Dziś, w czwartek 22 września 2016 w Sejmie odbędzie się pierwsze czytanie dwóch ważnych projektów. Pierwszym jest obywatelski projekt Ordo Iuris zakazujący aborcji, o którym słyszał już chyba każdy w kraju i poza nim. To własnie ten projekt w kwietniu 2016 roku zgromadził pod sejmem tysiące ludzi na tzw. demonstracji wieszakowej zorganizowanej przez partię Razem:
(źródło: vice.com)
Drugim projektem, który będzie dziś czytany, jest projekt posła Jana Klawitera dotyczący in vitro. Sprzeciw wobec tego projektu również doczekał się manifestacji pod sejmem. Zorganizowało ją Stowarzyszenie NASZ BOCIAN w czerwcu 2016. Możecie poszukać siedmiu tysięcy różnic:
(źródło: wiadomosci.radiozet.pl)
Powiecie, że główna różnica wynika stąd, że prawie każda kobieta ma macicę, a każdy mężczyzna zna przynajmniej jedną kobietę, więc łatwiej się utożsamić z aborcją, niż z in vitro. Oh wait. W porządku, różnica wynika stąd, że projekt antyaborcyjny jest barbarzyński, zaś projekt Klawitera jest barba... Ok, do trzech razy sztuka: różnica najpewniej wynika stąd, że in vitro konotuje się ze społecznym piętnem niepłodności, zaś aborcji nikt się nie wstydzi. Też nie?
Jasne, na poczekaniu sformułowalibyście o wiele trafniejszy indeks różnic. Wiem. Projekt Ordo Iuris zagraża realnie życiu kobiet - zgoda. Projekt Ordo Iuris narusza to, co nauczyliśmy się nazywać kompromisem aborcyjnym- zgoda. Każda kobieta w wieku reprodukcyjnym teoretycznie może się zetknąć z problemem niechcianej ciąży/koniecznością przerwania nawet chcianej ciąży, podczas gdy jedynie niewielki procent zmierzy się z niepłodnością. Również zgoda.
Co jednak poza tym mówi nam zjawisko widoczne na tych zdjęciach?
Matematyka i kredyty
Potraficie liczyć? To świetnie. Prawica w większości też to potrafi. Są zatem dwa fenomeny dotyczące praw reprodukcyjnych, ale tylko jeden z nich wyciąga tysiące ludzi na ulicę. Liczyć potrafi także polski Kościół katolicki, ale jego hierarchów nie interesują akurat ludzie na ulicach, a długi wyborcze zaciągnięte przez polityczną opozycję, zanim stała się partią rządzącą.
Kościół nie wymaga wiele. Chce zrealizowania jedynie dwóch skromnych postulatów: 1. kontroli nad kobiecą rozrodczością oraz 2. kontroli nad kobiecą rozrodczością. Kościół jest tak skromny w swoich oczekiwaniach, że właściwie wystarczy mu spełnienie tylko jednego z nich. I tak się znakomicie składa, że oba projekty ustaw go dotyczą. To zjawisko nosi nawet pewną nazwę:
Ustawodawcze combo
Dwa kluczowe ideologicznie projekty zostają wpisane w harmonogram prac Sejmu w tym samym dniu. Jeden z nich porusza dziesiątki tysięcy ludzi, drugi - nie. Czy wybór jednego terminu czytania jest przypadkowy? Nie sądzę. Sądzę za to, że jednoczesne procedowanie tych dwóch projektów ma w długoterminowym celu skuteczną eliminację metody in vitro. O ile aborcja w proponowanym kształcie nie przejdzie i jednak rząd trochę się przejmuje skalą protestów na ulicach, o tyle in vitro ma szansę stać się jedyną w pełni zrealizowaną zapłatą dla Kościoła.
W jaki sposób uda się wyeliminować procedurę in vitro z polskiego pejzażu?
To proste:
1. Narodowy Program Prokreacji
Poświęciłam mu osobną notkę (klik). Program kosztuje dokładnie tyle samo, co program refundacji in vitro; zawiera w swoich propozycjach eksperymentalną i ryzykowną metodę mrożenia tkanki jajnikowej; zamierza leczyć niepłodność noszeniem luźnych gaci (drugi klik) i nie przewiduje w ogóle stosowania metody in vitro. Program jest typową ideologiczną leguminą: zapycha gęby nie proponując realnej treści i widoków na zaawansowane leczenie.
Konstanty Radziwiłł i jego partyjni znajomi oraz znajome przygotowali jednak w zanadrzu pewnego asa: PiS nie zamierza zakazać metody in vitro, więc stulcie pyski, obywatele. Dalej się możecie leczyć, jeśli już musicie, tyle że za własną kasę. Wielu ludzi uważa to za sprawiedliwy układ.
Serio?
2. Projekt Klawitera
Tu właśnie pojawia się projekt posła Jana Klawitera postulujący:
- zakaz mrożenia zarodków
- zakaz zapłodnienia więcej niż 1 komórki jajowej
- przerwanie afiliacji pomiędzy ojcem i dzieckiem urodzonym dzięki dawstwu heterologicznemu
Co to oznacza dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi rocznie, którzy nie zostaną rodzicami bez pomocy in vitro?
3. Zdrowie kobiet
Nie ma procedury in vitro bez operacyjnej punkcji jajników. Zakaz mrożenia zarodków oznacza, że pobrane w trakcie punkcji komórki muszą zostać zapłodnione od razu i tylko w takiej ilości, która wykluczy powstanie tzw. nadliczbowych zarodków. W praktyce jest to poddanie kobiety operacji, aby pozyskać jedną komórkę jajową i móc ją zapłodnić, resztę komórek należy zniszczyć. To z kolei oznacza, że kobiety podchodzące do in vitro będą musiały wielokrotnie poddawać się inwazyjnej operacji narażając własne zdrowie.
3. Spadek skuteczności
Obecna skuteczność in vitro wynosi 31% (dane z programu MZ) i dotyczy cyklu, w którym można zapłodnić maksymalnie 6 komórek jajowych - transferuje się jeden zarodek, resztę mrozi. Zamrożone zarodki stanowią biologiczny kapitał pary, dzięki któremu nie musi ona podchodzić do kolejnych punkcji. W ten sposób para płaci za jeden zabieg in vitro, może mieć dzięki niemu maksymalnie 6 zarodków i transferować je bezpiecznie w kolejnych cyklach.
Zakaz mrożenia spowoduje spadek skuteczności in vitro do poziomu 3-5%.
4. Wzrost kosztów in vitro
Cena in vitro wzrośnie, ponieważ osiągnięcie ciąży i urodzenie dziecka będzie wiązało się z dziesięciokrotnie częstszym powtarzaniem procedury. Za każdą z nich para będzie musiała zapłacić z własnej kieszeni. I każda będzie się wiązać z poddaniem kobiety operacji.
5. Dzieci bez ojców
Klawiter i posłowie Kukiz'15 proponują również oryginalne rozwiązanie tematu dawstwa (adopcja zarodka lub skorzystanie z nasienia dawcy). Zostało ono już skrytykowane przez Sąd Najwyższy, ale dość istotne jest zrozumienie intencji stojących za tą propozycją. Obecnie każde dziecko, które urodziło się dzięki materiałowi genetycznemu obcego dawcy (czy w drodze inseminacji, czy w drodze in vitro) ma zagwarantowaną prawnie obecność ojca społecznego i przyjęcie przez niego pełni obowiązków i praw rodzicielskich. Możemy się spierać o detaliczną sensowność tego rozwiązania (pisałam o szczegółach wcześniej, dotyczą one złamania Konwencji praw dziecka w części związanej z prawem do tożsamości, jak również dyskryminują kobiety samotne i lesbijki), niemniej zamysłem ustawodawcy było zabezpieczenie społecznego interesu dziecka. O co chodziło? O wprowadzenie poprawki do Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego, zgodnie z którą pan Kowalski, który dobrowolnie podpisuje zgodę na zabieg in vitro z nasieniem dawcy, nie mógł po urodzeniu dziecka powiedzieć w sądzie, że on przeprasza, ale jednak nie chce być tatusiem, a tu są wyniki badań DNA, które wykazują jasno, że ojcem genetycznym nie jest. W związku z tym, proszę Sądu, należy mnie zwolnić z obowiązku alimentacyjnego.
Tak więc Anno Domini 2016 każdy pan Kowalski, który świadomie zgadza się na dawstwo nasienia/zarodka, w wyniku którego MOŻE się urodzić dziecko, jednocześnie zgadza się na to, że będzie jego ojcem i nie będzie mógł już tego faktu zanegować.
Teraz krótki wgląd w tożsamość ruchu Kukiz'15.
Jak wiemy skądinąd, posłowie i działacze Kukiz'15 w wolnych chwilach zajmują się mizianiem serc i pośladków skrzywdzonych ojców, którzy chcieliby przestać płacić alimenty na własne dzieci. W tej optyce istnienie mężczyzny, który nie jest genetycznym ojcem, a mimo to JEST OJCEM, rozsadza założenia systemu wyzwoleńczego i powoduje klincz.
Jak wiemy również, co roku ok. 3000 mężczyzn dobrowolnie decyduje się zostać ojcami adopcyjnymi. Ich decyzja zapewne wynika z tego, że termin "rodzina" i "miłość ojcowska" definiują nie poprzez geny, a poprzez więzi, uczucie, potrzebę troski i opieki.
Zgodnie z propozycją Klawitera i Kukiz'15 mężczyźni podchodzący wraz z partnerkami do adopcji zarodka lub procedury z wykorzystaniem nasienia dawcy, nie będą mogli być uznani za prawnych ojców swoich dzieci.
Formalnie nie będą to bowiem ich dzieci. Formalnie będą to dzieci nieznanego ojca. Dzieciom tym nie będą się należały alimenty ani prawa spadkowe, ponieważ ich tata, który je wychowuje, kocha i jest z nimi na co dzień, nie zostanie prawnie uznany za ich ojca.
To wszystko łącznie oznacza, że:
= PROCEDURA IN VITRO PRZESTANIE BYĆ WYKONYWANA W POLSCE
...lub liczba zabiegów spadnie do poziomu, na którym rentowność prowadzenia specjalistycznego ośrodka leczenia niepłodności znajdzie się poniżej pułapu amortyzacji kosztów ich utrzymania z powodu odpływu pacjentek.
Zauważcie geniusz tego planu: metoda in vitro nie zostaje prawnie zakazana. Ona po prostu przestaje istnieć w praktyce, ponieważ pacjentom nie opłaca się wykonywanie jej w Polsce, zaś lekarzom nie opłaca się jej świadczenie.
