wtorek, 28 lutego 2012

przetarg otwarty na kiszeczki

Ledwie Polska zdążyła dojść do siebie po tragedii w Sosnowcu, a już Maria Czubaszek zadała narodowej macicy kolejny, niemal śmiertelny cios. Smutek, żal i łzy, przystańmy i minutą ciszy oddajmy hołd poległym dzieciom oraz zapłodnionym i niezapłodnionym komórkom jajowym:


Wiersz o aborcji ... (autor nieznany)

Mamusiu...
Coś się stało, Ja żyję,
Ja naprawdę żyję.
Dar życia otrzymałam,
o, braciszka z boku poznałam.
On też prawdziwie się raduje
i świata oczekuje.

Dzięki Ci Mamusiu!

Braciszku! Patrz, coś się stało,
jakieś światło się tu dostało,
jakieś narzędzie błyszczące...
Ała! Jakieś kłujące!
Braciszku co oni Ci robią?
Dlaczego dziurę w brzuszku Ci skrobią?

Mamusiu! Braciszka rozrywają!
Rączki mu wyrywają! Właśnie wykłuli mu oko
i serduszko rozdarli głęboko.
Jestem krwią braciszka zbryzgana.
Mamusiu moja kochana!
(...)

MAMUSIU!

Ten potwór paluszki mi obcina,
już jest kaleką Twoja dziecina!
Mamusiu! Co Ja takiego zrobiłam?
Ja tylko życiem się cieszyłam!
Mamusiu!

Ja jestem miłością Boga dla ciebie,
On naprawdę chce mieć nas w niebie?
Jego miłość nigdy się nie kończy,
nawet po śmierci się sączy.
Ratunku, Mamo!

On urwał mi już kolano!
Tatusiu! Ja będę Twoim Skarbeczkiem,
będę Twoim Aniołeczkiem, ale pomóż mi,
niech nie wyrywa mi drugiej rączki!
(...)
Mamusiu! Jakiś błyszczący nóż
gardło podrzyna mi już.

(...)

Mamusiu!
On teraz szczypcami oczy mi rozdusi.
Nie będę widziała Mojej Mamusi!
A Ty Mnie Mamusiu będziesz widziała.
Nie pozwól, żebym została zmasakrowana!
Spojrz do śmietnika, tam będę leżała!

Mamusiu!

Dlaczego życie Mi dałaś?
I tak okrutnie je odebrałaś?
Mamusiu patrz!
Twoją córunię w krematorium spalili,
a duszy Jej nie zabili.
Ja w Twoim umyśle będę żyła,
będę po nocach Ci się śniła!
I będę po nocach do Ciebie wołała.
Ja - Twoja córunia mała.

Mamusiu!
Dlaczego zatykasz uszy?
Przecież nikt Cię nie ogłuszy.
To przecież Ja, Twój Skarbek Kochany,
ten, co miał brzuszek rozerwany.
Mamusiu! Pamiętasz jak się bałam?
Jak o pomoc do Ciebie wołałam?
A pamiętasz Mamusiu oczy tego lekarza?
Co śmiercią dzieci obdarza?
Kto mu dał prawo, by zabił Twoją dziecinę?
Twoją niewinną kruszynę, Mamo...
czy ta powolnej śmierci porcja
nazywa się aborcja?
(...)

Mam nadzieję, że Wasze kolana trzymają się mocno i nikt Wam nie wyrwał rączki ani oczka. Powyższy poemat, jak donosi Google, ma 8980 rekordów w polskiej sieci, w tym niektóre z nich traktują go jako dowód na bogate życie wewnętrzne płodu (tak, niestety jestem śmiertelnie poważna, podobnie jak dowodzące powyższej racji forumowiczki forum grzenda.pl, które jest tak w ogóle forum antykoncepcyjnym i kiedyś dość mocno skręcało feministycznie. Zaskoczeni? Ach, to dopiero początek niespodzianek).

Poza tym, że kiszeczki są, jak się okazuje, nasze wspólne, to okazuje się także, iż nie powinniśmy nikogo wprowadzać w ich życie wewnętrzne. Złamanie tej zasady przez Czubaszek Marię wywołało absmak społeczny u anonimowych milionów i jednej nieanonimowej Kolendy Zalewskiej.

W odróżnieniu od intymności aborcji dotyczącej prywatnego brzucha (będącego jednocześnie naszą wspólną własnością) umieranie, jako czynność nieintymna może być transmitowane we wszystkich telewizjach świata, podobnie jak wystawanie nad umierającym człowiekiem i donoszenie ze łzami w oczach, że "jeszcze żyje". Nikt nie twierdzi, że może to kogokolwiek zachęcić do śmierci. Tej tezy bronił osobistym świadectwem na przykład redaktor Pałasiński w swych niezapomnianych relacjach z placu św. Piotra. Naród razem z nim płakał asystując przez szklane okno odejściu Wielkiego Człowieka.
Co myślał w tym czasie Wielki Człowiek niestety nie wiadomo, może pogodził się do tego czasu ze świadomością, że jego prywatność musi ustąpić w obliczu wielkiej światowej miłości.



No ale wróćmy do brzuchów.
Jest tak, że brzuch jest wspólny, jeśli jednak przetnie się w nim jajowody, na przykład w trakcie cesarskiego cięcia, na przykład podczas porodu dziewiątego dziecka, na przykład będąc matką, której odebrano prawa rodzicielskie wobec trójki najstarszych dzieci, to jest to wtedy brzuch skarżący bezprawie. Co więcej jest to brzuch sukcesu (orzeczenie sądu z 2011 roku w sprawie pozostawienia dzieci pod opieką Wioletty Szwak, orzeczenie w sprawie sterylizacji jeszcze nie zostało wydane).
No i dobrze, sterylizacja bez woli i wiedzy kobiety jest grandą, gdyż nie wolno nikomu decydować o ciele będącym własnością kobiety. Kiszeczki są osobiste.
Z drugiej strony sterylizacja za zgodą i wolą kobiety jest w Polsce nielegalna, podobnie jak wazektomia, gdyż nie wolno nikomu decydować o ciele będącym własnością społeczną. Kiszeczki są wspólne.
Nic z tego nie rozumiecie? Słusznie, to był dopiero pierwszy zerk w Otchłań.

W ubiegłym tygodniu, dokładnie 17 lutego, Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało rozporządzenie zmieniające rozporządzenie w sprawie sposobu nauczania szkolnego oraz zakresu treści dotyczących wiedzy o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji zawartych w podstawie programowej kształcenia ogólnego.
Niespecjalnie wiadomo, co to rozporządzenie zmienia (wymiar godzin pozostaje taki sam, podręczniki stare, zmieniło się jedynie to, że WDŻ nie będzie organizowane z puli tzw. godzin dyrekcyjnych) jednak interesujący jest wykaz organizacji i stowarzyszeń, które konsultowały społecznie te zmiany.
Pod rozporządzeniem widnieje spis 24 organizacji, z których moją szczególną uwagę zwracają następujące instytucje:
1. Chrześcijański Związek Zawodowy "Solidarność im. Księdza Jerzego Popiełuszki"
2. Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski
3. Polska Rada Ekumeniczna
4. Rada Szkół Katolickich
i, uwaga, zaskoczenie:
5. Polska Izba Książki



W porządku, drogi doktorze Watsonie, zapewne dręczy Cię wewnętrzna ciekawość, jaki był klucz doboru konsultantów społecznych? Chrześcijański Związek Zawodowy jest organizacją znaną głównie z protestów przeciwko wyprzedaży spółek Państwa kapitałowi zagranicznemu. Również Polska Izba Książki, jak wiadomo, zajmuje się młodzieżą, a zwłaszcza jej edukacją seksualną.
Z kolei Grupa Edukatorów Seksualnych "Ponton", Stowarzyszenie "W stronę dziewcząt", Fundacja Promocji Zdrowia Seksualnego, Polskie Stowarzyszenie Seksuologiczne i Towarzystwo Rozwoju Rodziny nie mają nic, ale to nic wspólnego z edukacją seksualną, więc nie zostały zaproszone do konsultacji.
W tym świetle z radością przyjmujemy informację MEN, iż "żaden podmiot uczestniczący w konsultacjach nie zgłosił uwag do projektu rozporządzenia".

Ok, jedziemy naszą kolejką przez Otchłań dalej i zatrzymujemy się na stacji "prezerwatywa na marchewce", zdjęcie poglądowe:


Wstrząsające, prawda? Rodzice uczniów z gdańskiego gimnazjum też tak sądzą:


Do dyrektora gimnazjum nr 7 w Gdańsku zadzwonił oburzony ojciec, który stwierdził, że nie życzy sobie, by jego dziecko narażać na widok prezerwatywy nałożonej na marchewkę. Dlatego dyrektor postanowił odwołać zajęcia wychowania do życia w rodzinie. Lekcje w tej szkole od trzech lat prowadzą studenci pielęgniarstwa.

Marchewka nie jest wprawdzie częścią brzucha, pośladki także nią nie są, ale, jak się okazuje, podobnie jak śledziona i macica mogą być wspólnym dobrem.
Planowałam poświęcić osobną notkę książce "Wychowanie dzieci w zgodzie z pismem świętym" niejakiego Richarda Fugate, ale zorientowałam się, że to wdzięczne zadanie już wykonali za mnie inni doprowadzając do małej medialnej burzy. Nie wszyscy jednak uważają, że lańsko na dupsko to kontrowersyjna metoda wychowawcza, nie uważa tak na przykład ksiądz Dariusz Kowalczyk SJ, fotka poglądowa:





Ksiądz Kowalczyk daje odważne świadectwo na łamach portalu Frondy, gdzie deklaruje "miło wspominam klapsy".
Oddajmy głos księdzu Kowalczykowi:

Przypominam sobie klapsy, które spadły na moją pupę, kiedy byłem niesforny. Uważam, że były one pomocne w moim wychowaniu.(..) A klaps był jasnym sygnałem, że coś muszę zmienić. Tak więc dziś miło wspominam klapsy.

Dalej ksiądz Kowalczyk się zasmuca:

To smutne, że żyjemy w kraju, w którym wydawca, który wydał książki mówiące pozytywnie o możliwości stosowania kar cielesnych w wychowaniu dzieci, czuje się zmuszony do wycofania ich z obiegu z obawy – jak rozumiem – że różni „obrońcy” dzieci pobiegną do sądu, by oskarżyć wydawnictwo o propagowanie przemocy i łamanie tym samym prawa. (...)

A potem dzieli się głęboką refleksją nawiązującą również do ulubionego (zaraz po gejach, inwazji żydowsko masońskiej, in vitro i prześladowaniach Kościoła Rzymskokatolickiego) tematu Frondystów:

Nie zamierzam nikogo przekonywać, że klapsy są niezbędne w wychowaniu. Rozumiem, że można wychowywać także bez żadnych kar cielesnych. Ale – z drugiej strony – sprzeciwiam się ideologom i urzędnikom, którzy opowiadają głupoty o tym, jak wielką krzywdą dla dziecka jest klaps. Krzywda to jest wtedy, kiedy ci sami ideolodzy propagują wczesne współżycie seksualne wśród młodzieży i temu podobne.

Księdzu Kowalczykowi gratulujemy pogodnego dzieciństwa i życzymy jak najmniej gorszących prezerwatyw na marchewkach oraz wymarcia Marii Czubaszek, która nie przeżywa postaborcyjnej traumy.
Na marginesie zaś dodajmy, że według badań socjologicznych 30% dzieci zna co najmniej jedną osobę, która doznała urazu z powodu pobicia w rodzinie lub jest często z błahych powodów karana fizycznie przez rodziców, a retrospektywne relacje osób dorosłych, wskazują, iż doświadczenia wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie były udziałem blisko 40% kobiet i 29% mężczyzn. W przypadku 10,5% kobiet i 3% mężczyzn doświadczeniem tym był gwałt lub usiłowanie gwałtu.

