącego bliżej taką instytucję jak National Gamete Donation Trust. Konsternację wywoływała też informacja, że w roku 2011 Wielka Brytania zaspokoiła popyt na dawstwo, bo przekroczyła podaż, w 2010 roku zaś do osiągnięcia tego stanu zabrakło jedynie siedmiu dawców.


Przy okazji: na ESHRE'owskich panelach Psychology and Counseling oraz Ethics and Law nie było polskich nazwisk, choć reprezentacje lekarskie innych krajów były silne.
Ta sama uwaga odnosi się do struktur ESHRE- jak to możliwe? ESHRE jeszcze nie doceniło polskiej myśli medyczno-psychologicznej opierającej się na redukcji kosztów doradczych, skoro każdy szeregowy lekarz potrafi wykonać obowiązki psychologa i psychoterapeuty? Koniecznie należy to zmienić. Europa czeka.


Uwaga trzecia: to, że Wyborcza nie napisała o banku komórek, nie oznacza jeszcze, że informacje można skontrolować i wygrać cokolwiek w loterii na największy konformizm. Żyjemy w dobie Internetu, warto to przypominać.



Uwaga czwarta: w tym roku Boże Narodzenie nie nadeszło dla Frondy wcześniej. Ani dla adonai.nieplodnosc.pl.
Rozmawiamy o klasycznym syndromie oblężonej twierdzy, który w tym przypadku występuje po obu stronach muru.
Chłopcy z krótkimi grzywkami i imponującą muskulaturą boją się, bo zagłada chrześcijańskich wartości, białego katolika biją, a Polska przedmurzem chrystusowej Europy. Dlatego hełm na czerep i do okopów.
Ale nie lepiej jest w szeregach liberalnych nerwicowców. Tu z kolei obowiązuje doktryna "nie ma prawa, ale wszyscy jesteśmy białymi owcami i tego będziemy się oficjalnie trzymać w imię sprawy".
Siedzę właśnie nad spisem polskich klinik i widzę coś innego: na 47 istniejących placówek wykonujących in vitro, do ESHRE raportuje 27. Pozostała dwudziestka znika z rejestru. Jedna z tych nieujętych w raporcie placówek zatrudnia embriologa na godziny i zrobi wszystko, co klient sobie zażyczy. Inna wplątała się w przykrą i niestety głośną sprawę z surogacją. Jeszcze inna mieści się w piwnicy domu prywatnego i przy próbie kontaktu telefonicznego odzywa się sekretarka "jeśli dzwonisz do państwa Kowalskich wybierz 1, jeśli dzwonisz do kliniki leczenia niepłodności wybierz 2".
Dodatkowo wszystkie raportują dobrowolnie, a wyniki raportu nie są przez nikogo weryfikowane, bo przecież nie mamy w Polsce systemu kontroli.
Patrząc na wyniki ujęte w tabeli "cross border patients" (EIM 2009), które dowodzą, że w Polsce prawie nie istnieje turystyka zagraniczna i corocznie leczenie podejmuje ledwie 300 pacjentów z innych krajów, odczuwam zadziwienie: z kontaktów z europejskimi organizacjami pacjenckimi wynika niezbicie, że Polska, obok Ukrainy, Cypru, Słowacji i Czech, stanowi najpopularniejszą destynację medyczną Europy.

Głównie z uwagi na brak ograniczeń w dawstwie komórek jajowych i nasienia, ale też dlatego, bo wiek menopauzalny dla sporej grupy klinik nie jest żadnym ograniczeniem leczenia.
Gdzie więc są te pacjentki w raporcie?
Ach, pewne wyjaśnienie może stanowić adnotacja, że dane do tabeli "cross border patients" przesłało dziewięć klinik na czterdzieści siedem istniejących w Polsce.
To chyba nie jest powód do chwalebnego obwieszczenia, że każdy polski lekarz ma głęboko zinternalizowane myśli Immanuela Kanta? Być może jednak jest to powód, dla którego warto byłoby zacząć mówić wreszcie wprost o pewnych sprawach.