.
Jest jasne, że oba projekty będą jutro przyjęte do dalszego procedowania i trafią do Komisji Zdrowia. Jest także jasne, że zostaną w toku prac Komisji zmodyfikowane. Jest również jasne, że ta modyfikacja zostanie w mediach nazwana "liberalizacją" ich pierwotnego kształtu, choć finalnie będzie polegała na pogorszeniu sytuacji kobiet wynikających z obecnie obowiązujących ustaw antyaborcyjnej i Ustawy o leczeniu niepłodności.
Nie wiem, na czym stanie w przypadku aborcji, ale obstawiam eliminację wskazania z wad płodu (tzw. "aborcję eugeniczną") i zostawienie ciąży w wyniku czynu zabronionego i zagrożenia życia kobiety, jako nową wersję kompromisu. Na otarcie prawackich łez będzie właśnie in vitro.
Komisja wprowadzi oczywiście swoje zmiany, ale z całą pewnością utrzymany zostanie zakaz mrożenia zarodków, wejdzie ograniczenie liczby zapładnianych komórek (obstawiam, że skończy się 'poluzowaniem' czyli dopuszczalnością zapłodnienia dwóch komórek jajowych) i na pewno dołożą zakaz dawstwa heterologicznego. In vitro jest w gorszej sytuacji społecznej - mniej protestów, zdecydowanie mniej zdyscyplinowana grupa chorych + fakt, że większość ludzi nie rozumie zależności między mrożeniem zarodków i skutecznością procedury.
Jeśli miałabym znaleźć jakąś różnicę pomiędzy sytuacjami tych dwóch projektów to polegałaby ona jedynie na tym, że o ile nielegalny zabieg przerwania ciąży będzie można nadal wykonywać w podziemiu na zasadach mniej więcej dotychczasowych, o tyle z nielegalnym zabiegiem in vitro (tj. omijającym warunki nowej ustawy) nigdy się to nie uda. Jego dynamika jest inna i wymaga stałego monitoringu, całodobowej pracy laboratorium oraz zaangażowowania wieloosobowego zespołu.
Z tego powodu nawet przy skrajnie restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej aborcja nie zniknie z mapy Polski. In vitro można wyeliminować z sukcesem i nie potrzeba do tego formalnej delegalizacji.
Teraz wróćcie jeszcze raz do zdjęć.
To właśnie jedyna możliwość uregulowania politycznego kredytu, na którą Kościół ma szansę. I świetnie o tym wie.
Dlatego zakładając czarną bluzkę i umieszczając hasztag Czarny Protest miejcie, proszę, świadomość, że barbarzyństwo, przeciwko któremu protestujecie, nie powinno sprowadzać się jedynie do całkowitego zakazu aborcji. A jeśli naprawdę wierzycie w to, że zagrożone są tylko prawa do niebycia matką to znaczy, że ustawodawcze combo wygrało jeszcze przed pierwszym czytaniem.
czwartek, 22 września 2016
wtorek, 26 lipca 2016
Segregacja. Kilka słów o projekcie nowelizacji PiS
Dziś nietypowo porozmawiamy o dzieciach istniejących, urodzonych płodnym rodzicom i w ogóle mającym się jak najlepiej poza drobnym faktem, iż przebywają w domu dziecka czyli w tak zwanej instytucjonalnej pieczy zastępczej. W przeciwieństwie bowiem do tego, co roi się w główkach katolickich publicystów, penetracja waginy penisem zakończona ejakulacją i zapłodnieniem zwana "aktem małżeńskim" niekoniecznie stanowi gwarancję późniejszego traktowania dziecka z godnością i miłością. Z tego właśnie powodu każdego roku pod opieką państwa przebywa około 80 tysięcy tzw. sierot społecznych - dzieci z nieuregulowaną sytuacją prawną, których rodzice z różnych powodów nie chcieli bądź nie mogli się nimi zajmować, ale zachowali prawa rodzicielskie.
Ponieważ piecza zastępcza i adopcja obrosły w Polsce wieloma mitami, omówienie ich zajęłoby kolejne obszerne notki, więc dziś ponownie nie o tym. Dziś o pojedynczym rozwiązaniu, które zaproponował rząd Prawa i Sprawiedliwości, a które nowelizuje Ustawę z dnia 9 czerwca 2011 r. o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej.
Wspomniana nowelizacja przeszła w dniu 22 lipca 2016 roku trzecie czytanie w Sejmie i oczekuje na akceptację Senatu oraz podpis prezydencki. Jeśli obie te rzeczy się wydarzą, po wakacjach nowela wejdzie w życie.
A o co chodzi?
W dwóch żołnierskich zdaniach: chodzi o to, że zdaniem posłów PiS dzieci przebywające w domach dziecka powinny mieć prawo do wyłączności swojej przestrzeni i nie powinny jej współdzielić z Domami Pomocy Społecznej (DPS), izbami wytrzeźwień, ośrodkami wsparcia dla ofiar przemocy w rodzinie i innymi instytucjami, które nie sprawują bezpośrednio pieczy opiekuńczo-wychowawczej nad dziećmi. Autorzy noweli argumentują również, że umieszczanie dzieci w sąsiedztwie DPSów pogłębia izolację społeczną tych dzieci, wtórnie je stygmatyzując i uniemożliwiając integrację ze społeczeństwem, w tym rówieśnikami.
A o co chodzi zdaniem mediów i opozycji?
O to, że cała Polska kocha babcie i dziadków, więc zakaz umieszczenia DPSu i domu dziecka na jednej parceli jest rozbijaniem tkanki społecznej.
Tak więc pani posłanka PO, Marzena Okła Drewnowicz, pisze dramatycznie w swoim blogu na natemat.pl:
W podobne struny uderzał również Fakt i Gazeta Wyborcza.
W Polsce działa sześć DPSów dzielących jedną powierzchnię z domami dziecka. O sześć za dużo. Wydawałoby się, że to dobry punkt wyjściowy do rozmowy o tym, że tak być nie powinno. Nic podobnego, tym razem posłowie opozycji pochylają się nad biednymi samorządowcami, którzy teraz będą musieli rozdzielić DPS i dom dziecka, a to kosztuje i jest skomplikowane administracyjnie. Święta prawda, moje robaczki, któż jednak wcześniej wpadł na pomysł połączenia tych placówek, jeśli nie samorządy właśnie?
Nie zawodzi również Rzecznik Praw Dziecka sprzeciwiający się rozdzielaniu DPSów i domów dziecka oraz innych placówek opiekuńczo wychowawczych:
Nie bardzo wiadomo, dlaczego powyższy kontakt z osobami starszymi nie mógłby być realizowany na zasadzie wolontariatu bądź odwiedzin w DPSie (wspólna wigilia, obchody święta niepodległości, dzień babci i dziadka, cokolwiek) tak jak dzieje się to w większości rodzin wychowujących dzieci, które również z reguły odwiedzają dziadków i rzadko kiedy - szczególnie mieszkając w mieście i zajmując metraż rzędu 30-60m2- mieszkają wspólnie z nimi? Dlaczego trzeba koniecznie realizować to za pomocą dzielenia tej samej przestrzeni 24/7? Podobnie interesuje mnie, ile razy RPD był w domu pomocy społecznej i zyskał możliwość poczynienia bardziej trywialnych obserwacji poza wizją "międzypokoleniowej przyjaźni" - na przykład spędził kilka godzin w zapachu środków dezynfekujących, przyglądał się toalecie osoby dementywnej, grał w piłkę na boisku domu dziecka przylegającym do DPSu, przez które przesuwała się pielgrzymka nieznajomych odwiedzających? Wpadł na fajny pomysł zaproszenia kolegi z podstawówki do własnego pokoju, zza którego ścian dobiegają krzyki i monotonne mamrotanie podpiecznych DPSu? A może jednak nie zaprosiłby wtedy tego kolegi mając świadomość, że byłyby to ostatnie odwiedziny, których wynikiem byłoby jego podwójne naznaczenie - nie dość, że mieszka w bidulu, to jeszcze jego codzienność inkrustuje ciągłe obcowanie z innymi wykluczonymi, których ich własne środowisko umieściło w DPSie?
Zapamiętajcie jednak: solidarność międzypokoleniowa. Seniorzy. Codzienny kontakt z osobami dementywnymi.
Cała polska kocha seniorów
I właśnie dlatego w roku 1990 w DPSach przebywało 61 037 osób, a w roku 2013 było ich już 77 632. Ponieważ cała Polska kocha seniorów, tylko nie u siebie w domu. Ale już w pobliżu domu dziecka? Czemu nie. Ostatecznie właśnie dlatego umieszczamy dementywną babcię w Domu Pomocy Społecznej, aby nasze własne dziecko zaprowadzane troskliwie na zajęcia karate i angielski metodą Helen Doron nie musiało po powrocie do domu oglądać babci, która znów odkręciła kurek z gazem lub wypróżniła się we własnym łóżku. Uważamy na ogół, iż naszym dzieciom w zupełności wystarczy regularny, lecz nie całodobowy, kontakt z babcią umieszczoną pod profesjonalną opieką. Co innego dzieci z domu dziecka. Im takie całodobowe kontakty służą i rozwijają empatię, nie zapominajmy też o ważkim argumencie "elementu wychowania".
Pani Okła Drewnowicz i pan Wilczyński mają własne dzieci, niestety nie wiem, czy zaprowadzają je do DPSów w celach wychowawczych i rozwojowych. Szkoda, że tego nie wiem. Ale na pewno tak robią, wierzę im. Nie byliby przecież hipokrytami segregującymi dzieci na te, które mają prawo do wyłączności własnej przestrzeni, ponieważ wychowują się w rodzinach, i na te, które muszą współdzielić przestrzeń z ośrodkami pomocowymi dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, zależnych całodobowo, ofiar przemocy w rodzinie etc., ponieważ nie wychowują się w rodzinach.
Segregacja
Segregowanie wyrzutków ma długą i udokumentowaną historię sięgającą XIII wieku. Porzucone dzieci, osoby chore, bezdomne, wykolejone i całą plejadę społecznych banitów, których społeczeństwo nie rozpoznawało jako równych sobie, umieszczano w przytułkach. Wskaźniki śmiertelności w tych przybytkach potrafiły sięgać 90% (Kolankiewicz 2002). Analizowanie tego zjawiska z punktu widzenia współczesnych nauk społecznych ma sens o tyle, o ile pominiemy zaprzeszłe uwarunkowania sanitarne i historyczne (epidemiologia, możliwości leczenia, poziom wiedzy o antyseptyce, przeżywalność niemowlęcia pozbawionego mamki była żadna niezależnie od wysiłku opiekunów). Co jednak zostanie?