Teraz czas na anegdotę w ramach porcji rozrywki na dziś.
We wrześniu na oddział jednego ze stołecznych szpitali ginekologiczno położniczych zgłasza się pacjentka w zaawansowanej ciąży. Jest chora na stwardnienie rozsiane, ma postępujące upośledzenie poznawcze, jest to jej trzecia ciąża, dwójka poprzednich dzieci trafiła do ośrodków adopcyjnych. Trzecie również tam trafia. Pacjentka nie jest w stanie udzielić informacji o przebiegu ciąży.
Jedna z lekarek czuje się poruszona tą sytuacją, podejmuje w gronie lekarskim temat sterylizacji. Oczywiście nie ma o niej mowy- jak już ustaliliśmy decydowanie o płodności kobiety poza jej wiedzą i zgodą jest naganne. Wprawdzie nie wiadomo, co należy uczynić w przypadku niezdolności intelektualnej pacjenta do podjęcia decyzji o sterylizacji, jednak w zasadzie niczego to nie zmienia, bo pacjent tak czy inaczej nie ma mocy decyzyjnej w świetle polskiego prawa dotyczącego sytuacji klinicznego ubezpłodnienia.
Może więc wkładka wewnątrzmaciczna? zastanawia się młoda lekarka. Każda kolejna ciąża naraża zdrowie pacjentki i pogłębia rozwój choroby, rodzą się dzieci w złej kondycji ogólnej, pacjentka nie jest w stanie decydować o antykoncepcji...
Jednak wkładka wewnątrzmaciczna nie jest refundowana, a wśród lekarzy brak chętnych na społeczną zrzutkę. Nawet gdyby znaleźli się chętni to przecież brak procedury w takim przypadku: czy założenie wkładki wewnątrzmacicznej pacjentce, która nie ogarnia poznawczo swojej sytuacji, nie deklaruje stawiania się na kontrole lekarskie, nie jest w stanie zrozumieć treści przedłożonej jej zgody, byłoby etyczne?
Lekarka żegna się więc z pacjentką w połogu. Do następnego razu.

Tym samym nasz pociąg dojeżdża do kolorowej stacji końcowej "Kochajmy się!", rozlegają się dźwięki poloneza, a niewinna Zosia stąpa z Panem Tadeuszem pod ramię. Jankiel gra na cymbałach i jest zasymilowanym polskim Żydem, nikt go nie prześladuje, a lud polskich wsi przygląda się temu życzliwie, zjednoczony z przyrodą i Bogiem.
Mit Polski kochającej życie nienarodzone, dzieci oraz młodzież po raz kolejny został ocalony. Nam również jest wesoło na sercach (bo może nie?! Lewactwo mordy w kubeł!).


Zobaczmy teraz, co się dzieje w krainach, w których pogańskie ludy egzystują bez kagańca oświaty Polskiej Konferencji Episkopatu i nie mają ani jednego, nawet najmniejszego Chrześcijańskiego Związku Zawodowego "Solidarność im. Księdza Jerzego Popiełuszki", który powstrzymałby je na drodze ku zatracie:

Fragment broszury "Telling and talking" wydanej przez Donor Conception Network z Wielkiej Brytanii:
Ponieważ zajęcia z wychowania seksualnego odbywają się zazwyczaj w ostatnich klasach szkoły podstawowej, warto aby rodzice dowiedzieli się co dokładnie obejmuje program nauczania w tym zakresie. Jeżeli poczęcia dzięki dawstwu nie wskazano jako jednego z wielu sposobów na stworzenie rodziny warto być może spotkać się z nauczycielem i poprosić go o uzupełnienie programu nauczania o ten temat, aby w ten sposób uczynić sytuację dzieci poczętych w ten sposób bardziej „normalną”. Członkowie DCN wspominają, że w większości przypadków nauczyciele są chętni i gotowi do udzielenia dzieciom tego typu pomocy.(...)

Jeden z rodziców związanych z DCN napisał:

„Kiedy Sarah miała 10 lat postanowiłem porozmawiać z jej nauczycielką. Chciałem zyskać pewność, że na lekcjach wychowania seksualnego będą omawiane wszystkie formy sztucznego zapłodnienia, tak aby córka poczuła, że szkolna dyskusja dotyczy również jej. Wspomniałem też, że w dzisiejszych czasach w każdej grupie wiekowej mogą być dzieci poczęte w taki sposób… lub dzieci adoptowane, itp. które też nie powinny czuć się gorzej z tego powodu. Nauczycielka okazała duże zrozumienie."

Pewien syn samotnej matki uznał, że jego kolegom z klasy przydałaby się edukacja w dziedzinie poczęcia dzięki dawstwu.
W 2001 r. Sandra, samotna matka trojga dzieci opowiedziała w jaki sposób jej wówczas jedenastoletni syn przygotował w ramach pracy domowej trzyminutowe wystąpienie poświęcone inseminacji nasieniem dawcy. „Opisał proces zapłodnienia i mówił o niepłodnych parach lub samotnych kobietach korzystających z nasienia dawcy aby zostać rodzicami… Poruszył też kwestię etyki i praw człowieka w kontekście poczęcia nowego życia, opowiedział jak należy postępować z zamrożonymi zarodkami. Na koniec dodał że on i inne dzieci poczęte z gamet dawców powinny mieć dostęp do informacji na temat swoich dawców.
Koledzy z klasy zareagowali pozytywnie – w głosowaniu klasowym wystąpienie chłopca zostało uznane za najlepsze i otrzymał on celującą ocenę od nauczyciela.”

broszura "Telling and talking, 8-11", Donor Conception Network, 2009.


Zaraz, zaraz, ale jakie, kurwa, "dawstwo gamet"?! No jakie? My w katolickiej Polszy mówimy NIE kondomom na marchewce, a niepłodność leczymy modlitwą i naprotechnologią!
W naszej Bożej ojczyźnie, w której lada moment intronizujemy Chrystusa na Króla Polski, nie uczymy dzieci na lekcjach Wychowania do Życia w Rodzinie, że istnieje coś takiego jak antykoncepcja i aborcja, a tym bardziej niepłodność. A już na pewno nie uczymy dzieci tego, że leczy się ją metodami rozrodu wspomaganego medycznie. To mogłoby odebrać jej niewinność i pchnąć ku relatywizmowi moralnemu.
Nasza polska młodzież, która miała nieszczęście przyjść na świat w związkach pozamałżeńskich, dzięki inseminacji, in vitro lub dzięki dawstwu, zna swoje miejsce w szeregu i nie uznaje swojego statusu za równy statusowi
n o r m a l n e g o dziecka. Pewne zasady obowiązują, jeśli naród ma się nie stoczyć. W imię wyższego dobra i przykrywania spłachetkiem sztandaru narodowych rynsztoków.


Na stacji końcowej widzimy także poważne afisze z wydrukiem ustępów z Konwencji Praw Dziecka:
Art. 24.
1. Państwa-Strony uznają prawo dziecka do najwyższego poziomu zdrowia i udogodnień w zakresie leczenia chorób oraz rehabilitacji zdrowotnej. Państwa-Strony będą dążyły do zapewnienia, aby żadne dziecko nie było pozbawione prawa dostępu do tego rodzaju opieki zdrowotnej.
2. Państwa-Strony będą dążyły do pełnej realizacji tego prawa, a w szczególności podejmą niezbędne kroki w celu:

f) rozwoju profilaktycznej opieki zdrowotnej, poradnictwa dla rodziców oraz wychowania i usług w zakresie planowania rodziny.


załącznik:



W odniesieniu do artykułu 24 ustęp 2 litera f) konwencji Rzeczpospolita Polska uważa, że poradnictwo dla rodziców oraz wychowanie w zakresie planowania rodziny powinno pozostawać w zgodzie z zasadami moralności.

To, zdaje się, wyjaśnia nieco dobór konsultantów społecznych wybranych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, prawda?
Magistrala Prawdy ma już obsadzone wszystkie stacje naszej kolejki.
Kiedy na przyszłe stacje kolejowe zajeżdżały kolejne ekipy budowlane, słyszeliśmy o problemach zastępczych i odwracaniu uwagi społeczeństwa od Problemów Naprawdę Ważnych- bezrobocia, importu gazu i polityki międzynarodowej.
Kwestia prezerwatywy na marchewce po prostu nigdy nie była istotna, ot durne szutki niepoważnych pajaców, a kiedy usiłowaliśmy mówić o różnicach ekonomicznych między emerytką i emerytem, poseł Cymański rozwodził się nad wypieszczeniem, wykarmieniem i wychowywaniem przy piersi matczynej.
Mokre chusteczki i rzewne ślozy lały się wtedy z ócz wzruszonego ludu, bo nie trza szargać świętości, a pierś Matki Polki jest naszą świętością, podobnie jak jej macica.
Dlatego Matka Polka dostała becikowe zamiast refundowanej spirali, a dobry wujek Kotula zabiera dzieci ze szkół podstawowych na Marsz W Obronie Życia odbywający się w ramach godzin szkolnych:





ale spokojnie, nie traćmy wiary, szkoła to tylko część życia, wracamy do domu idziemy naszą lewacką rodziną na miasto, kawa i ciastko na Złotej 6 w Warszawie:





ktoś chętny, aby dołączyć się do modlitwy przed kliniką Invicta? Macie jeszcze ponad 30 dni Wielkiego Postu, zdążycie zanieść swoją intencję.
Jednak nie ulegajmy defetyzmowi, nasza Konstytucja mówi wyraźnie, ze Polska jest krajem neutralnym światopoglądowo, czy tak?








I widzicie, dziatki Wy moje, mimo Biedronia w Sejmie, nowej odsłony Przekroju i kwitnącej Krytyki Politycznej, tak jakoś dziwnie się składa, że gdzie się nie odwrócić tam z każdej strony dupa.
Oczywiście uświęcona prawem wspólnoty dupa, prawo wolności osobistej dupy od dawna jest zniesione.

Jest więc luty 2012, za chwilę ulicami różnych miast Polski pójdą Manify pod hasłem "odcinamy pępowinę od Kościoła", jest to zatem dobry moment, aby zadać sobie pytanie, jak i w którym miejscu zadecydowało się to, że choć co roku w Polsce wykonuje się ponad trzydzieści tysięcy zabiegów rozrodu wspomaganego medycznie, to na lekcjach Wychowania do Życia w Rodzinie nie wolno o tym mówić, aby nie gorszyć?
Jak to się stało, że choć jawność adopcji jest od dwudziestu lat praktyką ośrodków opiekuńczo adopcyjnych, polskie poprawki do Konwencji nadal nie są wycofane i prawo wciąż stawia własność rodzica ponad prawem człowieka, jakim jest dziecko?
Jak to się dzieje, że co roku w Polsce wykonuje się od 80 do 200 tysięcy aborcji, a tym, co szokuje polskich rodziców jest prezerwatywa na marchewce?
I dlaczego połowa Sosnowca idzie na podmiejskie gruzowisko palić znicze, z niemowlętami w ramionach przy trzaskającym mrozie, z poezją o wyrywanych rączkach i obcinanych paluszkach w garści, a jednak to Maria Czubaszek okazuje się być ropiejącym wrzodem na zdrowej tkance narodu?

Niezależnie od tego, co sądzicie na temat własności swoich osobistych kiszeczek, ten przetarg już został rozstrzygnięty.
Ale jest nadzieja, Siostry i Bracia, ja Wam powiem, co może nas uratować w tej trudnej dla ojczyzny chwili: wywieźmy Czubaszek na kupie gnoju z rodzinnego gumna, a do Polski znów powróci prawo i sprawiedliwość.



http://www.rp.pl/artykul/17,767552.html
www.men.gov.pl/images/stories/rozp_edseks.pdf
www.grzenda.pl/antykoncepcja/phpBB2/viewtopic.php?t=6400"
http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/ks._kowalczyk_sj:_milo_wspominam_klapsy_ks._kowalczyk_sj:_milo_wspominam_klapsy__19385
http://wyborcza.pl/1,90914,11140544,Nonszalancja_Marii_Czubaszek.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120224&typ=wi&id=wi03.txt
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1019379,title,Prezerwatywa-na-marchewce-oburzyla-rodzicow,wid,14285277,wiadomosc.html?ticaid=1dff0

Dzieci jako ofiary krzywdzenia, Raport z badań FDN, ISNS UW, Warszawa 1998
Jaka jesteś rodzino?, Komunikat z badań. CBOS. Warszawa 1994
Pacewicz A. O nadużyciach seksualnych wobec dzieci. Instytut Psychologii Zdrowia i Trzeźwości. Warszawa 1993.

czwartek, 16 lutego 2012

Domowe narodziny

Notka miała być poświęcona wychowywaniu dzieci w zgodzie z Pismem Świętym, ale tymczasem wpadła mi w ręce książka "Domowe narodziny. Fanaberia szaleńców czy powrót do normalności?" autorstwa Ewy Janiuk i Emilii Lichtenberg-Kokoszki, wydana przez Oficynę Wydawniczą Impuls, i podziałała jak magdalenka na Marcela:


To kolejna książka dostępna na polskim rynku poruszająca temat porodu domowego z perspektywy par (czy raczej powinnam napisać: małżeństw) spodziewających się dziecka, decydujących się na poród domowy i dzielących się swoim unikalnym doświadczeniem z innymi. Klasyczną pozycją tego gatunku jest "Poród w domu" Ireny Chołuj, książka jest dostępna wirtualnie tutaj.
Tyle formalnie i opisowo, teraz przejdziemy do części osobistej i retrospektywnej.

marzec-maj 2009

Jestem w połowie drugiej ciąży, wczytuję się w książki Sheili Kitzinger i Michela Odenta. Chcę kolejne dziecko  urodzić w domu, jest to silne, biologiczne niemal pragnienie. Stary ma wątpliwości, rozmawiamy, analizujemy, wreszcie Stary mówi "rodzimy w domu, mam do ciebie zaufanie". To fajnie, bo ja mam zaufanie do niego.
Mam już jedno dziecko urodzone siłami natury, brak obciążeń wywiadu, obecna ciąża jest podręcznikowa. Wyszukuję numery do lokalnych położnych przyjmujących porody w domu. To trudny wybór, oglądam z uwagą profile i zdjęcia, próbuję wyczuć, czy mogłybyśmy nadawać na podobnych falach. Decyduję się w końcu na Joannę.