Pisząc te słowa deklaruję się jasno jako adwokatka dawstwa. Zwolenniczka prawa do wyboru pacjenta, osoba przekonana do surogacji niekomercyjnej i obywatelka wspierająca metody wspomaganego rozrodu.
Ale nie, przepraszam bardzo, nie będę deklarowała wiary w uczciwość bez ram prawnych, ani w to, że wszyscy mamy złote serca i oddajemy wdowi grosz na sieroty. Jak również nie napiszę, że nie potrzebujemy legislacji, bo radzimy sobie znakomicie bez niej.
Ponieważ jest to kłamstwem- zupełnie i po prostu.

Moja strona barykady została zbudowana chwilę przedtem, zanim na polskie ulice wyjechały czołgi. Nie jestem na "ty" z Michnikiem, nie siedziałam z nim w jednej celi, nawet go nie znam.
Nie mam długu wobec Kościoła Katolickiego, ponieważ moja wdzięczność mogłaby dotyczyć ewentualnie paru opakowań odżywek dla niemowląt z kościelnych darów.
Nie czuję się obywatelką kondominium niemieckiego, nie uważam, aby Putin miał ręce unurzane w polskiej krwi i wymawiam nazwisko "Churchill" bez czkawki.

W przeciwieństwie do pokolenia, które sprzedawało mi parówki na kartki, naprawdę, całkowicie na serio i bez ściemy czuję się Europejką, poza tym, że Polką.
Nie widzę powodu, dla którego moja generacja miałaby rezygnować z walki o swoje prawa, ponieważ nie spodoba się to ludziom noszącym sutanny, ludziom zasiadającym w Sejmie i kogo tylko czytelnik zażyczy sobie w to miejsce wstawić.
Odkąd Białoszewski napisał "ćśśś" minęło ponad pół wieku, tymczasem Marsjanie wciąż siedzą w rodzimej ścianie, więc trzeba być cicho i lepiej nie domagać się ustanowienia prawa rozrodczego po 25 - słownie, dwudziestu pięciu - latach bezprawia w Polsce, bo "liberalizm się skończy i będziemy płakać".

Zatem znów disclaimer:

Nie będę płakać, kiedy skończy się liberalizm w obecnym kształcie, który pozwala na skupowanie komórek jajowych od dawczyń z ulicy, cztery tysiące za punkcję. Nie wzrusza mnie możliwość ograniczenia swobód polskich pacjentek, które po ukończeniu 45 roku życia będą mieć czerwone światło na metody wspomaganego rozrodu.
Nie uważam, aby zasada "transferujemy trzy zarodki, jeśli klientka sobie życzy: niech statystyki prób ciążowych wyglądają ładnie na naszej stronie" była zasadą, za którą warto umierać. Wręcz przeciwnie, czekam na chwilę, kiedy w Polsce zacznie obowiązywać SET (single embryo transfer) przy jednoczesnym wsparciu mrożenia zarodków, bo tak jest w każdym innym cywilizowanym kraju Europy, dzięki czemu znacząco obniża się ilość poronień, powikłań okołociążowych i spadają koszty opieki neonatologicznej chorych dzieci, gdyż rodzą się dzieci zdrowe.
Refundacja leczenia niepłodności nie jest dla mnie niczyją łaską, należy mi się ona jak psu miska, płacę podatki tak samo jak ludzie płodni i chcę korzystać z systemu świadczeń, który finansuję.
I przede wszystkim uważam za skandal milczenie o tym, że obok klinik rzetelnych i profesjonalnych istnieje spora liczba klinik-krzaków pracujących na przestarzałym sprzęcie, bez spełniania wymogów jakości, obok wytycznych terapeutycznych, ale należy przyjąć postawę buzi w ciup, rączek w małdrzyk, gdyż spadniemy z gałęzi.


Otóż jest pewne, że jeśli dalej sytuacja będzie tak wyglądać to z tej gałęzi nie tylko spadniemy, ale spadając zrobimy duże BUM! Nie dlatego, bo Kościół Katolicki i Tomasz Terlikowski, a dlatego, ponieważ nasz wieczny asekurantyzm w końcu do tego doprowadzi.
No i jeszcze jedna mała kwestia: pomocnie byłoby rozróżnić między "milczymy, bo brak legislacji jest nam na rękę" od "milczymy, bo brak legislacji jest na rękę pacjentom".
Niezależnie od tego, ilu pacjentów dało się przekonać, że żyje w medycznym raju, fakty są takie, że:

- nikt nie kontroluje ilości potomstwa dawców i dawczyń, ponieważ nie prowadzi się centralnej bazy;
- nikt nie rejestruje narodzin dzieci poczętych dzięki metodom wspomaganego rozrodu, przez co nie możemy także badać ich liczby i kondycji zdrowotnej. W tej kwestii zawsze odwołujemy się do badań zagranicznych, które takie rejestry prowadzą. I jakoś nie zdelegalizowano w nich ani metody in vitro, ani innych metod leczenia niepłodności;
- nikt nie sprawdza jakości sprzętu medycznego, jakości wykonywanych procedur ani wykształcenia personelu zatrudnionego w ośrodkach leczenia niepłodności;
- nikt nie weryfikuje wyników leczenia polskich ośrodków, ponieważ nie mają one obowiązku sprawozdawania tych danych i rozliczania się z każdej procedury;
- polityka wobec zamrożonych zarodków zależy od uznania właściciela każdej placówki medycznej. I owszem, jest faktem, że znacząca ilość ośrodków zarodków nie niszczy, ale przykro mi: te, które to robią działają przeciwko całemu środowisku, bo kiedy wreszcie przyjdzie do rozliczenia nikt nie będzie rozliczać klinik indywidualnie. Wszyscy zapłacą za błędy mniejszości;


poprawcie mnie więc jeśli się mylę, ale nie sądzę, aby było to na rękę pacjentom. Jest za to bardzo na rękę lekarzom, również naprotechnologom, bo jadą dokładnie na tym samym wózku. Mogą więc opowiadać do woli o 90%owej skuteczności, za co nikt nie może ich pociągnąć do odpowiedzialności, bo nie ma ani kontroli Ministerstwa Zdrowia, ani dyrektyw, ani certyfikacji.
Tym sposobem dotarliśmy do punktu, w którym kuria może paść w ramiona klinikom leczenia niepłodności, oba środowiska pożywiają się tym samym tortem.
Pacjenci natomiast mogą pozmywać naczynia po deserze.

Jednak tak, to z pewnością legislacja nas zniszczy. Tak samo jak zniszczyła transplantologię, bo przecież o wiele przyjemniej byłoby załatwiać wątroby do przeszczepu na lewo. W końcu to nie prawo reguluje naszą uczciwość, a ten, jak mu tam, wewnętrzny imperatyw.

Mam więc taki postulat, aby - po pierwsze - lekarze pozostali przy leczeniu i oddali poradnictwo psychologiczne ludziom, którzy mają do tego odpowiednie kwalifikacje potwierdzone dyplomem.
Po drugie- aby wzięli poważnie pod rozwagę, że totalitaryzm, o który nieustannie podejrzewają prawicowe partie i środowiska konserwatywne, ma się całkiem nieźle również w ich działce. I wybierają go całkowicie dobrowolnie, ponieważ lęki wciąż są silniejsze od argumentów racjonalnych.
Po trzecie, aby zakonotowali, że główną grupę ich pacjentów stanowią ludzie z mojego pokolenia, których coraz trudniej zastraszać Białoszewskim.
I po czwarte, dopuścili do siebie myśl, że nie ten ptak kala gniazdo, co je kala, lecz ten co o kalaniu mówić nie pozwala.

I jeszcze parę ciepłych słów o obecnym ministrze zdrowia, Bartoszu Arłukowiczu. Teraz będzie ten moment, na który czekają ludzie dobrej woli, czyli obwieszczenie podnoszącej na duchu nowiny: w Polsce nie ma ludzi wykluczonych.
Zaczęli istnieć w maju 2011 roku i przestali pół roku później, kiedy minister ds. osób wykluczonych zwinął się z urzędu, który wraz z nim się rozpłynął w niebycie.
W tak zwanym międzyczasie bardzo trudno było złapać pana ministra i skierować jego uwagę na problemy ludzi niepłodnych, ponieważ zajmował się sumiennym wykonywaniem obowiązków służbowych, które w tym okresie sprowadzały się do- jak usłużnie doniósł mi Facebook- bawienia na Festiwalu Słowian i Wikingów w Szczecinie.
Naprawdę nie sądziłam, że polscy wikingowie są tak strasznie wykluczeni, ale widać są.
W przeciwieństwie do homoseksualistów, beneficjentów zasiłków społecznych, uchodźców i wspomnianych już niepłodnych.