Ta sama potrzeba proksemicznego sytuowania Innego poza obszarem codziennych doświadczeń społecznych. Inność jest wykluczana już nie tylko na poziomie symbolicznym, ale proksemicznym właśnie - z dala od oczu tych, którzy uznali siebie jako normalnych i godnych codziennych interakcji z równymi sobie. Przypomnijcie sobie burze lat 90tych, kiedy mieszkańcy miasteczek i wsi protestowali przeciwko budowie ośrodków dla nosicieli wirusa HIV, osób uzależnionych czy uchodźców. O ile tolerancję dla obecności nosicieli wirusa HIV udało nam się jakoś osiągnąć, o tyle w przypadku uchodźców, czy choćby osób LGBT wciąż mamy wiele do przepracowania.
Jest zatem dość zabawne, że naczelnym argumentem przeciwko nowelizacji mającej wzmocnić społeczną integrację dzieciaków z domów dziecka, staje się właśnie argument o segregacji. Tym razem chcielibyśmy integrować te dzieci z "seniorami" z DPSu. Czemu nie chcemy ich raczej integrować z naszymi własnymi dziećmi?
Trzy pocztówki
Widokówka pierwsza. Idę na spotkanie w placówce edukacyjno szkoleniowej. Mieści się na tej samej posesji, co duży dom dziecka. Na trasie mojego spaceru wypada mały plac zabaw, na którym bawi się ojciec z dwójką dzieci. Jest to tak zwane "widzenie rodzica biologicznego z dziećmi znajdującymi się w pieczy instytucjonalnej". Drzwi do mojej placówki są jeszcze zamknięte, przyszłam trochę za wcześnie. Przez 15 minut więc przysłuchuję się - chcąc nie chcąc - rozmowom ojca i synów, którzy widzą się pierwszy raz od miesiąca. Ojciec opowiada, co u niego. Dzieci opowiadają, co przydarzyło im się w przedszkolu i szkole. Jestem intruzem tego spotkania, ale nie mam gdzie się podziać: mój kurs zaczyna się za chwilę w tym samym miejscu, a im nie wolno opuścić terenu domu dziecka. Nie mają dokąd pójść, ale ja również nie mam dokąd pójść. Po paru minutach dołączają do mnie pozostali kursanci. Stoimy grupą przed drzwiami udając, że nie zwracamy uwagi na to, co się dzieje obok. Czujemy się niezręcznie, zostaliśmy umieszczeni w samym centrum intymnej scenki rodzinnej.
Widokówka druga. Inny dzień, te same okoliczności. Znów przyszłam za wcześnie na spotkanie, tym razem jest środek czerwca, pogoda piękna i upalna. Parkując samochód na tyłach domu dziecka wpadam w sam środek innej sceny rodzajowej: opiekunka rozłożyła dmuchany basen w ogrodzie, kąpie się w nim trójka dzieci. Patrzą na mnie na poły zdziwione moją obecnością, na poły zrezygnowane: są już przyzwyczajone, że w przestrzeni ich ogrodu pojawiają się nieustannie obcy ludzie uczestniczący w ich, prywatnym przecież, życiu dziejącym się w miejscu zwanym domem. Cóż z tego, że domem dziecka? Innego przecież już nie mają.
Widokówka trzecia. Usiłuję odegrać scenkę zadaną przez prowadzące trenerki. Zbieram myśli i mówię: "no więc kiedy słuchałam historii Kasi poczułam, że..."
(zza ściany dobiega płacz małego dziecka. To jakiś maluch z domu dziecka właśnie rozpaczliwie się rozszlochał. Nie wiem, czy stało się coś złego, czy uderzył się, czy przemokła mu pieluszka, ale nie mogę się skupić. Również dlatego, że do tej pory sądziłam, iż w tym konkretnym domu dziecka przebywają dzieci starsze, głównie rodzeństwa, a nie niemowlaki. One przecież powinny trafić do pogotowia rodzinnego lub rodziny zastępczej)
Ogarniam się szybko. "Chciałam w każdym razie powiedzieć, że po wysłuchaniu tej historii miałam przede wszystkim taką myśl, że...."
- Przepraszam, my tylko szybciutko przejdziemy, ok? - mówi czternastolatek, który właśnie wpadł jak po ogień do sali, w której mamy zajęcia. Sala nie jest administracyjną częścią domu dziecka, stanowi własność zupełnie innego podmiotu. Ale znajduje się w tym samym budynku i jest salą przechodnią zakończoną korytarzem z drzwiami prowadzącymi do domu dziecka.
- Piłka nam wpadła przez okno, tak będzie krócej przejść - rzuca w biegu jego rówieśnik z tego samego domu dziecka. Obaj pędzą do drzwi w łączniku.
Zgodnie z nowelizacją dom dziecka zostanie oddzielony od wspomnianej placówki edukacyjno szkoleniowej. Obie instytucje będą musiały mieć swoją przestrzeń na wyłączność, a osoby korzystające z obu placówek nie będą mogły wzajemnie korzystać ze swojego zaplecza. Żaden kursant nie właduje się ponownie na plac zabaw i nie przeszkodzi rodzicom widującym się z dziećmi. Nie wejdę w sam środek zabawy ogrodowej w dmuchanym basenie.
Trzy pocztówki nie są zanadto wstrząsające. Być może sami uczestniczyliście w podobnie krępujących sytuacjach dziejących się na placach zabaw, słyszeliście dzieci waszych sąsiadów kąpiące się w basenie i płaczące wieczorami. Ale dzieci, do których kawałka życia zostaliście niechcący zaproszeni, miały swoje własne domy i dziejącą się prywatność, do której prawo im przyznano. Nie nauczono ich, że prywatność staje się własnością publiczną, ponieważ tak zdecydował samorząd. Ich rodzice mogli iść z nimi na plac zabaw, ale mogli też bawić się z nimi w domu bez towarzystwa osób postronnych.
Rodziny mieszkające ze swoimi dziećmi zawsze mają alternatywę. Dzieci mieszkające w domach dziecka, które łączy się z placówkami o innych profilach, takiej alternatywy nie mają. Ich codzienność jest obserwowana i zakłócana przez dziesiątki przechodniów, a prywatność przestrzeni jest wysoce umowna, skoro nie wyznaczono jej granic.
A przecież poza tymi trzema pocztówkami są także inne. Na sześciu pocztówkach domy dziecka połączono z DPSami. W Rybniku dom dziecka połączono z domem dla nieletnich matek. Myślę, że to ostatnie rozwiązanie jest wybitnie integrujące społecznie i fenomenalnie wyposaża dzieci w pożądane wzorce wychowawcze. Na tych pocztówkach dzieci nie wyjdą z ośrodka pomocy ani domu samotnej matki, ponieważ nie mają dokąd, skoro jest to również ich dom.
Cieszę się, że nowelizacja PiS wejdzie w życie. I myślę, że czas dorosnąć do rozmawiania o polityce społecznej z dala od uprawiania partyjnych wojenek oraz karmienia się wizjami "czcigodnych seniorów w DPSach" i "rozwijania empatii". Ta sprawa jak rzadko która pokazuje podwójne standardy, które stosujemy wobec dzieci własnych i dzieci cudzych, które miały to nieszczęście w życiu, że zabrakło dla nich miejsca w rodzinie biologicznej. Ale szerzej pokazuje również, że prawo dziecka do wyłączności własnej przestrzeni życiowej nie jest wartością, którą większość ludzi chciałaby poważnie rozważyć i rozpoznać. Łatwiej zasłonić ten przykry wniosek wzniosłymi słowami o integracji z osobami starszymi niż zmierzyć się z faktem, że i dziś pragniemy wykluczać Innych poza obszar naszej własnej codzienności.
Odnośniki
Tekst omawianej nowelizacji
Obowiązująca obecnie Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej
Opinia Rzecznika Praw Dziecka do nowelizacji
Statytystyka MPiPS za rok 2013
Kolankiewicz Maria, Porzuceni i powierzeni trosce. Dom Małych Dzieci. Wydawnictwo "Śląsk", 2002.
Ponieważ piecza zastępcza i adopcja obrosły w Polsce wieloma mitami, omówienie ich zajęłoby kolejne obszerne notki, więc dziś ponownie nie o tym. Dziś o pojedynczym rozwiązaniu, które zaproponował rząd Prawa i Sprawiedliwości, a które nowelizuje Ustawę z dnia 9 czerwca 2011 r. o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej.
Wspomniana nowelizacja przeszła w dniu 22 lipca 2016 roku trzecie czytanie w Sejmie i oczekuje na akceptację Senatu oraz podpis prezydencki. Jeśli obie te rzeczy się wydarzą, po wakacjach nowela wejdzie w życie.
A o co chodzi?
W dwóch żołnierskich zdaniach: chodzi o to, że zdaniem posłów PiS dzieci przebywające w domach dziecka powinny mieć prawo do wyłączności swojej przestrzeni i nie powinny jej współdzielić z Domami Pomocy Społecznej (DPS), izbami wytrzeźwień, ośrodkami wsparcia dla ofiar przemocy w rodzinie i innymi instytucjami, które nie sprawują bezpośrednio pieczy opiekuńczo-wychowawczej nad dziećmi. Autorzy noweli argumentują również, że umieszczanie dzieci w sąsiedztwie DPSów pogłębia izolację społeczną tych dzieci, wtórnie je stygmatyzując i uniemożliwiając integrację ze społeczeństwem, w tym rówieśnikami.
A o co chodzi zdaniem mediów i opozycji?
O to, że cała Polska kocha babcie i dziadków, więc zakaz umieszczenia DPSu i domu dziecka na jednej parceli jest rozbijaniem tkanki społecznej.
Tak więc pani posłanka PO, Marzena Okła Drewnowicz, pisze dramatycznie w swoim blogu na natemat.pl:
Starość do wyrzucenia. Dzieci i seniorzy oddzielnie
Do tej pory PiS niszczył Trybunał Konstytucyjny, demokrację, prawo. Nikt jednak nie spodziewał się, że będzie też degradować takie wartości jak wychowanie wielopokoleniowe, wzajemna pomoc, integracja społeczna. To, co do tej pory było pożądane, czyli solidarność międzypokoleniowa, kontakty dzieci i młodzieży ze osobami starszymi, dzisiaj prawnie zostało zakazane. Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło skandaliczny zakaz współistnienia placówek opiekuńczych dla osób starszych i dzieci, nawet na jednej działce.