Dzwonię na służbowy numer Joanny. Rozmowa przebiega ciepło. Opowiadam o pierwszym porodzie, Joanna sprawdza swój grafik: październik jest wolny, może się umówić ze mną na spotkanie i porozmawiać o przyjęciu naszego dziecka. Rozmawiamy o odległości od najbliższego szpitala, warunkach domowych, ustalamy termin wspólnej kawy.
Na końcu Joanna pyta:
- "to co, jesteśmy umówione czy chcesz coś jeszcze od siebie powiedzieć?"
- "w zasadzie wszystkie ważne rzeczy już ci przekazałam, mogę jeszcze dodać, że czekaliśmy na ciążę cztery lata, bardzo wyczekujemy naszego dziecka. Na szczęście pierwsze in vitro się udało".
Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza. W końcu Joanna decyduje się upewnić:
- "mówimy o ciąży z in vitro?
- "tak" odpowiadam
- "wobec tego poród domowy jest wykluczony, nie podejmę się tego"
Czuję supeł w gardle, potrzebuję chwili, aby się pozbierać.
- "dlaczego to ma coś zmienić?" pytam
- "przyjmowałam w szpitalu wiele porodów, dzieci z in vitro zachowują się dziwnie", odpowiada Joanna stanowczym głosem, po czym żegna się i odkłada słuchawkę.
Stoję jak idiotka przy oknie tarasowym, patrzę na ogródek i nie umiem ogarnąć tego, co się przed chwilą wydarzyło. Dzwonię do Starego i krzyczę "kiedy to się skończy?! Czy podczas bilansu pięciolatka w przychodni także usłyszę, że in vitro wszystko zmienia?!". Stary jest zdenerwowany, mówi, że wróci wcześniej z pracy. Wieczorem analizujemy sytuację, Stary decyduje,  że nie ma co się koncentrować na wydarzeniu incydentalnym, mam dzwonić dalej i nie histeryzować.
Tym razem ignoruję profile i zdjęcia, zaczynam szukać według nowego klucza- z miejsca skreślam wszystkie położne mówiące o pomagającej im Bożej łasce i Dzieciątku Jezus. Drugi raz nie dam rady przejść podobnej sytuacji, muszę się zabezpieczyć psychicznie, bo inaczej nie tylko nie urodzę w domu, ale w ogóle nie dociągnę do terminu porodu.
Wybieram Zuzannę. Wygląda na sensowną, nic nie mówi o swojej duchowości, za to wiele o podziwie dla wiedzy i determinacji par, z którymi pracuje. Brzmi to dobrze, jestem zdeterminowana, wiem dokładnie, czego chcę, z wiedzą też nie najgorzej, podziękować. Dzwonię.

Zuzanna

Rozmowa z Zuzanną zaczyna się ostro. "To Wy macie mnie przekonać, że chcecie rodzić w domu", mówi. Wchodzę w to, podoba mi się jej konkretne podejście. Rozmawiamy kilkanaście minut, ja także stawiam sprawę jasno: nie chcę żadnych komentarzy odnośnie niepłodności i stanu mojej ciąży, które nie będą wynikały z obiektywnych przesłanek medycznych. Zuzanna mówi w końcu "przyjedźcie, pogadamy".

Tydzień później odwiedzamy Zuzannę w jej gabinecie.
Jest miło, delfiny śpiewają, błękitne ściany koją. Zuzanna zaczyna od poinformowania nas, że źle Joannę odebraliśmy. To fachowa, fantastyczna położna, współpracują w jednej ekipie. Żadnych uprzedzeń. Po prostu została zaskoczona.
Już po kilku minutach rozmowy z Zuzanną staje się jasne, że celem naszego spotkania nie jest rozpoczęcie przygotowań do porodu domowego, a odwiedzenie nas od tej myśli.
Bo czy ja naprawdę jestem pewna, że chcę rodzić w domu? Tak, jestem. A może mam poszpitalną traumę? Nie, nie mam. I nie boję się zaryzykować zdrowia tak wyczekanego dziecka? Nie uważam porodu domowego w ciąży przebiegającej fizjologicznie za ryzyko. Oboje z mężem jesteśmy przekonani do tej formy, o ile tylko ciąża będzie dalej przebiegać tak książkowo, jak dotychczas. Jeśli wyniki się pogorszą, pojawią się jakiekolwiek przesłanki do porodu szpitalnego to nie będziemy z nimi dyskutować.

Wykładam swoją dokumentację i relacjonuję: nigdy nie przechodziłam sztucznej menopauzy w związku z leczeniem niepłodności, nie miałam żadnych zabiegów w obrębie jamy brzusznej. Brak zrostów, brak osłabienia szyjki macicy, wiek modelowy. Wyniki hormonów ciążowych od początku prawidłowe, suplementacja progesteronem symboliczna i zakończona w 12 tc. Żadnych skurczów, plamień ani stanów nietypowych dla ciąży fizjologicznej, poprzedni poród bez powikłań, zakończony sn.
Dodaję, że twardo stąpamy z mężem po ziemi i przyjmiemy każdy kontrargument, o ile będzie mieć oparcie w faktach. Argument "dzieci z in vitro zachowują się podczas porodu dziwnie" jest niepoważny i jako takiego nie bierzemy go pod uwagę. Po prostu.
aAe nikt mnie nie pyta o wywiad ciążowy, moje wyniki leżą nietknięte na biurku.

 Zuzannę mój słowotok chwilowo studzi, więc decyduje się na wyciągnięcie ostatecznej armaty:
"słuchajcie, od razu zaznaczę, że nie jestem uprzedzona ani do metody in vitro, ani do was. Chodzi o obiektywne względy medyczne i Joannie również o nie chodziło. Przy in vitro często są transferowane dwa zarodki i nawet jeśli ciąża finalnie jest pojedyncza to mogą powstać dwa łożyska. To wielkie ryzyko podczas porodu domowego, łożysko może się nie urodzić w całości, pojawia się krwotok. Nie narażę twojego życia i zdrowia. Gdyby nie to nie byłoby problemu z tym, że to ciąża z in vitro, moglibyśmy rodzić w domu".

Wychodzimy. Stary mówi "skoro tak to faktycznie trzeba zmienić plany". Ja też jestem zdruzgotana- świadomość świadomością, pragnienia pragnieniami, ale z medycyną konwencjonalną od dawna się nie kłócę. Zawarliśmy rozejm.
Jednak po przyjściu do domu nie mogę zasnąć, coś mi nie gra, wstaję w nocy i  wyciągam swoją dokumentację, porównuję wyniki badania betaHCG i zastanawiam się nad wartościami hormonu. Rano wczytuję się w literaturę fachową, aby potwierdzić wątpliwości.
W końcu dzwonię do znajomych lekarzy zajmujących się leczeniem niepłodności. Referuję sprawę. Sondują ostrożnie źródło tych informacji: czy sama wpadłam na koncepcję podwójnych łożysk czy ktoś mi ją podsunął? Odpowiadam, że położna. Lekarze oddychają z ulgą, jeden wali prosto z mostu "myślałem, że na głowę ci od tej ciąży padło", drugi jest bardziej oględny:  "jest Pani od początku w ciąży pojedynczej, pierwsze USG robiłem w piątym tygodniu ciąży, był jeden pęcherzyk, nawet nie miało się co absorbować. Gdzie podwójne łożysko, litości, ono się wykształca w dwunastym tygodniu ciąży, a u Pani drugi zarodek nie dotrwał nawet do implantacji".

Hint: czy warto rodzić z położną, która nie jest pewna, w którym tygodniu ciąży wykształca się łożysko i jak przebiega fizjologia rozrodu wspomaganego?

No ale idziemy dalej, euforia powraca, rozdzwaniają się dzwony na poród domowy. Piszę triumfalnego maila do Zuzanny: mogę ją uspokoić, nie ma mowy o żadnych podwójnych łożyskach. Załączam wyniki badań i opinię lekarską, ciąża przebiega książkowo, lekarze mnie wstępnie kwalifikują do porodu pozaszpitalnego.

Zuzanna odpowiada, że to świetnie, ale jest inny problem. Skoro starałam się o ciążę kilka lat to na pewno suplementowałam się pochodnymi progesteronu, przecież sama o tym wspomniałam, tak? Tak. No więc niestety to mnie dyskwalifikuje. Ciąże suplementowane progesteronem mają tendencje do "wzmożonego przytwierdzania się łożyska do macicy, co podnosi ryzyko krwotoku poporodowego". A to jest bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu.

To ten moment, w którym pierwszy raz mówię "kurwa żesz mać". Na razie jeszcze do siebie. Połowa, jeśli nie więcej, ciężarnych i płodnych trzydziestolatek w tym kraju żre duphaston na potęgę, dokłada luteiną i no-spą, a nikt ich nie dyskwalifikuje z porodu domowego.
Mojemu lekarzowi prowadzącemu kończy się poczucie humoru i stwierdza "kolejna bzdurna teoria, masz sobie tym głowy nie zaprzątać. Lepiej znajdź inną położną, bo ta szuka pretekstu, aby nie przyjąć twojego porodu".
Myślę sobie jednak, że Tomasz myli się w ocenie ludzi. Jest uprzedzony. Ludźmi kierują dobro, puszyste jednorożce i różowe kocięta. Poza tym nie ma w mieście innej położnej przyjmującej domowe porody. Ostatnia, która została na liście, bierze udział w marszach w obronie życia poczętego, nawet nie chcę do niej dzwonić i usłyszeć trzasku rzucanej słuchawki.
Niemniej Tomasz ma bogów w sercu i sporą słabość do mnie i męża, więc wystawia mi kolejne zaświadczenie, że ciąża jest najzupełniej prawidłowa, podobnie jak łożysko, pępowina, poziom wód i co jeszcze.

----
Na razie stop reminiscencjom. Siedzę sobie przed komputerem trzy lata po tej beznadziejnej bitwie i stwierdzam, że to nadal ten sam emocjonalny kanał, choć tysiące razy analizowałam temat, czytałam kolejne relacje i książki o porodach domowych. Z czasem z coraz większą podejrzliwością wobec prostoty opowieści oraz deklaracji. Ta prostota jest warunkowa. Jak się dużo później okaże można mieć na koncie cesarskie cięcie, wieloletnią niepłodność (ale nie in vitro, o nie Cthulhu, o nie) i łyżeczkowania jamy macicy, a kwalifikacja do porodu domowego będzie.