Będę bardzo zaskoczona, jeśli choć jeden z nakreślonych wyżej problemów, o których nawiasem mówiąc minister zdrowia bardzo dobrze wie, zyska jego uwagę, która przełoży się na jakąkolwiek zmianę legislacyjną.
Z takim ministrem wszyscy zastraszeni lekarze mogą spać spokojnie, nic się nie zmieni. Oczywiście do czasu, aż gruchną o ziemię, czego konsekwencją będzie nie tylko przyjęcie rygorystycznej ustawy, ale przede wszystkim bardzo złe prawo, szkodliwe dla ludzi i rodzących się dzieci.
A nam zostanie zafundowane wiele lat czekania na liberalizację prawa, co stało się udziałem Włochów. Prawdopodobnie byłoby to do uniknięcia, gdyby tylko ktoś przytomny na czas zareagował i powstrzymał Antinoriego, wychodząc wcześniej z legislacyjną inicjatywą racjonalnej ustawy- liberalnej, ale również odpowiedzialnej.
Ale to już wiąże się z zasadą odkładania gratyfikacji w czasie, z czym ludzie na ogół mają kłopot.

disclaimer ostatni, ale najważniejszy:

To właściwy moment, aby wrócić do disclaimera pierwszego, a brzmiał on "lubię lekarzy. Naprawdę i bez ironii".
Jeśli ktoś pomyślał, że w niniejszej notce usiłuję obrazić środowisko lekarskie lub przeciwko niemu wystąpić (a takie wrażenie miał na przykład mój mąż, czym swoją drogą srodze mnie rozczarował) to pomyślałam sobie, że dobrze będzie się z tego wytłumaczyć, na wypadek, gdybym jednak przeceniła czytelników tego bloga. Co jest prawdopodobne, skoro zdarzyło mi się to z osobistym mężem.
O leczeniu, również o leczeniu niepłodności, można i należy mówić odpowiedzialnie, bez przemilczeń, za to mając na uwadze skutki długoterminowe i - przede wszystkim - prawa człowieka: pacjenta i jego rodziny. Tylko pod takim stanowiskiem, w moim poczuciu, człowiek uczciwy może się w spokoju ducha i rozumu podpisać.
Wpędzanie debaty w skrajności i wpieranie zaangażowanym stronom, iż ich moralną powinnością jest "w imię sprawy" zamknąć oczy na nadużycia, i skoncentrować się na pozytywach ideologicznych (czy to ideologii konserwatywnej czy liberalnej) jest jednocześnie zgodą na to, aby okupacja infantylizmu trwała dalej.
Mierzi mnie dyskurs, który proponuje Fronda, Nasz Dziennik czy nawet mniej agresywne tytuły prasy katolickiej. Ale to nie oznacza, że wobec tego popieram paradygmat "siedzieć cicho i korzystać tak długo jak się da; nie ruszać fekaliów, bo fetor się rozejdzie".
Wolność rodzi odpowiedzialność, bez odpowiedzialności wolność nie ma sensu.
Jestem głęboko przekonana, że właściwą ścieżką każdej publicznej debaty jest jej otwarcie i dostrzeżenie spektrum zjawisk.
Ta postawa nie tylko nie jest przeciwna lekarzom, ale jest w ich długofalowym interesie: w 2003 roku we Włoszech było wielu uczciwych, etycznych i profesjonalnych ginekologów. Podobnie jest dziś w Polsce. Pracuje tu spora grupa lekarzy (i klinik także), dobrowolnie działających według wytycznych i na rzecz interesu pacjentów.
Włochom jednak wystarczył jeden Antinori, któremu nie przeszkadzano, aby rachunek legislacyjny wraz z odsetkami wystawiono wszystkim- lekarzom uczciwym i nieuczciwym, pacjentom, i całemu społeczeństwu. Tak się bowiem składa, że zasada wspólnego pastwiska zakłada również wspólną za nie odpowiedzialność i jest ona ważniejsza od zasady konkurencyjności sektora prywatnego. Właśnie z tego powodu czarne owce nigdy nie spadają z gałęzi samotnie, a ciągną za sobą resztę stada.


Zatem, panie i panowie, odwagi.