Posłowie opozycji komentowali zmianę z oburzeniem podnosząc, iż jest to działanie "segregacyjne" i "anachroniczne", albowiem - jak uzasadniał poseł PO, Ryszard Wilczyński -
Codzienny kontakt dzieci i osób starszych, nawet tych dementywnych, jest z jednej strony elementem terapii, a z drugiej wychowania.
W podobne struny uderzał również Fakt i Gazeta Wyborcza.
W Polsce działa sześć DPSów dzielących jedną powierzchnię z domami dziecka. O sześć za dużo. Wydawałoby się, że to dobry punkt wyjściowy do rozmowy o tym, że tak być nie powinno. Nic podobnego, tym razem posłowie opozycji pochylają się nad biednymi samorządowcami, którzy teraz będą musieli rozdzielić DPS i dom dziecka, a to kosztuje i jest skomplikowane administracyjnie. Święta prawda, moje robaczki, któż jednak wcześniej wpadł na pomysł połączenia tych placówek, jeśli nie samorządy właśnie?
Nie zawodzi również Rzecznik Praw Dziecka sprzeciwiający się rozdzielaniu DPSów i domów dziecka oraz innych placówek opiekuńczo wychowawczych:
Oczywiście nie wyklucza to lokalizacji placówki opiekuńczo wychowawczej w pobliżu np. domu pomocy społecznej dla osób w podeszłym wieku, w tym możliwości odwiedzenia osób starszych, spotkań i rozmów. Kontakt dziecka z osobami starszymi- pensjonariuszami domów pomocy społecznej - wpływa korzystnie na rozwój emocjonalny młodego człowieka, przygotowując go do życia w społeczeństwie obywatelskim. Dzieci rozwijają w sobie empatię, tworzą się międzypokoleniowe przyjaźnie, a tym samym dzieci są wprowadzone w dorosłe życie, w którym prędzej czy później zetkną się ze starością i chorobą.
Nie bardzo wiadomo, dlaczego powyższy kontakt z osobami starszymi nie mógłby być realizowany na zasadzie wolontariatu bądź odwiedzin w DPSie (wspólna wigilia, obchody święta niepodległości, dzień babci i dziadka, cokolwiek) tak jak dzieje się to w większości rodzin wychowujących dzieci, które również z reguły odwiedzają dziadków i rzadko kiedy - szczególnie mieszkając w mieście i zajmując metraż rzędu 30-60m2- mieszkają wspólnie z nimi? Dlaczego trzeba koniecznie realizować to za pomocą dzielenia tej samej przestrzeni 24/7? Podobnie interesuje mnie, ile razy RPD był w domu pomocy społecznej i zyskał możliwość poczynienia bardziej trywialnych obserwacji poza wizją "międzypokoleniowej przyjaźni" - na przykład spędził kilka godzin w zapachu środków dezynfekujących, przyglądał się toalecie osoby dementywnej, grał w piłkę na boisku domu dziecka przylegającym do DPSu, przez które przesuwała się pielgrzymka nieznajomych odwiedzających? Wpadł na fajny pomysł zaproszenia kolegi z podstawówki do własnego pokoju, zza którego ścian dobiegają krzyki i monotonne mamrotanie podpiecznych DPSu? A może jednak nie zaprosiłby wtedy tego kolegi mając świadomość, że byłyby to ostatnie odwiedziny, których wynikiem byłoby jego podwójne naznaczenie - nie dość, że mieszka w bidulu, to jeszcze jego codzienność inkrustuje ciągłe obcowanie z innymi wykluczonymi, których ich własne środowisko umieściło w DPSie?
Zapamiętajcie jednak: solidarność międzypokoleniowa. Seniorzy. Codzienny kontakt z osobami dementywnymi.
Cała polska kocha seniorów
I właśnie dlatego w roku 1990 w DPSach przebywało 61 037 osób, a w roku 2013 było ich już 77 632. Ponieważ cała Polska kocha seniorów, tylko nie u siebie w domu. Ale już w pobliżu domu dziecka? Czemu nie. Ostatecznie właśnie dlatego umieszczamy dementywną babcię w Domu Pomocy Społecznej, aby nasze własne dziecko zaprowadzane troskliwie na zajęcia karate i angielski metodą Helen Doron nie musiało po powrocie do domu oglądać babci, która znów odkręciła kurek z gazem lub wypróżniła się we własnym łóżku. Uważamy na ogół, iż naszym dzieciom w zupełności wystarczy regularny, lecz nie całodobowy, kontakt z babcią umieszczoną pod profesjonalną opieką. Co innego dzieci z domu dziecka. Im takie całodobowe kontakty służą i rozwijają empatię, nie zapominajmy też o ważkim argumencie "elementu wychowania".
Pani Okła Drewnowicz i pan Wilczyński mają własne dzieci, niestety nie wiem, czy zaprowadzają je do DPSów w celach wychowawczych i rozwojowych. Szkoda, że tego nie wiem. Ale na pewno tak robią, wierzę im. Nie byliby przecież hipokrytami segregującymi dzieci na te, które mają prawo do wyłączności własnej przestrzeni, ponieważ wychowują się w rodzinach, i na te, które muszą współdzielić przestrzeń z ośrodkami pomocowymi dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, zależnych całodobowo, ofiar przemocy w rodzinie etc., ponieważ nie wychowują się w rodzinach.
Segregacja
Segregowanie wyrzutków ma długą i udokumentowaną historię sięgającą XIII wieku. Porzucone dzieci, osoby chore, bezdomne, wykolejone i całą plejadę społecznych banitów, których społeczeństwo nie rozpoznawało jako równych sobie, umieszczano w przytułkach. Wskaźniki śmiertelności w tych przybytkach potrafiły sięgać 90% (Kolankiewicz 2002). Analizowanie tego zjawiska z punktu widzenia współczesnych nauk społecznych ma sens o tyle, o ile pominiemy zaprzeszłe uwarunkowania sanitarne i historyczne (epidemiologia, możliwości leczenia, poziom wiedzy o antyseptyce, przeżywalność niemowlęcia pozbawionego mamki była żadna niezależnie od wysiłku opiekunów). Co jednak zostanie?
Ta sama potrzeba proksemicznego sytuowania Innego poza obszarem codziennych doświadczeń społecznych. Inność jest wykluczana już nie tylko na poziomie symbolicznym, ale proksemicznym właśnie - z dala od oczu tych, którzy uznali siebie jako normalnych i godnych codziennych interakcji z równymi sobie. Przypomnijcie sobie burze lat 90tych, kiedy mieszkańcy miasteczek i wsi protestowali przeciwko budowie ośrodków dla nosicieli wirusa HIV, osób uzależnionych czy uchodźców. O ile tolerancję dla obecności nosicieli wirusa HIV udało nam się jakoś osiągnąć, o tyle w przypadku uchodźców, czy choćby osób LGBT wciąż mamy wiele do przepracowania.
Jest zatem dość zabawne, że naczelnym argumentem przeciwko nowelizacji mającej wzmocnić społeczną integrację dzieciaków z domów dziecka, staje się właśnie argument o segregacji. Tym razem chcielibyśmy integrować te dzieci z "seniorami" z DPSu. Czemu nie chcemy ich raczej integrować z naszymi własnymi dziećmi?
Trzy pocztówki
Widokówka pierwsza. Idę na spotkanie w placówce edukacyjno szkoleniowej. Mieści się na tej samej posesji, co duży dom dziecka. Na trasie mojego spaceru wypada mały plac zabaw, na którym bawi się ojciec z dwójką dzieci. Jest to tak zwane "widzenie rodzica biologicznego z dziećmi znajdującymi się w pieczy instytucjonalnej". Drzwi do mojej placówki są jeszcze zamknięte, przyszłam trochę za wcześnie. Przez 15 minut więc przysłuchuję się - chcąc nie chcąc - rozmowom ojca i synów, którzy widzą się pierwszy raz od miesiąca. Ojciec opowiada, co u niego. Dzieci opowiadają, co przydarzyło im się w przedszkolu i szkole. Jestem intruzem tego spotkania, ale nie mam gdzie się podziać: mój kurs zaczyna się za chwilę w tym samym miejscu, a im nie wolno opuścić terenu domu dziecka. Nie mają dokąd pójść, ale ja również nie mam dokąd pójść. Po paru minutach dołączają do mnie pozostali kursanci. Stoimy grupą przed drzwiami udając, że nie zwracamy uwagi na to, co się dzieje obok. Czujemy się niezręcznie, zostaliśmy umieszczeni w samym centrum intymnej scenki rodzinnej.
Widokówka druga. Inny dzień, te same okoliczności. Znów przyszłam za wcześnie na spotkanie, tym razem jest środek czerwca, pogoda piękna i upalna. Parkując samochód na tyłach domu dziecka wpadam w sam środek innej sceny rodzajowej: opiekunka rozłożyła dmuchany basen w ogrodzie, kąpie się w nim trójka dzieci. Patrzą na mnie na poły zdziwione moją obecnością, na poły zrezygnowane: są już przyzwyczajone, że w przestrzeni ich ogrodu pojawiają się nieustannie obcy ludzie uczestniczący w ich, prywatnym przecież, życiu dziejącym się w miejscu zwanym domem. Cóż z tego, że domem dziecka? Innego przecież już nie mają.
Widokówka trzecia. Usiłuję odegrać scenkę zadaną przez prowadzące trenerki. Zbieram myśli i mówię: "no więc kiedy słuchałam historii Kasi poczułam, że..."
(zza ściany dobiega płacz małego dziecka. To jakiś maluch z domu dziecka właśnie rozpaczliwie się rozszlochał. Nie wiem, czy stało się coś złego, czy uderzył się, czy przemokła mu pieluszka, ale nie mogę się skupić. Również dlatego, że do tej pory sądziłam, iż w tym konkretnym domu dziecka przebywają dzieci starsze, głównie rodzeństwa, a nie niemowlaki. One przecież powinny trafić do pogotowia rodzinnego lub rodziny zastępczej)
Ogarniam się szybko. "Chciałam w każdym razie powiedzieć, że po wysłuchaniu tej historii miałam przede wszystkim taką myśl, że...."
- Przepraszam, my tylko szybciutko przejdziemy, ok? - mówi czternastolatek, który właśnie wpadł jak po ogień do sali, w której mamy zajęcia. Sala nie jest administracyjną częścią domu dziecka, stanowi własność zupełnie innego podmiotu. Ale znajduje się w tym samym budynku i jest salą przechodnią zakończoną korytarzem z drzwiami prowadzącymi do domu dziecka.