---

Zuzanna jest asertywna. Tak, ciąża rozwija się prawidłowo, żadnej cukrzycy, zakażeń układu moczowego, zaświadczenia od lekarzy są, jednak Zuzanna musi postawić sprawę jasno: nie przyjmie naszego porodu domowego.
Nie jest to zależne od niej, naprawdę jest pełna podziwu dla naszej postawy, dojrzałości i świadomej decyzji, jakby mogła to nieba by przychyliła, ale tutaj, o, są zasady kwalifikacji do porodu domowego, proszę bardzo:



ZASADY KWALIFIKACJI DO PORODU POZASZPITALNEGO







1/ PRZECIWWSKAZANIA BEZWZGLĘDNE DO PORODU POZASZPITALNEGO

•- GDM1, GDM2

•- PIH

•- cholestaza ciężarnych

•- stan po leczeniu niepłodności (obecna ciąża w wyniku terapii hormonalnej, zapłodnienia pozaustrojowego)

•- choroby przewlekłe

•- choroby i wady serca

•- astma oskrzelowa

•- infekcja dróg moczowych ( potwierdzona posiewem moczu) w III trymestrze ciąży

•- infekcja w organizmie z gorączką potwierdzona badaniami laboratoryjnymi (CRP, morfologia z rozmazem) w III trymestrze ciąży

•- nawracające, liczne infekcje w przebiegu ciąży

•- niedoczynność lub nadczynność tarczycy leczona farmakologicznie

•- czynna depresja lub inne choroby psychiczne
•- uzależnienia (narkotyki , alkohol, papierosy w ciąży)

•- HCV (+)

•- HIV (+)

•- WR (+)

•- CMV IgM (+)

•- Toxoplazmoza IgM (+)

•- HBS (+)

•- położenie miednicowe płodu

•- położenie poprzeczne i/lub skośne płodu

•- ciąża mnoga

•- poród przed ukończeniem 37 tyg. ciąży

•- poród po ukończeniu 42 tyg. ciąży

•- nieprawidłowa lokalizacja łożyska

•- hypotrofia płodu

•- makrosomia płodu

•- małowodzie (AFI poniżej 5)

•- wielowodzie (AFI powyżej 20)

•- nieprawidłowe przepływy w badaniu USG

•- nieprawidłowa budowa miednicy kostnej ciężarnej

•- głęboka niedokrwistość ciężarnej

•- małopłytkowość (PLT poniżej 130 tys.)

•- nieprawidłowe zapisy KTG

- stan po cięciu cesarskim


Czy widzę punkt "ciąża po leczeniu niepłodności"? Widzę. Więc właśnie.
Standardy nie są wprawdzie oficjalne, ale muszę zrozumieć: w sytuacji, w której tak wiele kobiet walczy o poród domowy, a położne muszą dokładać wszelkich starań, aby zachować ostrożność, byłoby z mojej strony nieodpowiedzialne namawiać do złamania tych standardów. Nie mogę sabotować pracy tylu ludzi. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne oferuje mi możliwość wyboru cesarskiego cięcia, czy nie daje mi to do myślenia? Czy uważam się za mądrzejszą od PTG? I czy muszę to wszystko tak utrudniać?
Ale paręnaście tygodni od naszej pierwszej rozmowy mam PubMed w ulubionych i znam abstrakty większości badań dotyczących porodów dzieci poczętych in vitro. Wytyczne PTG również. Jestem pacjentką-koszmarem. Mam spłaszczone pośladki od ślęczenia nad stanowiskiem PTG, a za sobą rozwikłaną tajemnicę frazy "ciąża specjalnej troski".
Dzielę się tą radosną wiadomością z Zuzanną:
termin "ciąża specjalnej troski" odnosi się do ciąż mnogich i/lub zagrożonych położniczo nie z powodu poddania się IVF, a z powodu przyczyn, które w konsekwencji doprowadziły do niemożności poczęcia naturalnego. Będą to zrosty w obrębie jajowodów i macicy, wady anatomiczne, zaburzenia pracy organizmu, które uniemożliwiają spontaniczne zajście w ciążę. Samo zapłodnienie in vitro nie jest bezpośrednim powodem ani niskiej wagi urodzeniowej, ani porodu przedwczesnego.




Moja ciąża przebiega nudno i najzupełniej fizjologicznie, więc uważam, że mam prawo do oceny uczciwej- standardowej kwalifikacji, przejścia przez wszystkie oka sita i potraktowania mnie jak każdej innej pacjentki.
Nie fiksuję się na rodzeniu w domu, Zuzanna może być spokojna- jeśli odpadnę z powodu gestozy, złej krzepliwości krwi, niewspółmierności, whatever- nie ma problemu, próbowałam, nie wyszło, finalnie liczy się bezpieczeństwo zycia i zdrowia.
Na koniec dodaję, że w kraju porodów naturalnych, Holandii, nikt nie stawia ograniczeń kobietom niepłodnym, liczy się stan ciąży, a nie sposób jej powstania. Podobnie jest w Belgii. W Danii. W USA. W niektórych landach niemieckich. Ciąża naturalna może być powikłana, ciąża po leczeniu niepłodności może być fizjologiczna. To nie miejsce zapłodnienia decyduje o przebiegu porodu.Zuzanna replikuje krótko: rozważcie więc poród domowy bez asysty medycznej, bo żadna z położnych przyjmujących porody w domu do was nie przyjedzie.

Zatyka mnie i na zewnątrz prezentuję płaksiwą służalczość, bo może Zuzanna zmieni zdanie? Tak bardzo się staram, proszę, proszęproszę. A to w końcu od niej zależy wszystko.
Wsobnie myślę jednak, że tylko w Polsce dochodzimy do takiej paranoi i zastraszenia, że aby wejść w dupę rodzimym lekarzom "prodomowym", należy sprzedać niepoprawne politycznie grupy i dołożyć do standardów nadgorliwie "niepłodność".
Bo tak się składa, że najaktywniejsi lekarze "prodomowi" to jednocześnie stali bywalcy konferencji w Episkopacie Polski i piewcy naturalnych metod planowania rodziny.
Tego jednak Zuzanna już nie słyszy, zaś standardy holenderskie i belgijskie ucina w zarodku: w Polsce jest inaczej. Najpierw musimy wywalczyć porody domowe, potem będziemy się zastanawiać.
I tak po raz nie wiem który w życiu drepczę posłusznie do kolejki, która ma czekać na lepsze czasy.


Wrzesień- Październik

Ostatecznie problem rozwiązuje samo dziecko. Cześć mu za to i chwała, bo na ostatnich nogach przed porodem mój stan psychiczny przypomina Nagasaki dziewiątego sierpnia, rok 1945, godzina 11.04.
Syn wyraża swój stosunek do sytuacji dobitnie i bez ogródek, niespodziewanie odwraca się tyłkiem do życzliwego mu świata zewnętrznego i układa poprzecznie w macicy. Wreszcie pojawia się bezwzględne przeciwwskazanie do rodzenia w domu, alleluja i fanfary.
Podejmuję próbę obrotu poprzecznego na główkę, próba jest nieudana, dostaję skierowanie na planowe cesarskie cięcie. Noc przed zabiegiem spędzam oglądając House'a na laptopie, rano rodzi się nasz syn, waży 3880 gramów i dostaje 10 punktów Apgar.

*

Teraz zaś trzymam w ręku kolejną książkę sławiącą zalety porodów domowych. Uduchowioną, mówiącą o szacunku, zawierającą wszystkie te piękne słowa, które robiły- i wciąż robią- na mnie takie wrażenie.
Oddaję głos Irenie Chołuj:

Coraz więcej kobiet wybierających szpital chce tam rodzić naturalnie, nie chcą być "leczone z powodu rodzenia". Jednak rzadko która ma na tyle odwagi, a czasem koniecznej desperacji, by o tym powiedzieć w momencie, gdy lekarz lub położna podejmują za nią decyzję: jak, kiedy i w jakiej pozycji ma rodzić. Rodzące słyszą, że lepiej jest słuchać personelu, bo to oni wiedzą lepiej, co im teraz potrzeba i nie pytają o zgodę na różne działania medyczne ingerujące w naturalny przebieg ich porodu. Kobiety najczęściej tracą wtedy poczucie niezależności, samostanowienia o sobie, bez sprzeciwu poddają się wszystkim nakazom, stają się bezwolnym przedmiotem działań gospodarzy miejsca, do którego zgłosiły się dobrowolnie.

Bardzo trafne uwagi. W książce "Domowe narodziny" jest tych trafności więcej. Ale są także wypowiedzi stawiające przywołane Zasady Kwalifikacji do Porodu Pozaszpitalnego w świetle co najmniej niejednoznacznym.
Liczne poronienia, po których jednak rodząca otrzymuje kwalifikację do rodzenia w domu. Zaawansowana depresja ciążowa, ale rodzimy w domu. Ośmioletnie leczenie niepłodności (ale nie metodą ivf, apage satana!) zakończone porodem domowym. Wcześniejsze rozwiązania ciąży cesarskim cięciem. Łyżeczkowania macicy. Zwężenia zastawki mitralnej i szereg chorób przewlekłych. Rodzą się "domowe" dzieci, porody przebiegają książkowo, na końcu wyrazy wdzięczności do położnej, współmałżonka, bardzo często do wyższych instancji.
No ale nie jest to jednak zapłodnienie in vitro ani bezbożna inseminacja. Prawda jest w nas, można czerpać z tego faktu poczucie potęgi i moralnej siły. Oddaję głos jednej z bohaterek "Domowych Narodzin", 37letniej pierworódce (bezwzględne przeciwskazanie do rodzenia w domu wg rozporządzenia Ministra Zdrowia):

Nie jest to łatwy czas, aby być kobietą, kiedy seks traktuje się jak usługę towarzyską pomiędzy jednym drinkiem, a drugim, kiedy człowiek poczyna się na szkle w laboratorium, a nie w sacrum własnego ciała, kiedy matka to partner A, a ojciec to partner B, by nie obrażać uczuć A i A, kiedy eutanazja zaczyna być prawnie usankcjonowanym polowaniem na bezużytecznych i nieproduktywnych, a rodzenie w domu do taki niezrozumiały kaprys.
Nie jest to łatwy czas, aby być położną. Dlatego dziękujemu Ewie, a także wielu rodzicom, którzy z potrzeby serca i ducha usiłują rodzicielstwu przywrócić jego naturalny sens.

I wszystko jasne, systematyka patologii układa się w logiczną całość. Naturalny sens rodzicielstwa nie jest dostępny lesbom, aborcjonistom poczynającym w szkle, konkubinatom gżącym się po kątach  i ludziom z epizodem bujnej młodości seksualnej. No pasaran, do rodzicielskiego edenu wydolności wychowawczej i ludzkiej odpowiedzialności nie wejdziecie.
Mam w związku z tym sugestię, aby autorka cytatu przechowała Jej Świątobliwą Moralność w jedynym godnym jej  miejscu, to jest w sacrum własnego anusa.

Jako wytrwała czytelniczka for poświęconych rodzeniu w domu wiem, że obchodzenie bezwzględnej dyskwalifikacji nie stanowi większego problemu. To kwestia determinacji pary, siły jej argumentacji i indywidualnej decyzji samej położnej. Zasady kwalifikacji do porodu pozaszpitalnego precyzuje rozporządzenie Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw Nr 187 z dn. 7.10.2010 poz. 1259i wynika z niego jasno, że większość pań opisanych w przywoływanej książce powinna rodzić w szpitalu. W tym pani od eutanazji nieproduktywnych (czy pieprzenie od rzeczy podlega pod definicję nieproduktywności?).


W naszym przypadku argumentacja medyczna i osobista nie wystarczyły. Nie przyniosły też rezultatu u mojej znajomej, która w drugą ciążę zaszła w wyniku inseminacji z powodu bariery śluzu szyjkowego.
Naturalnie- cóż są te dwa przypadki w skali ogólnopolskiej? Promilem.
Piękno domowego porodu i dupochron osób zajmujących się przyjmowaniem domowych porodów zostały ocalone, nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Profesor Chazan może spać spokojnie, nie ma niesubordynacji w szeregach położniczych, kwalifikacje otrzymują ci, którzy na nie moralnie zasługują.


Kwalifikacja do porodu pozaszpitalnego i każdego innego  powinna być prowadzona w sposób rzetelny i transparentny, bez podpierania się żenującymi argumentami o podwójnych łożyskach i dziwnych zachowaniach noworodków. Bez patetycznych odezw o solidarność z innymi rodzącymi, którym nasza własna determinacja może w bliżej nieokreślony sposób zaszkodzić.
Tymczasem zdyskwalifikowanym nie mówi się wprost "nie", a utwierdza się w przekonaniu, iż WSPÓLNIE z położną podjęli jedyną właściwą decyzję opartą o przesłanki racjonalne.
Ilekroć próbowałam mówić o naszym doświadczeniu słyszałam dwie odpowiedzi:

1. jestem uprzedzona, bo byłam nie dość dobra i przekonująca, aby zjednać do siebie położne. Przemawia przeze mnie osobista gorycz z powodu porażki (nie, kuźwa, przez ostatni trymestr ciąży ćwierkałam jak ptaszę niebożę, bo przecież nikt mnie nie upokarzał kontrargumentami z dupy branymi. Swoją drogą to ciekawe, jak wielkie emo z powodu poniżania kobiet na porodówkach szpitalnych zmienia się w racjonalne tłumaczenie kobiecie, że jest winna, bo zachciało się Zosi domowych gruszeczek);

2. tak czy inaczej powinnam siedzieć cicho, bo pozycja porodów domowych w Polsce jest wciąż tak niepewna, że każdy głos krytyki jest argumentem dla negatywnie nastawionego środowiska lekarskiego. Czy nie mogę po prostu zacisnąć zębów i przestać się zachowywać jak pies ogrodnika? (nie).