- Piłka nam wpadła przez okno, tak będzie krócej przejść - rzuca w biegu jego rówieśnik z tego samego domu dziecka. Obaj pędzą do drzwi w łączniku.
Zgodnie z nowelizacją dom dziecka zostanie oddzielony od wspomnianej placówki edukacyjno szkoleniowej. Obie instytucje będą musiały mieć swoją przestrzeń na wyłączność, a osoby korzystające z obu placówek nie będą mogły wzajemnie korzystać ze swojego zaplecza. Żaden kursant nie właduje się ponownie na plac zabaw i nie przeszkodzi rodzicom widującym się z dziećmi. Nie wejdę w sam środek zabawy ogrodowej w dmuchanym basenie.
Trzy pocztówki nie są zanadto wstrząsające. Być może sami uczestniczyliście w podobnie krępujących sytuacjach dziejących się na placach zabaw, słyszeliście dzieci waszych sąsiadów kąpiące się w basenie i płaczące wieczorami. Ale dzieci, do których kawałka życia zostaliście niechcący zaproszeni, miały swoje własne domy i dziejącą się prywatność, do której prawo im przyznano. Nie nauczono ich, że prywatność staje się własnością publiczną, ponieważ tak zdecydował samorząd. Ich rodzice mogli iść z nimi na plac zabaw, ale mogli też bawić się z nimi w domu bez towarzystwa osób postronnych.
Rodziny mieszkające ze swoimi dziećmi zawsze mają alternatywę. Dzieci mieszkające w domach dziecka, które łączy się z placówkami o innych profilach, takiej alternatywy nie mają. Ich codzienność jest obserwowana i zakłócana przez dziesiątki przechodniów, a prywatność przestrzeni jest wysoce umowna, skoro nie wyznaczono jej granic.
A przecież poza tymi trzema pocztówkami są także inne. Na sześciu pocztówkach domy dziecka połączono z DPSami. W Rybniku dom dziecka połączono z domem dla nieletnich matek. Myślę, że to ostatnie rozwiązanie jest wybitnie integrujące społecznie i fenomenalnie wyposaża dzieci w pożądane wzorce wychowawcze. Na tych pocztówkach dzieci nie wyjdą z ośrodka pomocy ani domu samotnej matki, ponieważ nie mają dokąd, skoro jest to również ich dom.
Cieszę się, że nowelizacja PiS wejdzie w życie. I myślę, że czas dorosnąć do rozmawiania o polityce społecznej z dala od uprawiania partyjnych wojenek oraz karmienia się wizjami "czcigodnych seniorów w DPSach" i "rozwijania empatii". Ta sprawa jak rzadko która pokazuje podwójne standardy, które stosujemy wobec dzieci własnych i dzieci cudzych, które miały to nieszczęście w życiu, że zabrakło dla nich miejsca w rodzinie biologicznej. Ale szerzej pokazuje również, że prawo dziecka do wyłączności własnej przestrzeni życiowej nie jest wartością, którą większość ludzi chciałaby poważnie rozważyć i rozpoznać. Łatwiej zasłonić ten przykry wniosek wzniosłymi słowami o integracji z osobami starszymi niż zmierzyć się z faktem, że i dziś pragniemy wykluczać Innych poza obszar naszej własnej codzienności.
Odnośniki
Tekst omawianej nowelizacji
Obowiązująca obecnie Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej
Opinia Rzecznika Praw Dziecka do nowelizacji
Statytystyka MPiPS za rok 2013
Kolankiewicz Maria, Porzuceni i powierzeni trosce. Dom Małych Dzieci. Wydawnictwo "Śląsk", 2002.
czwartek, 7 lipca 2016
In vitro czy nie, hajs się musi zgadzać (rzecz o AneVivo)
Być może nie śledzicie zbyt namiętnie polskich nowinek invitrowych, ponieważ w naszym kraju nieustannie dzieją się, ujmijmy to oględnie, fascynujące rzeczy, a do tego potencjalna kwestia niechcianej ciąży i możliwości jej przerwania dotyczy o wiele większej grupy ludzi niż potencjalna kwestia niepłodności. I w porządeczku, jest to zrozumiałe.
W dzisiejszej notce jednak chciałabym Was przekonać, iż brak zainteresowania kwestią in vitro i Sprawą Polską jest pewnym błędem, a przynajmniej pozbawia Was dostępu do interesujących obserwacji socjologicznych, z których potem możecie wysnuć równie interesujące wnioski i przedstawić je na przykład na randce z Tindera (o ile macie skłonności do samobójstw towarzyskich) albo gdzieś indziej, na przykład na imieninach cioci.
Założywszy, iż akurat Jesteście ludźmi, którym naprawdę bliższa jest kwestia prawa do aborcji z uwagi na jego szersze społeczne konsekwencje, zacznijmy właśnie od kwestii aborcji i jednego pytania:
Jak sądzicie, kto najbardziej zyskał finansowo na Ustawie z 1993 roku zakazującej aborcji?
Tą grupą nie były kobiety, i nie było nią państwo (państwo co najwyżej straciło), i nie był nią nawet Matka Nasza Najświętsza, Kościół katolicki. Tą grupą byli oczywiście lekarze, którzy dalej przeprowadzali aborcje licząc sobie dutki za własne usługi, ale tym razem ściągając haracz z prywatnej kieszeni, a nie z NFZu, dzięki czemu przy okazji unikali też opodatkowania. W sumie bardzo przyjemna finansowo sytuacja.
Nie ośmielę się tutaj podnieść i uargumentować tezy, że za postępującą konserwatyzacją środowisk lekarskich wobec dostępności państwowej aborcji stoi również aspekt monetarny, bo nie mam na to żadnych dowodów, a poza tym sądzę, że są inne ważniejsze źródła tego zjawiska, niemniej jednak chciałabym, abyście w tym miejscu zapamiętali, że generalnie money makes the world go round. O czym i tak wiecie.
Teraz na krótko wrócimy do tematu in vitro: od maja 2016 rozmawiamy w Polsce o poprawce do Ustawy o leczeniu niepłodności z listopada 2015. Poprawkę przygotował poseł Jan Klawiter (niezrzeszony, wcześniej Prawica Rzeczpospolitej), jeśli ktoś jest ciekaw pełnego tekstu to proszę uprzejmie. Generalnie pan Klawiter, z zawodu inżynier chemik, chce zaostrzenia obowiązującej Ustawy poprzez:
- nakaz zapłodnienia maksymalnie 1 komórki jajowej w procedurze in vitro
- zakaz mrożenia zarodków (zarodek może pozostawać poza organizmem kobiety maksymalnie 72 godziny, potem musi być przeniesiony do macicy)
- zakaz ustanawiania afiliacji ojcowskiej pomiędzy dzieckiem i mężczyzną, którego żona/partnerka zaszła w ciążę w wyniku dawstwa nasienia. Dziecko stanie się szczególnym rodzajem bezprizornego w rozumieniu: "nie mam tatusia, bo jestem z dawstwa, więc mój tata społeczny nie może uznać mnie za swoje dziecko, bo prawo mu tego zabroni"
Projekt nowelizacji jest tak bezdennie głupi zarówno pod względem medycznym, prawnym i społecznym, jak również i naukowym, że nie mam zamiaru go tu szerzej komentować (może w jakiejś kolejnej notce), ale wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze zapamiętajcie, proszę, "nakaz zapłodnienia jednej komórki jajowej", a po drugie ogólną tendencję, której jesteśmy świadkami: tendencję zaostrzenia obecnych warunków ustawowych. Nie mam pojęcia, czy projekt Klawitera przejdzie w obecnym wariancie, czy sejmowa Komisja Zdrowia dołoży do niego później coś w rodzaju rzekomej "liberalizacji" (np. wolno zapłodnić AŻ dwie komórki jajowe), czy też finalnie obudzi się Jarosław Gowin i przypomni sobie, że ekspert od in vitro jest w Bolandii jeden i jest nim właśnie on, ale jedno jest pewne: ustawa zostanie zaostrzona i jest bezdyskusyjne, że ograniczona zostanie liczba zapładnianych komórek (obecnie ta liczba wynosi 6 komórek jajowych u kobiet poniżej 35 roku życia).
Teraz dołożymy drugą zmienną, nad którą też się nie będę nadmiernie rozwodzić. Jest wiedzą powszechną, dostępną i zweryfikowaną, że na powodzenie procedury in vitro (powodzenie = urodzenie dziecka) bezpośredni wpływ ma ilość zapładnianych komórek jajowych. Konkretnie - im mniej komórek zapładniamy, tym mniejsza szansa na dziecko. Wynika to z wielokrotnie opisywanego na tym blogu mechanizmu ludzkiego zapłodnienia i tzw. czynnika selekcji ewolucyjnej.
I jeszcze trzecia oraz czwarta zmienna:
Trzecia: każde pozyskanie komórki jajowej z organizmu kobiety wymaga interwencji zabiegowej, bo komórki pobiera się w znieczuleniu ogólnym przez sklepienie pochwy, co jest ingerencją w jajniki i sam organizm. Kobieta musi być znieczulona, jej jajniki nakłute (może to wpłynąć na ich dalszą pracę, negatywnie oczywiście), a wcześniej najczęściej przechodzi stymulację hormonalną. Mamy więc cały ciąg zdarzeń medycznych.
Czwarta: niezależnie od tego, ile komórek się zapłodni, cena za zabieg będzie stała. Złożą się na nią pewne rutynowe czynności i składowe, na przykład praca laboratorium, lekarzy i położnych, znieczulenie, hodowla zarodków i tak dalej. W sumie zapłacimy około 10 tysięcy za sam zabieg (nie licząc kosztu leków).
Zapomniałam o piątej zmiennej, która jest kluczowa. Ok, nie zapomniałam, zostawiłam ją celowo na koniec, bo dość często ta zmienna nam magicznie zanika w dyskusji. Tą zmienną jest fakt, że w Polsce istnieje obecnie ok. 50 klinik in vitro i - nie uwierzycie - one nie działają na energię słoneczną i wolontariat. Pracują w nich ludzie, którzy - jeśli są właścicielami lub radą nadzorczą - zainwestowali kupę kasy w sprzęt, technologię i dzierżawę budynku, a teraz dodają dwa do dwóch i wychodzi im, że czas żniw właśnie chyli się ku końcowi, a kredyt trzeba płacić.
Tak się bowiem składa, że o ile skrobaneczkę możecie sobie machnąć na czarnym rynku, co pochłonie jakieś 4 godziny pracy lekarza i anestezjologa, a potem inkasujemy gotówkę i "do widzenia, pani się zgłosi na kontrolę", to z in vitro totalnie to nie zadziała. Potrzebujecie działającego cały czas laboratorium, sztabu ludzi i procesu trwającego co najmniej 14 dni (podawanie leków, kontrola cyklu, operacyjne pobranie komórek, hodowla zarodków, transfer) i w żadnym razie nie zrobicie tego w podziemiu.
Podziemie invitrowe nie istnieje nigdzie na świecie i nie zaistnieje też w Polsce.
Kliniki o tym wiedzą.
Wiedzą też, że w Czechach, Słowacji i Ukrainie ceny za in vitro są podobne/niższe niż w Polsce, i że centymetry zaczynają ich dzielić od pacjenckiego Exodusu. Któż, mając do wydania kilkanaście tysięcy złotych i pogodzony z tą myślą, pozostanie w Polsce zyskując kilka procent szans na dziecko (po ograniczeniu liczby zapłodnionych komórek do jednej, skuteczność jednego cyklu IVF będzie się wahać w granicach 3-7% zamiast obecnych 30%), skoro może pojechać do Czech, zapłacić tę samą sumę i zachować szanse na dotychczasowym poziomie?
I w tym momencie właśnie zaczynają dziać się ciekawe rzeczy. Panie i Panowie, przedstawiam Wam pionierską metodę AneVivo oddając głos Poradnikowi Zdrowie (informacje prasową znajdziecie też w pierdylionie innych źródeł):
Abstrahując od faktu, jakie znaczenie dla więzi pomiędzy matką i dzieckiem ma zapłodnienie w macicy, oraz co na ten temat do powiedzenia może mieć lekarz ginekolog, chciałabym zwrócić Waszą uwagę na kilka drobnych smaczków:
1. naturalność metody polega na tym, że pacjentka przechodzi normalną stymulację hormonalną, jest poddawana operacyjnemu pobraniu komórek, jej partner oddaje nasienie do fiolki, potem do jej pochwy jest wkładana kapsułka, 24 godziny później z jej pochwy jest wyjmowana kapsułka, z kapsułki jest wyjmowany zarodek (o ile powstał), zarodek jest hodowany na szkle, w końcu do macicy kobiety ponownie wkładany jest zarodek. Czy moglibyście w przybliżeniu zdefiniować "naturę" w tym procesie?
2. W chwili obecnej ponad 60% procedur in vitro w Polsce przeprowadza się w technologii ICSI - wybierany jest jeden plemnik i wstrzykuje się go do komórki jajowej, co zapewnia większe prawdopodobieństwo zapłodnienia i jest jedyną opcją dla par z obniżonymi parametrami nasienia (ok. połowy pacjentów). Jeśli przeczytaliście uważnie tekst to wiecie, że w AneVivo tak się nie stanie, ponieważ w kapsułce umieszcza się chmurę plemników, które muszą same próbować zapłodnić komórkę/ki. Ta metoda nie ma żadnego znaczenia dla par z czynnikiem męskim.
3. Komórki jajowe są bezcenne, ponieważ pobiera się je operacyjnie, trzeba je wcześniej wystymulować, a następnie znieczulić kobietę. To powoduje, że koszt jednej komórki jajowej jest niebotyczny i powinna być traktowana jako skarb, którego się nie marnuje, bo rezerwy tego skarbu są ograniczone.
4. AneVivo ma taką fajną, zmyślną kapsułeczkę, która jest, nieprawdaż, rewolucyjna i nowa, ale okazuje się, że niekoniecznie. Koncepcja kapsułeczki istnieje w historii technik wspomaganego rozrodu od ponad 20 lat i rezultaty jej stosowania są - użyję eufemizmu - mierne. Gdybym nie chciała użyć eufemizmu to napisałabym "beznadziejne" zważywszy na brak zarejestrowanych ciąż. Dowód:Intrauterine fertilization capsules--a clinical trial. Tu z kolei mamy opis przypadku pacjentki, u której zastosowano technikę umieszczania gamet w macicy, z równie pesymistycznymi konkluzjami: Ectopic pregnancy occurred after oocyte intrauterine transfer (OUT)--a case report. Więcej badań Wam nie podam, ponieważ ich nie ma (jest jeszcze jedno zabawne dotyczące umieszczania spermy i komórek jajowych w macicy, które zaowocowało nawet 6 ciążami na 23 cykle, ale w macicy umieszczano po 4 komórki jajowe, co nie mieści się w ogóle w obecnych standardach bezpieczeństwa położniczego, badanie z początku lat 90tych, jeśli ktoś ciekaw to służę).
5. Na koniec zachowałam najfajniejsze. Hej, wiecie, ile kosztuje AneVivo? 11 tysi (słownie: jedenaście tysięcy złotych polskich)
Ale w porządku, możecie powiedzieć, że niesłusznie się czepiam, bo przecież nasza kapsułeczka nie jest zrobiona z agaru, tylko jest wielorazowa i w ogóle pracował nad nią szwajcarski zegarmistrz (serio, oni się tym chwalą w mediach, oczywiście publicznych), więc wyprowadzanie znaku równości nie jest tu uzasadnione; że jeśli coś jest rewolucyjne to ma prawo dużo kosztować (owszem); i że jeśli coś działa to furda z tym, czy jest naturalne czy nie.
No to zobaczmy, jakie jest to rewolucyjne działanie, za które warto zapłacić 11 tysięcy.
Najpierw sprawdźmy PubMed. Ileż to mamy badań nad AneVivo?
Z kolei zapytania o mikrokapsułę i domaciczny transfer wyrzucają badania, które już wyżej wkleiłam, a których rezultaty są żadne. Firma produkująca kapsułę pytana o efekty jej stosowania mierzone w tzw. success rate (ciąża) odsyła do strony clinicaltrials, z której wynika, że dopiero rekrutuje uczestników badania (sic!):
Nieliczne światowe kliniki in vitro oferujące tę usługę piszą na swoich stronach uczciwie, że badania nad efektami AneVivo są wciąż w toku i że wyniki mogą się okazać mało skuteczne i generujące niepotrzebny wzrost kosztów dla pacjentów. Ale też te kliniki działają w krajach, w których w codziennym użyciu jest normalna procedura in vitro pozwalająca na zapładnianie więcej niż jednej komórki i dopuszczająca mrożenie zarodków. One nie muszą ściemniać pacjentom.
W kolejnych miesiącach przewiduję cudowne rozmnożenie technologii i innowacyjnych metod, które dzięki zapłodnieniu jednej komórki jajowej w tej samej cenie, którą ma aktualnie klasyczne IVF, będą kusić rewolucyjnością i obietnicami ciąży.
Dla tych z Was, którzy - jak wspomniałam - nie śledzą invitrowych nowinek dość szokująca może się wydać hipoteza, iż polscy lekarze zajmujący się in vitro nie chodzą w glorii rychłej beatyfikacji i nie bronią piersią oraz pazurami Evidence Based Medicine, która w przypadku niepłodności ma bardzo jasne i od wielu lat znane rekomendacje. Są to ci sami lekarze, którzy przez lata dzielili się z nami na łamach prasy doniesieniami o swoich kolejnych rewolucyjnych odkryciach, zapewniając nas, że diagnostyka preimplantacyjna powinna być legalna, że mrożenie zarodków jest bezpieczne, że zaczynają właśnie kliniczne triale nad nowymi protokołami hormonalnymi. Większość z nich to członkowie ESHRE będący na bieżąco z wiedzą medyczną i myślący do tej pory ze zgrozą, że wariant włoski (jedno z bardziej restrykcyjnych praw bioetycznych) mógłby się wydarzyć w Polsce.
Teraz jednak polscy lekarze wiedzą już na pewno, że Dobra Zmiana nadejdzie i prawo się zaostrzy. Wiedzą też, że nie przeniosą swoich kosztownych klinik za granicę, a muszą z czegoś się utrzymać. Nigdy nie twierdziłam, że polscy lekarze są idiotami. Nie są oczywiście.
Twierdziłam co najwyżej, że wielu z nich ma po prostu kręgosłupy z żelatyny i nadal podtrzymuję te słowa.
Dlatego kiedy prezentowałam w tym roku na ESHRE referat o skutkach zmian w polskim prawie dla pacjentów i ograniczeniu ich autonomii, które dokonało się przy całkowitej bezwolności ekspertów medycznych zaproszonych do komisji pracującej nad ustawą, Europejscy specjaliści wydawali się kompletnie nie rozumieć tej sytuacji. Dlaczego świat polskiego in vitro nie protestował, kiedy ustawodawca wprowadzał do prawa zakaz odbierania zarodków przez samotne kobiety? Czemu teraz nie krzyczy i nie tupie nogami "nie pozwalamy cofać medycyny rozrodu o 30 lat wstecz!"?
Ci Europejczycy są tacy głupi. Po prostu nie rozumieją, że kiedy płoną prawa pacjentów, należy się spokojnie przestawić na protokoły z zapładnianiem jednej komórki i przekalkulować ceny.
W tym sensie aborcja i in vitro okazują się mieć kolejną wspólną cechę, choć akurat nie taką, o której fantazjuje Terlik.
Ciało pacjentów bowiem, a kobiet zwłaszcza, jest zawsze najtańszą pozycją w cenniku polskiej biomedycyny.
W dzisiejszej notce jednak chciałabym Was przekonać, iż brak zainteresowania kwestią in vitro i Sprawą Polską jest pewnym błędem, a przynajmniej pozbawia Was dostępu do interesujących obserwacji socjologicznych, z których potem możecie wysnuć równie interesujące wnioski i przedstawić je na przykład na randce z Tindera (o ile macie skłonności do samobójstw towarzyskich) albo gdzieś indziej, na przykład na imieninach cioci.
Założywszy, iż akurat Jesteście ludźmi, którym naprawdę bliższa jest kwestia prawa do aborcji z uwagi na jego szersze społeczne konsekwencje, zacznijmy właśnie od kwestii aborcji i jednego pytania:
Jak sądzicie, kto najbardziej zyskał finansowo na Ustawie z 1993 roku zakazującej aborcji?
Tą grupą nie były kobiety, i nie było nią państwo (państwo co najwyżej straciło), i nie był nią nawet Matka Nasza Najświętsza, Kościół katolicki. Tą grupą byli oczywiście lekarze, którzy dalej przeprowadzali aborcje licząc sobie dutki za własne usługi, ale tym razem ściągając haracz z prywatnej kieszeni, a nie z NFZu, dzięki czemu przy okazji unikali też opodatkowania. W sumie bardzo przyjemna finansowo sytuacja.