Rodzenie po ludzku to nie tylko zadbanie o brzoskwiniowe ściany na porodówce i wklejenie na stronie internetowej treści Deklaracji z Aachen, to też uznanie porodu za wydarzenie egzystencjalne i immanentnie dotyczące kobiety, o czym piszą w zasadzie wszyscy piewcy rodzenia po ludzku. Większość z nich ma jednak opory przed zrozumieniem, że ta szczelina istnienia nie jest warunkowa i nie zależy ani od tego, jakiej płci jest nasz partner, ani od tego, w którym miejscu plemnik spotkał się z jajem.
Tak dużo słów o Bogu, misterium, doświadczeniu przenikającym, podmiotowości, a jednak cały czas tak trudno uwierzyć, że dyskryminacja odnosi się także do innych grup społecznych niż chrześcijanie w Afganistanie i Kaszmirze oraz pacjentki taśmowych porodówek.

W kagańcu trzymała mnie od trzech lat nadzieja, że może jednak trzecią ciążę- o ile ta będzie- urodzę w domu, a wobec tego wysoce nieostrożnie byłoby palić za sobą mosty. Prawdę mówiąc jednak, wysoki sądzie, mam to obecnie w dupie. Łgarstwo, że kolejne dziecko poczęło się naturalnie, a bliznę po cesarskim cięciu wykonałam sobie sama maszynką do golenia, ma kwantowe prawdopodobieństwo skuteczności. Ale nic to, może kiedyś wyemigruję do Holandii, albo do USA, voila:



Ten bobas nazywa się Margaux i urodził się pięć dni temu w swoim domu. Jego rodzice przeszli przez dwie nieudane próby IVF, trzecia okazała się szczęśliwa.
Wszystkiego dobrego w życiu, Margaux.


wtorek, 24 stycznia 2012

notka gościnna: "non possumus. Perspektywa ojca dziecka urodzonego dzięki in vitro"

z okazji dzisiejszego wysłuchania obywatelskiego w Sejmie, zatytułowanego "dzieci in vitro w debacie publicznej" udostępniam poniżej treść wystąpienia, które wygłosił ojciec dwulatka urodzonego dzięki ivf.




Non possumus. Perspektywa ojca dziecka urodzonego dzięki in vitro.

Szanowni Państwo. Trzy lata temu stała w tym miejscu moja żona będąca wtedy w szóstym tygodniu ciąży i mówiła o tym, co czuła, kiedy nad jej głową przetaczała się bitwa o ustawę dotyczącą zapłodnienia in vitro. Dziś postanowiłem do niej dołączyć, bo sześciotygodniowa ciąża, o której wtedy opowiadała, skończyła w październiku dwa lata i ma na imię Franuś.

Jestem ojcem dziecka urodzonego dzięki in vitro i już w chwili mówienia tych słów mam w sobie wielki sprzeciw wobec takiej etykiety, bo nie spotkałem nigdy ojca mówiącego o swoim dziecku „jestem tatą Jasia poczętego w naszej sypialni, w marcowy wieczór”.
Mojego syna określa wiele zdań i sytuacji. Jest gadatliwym dwulatkiem. Nie lubi bajki o czerwonym kapturku, bo wilk zjada w niej babcię, czemu Franek stanowczo się sprzeciwia. Jego idolem jest starszy brat. Najchętniej zjada zupę pomidorową i placki z jabłkami, codziennie rano budzi mnie oświadczeniem „wstajemy, tatuś”, a potem się do mnie przytula.
Dlaczego więc ten mały, wspaniały człowiek miałby być określany metodą swojego poczęcia? Co ten fakt o nim właściwie mówi? O jego zainteresowaniach, smutkach, radościach, o jego osobowości?
Jednak żyję w kraju, w którym coraz częściej słyszę, że jest niesłychanie ważne, w jaki sposób przyszedł do naszej rodziny. Setki ludzi przyglądają się pod lupą jego godności i wydają werdykt „poczęty niegodnie”. Snują opowieści o pomordowanych braciach i siostrach, nazywają mnie reproduktorem, a mojego syna- dzieckiem zamówionym przy sklepowej ladzie.
Mam więc do wyboru udawać, że tego nie słyszę i jestem ponad te haniebne komentarze, albo powiedzieć publicznie- wierzę, że jako reprezentant wielu polskich ojców- „dosyć!”.

Jestem tu właśnie z tego powodu. Jako rodzic nie jestem winien mojemu synowi nic poza miłością, odpowiedzialnością i zapewnieniem mu bezpieczeństwa. Każdy rodzic może o sobie powiedzieć to samo.
Jednak jako polski rodzic, który musiał przejść długie lata leczenia niepłodności i doświadczyć wielu porażek i bolesnych diagnoz, chcę i muszę dziś powiedzieć Frankowi coś więcej: jestem z nas dumny, byłeś wyczekiwany z największą miłością, zmieniłeś moje życie na lepsze i nigdy nie pozwolę, aby ktoś cię z tego powodu upokorzył swoją ignorancją lub okrucieństwem. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś nigdy nie ucierpiał z powodu mojej choroby, choćbym miał walczyć o to samotnie.
To jest moje „non possumus”, które chcę powiedzieć publicznie i głośno w odpowiedzi na słowa biskupa Pieronka obrażającego nas porównaniem do „realizacji idei Frankensteina”.
To jest mój głos komentujący słowa biskupa Nowaka, który mówi o Tobie, synku, że przyszedłeś na świat w wyniku morderstwa i manipulacji, a Twoje poczęcie było niegodne. Chciałbym też, aby te słowa usłyszała Joanna Bątkiewicz-Brożek pisząca w Gościu Niedzielnym o tym, że do polskich poradni genetycznych zgłaszają się dzieci z in vitro, które umrą w najbliższych latach.
Mam nadzieję, że ta ilość chrześcijańskiej troski o naszą rodzinę i Twoją godność nie popchnie nas kiedyś do decyzji o emigracji, bo taki nadmiar miłości i zainteresowania ze strony miłosiernych rodaków może nam w końcu zaszkodzić.

A ja przecież chciałbym, abyś wychowywał się w swoim kraju i abyś nigdy się nie wstydził tego, że urodziliśmy Cię właśnie tutaj, w Polsce. Chcę, aby polskie prawo chroniło Twoje dobro i godność tak samo, jak obiecuje to każdemu innemu dziecku. Chcę, aby politycy walczący o życie poczęte zainteresowali się wreszcie nienawiścią kierowaną wobec życia już urodzonego.
Jest mi wobec Ciebie wstyd, że moje „non possumus” brzmi dziś samotnie i jest pojedynczym głosem, choć wszyscy politycy i osoby publiczne słyszeli słowa o Frankensteinie, o morderstwach, o porównywaniu in vitro do aborcji i o nieludzkich metodach rozmnażania człowieka. Jednak tak się składa, że dotąd nie dołączyli do mojego „non possumus” i chciałbym dziś usłyszeć od nich, dlaczego tego nie zrobili?
Czy uważają, że dzieci niepłodnych rodziców są pozbawione wrażliwości i emocji? Że należy im się mniejsza ochrona lub zgoła jej brak? Że stanowią własność publiczną, wobec której można posłużyć się dowolnym porównaniem i wypowiedzieć dowolnie okrutne słowa, ponieważ wyższe dobro uzasadnia krzywdę pojedynczego dziecka?
Granice słownej przyzwoitości zostały w Polsce zniesione wobec tematu zapłodnienia in vitro i choroby, jaką jest niepłodność. Dzieje się to za powszechnym przyzwoleniem większości. Wiemy, że nie wolno obrażać uczuć religijnych, uczuć mniejszości narodowych, że agresja słowna jest formą przemocy, a na tę nie ma w debacie publicznej przyzwolenia. Są to prawdy oczywiste.

Chciałbym więc powiedzieć, co w związku z tym czuję, jako człowiek i ojciec: siedem lat temu znalazłem się w niewłaściwym miejscu szeregu statystycznego jako mężczyzna, u którego lekarze zdiagnozowali niepłodność. Nie miałem tego szczęścia, jakie ma sześć par na dziesięć, którym natura, los i ich organizm dają zdrowie. Stanąłem więc w innym miejscu szeregu, obok czterech par z dziesięciu, którym natura, los i ich organizmy postawiły przeszkodę w byciu rodzicami w sposób niewymagający leczenia.
Siedem lat temu smuciło mnie to, wywoływało poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, czułem się niepełnowartościowy. Jednak gdybym się nie znalazł w tym szeregu nie miałbym dziś Ciebie.
Dziś masz dwa lata i okazuje się, że są także inne niesprawiedliwe szeregi statystyczne, inne niż niepłodność. Jednak w odróżnieniu od niepłodności, która jest niezawinioną, losową chorobą i może dotknąć każdego człowieka, nasz obecny szereg stworzyli ludzie i ustawiają w nim naszą rodzinę. Ci sami ludzie często mówią o dobru, szacunku i miłości, protestują głośno przeciwko agresji i nie zgadzają się na słowną przemoc, co nie przeszkadza im stosować tej samej słownej przemocy wobec naszej rodziny.
Pragnąłbym Ci powiedzieć, synku, że spotyka się to ze społecznym sprzeciwem, że wszyscy są oburzeni i będą nam pomagać w obronie naszej rodziny. Że dorośli nie pozwolą na to, aby dosięgły Cię nienawistne słowa, krzywdzące porównania i wygłaszane publicznie kłamstwa o Twoim zdrowiu, przeszłości i przyszłości.
Jednak nie mogę Ci tego powiedzieć, bo wielu ludzi powołanych do tego, aby nas ochraniać i aby przestrzegać zasad szacunku i uczciwości w debacie publicznej, nie chce reagować i woli udawać, że nie widzi tej sytuacji. Część z nich zapewne przyzwyczaiła się do tego, że choć uczuciom religijnym, uczciom mniejszości narodowych, uczuciom rozmaitych grup społecznych szacunek należy się w sposób oczywisty, to w naszym szeregu obowiązują inne prawa, można sobie pozwalać na więcej, a słowną przemoc zawsze da się uzasadnić wyższym celem, wyższym dobrem i wyższą racją.

Gdybym jednak nie wierzył, że nie da się tego zmienić, nie stałbym dziś tutaj, gdzie stoję. Mimo wszystko wierzę, że będziesz dorastał w kraju, w którym prawo będzie skutecznie ochraniało dobro osobiste wszystkich dzieci bez względu na sposób ich poczęcia. W którym żadna choroba nie będzie powodem do szykan, złośliwych komentarzy i łamania zasady przyzwoitości w debacie.
Wierzę, że tym krajem będzie kiedyś Polska.
Wierzę w to, Synku.








piątek, 9 grudnia 2011

świadomość psuje imprezę


Pierwszym obiektem, który rzucił mi się w oczy na izbie przyjęć stołecznego szpitala okulistycznego, był drewniany krzyż. Ale pomyślałam sobie, że ulegam wizualnej nadwrażliwości, w końcu w najbliższym otoczeniu znajdował się także automat z kawą i batonami, dalej ławeczki oblegane przez pacjentów, w końcu tablice dydaktyczne z precyzyjnymi rysunkami ludzkiego oka, w tym zdjęcia z zabiegów usuwania zaćmy. (niestety obejrzałam Psa Andaluzyjskiego, tę traumę zabiorę ze sobą do grobu)
Parę godzin później położyłam się na nieskalanie białym łóżku, nad którym wisiał kolejny krzyż.
W ramę okienną ktoś wsunął święty obrazek z aniołem stróżem, dwie sale dalej huczała "Koronka do Bożego miłosierdzia" nadawana w paśmie 89.0 UKF.