Nie ośmielę się tutaj podnieść i uargumentować tezy, że za postępującą konserwatyzacją środowisk lekarskich wobec dostępności państwowej aborcji stoi również aspekt monetarny, bo nie mam na to żadnych dowodów, a poza tym sądzę, że są inne ważniejsze źródła tego zjawiska, niemniej jednak chciałabym, abyście w tym miejscu zapamiętali, że generalnie money makes the world go round. O czym i tak wiecie.
Teraz na krótko wrócimy do tematu in vitro: od maja 2016 rozmawiamy w Polsce o poprawce do Ustawy o leczeniu niepłodności z listopada 2015. Poprawkę przygotował poseł Jan Klawiter (niezrzeszony, wcześniej Prawica Rzeczpospolitej), jeśli ktoś jest ciekaw pełnego tekstu to proszę uprzejmie. Generalnie pan Klawiter, z zawodu inżynier chemik, chce zaostrzenia obowiązującej Ustawy poprzez:
- nakaz zapłodnienia maksymalnie 1 komórki jajowej w procedurze in vitro
- zakaz mrożenia zarodków (zarodek może pozostawać poza organizmem kobiety maksymalnie 72 godziny, potem musi być przeniesiony do macicy)
- zakaz ustanawiania afiliacji ojcowskiej pomiędzy dzieckiem i mężczyzną, którego żona/partnerka zaszła w ciążę w wyniku dawstwa nasienia. Dziecko stanie się szczególnym rodzajem bezprizornego w rozumieniu: "nie mam tatusia, bo jestem z dawstwa, więc mój tata społeczny nie może uznać mnie za swoje dziecko, bo prawo mu tego zabroni"
Projekt nowelizacji jest tak bezdennie głupi zarówno pod względem medycznym, prawnym i społecznym, jak również i naukowym, że nie mam zamiaru go tu szerzej komentować (może w jakiejś kolejnej notce), ale wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze zapamiętajcie, proszę, "nakaz zapłodnienia jednej komórki jajowej", a po drugie ogólną tendencję, której jesteśmy świadkami: tendencję zaostrzenia obecnych warunków ustawowych. Nie mam pojęcia, czy projekt Klawitera przejdzie w obecnym wariancie, czy sejmowa Komisja Zdrowia dołoży do niego później coś w rodzaju rzekomej "liberalizacji" (np. wolno zapłodnić AŻ dwie komórki jajowe), czy też finalnie obudzi się Jarosław Gowin i przypomni sobie, że ekspert od in vitro jest w Bolandii jeden i jest nim właśnie on, ale jedno jest pewne: ustawa zostanie zaostrzona i jest bezdyskusyjne, że ograniczona zostanie liczba zapładnianych komórek (obecnie ta liczba wynosi 6 komórek jajowych u kobiet poniżej 35 roku życia).
Teraz dołożymy drugą zmienną, nad którą też się nie będę nadmiernie rozwodzić. Jest wiedzą powszechną, dostępną i zweryfikowaną, że na powodzenie procedury in vitro (powodzenie = urodzenie dziecka) bezpośredni wpływ ma ilość zapładnianych komórek jajowych. Konkretnie - im mniej komórek zapładniamy, tym mniejsza szansa na dziecko. Wynika to z wielokrotnie opisywanego na tym blogu mechanizmu ludzkiego zapłodnienia i tzw. czynnika selekcji ewolucyjnej.
I jeszcze trzecia oraz czwarta zmienna:
Trzecia: każde pozyskanie komórki jajowej z organizmu kobiety wymaga interwencji zabiegowej, bo komórki pobiera się w znieczuleniu ogólnym przez sklepienie pochwy, co jest ingerencją w jajniki i sam organizm. Kobieta musi być znieczulona, jej jajniki nakłute (może to wpłynąć na ich dalszą pracę, negatywnie oczywiście), a wcześniej najczęściej przechodzi stymulację hormonalną. Mamy więc cały ciąg zdarzeń medycznych.
Czwarta: niezależnie od tego, ile komórek się zapłodni, cena za zabieg będzie stała. Złożą się na nią pewne rutynowe czynności i składowe, na przykład praca laboratorium, lekarzy i położnych, znieczulenie, hodowla zarodków i tak dalej. W sumie zapłacimy około 10 tysięcy za sam zabieg (nie licząc kosztu leków).
Zapomniałam o piątej zmiennej, która jest kluczowa. Ok, nie zapomniałam, zostawiłam ją celowo na koniec, bo dość często ta zmienna nam magicznie zanika w dyskusji. Tą zmienną jest fakt, że w Polsce istnieje obecnie ok. 50 klinik in vitro i - nie uwierzycie - one nie działają na energię słoneczną i wolontariat. Pracują w nich ludzie, którzy - jeśli są właścicielami lub radą nadzorczą - zainwestowali kupę kasy w sprzęt, technologię i dzierżawę budynku, a teraz dodają dwa do dwóch i wychodzi im, że czas żniw właśnie chyli się ku końcowi, a kredyt trzeba płacić.
Tak się bowiem składa, że o ile skrobaneczkę możecie sobie machnąć na czarnym rynku, co pochłonie jakieś 4 godziny pracy lekarza i anestezjologa, a potem inkasujemy gotówkę i "do widzenia, pani się zgłosi na kontrolę", to z in vitro totalnie to nie zadziała. Potrzebujecie działającego cały czas laboratorium, sztabu ludzi i procesu trwającego co najmniej 14 dni (podawanie leków, kontrola cyklu, operacyjne pobranie komórek, hodowla zarodków, transfer) i w żadnym razie nie zrobicie tego w podziemiu.
Podziemie invitrowe nie istnieje nigdzie na świecie i nie zaistnieje też w Polsce.
Kliniki o tym wiedzą.
Wiedzą też, że w Czechach, Słowacji i Ukrainie ceny za in vitro są podobne/niższe niż w Polsce, i że centymetry zaczynają ich dzielić od pacjenckiego Exodusu. Któż, mając do wydania kilkanaście tysięcy złotych i pogodzony z tą myślą, pozostanie w Polsce zyskując kilka procent szans na dziecko (po ograniczeniu liczby zapłodnionych komórek do jednej, skuteczność jednego cyklu IVF będzie się wahać w granicach 3-7% zamiast obecnych 30%), skoro może pojechać do Czech, zapłacić tę samą sumę i zachować szanse na dotychczasowym poziomie?
I w tym momencie właśnie zaczynają dziać się ciekawe rzeczy. Panie i Panowie, przedstawiam Wam pionierską metodę AneVivo oddając głos Poradnikowi Zdrowie (informacje prasową znajdziecie też w pierdylionie innych źródeł):
Metoda jest już dostępna w Polsce. Zważywszy na fakt, że zanim dotarłam do zacytowanego tekstu, zostałam najpierw dokładnie odpytana przez dwóch dziennikarzy poczytnych periodyków na okoliczność znajomości "nowej rewolucyjnej metody", a potem przez kilka godzin dyskutowałam z pacjentkami ("alternatywa dla in vitro" zdążyła już zrobić rundkę po telewizjach i zasiać nadzieję w sercach) - wróżę wielki sukces metodzie AneVivo.
AneVivo to nowa metoda leczenia niepłodności. Ma być ona alternatywą dla tych, którzy nie chcą skorzystać z in vitro.
AneVivo może zrewolucjonizować leczenie niepłodności w Polsce. W tej nowej metodzie wspomagania rozrodu cały proces zapłodnienia i wczesnego rozwoju zarodków odbywa się w łonie matki, a nie tak jak do tej pory w szalce Petriego i pod mikroskopem. Technikę opracowała szwajcarska firma biotechnologiczna Anecova przy wsparciu naukowców z Politechniki Federalnej w Lozannie.
W metodzie AneVivo wykorzystuje się silikonową kapsułkę, która ma 1 cm długości i 1 mm szerokości. Wypełnia się ją plemnikami i komórkami jajowymi, a następnie umieszcza na 24 godziny w macicy. W kapsułce dochodzi do połączenia się komórek i wczesnego rozwoju zarodka. Po 24 godzinach mający 1 cm długości i 1 mm szerokości pojemniczek jest wyjmowany. Następnie wybiera się z niego zdrowe zarodki i po 2-4 dniach umieszcza je z powrotem w ciele kobiety.
- To prawdziwy przełom w leczeniu niepłodności w Polsce. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której możemy przeprowadzić zapłodnienie wewnątrz ciała kobiety, bez używania szalki i nakłuwania komórek jajowych - mówi dr n. med. XXX z kliniki w Katowicach.
Ale to niejedyne plusy nowej metody. Kluczowy jest także aspekt psychologiczny. - Większość procesu zachodzi tutaj w ciele kobiety. To znacznie zwiększa więź pomiędzy matką a przyszłym potomstwem - przekonuje dr XXX.
Abstrahując od faktu, jakie znaczenie dla więzi pomiędzy matką i dzieckiem ma zapłodnienie w macicy, oraz co na ten temat do powiedzenia może mieć lekarz ginekolog, chciałabym zwrócić Waszą uwagę na kilka drobnych smaczków:
1. naturalność metody polega na tym, że pacjentka przechodzi normalną stymulację hormonalną, jest poddawana operacyjnemu pobraniu komórek, jej partner oddaje nasienie do fiolki, potem do jej pochwy jest wkładana kapsułka, 24 godziny później z jej pochwy jest wyjmowana kapsułka, z kapsułki jest wyjmowany zarodek (o ile powstał), zarodek jest hodowany na szkle, w końcu do macicy kobiety ponownie wkładany jest zarodek. Czy moglibyście w przybliżeniu zdefiniować "naturę" w tym procesie?
2. W chwili obecnej ponad 60% procedur in vitro w Polsce przeprowadza się w technologii ICSI - wybierany jest jeden plemnik i wstrzykuje się go do komórki jajowej, co zapewnia większe prawdopodobieństwo zapłodnienia i jest jedyną opcją dla par z obniżonymi parametrami nasienia (ok. połowy pacjentów). Jeśli przeczytaliście uważnie tekst to wiecie, że w AneVivo tak się nie stanie, ponieważ w kapsułce umieszcza się chmurę plemników, które muszą same próbować zapłodnić komórkę/ki. Ta metoda nie ma żadnego znaczenia dla par z czynnikiem męskim.
3. Komórki jajowe są bezcenne, ponieważ pobiera się je operacyjnie, trzeba je wcześniej wystymulować, a następnie znieczulić kobietę. To powoduje, że koszt jednej komórki jajowej jest niebotyczny i powinna być traktowana jako skarb, którego się nie marnuje, bo rezerwy tego skarbu są ograniczone.