Następnego dnia był piątek.
Tu krótka dygresja: obiadowym daniem w czwartek była świńska wątroba, do tego mokra marchewka, z której ktoś mozolnie usunął wszelkie potencjalne witaminy w długotrwałym procesie rozgotowania. Kolację stanowiła pasztetowa w asyście dwóch kromek chleba. Bez masła.
Pomyślałam, że to jakaś żena, mega żena. Błąd. Po prostu nie znałam wówczas jeszcze żywieniowych standardów oddziału neurologii, ale o tym potem.
Tak czy inaczej w piątek szpitalny wózek przywiózł mi mintaja w postaci pasty (nazywała się "filetem rybnym"), a jadłospis oznajmił ołówkowym dopiskiem "piątek- dzień postny".
Chwilę trwało, zanim skojarzyłam, dlaczego dzień postny i o co chodzi.
Potem spędziłam parę dni w domu i najadłam się szynki, szarlotki i innych tam, więc uraz zaczął mi mijać. Ale w następny czwartek zameldowałam się na przywołanej już neurologii i Standard Wyżywienia Placówki Publicznej powitał mnie ponownie piątkowym dniem postnym (morszczuk gotowany, ser biały na śniadanie, dwie połówki jajka na kolację) oraz krzyżami na a) izbie przyjęć b) oddziale c) każdej indywidualnej sali.
Święty obrazek tym razem był wetknięty za szybę okienną, i był to św. Dominik Savio. W gabinecie zabiegowym uśmiechała się natomiast święta Rita.

Tak w ogóle nie przepadam za spożywaniem padliny, nie jestem też szczególnie wrogo nastawiona wobec świętych obrazków. Niemniej moje krytyczne uwagi związane z proponowaniem wyżywienia według reguł prawa kanonicznego, w placówce publicznej, napotkały na takie oto komentarze:


czemu ten postny dzień komuś przeszkadza. Czy gdyby kluski z serem były w środę, a nie w piątek to by było ok?

Coraz częściej spotykam się z tym, że respektowane są prawa wegetarian i w wielu miejscach (szpitalach, na konferencjach, w niektórych przedszkolach) można zamówić posiłki wegetariańskie, więc jeśli ktoś ma jakieś inne szczególne potrzeby żywieniowe, np. koniecznie mięso w piątek, to może po prostu trzeba to zgłosić?;)


Rozumie Kochana Publisia, w tym kraju mięsożerców z zasmażką i smalochem, zrzucaniem sadła po świętach bezbożnego najedzenia, wszechobecnością parówek i pasztetów w menu szkół, przedszkoli i szpitali, upomnienie się o kotlet w piątek jest  s z c z e g ó l n ą   potrzebą żywieniową. Być może zostanie nawet uwzględnione, jeśli ładnie poproszę. Poinformowano mnie też, że nie powinnam się ciskać o zasadę neutralności światopoglądowej w miejscach publicznych, bo ostatecznie jej złamanie działa na moją korzyść: im mniej mięsa zjem tym lepiej dla mojego żołądka i wątroby. Generalnie zgadzam się (uważam, że słowo "kiełbasa" brzmi gorzej niż "kurwa", nie mówiąc o jedzeniu), ciekawam jednak, czy wszyscy ci piewcy postnego piątku śpiewaliby tak samo, gdyby w szpitalach oferowano im z rozdzielnika jedzenie halal lub koszerne motywując to troską o trzustki pacjentów?

Ale idźmyż dalej. Kilkanaście dni później zostałam zaproszona do rozmowy w mediach. 
Redaktor prowadzący zapytał potwierdzająco "Pani jest katoliczką, prawda?". Odpowiedziałam "jestem ateistką".
Ponieważ redaktor był swoim człowiekiem, skwitował to śmiesznym żartem "no tak, ale nigdy nie wiadomo, kiedy się wpadnie pod samochód".
Nie był to koniec rac dowcipu wystrzelonych tego wieczoru.
Poza redaktorem błyszczał także ojciec Jacek Norkowski, zaproszony do studia dominikanin. Kiedy 22latka urodzona dzięki in vitro zwróciła się do niego w swojej wypowiedzi jednorazowo per "proszę pana", wywołało to natychmiastową i dość agresywną reakcję "proszę do mnie mówić "proszę księdza", to tylko w Polsce są takie dziwne obyczaje, ja bywam w innych krajach, i nie powinno się tak mówić". 
Poza anteną padła też wzmianka o podstawach kultury, niestety dorosłe dziecko z in vitro, zdaniem ojca Norkowskiego, nie opanowało.
Abstrahując od protokołu nakazującego faktycznie zwracać się do księdza per "proszę księdza", przeciętni użytkownicy kultury nie muszą zdawać sobie z istnienia tego protokołu sprawy, stąd nie spotkałam się dotąd w nieoficjalnych wypowiedziach z tytułowaniem imamów szyickich "ich świątobliwością", podobnie jak nie spotkałam się ze zwróceniem uwagi na nieprotokolarną tytulaturę w takim przypadku. 
Wydawałoby się, że grzeczne "proszę pana" powinno wystarczyć w rozmowie nieposiadającej rangi oficjalnej czy dyplomatycznej, otóż nie.
Pikanterii sytuacji dodał fakt, że pani zwracająca się do zakonnika per "proszę pana" wyjaśniała w swojej wypowiedzi właśnie okoliczności, z powodu których księża są dla niej panami, a nie przewodnikami duchowymi: kiedy miała kilka miesięcy jej rodzice zwrócili się do proboszcza z prośbą o udzielenie córce sakramentu chrztu świętego otrzymali odpowiedź, że sakrament nie może zostać udzielony, gdyż dziecko jest urodzone in vitro i jako takie nie posiada duszy.
Zakonnik nie omieszkał podzielić się refleksją, że tego typu opowieści są zazwyczaj przesadzone i nieprawdziwe, co nie zmienia faktu, iż dzieci z in vitro są mordowane, po czym na jednym wydechu zapytał "Karolino, czy chcesz przyjąć chrzest święty?".
Odpowiedziała "szczerze? Nie, nie chcę" i całe szczęście, bo sytuacja była już wystarczająco niezręczna i odczuwałam gwałtowną potrzebę rozejrzenia się za miednicą.
Nikt z obecnych nie zareagował na żaden z tekstów.
Przecież były przezroczyste i niedyskryminujące.


No, ale ostatecznie dowiedziałam się, że stwarzam rozliczne problemy, bo do szpitala ludzie idą się leczyć, a nie modlić, zaś polska historia jest historią wielkiej Polski katolickiej. Kościół natomiast kocha wszystkie swoje dzieci, nawet jeśli początkowo były podejrzewane o brak nieśmiertelnej duszy.
Zyskałam także wiedzę, że życie ateisty jest płaskie i beznadziejne, skoro nie wierzy w życie pozagrobowe. Pytano mnie niejednokrotnie, czy w ogóle uznaję  m o r a l n o ś ć, skoro jestem ateistką. Jak wiadomo, dopóki Mojżesz nie zszedł z góry ludzkość uprawiała kanibalizm, parzyła bez opamiętania i zarzynała toporkami. W krajach bez korzeni judaistycznych i chrześcijańskich przypuszczalnie nadal to robi, skoro buddyści czy krisznaici nie stosują zasad starotestamentalnego dekalogu.
To nie są jednak stwierdzenia biczujące polskich katolików. Wskazują jedynie na to, że żyjemy w kraju o wysokim zagęszczeniu matołów na kilometr kwadratowy, w czym przyjęta przez polski Kościół Katolicki formuła kościoła inkluzywnego wydatnie pomaga.




Żeby zostać katolikiem w Polsce potrzeba dać się zanieść- z fioletowym od gencjany pępkiem i bezzębnymi ustami- do najbliższego kościoła. 
Przez najbliższych kilka lat masz spokój, wklejasz kolorowe obrazki do zeszytu od religii, oglądasz animowane przygody Józefa i jego braci.
Osiągasz ósmy rok życia, zastanawiasz się, czy lepiej zażądać od kasiastych chrzestnych zestawu WII Band Hero, czy bardziej opłacalna będzie wyreżyserowana pokora, lekkie zawahanie, opuszczone oczy "pragnąłbym i-poda, ale to tyle pieniędzy... ucieszę się z różańca".
Od bierzmowania dzieli Cię kilka lat, spędzisz je na lekcjach religii i wysłuchasz pierdół o NPRze (idioci), Niemym Krzyku (robi wrażenie), pedalstwie i lesbijstwie (postanowisz się zgodzić z tezami) i szczęśliwie dobijesz do brzegu przyjęcia Ducha Świętego. 
Zawahasz się, czy przyjąć imię Zdzisława (będzie ubaw, hy hy) czy lepiej poprzestać na cieszącej się dobrą opinią wśród tradycjonalistycznych ciotek Faustynie. Faustyna może dać większe profity rodzinne i społeczne, od razu widać, że traktujesz sprawy wiary poważnie.
Teraz czeka Cię parę, paręnaście lat spokoju. Będzie sporo studenckich popijaw i niezobowiązującego bzykanka, raz w roku kolęda (pamiętaj o formie "proszę księdza" i dyplomatycznych odpowiedziach na pytania proboszcza, nie będzie Cię nękał pierniczeniem o zachowywaniu czystości).
W końcu rodzina zacznie naciskać na rytualną popijawę pod ozdobną planszą "Boże, pobłogosław młodą parę", więc odbębnisz nauki przedmałżeńskie (łatwizna, musisz tylko siedzieć cicho, a podczas spotkania w poradni parafialnej odpowiadać wieloznacznymi "mhm") i  zaciągniesz kredyt na śnieżnobiałą suknię ślubną. Potem przysięga i to już wszystko.
Zanim ponownie przekroczysz bramy kościoła jako główny bohater minie, przy dobrych wiatrach, kilkadziesiąt lat. Będą Ci śpiewać o tym, że anielski orszak przyjmie Twoją duszę, a zgromadzone dzieci i wnuki, którym oczywiście przekażesz tradycyjne katolickie wychowanie, opłaczą Twoją śmierć.


Mogą być też inne scenariusze nieomówione w tej notce. Możesz być buddystą albo protestantem. Możesz zostać też katolikiem ortodoksyjnym, chodzić na marsze w obronie życia, przewodzić ruchowi SoliDeo i codziennie z satysfakcją naciskać bolący ząb swojego fundamentalizmu stwierdzając, że jesteś prześladowany przez świeckie otoczenie. To może być niezwykle twórcza i satysfakcjonująca przygoda, bo otaczać będą Cię ludzie o tym samym nastawieniu i wysokim współczynniku misyjności. Będziecie razem jeździć na spływy, chodzić na pielgrzymki i spotkania modlitewne. Dostaniesz od nich wiele wsparcia, a po czterdziestce napiszesz książkę o homoseksualistach w kościele (kościół nasza matka kocha wszystkich, ale aktywni seksualnie pedzie wypierdalać) albo o przygotowaniu do życia w rodzinie, za którą zapłaci Ci MEN.


Zostały już tylko dwa warianty.
Możesz niestety zostać także katolikiem świadomym. Będziesz mieć przesrane. Będziesz mieć przesrane tak bardzo, że bardziej przesrane będzie mieć już tylko polski ateista.
Podczas rozmów towarzyskich będziesz uchodzić za dziwoląga badającego sobie, a fuj!, śluz płodny i odmawiającego stosowania pigułek antykoncepcyjnych. Jeśli będziesz na tyle głupi i dodasz, że szanujesz prawo innych ludzi do podejmowania indywidualnych wyborów w swoim życiu, ale sam czujesz się zobowiązany do wierności Kościołowi, zaczniesz budzić pewien niepokój, bo nikt nie będzie wiedział, o co Ci właściwie chodzi.
Spocisz się z frustracji, kiedy na spotkaniu przedkomunijnym w klasie Twojego dziecka, inni rodzice zaczną dociekać, czy dzieci NAPRAWDĘ muszą nauczyć się aktów wiary i przynosić karteczki z mszy niedzielnej.
Wyjdziesz na staroświeckiego smutasa, kiedy nie roześmiejesz się po wysłuchaniu opowieści, jak to koleżanka poszła do batmana na dzień przed swoim ślubem i podczas spowiedzi zełgała, że nie współżyje z przyszłym panem młodym, haha.
Zaczniesz omijać serwisy newsowe, bo trudno będzie Ci znieść szarganie symbolu Twojej wiary przez polityków różnych opcji politycznych, którzy wykłócają się o obecność krzyża w sali sejmowej zapominając, że dla niektórych ludzi ten krzyż ma wymiar bardzo intymny, duchowy i prywatny, stanowi wielkie zobowiązanie, a nie tylko wielki przywilej.


Dla kolegów z SoliDeo będziesz nie dość koszerny. Zdradziecko kompromisowy, unurzany w relatywizmie i szarościach. Będą nienawidzić Cię bardziej niż Palikota, bo on przynajmniej nie kala posadzki ich kościołów, ty zaś tam przychodzisz jak do siebie, a przecież nie zasługujesz na miano prawdziwego katolika. Nie chcesz zabijać aborcjonistek ani decydować o kształcie świeckiego prawa. Kto Cię więc opłaca, sługusie rozmydlonej moralności?


Katolicy niepraktykujący, okazjonalni bywalcy mszy świętych, usłużni księgowi nowych przybudówek na plebaniach i zawartości tacy, mają Cię za nieszkodliwego kretyna. Poza sytuacjami, kiedy stajesz się, czas powiedzieć to wprost, upierdliwym psujzabawą, którego należy spacyfikować.
Dlaczego nie chcesz brać czynnego udziału w festynach rodzinnych chrzcin obficie oblewanych alkoholem? Czemu nie chcesz pomóc przekonać kuzynki, ateistki, że powinna ochrzcić dziecko, po to by dać mu wybór? Dlaczego nieustannie pierniczysz o obowiązkach, moralności, uczciwości i innych nieżyciowych wartościach?
Z jakiego powodu odmawiasz nazywania sąsiadki, świadka Jehowy, "kociwiarą" i nie śmiejesz się z żartów stryja Włodzimierza, kiedy opowiada o zakazie pedałowania? 
Jakim prawem przebąkujesz, że przesunięcie krzyża do przestrzeni prywatnej posiada wiele racji, a współczesny apostolat chrześcijański to świadczenie swoją postawą i czynem, a nie obwieszanie się symbolami?
Po prostu brakuje Ci poczucia humoru, ot co.




Pewnego dnia obudzisz się uświadamiając sobie, że w Twoim kraju wszechobecnych krzyży i postnych posiłków w szpitalach nie ma miejsca dla świadomych katolików, a religia totemiczna i obrzędowa nie zamierza się wcale posunąć na ławce, aby zrobić Ci miejsce. 
Ateiści wiedzą to od dawna i świadomość tego stanu rzeczy wcale nie zmniejsza ich poczucia upokorzenia i obywatelskiej krzywdy. 
Twojej także nie zmniejszy.
Po bezmiarze Wielkiej Polski Katolickiej płyną szalupy z wykluczonymi ateistami, wykluczonymi buddystami, protestantami i katolikami, wszyscy żeglują po oceanie bylejakości, która może przydarzyć się każdej większościowej opcji światopoglądowej. To, że w naszym kraju jest to akurat bylejakość katolicka wynika z rozmaitych historycznych przypadków, więc umieranie w jej obronie nie ma większej wartości. Jeśli czyta te słowa na przykład Mariusz Błaszczak albo Jarosław Gowin to mogą głębiej rozważyć tę myśl. Choć pewnie złamie im to życie.


Dwa dni temu dostałam mailem to nagranie:









Tak, nastroje antyklerykalne w społeczeństwie wzrastają, choć- z drugiej strony- ten rodzaj ludowego antyklerykalizmu ma przecież swoje silne, historyczne tradycje. I w niczym nie przeszkadza  kultywowaniu rytuału białych kiecek ślubnych, podrabianiu karteczek do spowiedzi i praniu się po gębach, aby obronić obecność krzyża w sali sejmowej.
Jeśli idzie o mnie to uważam za żenujący fakt, iż jedna trzecia parafian czynnie uczestniczących w życiu swojej parafii nie poczuwa się do łożenia na jej utrzymanie. A może ksiądz żywi się szarańczą i miodem oraz Słowem Bożym? 
Istotnie, wytknięcie im tego jest bardzo grubym nietaktem. Proboszcz stanowczo powinien dorabiać nocą na zmywaku, aby odciążyć swoich dwóch tysięcy siedmiuset parafian z ich zobowiązań, które przyjęli dobrowolnie, i które potwierdzają każdorazową obecnością na mszy świętej.
Ten parciany, chamski antyklerykalizm nie jest żadnym osiągnięciem cywilizacyjnym, jest jednym z niezliczonych odbić mechanizmu podłożenia świni sąsiadowi, bo jeździ oplem, a my tylko polonezem.
Czczenie go może oznaczać co najwyżej, że jesteśmy tacy sami.


Teraz będę życzyć Wam wesołych świąt i wesołej chanuki, a także wesołego indyka lub braku choinki. W zależności od tego, co planujecie robić w drugiej połowie grudnia.
Niech się nam szalupy nie zatapiają niezależnie od tego, czy wierzymy w Boże Narodzenie czy tylko w narodzenie. Nie okładajmy też wiosłami załóg innych szalup, mają tak samo przerąbane jak my.











poniedziałek, 7 listopada 2011

aborcja = in vitro

To było gdzieś kole grudnia, na miesiąc przed rozpoczęciem codziennego kłucia brzucha penami hormonalnymi, które miały wystymulować moje jajniki do wytężonej pracy przed punkcją i zapłodnieniem in vitro. Jechałam taksówką do knajpy, gdy zadzwonił telefon- dzwoniła J., której nie widziałam ze dwa lata. Chciała mi powiedzieć, że jest wieczór, siedzi sama w domu i właśnie wzięła tabletki wczesnoporonne, aby usunąć pięciotygodniową ciążę. Jej starsze dziecko śpi, nikogo nie ma w domu, a ona się boi, co będzie dalej.

W historii J. zatrzymałam się na etapie ślubnej kiecki i faceta, który został ojcem dla jej dziecka z pierwszego związku. Fajny gość, poukładany, byli ze sobą parę lat. Co jakiś czas mówili o wspólnym dziecku, wyglądało to naprawdę dobrze.
Potem J. zaszła w ciążę i okazało się, że facet J. wyobrażał to sobie jednak inaczej. Przede wszystkim to nie on jest w ciąży i naprawdę, niech J. lepiej coś z tym zrobi, bo nie powinna mieć złudzeń, że on z nią zostanie i  będą wspólnie wychowywać dzieci.
W dniu, w którym J. wzięła tabletki facet J. poszedł na nocną imprezkę, życie stwarza wiele pięknych możliwości i w ogóle wszyscy chyba to rozumiemy.

*

Kilka dni temu na jednym z for dedykowanych niepłodnym ktoś wkleił petycję TAK dla kobiet z prośbą o podpisanie.
Wzbudziło to rozliczne reakcje. Jednoznaczne.

straszliwie mnie wkurza pseudofeministyczny bełkot o tym, ze tylko prawo do aborcji daje mi możliwość być wolna i wyzwoloną kobietą... jasne - kobiety na traktory! Ogólnie mam liberalne poglądy... nawet bardzo liberalne, ale uważam, ze taki bełkot robi wielką krzywdę nam kobietom. feminizm powiniem polegać na docenianiu siły i piekna kobiecości w swej naturalnej postaci, a nie sztucznym upodabnianiu jej do męskosci

a dziecko nie miało prawa do życia? A może to jeszcze nie było dziecko, to był embrion, zlepek komórek, takie coś co dopiero miało być dzieckiem. Może więc wcale nie straciłam dziecka w 12tc tylko embrion, coś co mogło być dzieckiem.Masz rację aborcja to bardzo delikatny temat, zwłaszcza na forum o poronieniach. Z jednej strony oburzamy się na lekarzy i położne, które nie potrafią uszanować naszego bólu po poronieniu, że nie rozumieją, że straciliśmy dziecko. Z drugiej strony odczłowieczamy zarodki i twierdzimy, że kobieta ma prawo do aborcji, bo to jej ciało, jej zarodek, a nie nowe samodzielne życie. 

Dla mnie to mord. Przepraszam jeśli używam zbyt mocnych słów -współczuję tym co z gwałtu miały zrodzić swoje dzieci, niechciane, niekochane, ale to DZIECI, maleńkie bezbronne dzidziusie, istoty ludzkie, żywe, czujące. Ja wiedząc że ktoś jest w ciąży, choćby jej nie było widać, mam świadomość że ma w sobie życie, małego dzidziusia, z rękoma, nogami, z oczkami, z buźką, ze wszystkim, jakim prawem ma je mordować, bo życie tego maleństwa to przypadek, trauma dla matki, wspomnienie przemocy...16 letnia koleżanka siostry mojego m też zabiła swoje dziecko, jak się dowiedziałam popłynęły mi po twarzy łzy, zdałam sobie sprawę że świat jest taki zły, że ludzie są źli, a kobiety tracą resztki swojej kobiecości

 Mnie chodzi bardziej o sytuację "tak kobietom" bez względu na wszystko, skoro mają swoje ciało i wiedzą jak są stworzone to moim zdanie powinno się je uczyć przede wszystkim odpowiedzialności za swoje ciało, a nie w razie wpadki -no problem, bo przeciez do 12 tc może sobie zdecydować co z tą wpadką zrobić... Dla mnie to jest nie do przyjęcia! W ogóle nie czytałam petycji, nie zamierzam i nie będę podpisywać. Jak mogę spokojnie rozpatrywać za i przeciw aborcji, skoro moje dziecko nie miało okazji dożyć do odpowiedniego tc i muszę jak wilczyca walczyć o to aby w ogóle było uznane dzieckiem. Abym w ogóle mogła liczyć na jakiekolwiek współczucie, abym miała prawo płakać, wspominać, przeżywać żałobę, aby moja strata była traktowana na równi ze stratami dużo większych dzieci, abym ja była postrzegana jako matka która straciła dziecko, a nie wariatka, histeryczka czy przewrażliwiona dziewczyna....

 Po feminizmie spodziewałabym się uświadamiania kobiet, jaka to ogromna odpowiedzialność. Wpajania dumy, że taką rolę nam wyznaczono i szacunku do siebie, własnego ciała oraz do innych kobiet. Szczególnie w obecnych czasach, które promują życie szybkie, byle jakie, oparte na ulotnej przyjemności.Tak, mówię z punktu widzenia katoliczki, ale mam ten komfort, że pomysł KK na życie kobiety naprawdę mi się podoba. I jestem przekonana, że model proponowany przez KK jest atrakcyjny dla wielu osób, które deklarują się jako niewierzące. Aborcja jest stara jak świat i przyzwyczailiśmy się do jej istnienia, ale obecnie, przy technikach, pozwalających stwierdzić, że życie zaczyna się od poczęcia najwyższy czas zmądrzeć i inaczej kształtować świadomość ludzi. Co do łatwiej dostępnej, refundowanej antykoncepcji - w sytuacji, gdy państwo obcina z dnia na dzień środki na leki niezbędne choćby takim chorym na SM do normalnego funkcjonowania, gdy oszczędza na protezach, workach stomijnych i podstawowych zabiegach rehabilitacyjnych, śmiech pusty mnie ogarnia. Seks jest bardzo ważny w życiu człowieka, ale - umówmy się - bez niego można przez jakiś czas funkcjonować. Zwłaszcza, jeśli jest się w stabilnym związku opartym na miłości (która kobieta o czymś takim nie marzy w pewnym momencie? Ech, no i znowu ten KK ma niezły pomysł na życie, co?) A jeśli ktoś nie może się powstrzymać i musi na okrągło, no to niech to uwzględni w swoim prywatnym budżecie zamiast wyciągać rękę do państwa, które i tak ledwo dycha. I zdycha, bo przyrost naturalny też jest marny. W tej sytuacji państwo, refundujące środki, które mają dalej ten przyrost ograniczać, strzelałoby sobie w stopę.

Dla mnie każda aborcja, to NIE DLA DZIECKA. Dlatego tak bardzo mnie dziwi, że takie incjatywy są popierane przez kobiety, które są niepłodne.


Według powyższych słów i odczuć moich niepłodnych koleżanek powinnam w chwili odebrania telefonu od J. rzucić słuchawką. Jestem niepłodna do kurwy nędzy. Moja macica jest uświęcona comiesięcznym oczekiwaniem na dwukomórkowe życie poczęte, które ułoży się bezpiecznie w endometrium i będziemy żyć długo oraz szczęśliwie. Stanowcze NIE dla morderczyń aborcjonistek, które nie umieją docenić wagi daru sprezentowanego przez los.
Ale ja tak nie pomyślałam wówczas, ani nie myślę obecnie.

*

W układzie słonecznym prokreacyjnego zdrowia kobiet występuje pięć planet.
Pierwsza to planeta dziewczynek przed inicjacją seksualną. Tej planety dotyczą takie zagadnienia jak edukacja seksualna, profilaktyka chorób przenoszonych drogą płciową, szczepienia przeciwko HPV i wiedza  o zabezpieczeniu płodności na przyszłość.
Zanim mała dziewczynka zacznie eksplorować następną planetę powinna otrzymać wiedzę, która zapewni jej bezpieczeństwo na kolejnych etapach życia.
Kolejną planetą jest planeta kobiet aktywnych seksualnie, nie planujących dziecka. Tej grupy dotyczą takie zagadnienia jak edukacja seksualna, regularnie wykonywana cytologia, badania piersi, dostępna antykoncepcja i aborcja.
Trzecią planetą jest planeta kobiet planujących dziecko tu i teraz. Mają prawo do dobrej opieki w czasie ciąży, godnego przeżycia poronienia i do godnego porodu. Mają prawo do sześciu tygodni połogu. Mają prawo do godności, jako matki adopcyjne.
Czwartą planetą jest planeta tych, które chcą dziecko tu i teraz, ale nie mogą go mieć. Mają prawo do dobrego prawa reprodukcyjnego chroniącego ich zdrowie i bezpieczeństwo. Do systemowego leczenia niepłodności metodami zaawansowanymi. Do wyboru sposobu leczenia.
Piąta planeta to planeta kobiet po menopauzie.
Potrzebują dostępności hormonalnej terapii zastępczej, bezpłatnej mammografii, regularnych i ogólnodostępnych badań zdrowotnych.
Kiedy mała dziewczynka przychodzi na świat rozpościera się przed nią wszechświat możliwości. Trzydzieści lat później z własnego wyboru ląduje na jednej z planet i kolonizuje ją ogłaszając, że układ solarny dotyczy tylko tej jednej planety, a mieszkanki pozostałych muszą sobie radzić same, bo ich problemy nie są tak ważne jak jej własne.

*

Rozmawiałam z J. około godziny, mówiła głównie ona. O tym, że nie może mieć tego dziecka. Że je pożegnała. Że napisała do niego list wyjaśniając, dlaczego nie jest w stanie go urodzić. Że nie tak miało być i że to jest jedyne wyjście. Że boi się, że coś pójdzie nie tak i nikt jej nie udzieli pomocy.
Że ciężko jest żegnać swoją ciążę w zupełnej samotności, w cichym domu i w niepewności co do dalszego ciągu.

*

W tym roku odbył się już trzeci Kongres Kobiet cieszący się bardzo dobrą medialną renomą, mający coraz większe znaczenie społeczne i polityczne. W jego ramach odbyły się dwadzieścia dwa panele dyskusyjne. Kwestie zdrowotne były reprezentowane przez jeden panel, w dodatku w wersji bardzo okrojonej i sprowadzonej do tematyki in vitro i edukacji seksualnej.
Z pozostałych dwudziestu jeden paneli dziewięć dotyczyło przedsiębiorczości kobiet, dwa- roli kobiety jako matki, trzy- kultury i edukacji. Pozostałe zagospodarowywały pojedyncze tematy takie jak ustawa o związkach partnerskich czy przemoc wobec kobiet.
Z pewnością wszystkich uraduje informacja, że kolejny, IV Kongres Kobiet będzie poświęcony przedsiębiorczości kobiet, gdyż- tu luźny cytat z osoby decyzyjnej- zdrowie kobiet i tak mieści się w przedsiębiorczości, bo każda przesiębiorcza kobieta jest kobietą i ma zdrowie (kolejkę grogu za błyskotliwość).

*

Kilka miesięcy temu ponownie odwiedziła mnie J. Przyjechała ze swoim malutkim dzieckiem, drugim dzieckiem. Urodzonym w nowym, stabilnym związku z P.
Zdążyłam zjeść pół szarlotki i wypić co najmniej cztery kawy, kiedy J. wróciła do tamtej rozmowy telefonicznej.
Słuchałam jej parę minut, kiedy uświadomiłam sobie, że ona mi się  t ł u m a c z y.
Tłumaczy z tego, że kilka lat temu zdecydowała się przerwać ciążę. Że nie dała rady urodzić tamtego dziecka, że nie była w stanie sobie poradzić, że...
Do cholery, w jakim popieprzonym kraju przyszło nam żyć, skoro kobiety w nim mieszkające czują się zobowiązane do tłumaczenia z tego, że w chwili przeżywania swojego wewnętrznego dramatu sięgają po telefon wybierając numer innej kobiety w nadziei otrzymania zwykłego ludzkiego wsparcia? Czy właśnie nie od tego jestem, aby dać wysłuchanie i zrozumienie drugiej kobiecie, która mnie prosi o pomoc? Czy nie od tego  p o w i n n y ś m y   być wszystkie?


W całej tej bitwie nie chodzi o aborcję ani in vitro, chodzi o to, że uczy się nas, abyśmy miały w dupie los i potrzeby tych, którzy nie doświadczają tego, co my.
Zdrada kobiet jest premiowana i podciąga się pod ją wartości pisane dużymi literami. Tak jakby nie można było wesprzeć i zrozumieć nie akceptując jednocześnie samego działania, ale akceptując prawo do jego wyboru. Wytrwale wspiera się nas w tym przekonaniu od najmłodszych lat dzieląc starannie świat na getta matek, niematek, dziewcząt czy emerytek.
Tymczasem kobietą jest się całe życie, ma się jedną macicę, dwa jajniki, dwie piersi. Co dziesiąta z nas choruje na endometriozę. Co czwarta ma problem z zajściem w ciążę. Niemal wszystkie dorosłe kobiety współżyją. Większość ma dzieci. Kilkadziesiąt tysięcy co roku przerywa ciążę.
Pomiędzy planetami krążą regularne promy, możemy kupować na nie bilety z odkrytymi twarzami, nie musimy  się ukrywać.
Nawet jeśli wielu zależy na tym, abyśmy w to wierzyły i chciały za to umierać.

*

Tytuł tej notki wcale nie jest przewrotny, jest wzięciem na sztandar tego, co Tomasz Terlikowski i jemu podobni starają się zohydzić, czym próbują mnie i inne kobiety upokorzyć. Co próbują uczynić obiektem moich wyjaśnień i ekskjuzów, abym się tłumaczyła, dlaczego nie stoję w jednym rzędzie z aborcjonistkami.
I abym, oczywiście, odcięła się od tego niecnego procederu zaznaczając, że co złego to nie ja.
Ale ja się nie wstydzę tego, że jestem kobietą i że przyjaźnię się z kobietami, które inni nazywają aborcjonistkami, niepłodnymi, wielodzietnymi, bezdzietnymi, katoliczkami i buddystkami. Otóż ja twierdzę, że to po prostu kobiety. Źle się dzieje, kiedy własna choroba lub doświadczenie określają trwale naszą tożsamość, a jeszcze gorzej, kiedy zaczynamy wierzyć w taki przekaz i posługiwać się nim wobec innych kobiet.
Mam nadzieję, że i one nie wstydzą się mnie.
Wzajemnie grzeszymy otwartością  i przyznajemy się do siebie, nawet jeśli nie podobają nam się nasze indywidualne decyzje.
Więc, Panie Tomaszu, niech Panu będzie, że aborcja to in vitro oraz vice versa.

Poza tym bardzo kocham dzieci, oczywiście głównie własne, ale nie tylko. Chętnie dobiłabym do czwórki. Boli mnie, że aborcja się wydarza i boli mnie, że istnieją przyczyny, dla których dalej będzie się wydarzać.
Chciałabym, aby ludzie posiadający dzieci się nie rozwodzili, bo jest to dla dzieci dramat, jako rozwódka wiem o tym dobrze.
I w ogóle świat Frondy mi pasuje, to znaczy ten deklaratywny świat uśmiechniętych dzieci, wielodzietnych rodzin, wspólnego dłubania pierniczków i ozdób na choinkę.
Ale, drogie Frajerki piszące o "sile i pięknie naturalnej kobiecości", o "walczeniu jak wilczyca, aby moje dziecko mogło być nazwane dzieckiem", o "seksie, bez którego można funkcjonować- a jeśli nie to należy uwzględnić to w swoim budżecie, a nie wyciągać rękę do państwa, które ledwo dycha", niestety nie możecie domagać się szacunku do własnych brzuchów, jeśli przy tym pogardzacie cudzymi brzuchami. Nie da się pluć na macicę i udawać, że naszej własnej to nie dotyczy.

Wyrzucanie z układu słonecznego innych stanów zdrowotnych i emocjonalnych niż nasz stan, skutkuje tym, że zawsze reprezentujecie tylko kilka procent stojących za Wami kobiet.
Tymczasem kobiet w Polsce jest dwadzieścia milionów, większość z nich skutecznie daje się podszczuwać na inne kobiety w przekonaniu, że jeśli tylko będą grzeczne to wydepczą dla siebie samych łaskawość ustawodawców, pracodawców, losu, sąsiadów i boga.
Od lat jednak wypracowują jedynie coraz głębsze frajerstwo kończące się samotnością w pustym mieszkaniu, bo daleka znajoma staje się bliższa niż własna matka i siostra, które powinny w trudnej chwili  trzymać za rękę i po prostu być.
Nie będą i nie staną Wami, jeśli Wy nie staniecie za nimi dając im prawo do odczuwania swojego brzucha tak, jak tego pragną, jak potrafią i jak chcą. Nawet jeśli ich spojrzenie jest krańcowo odmienne od Waszego.
Nawet jeśli same stosujecie Naturalne Metody Planowania Rodziny, uważacie aborcję za czyn naganny moralnie, nie podejdziecie do in vitro i wierzycie w sens czystości przedmałżeńskiej.
Jeżeli chcecie uszanowania waszej żałoby po utraconym dziecku uszanujcie również to, że dla innej kobiety jej płód nie jest dzieckiem, po którym będzie przeżywać żałobę.
Ciąża nie jest karą, a macierzyństwo nie jest pokutą. Różnorodność nie jest sodomią i gomorią, świat nie obróci się w proch jeśli przyznacie innym kobietom prawo do decydowania o sobie. To one będą żyć z konsekwencjami swoich wyborów, nie wy. Warto zatem dać im możliwość podjęcia takich wyborów, za które odpowiedzialność udźwigną.


Tak więc jeżeli chcesz mi powiedzieć, że zawartość mojego brzucha jest dobrem narodowym, a zawartości brzuchów innych kobiet powinnam pilnować jak relikwii, chcę ci odpowiedzieć "spierdalaj".
Jeśli chcesz mi powiedzieć, że moja empatia powinna ograniczać się tylko do mieszkanek mojej planety, bo kolonistki innych planet same mają pić piwo, którego nawarzyły, chcę ci powiedzieć "spierdalaj".
Jeśli zaś namawiasz mnie, abym w trosce o własną dupę i interes swojej grupy społecznej zdradzała interesy innych kobiet- chcę Ci powiedzieć "spierdalaj", bo na nic innego nie zasługujesz.

Natomiast księdzu doktorowi habilitowanemu Kieniewiczowi, który na łamach Naszego Dziennika był łaskaw podzielić się głęboką myślą:

Jeśli chodzi o dzieci, które zostały zabite w wyniku aborcji czy in vitro, są zbawione na mocy męczeństwa, ponieważ są ochrzczone w swojej krwi. Podobnie jak Święci Młodziankowie z Betlejem, wyznają one Chrystusa nie ustami, lecz śmiercią.

Chciałam usłużnie podpowiedzieć, że godna rozważenia wydaje mi się także koncepcja ochrzczenia abortowanego płodu pobożnej żydówki, zresztą czemu nie pójdziemy dalej: może wszystkie poronione płody katoliczek są w istocie uświęcane krwawą szahadą w środku macicy i włączane do wspólnoty muzułmańskiej?
Dlaczego właściwie nie rozszerzyć tej tupeciarskiej uzurpacji na inne wyznania?

Żadna instytucja wyznaniowa, publiczna ani prywatna nie ma prawa zawłaszczać tego, co do niej nie należy. W tym brzuchów mężczyzn i kobiet, ich rąk i nóg, abortowanych i poronionych płodów ciężarnych, które nie wyznają ustami ani krwią Chrystusa i nie życzą sobie udostępniania ich ciała dowolnie świętej ideolo spod znaku krzyża, gwiazdy Dawida, półksiężyca i czego sobie jeszcze wujenka zawinszuje.
Jest to kolejny dobry powód, aby powiedzieć "spierdalajcie" wszystkim tym, którzy usiłują to zrobić i jeszcze lepszy, abyśmy, bracia i siostry, nie dawali się robić w konia.