4. AneVivo ma taką fajną, zmyślną kapsułeczkę, która jest, nieprawdaż, rewolucyjna i nowa, ale okazuje się, że niekoniecznie. Koncepcja kapsułeczki istnieje w historii technik wspomaganego rozrodu od ponad 20 lat i rezultaty jej stosowania są - użyję eufemizmu - mierne. Gdybym nie chciała użyć eufemizmu to napisałabym "beznadziejne" zważywszy na brak zarejestrowanych ciąż. Dowód:Intrauterine fertilization capsules--a clinical trial. Tu z kolei mamy opis przypadku pacjentki, u której zastosowano technikę umieszczania gamet w macicy, z równie pesymistycznymi konkluzjami: Ectopic pregnancy occurred after oocyte intrauterine transfer (OUT)--a case report. Więcej badań Wam nie podam, ponieważ ich nie ma (jest jeszcze jedno zabawne dotyczące umieszczania spermy i komórek jajowych w macicy, które zaowocowało nawet 6 ciążami na 23 cykle, ale w macicy umieszczano po 4 komórki jajowe, co nie mieści się w ogóle w obecnych standardach bezpieczeństwa położniczego, badanie z początku lat 90tych, jeśli ktoś ciekaw to służę).
5. Na koniec zachowałam najfajniejsze. Hej, wiecie, ile kosztuje AneVivo? 11 tysi (słownie: jedenaście tysięcy złotych polskich)
Ale w porządku, możecie powiedzieć, że niesłusznie się czepiam, bo przecież nasza kapsułeczka nie jest zrobiona z agaru, tylko jest wielorazowa i w ogóle pracował nad nią szwajcarski zegarmistrz (serio, oni się tym chwalą w mediach, oczywiście publicznych), więc wyprowadzanie znaku równości nie jest tu uzasadnione; że jeśli coś jest rewolucyjne to ma prawo dużo kosztować (owszem); i że jeśli coś działa to furda z tym, czy jest naturalne czy nie.
No to zobaczmy, jakie jest to rewolucyjne działanie, za które warto zapłacić 11 tysięcy.
Najpierw sprawdźmy PubMed. Ileż to mamy badań nad AneVivo?
Z kolei zapytania o mikrokapsułę i domaciczny transfer wyrzucają badania, które już wyżej wkleiłam, a których rezultaty są żadne. Firma produkująca kapsułę pytana o efekty jej stosowania mierzone w tzw. success rate (ciąża) odsyła do strony clinicaltrials, z której wynika, że dopiero rekrutuje uczestników badania (sic!):
Nieliczne światowe kliniki in vitro oferujące tę usługę piszą na swoich stronach uczciwie, że badania nad efektami AneVivo są wciąż w toku i że wyniki mogą się okazać mało skuteczne i generujące niepotrzebny wzrost kosztów dla pacjentów. Ale też te kliniki działają w krajach, w których w codziennym użyciu jest normalna procedura in vitro pozwalająca na zapładnianie więcej niż jednej komórki i dopuszczająca mrożenie zarodków. One nie muszą ściemniać pacjentom.
W kolejnych miesiącach przewiduję cudowne rozmnożenie technologii i innowacyjnych metod, które dzięki zapłodnieniu jednej komórki jajowej w tej samej cenie, którą ma aktualnie klasyczne IVF, będą kusić rewolucyjnością i obietnicami ciąży.
Dla tych z Was, którzy - jak wspomniałam - nie śledzą invitrowych nowinek dość szokująca może się wydać hipoteza, iż polscy lekarze zajmujący się in vitro nie chodzą w glorii rychłej beatyfikacji i nie bronią piersią oraz pazurami Evidence Based Medicine, która w przypadku niepłodności ma bardzo jasne i od wielu lat znane rekomendacje. Są to ci sami lekarze, którzy przez lata dzielili się z nami na łamach prasy doniesieniami o swoich kolejnych rewolucyjnych odkryciach, zapewniając nas, że diagnostyka preimplantacyjna powinna być legalna, że mrożenie zarodków jest bezpieczne, że zaczynają właśnie kliniczne triale nad nowymi protokołami hormonalnymi. Większość z nich to członkowie ESHRE będący na bieżąco z wiedzą medyczną i myślący do tej pory ze zgrozą, że wariant włoski (jedno z bardziej restrykcyjnych praw bioetycznych) mógłby się wydarzyć w Polsce.
Teraz jednak polscy lekarze wiedzą już na pewno, że Dobra Zmiana nadejdzie i prawo się zaostrzy. Wiedzą też, że nie przeniosą swoich kosztownych klinik za granicę, a muszą z czegoś się utrzymać. Nigdy nie twierdziłam, że polscy lekarze są idiotami. Nie są oczywiście.
Twierdziłam co najwyżej, że wielu z nich ma po prostu kręgosłupy z żelatyny i nadal podtrzymuję te słowa.
Dlatego kiedy prezentowałam w tym roku na ESHRE referat o skutkach zmian w polskim prawie dla pacjentów i ograniczeniu ich autonomii, które dokonało się przy całkowitej bezwolności ekspertów medycznych zaproszonych do komisji pracującej nad ustawą, Europejscy specjaliści wydawali się kompletnie nie rozumieć tej sytuacji. Dlaczego świat polskiego in vitro nie protestował, kiedy ustawodawca wprowadzał do prawa zakaz odbierania zarodków przez samotne kobiety? Czemu teraz nie krzyczy i nie tupie nogami "nie pozwalamy cofać medycyny rozrodu o 30 lat wstecz!"?
Ci Europejczycy są tacy głupi. Po prostu nie rozumieją, że kiedy płoną prawa pacjentów, należy się spokojnie przestawić na protokoły z zapładnianiem jednej komórki i przekalkulować ceny.
W tym sensie aborcja i in vitro okazują się mieć kolejną wspólną cechę, choć akurat nie taką, o której fantazjuje Terlik.
Ciało pacjentów bowiem, a kobiet zwłaszcza, jest zawsze najtańszą pozycją w cenniku polskiej biomedycyny.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Wyjdź z kościoła. Tak, naprawdę.
Zaczęłam pisać tę notkę ponad trzy lata temu i porzuciłam ją uznając, że dotyczy tematu kosmicznego, który się nigdy w Polsce nie zadzieje. Początek notki brzmiał wówczas tak:
"Wiele lat temu postanowiliśmy ze Starym zawrzeć związek małżeński i na tę okoliczność zostaliśmy skierowani na tzw. nauki przedmałżeńskie, które w naszym przypadku miały postać mszy świętej oraz konferencji dla narzeczonych.
Odprawiający mszę świętą ksiądz już w pierwszych słowach swojego kazania postanowił się podzielić z narzeczonymi swoim poglądem na kwestię pożydowskich kamienic, sprawowania przez Żydów wysokich urzędów w Państwie i "czynienia z siebie ofiar Holokaustu".
Powiedziałam głośno do Starego "nie, to jest skandal, nie będziemy słuchać tych antysemickich bzdur, wychodzimy". Opuściliśmy kościół nie troszcząc się bynajmniej o angielskie wyjście.
I, kurczę, byliśmy jedynymi ludźmi, którzy to zrobili.
Nie wiem, czy tego dnia kościół wypełniali co do jednego antysemici, czy może ludzie, którym było wszystko jedno. Nie mam pojęcia.
Ale dało mi to przyczynek do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób ludzie rozumieją coś tak prostego jak "przyzwoitość". Nie trzeba być Żydem, aby poczuć się dotkniętym antysemityzmem. I nie trzeba być osobą niepłodną, aby wyjść z kościoła, kiedy kardynał Dziwisz w Wielki Piątek mówi wiernym podczas mszy:
" Cel nie uświęca środków. Pragnienie posiadania dziecka, samo w sobie słuszne, nie może być realizowane metodami niegodziwymi"
Moim zdaniem w takiej sytuacji trzeba ostentacyjnie wyjść z kościoła."
Dwanaście lat później, czyli dziś, w dniu 04 kwietnia 2016 roku, drugi raz wyszłam ostentacyjnie z kościoła, a poza mną zrobiło to przypuszczalnie kilka setek/tysięcy osób w różnych miastach i miasteczkach, choć wy pewnie słyszeliście tylko o tym pierwszym wydarzeniu, bo tylko tam były kamery (odbywały się trzy chrzty):
INCYDENT W KOŚCIELE PW ŚW ANNY
Ale nie zawiódł również Gdańsk (zwróćcie uwagę, ile osób wychodzi w momencie odczytywania listu KEP):
MILCZĄCE OPUSZCZENIE KOŚCIOŁA MARIACKIEGO
Potem przeczytałam wiele wpisów o ustawkach, manipulacji Gazety Wyborczej, właściwie do kompletu brakowało tylko Sorosa i kapitalistycznych pieniędzy. Tymczasem prawda była trywialna: w ludziach narósł, nabrzmiał i wreszcie pękł wkurw.
Co się dziś tak naprawdę wydarzyło?
Po pierwsze: pewna część ludzi zamiast jak zawsze pomyśleć "Co oni bredzą? Przecież to skandal" i włączyć sobie chwilową wewnętrzną emigrację, naprawdę wstała i wyszła. Czyli: można. Kościół przestał być dziś przestrzenią wyłączoną z życia tu i teraz, chronioną ziemią świętą, na której obowiązują inne prawa i gdzie bez względu na wszystko należy zachować pokorne milczenie.
Po drugie: okazało się, że można nie tylko wstać i wyjść, ale nawet mruknąć pod nosem "nie zgadzam się". Świat od tego nie spłonie. Grom w nas nie uderzy. Ksiądz być może się zacuka w niedowierzaniu.
Po trzecie: zrobienie jednej z powyższych rzeczy odblokowuje w nas zupełnie nowy obszar nieobojętności. I dopiero tu się zaczyna nowa historia, która zmienia relację pomiędzy człowiekiem i ziemską władzą kościelną. Nie jesteśmy własnością Kościoła, to on jest naszą wspólnotą, a to oznacza, że jeśli polityka jest uprawiana w sposób odsłonięty z wysokości ambony, możemy powiedzieć NIE. Ponieważ nie przyszliśmy tam dla polityki. Przyszliśmy tam z powodu wiary. A jeśli polityka dalej będzie uprawiana w sposób nachalny i usiłujący wpływać na legislację, przestają nas obowiązywać reguły dotychczasowej, pokornej gry.
Można oczywiście zapytać, dlaczego gniew sfokusował się akurat na kwestii zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, skoro polityka od dawna jest uprawiana w sposób jawny w wielu parafiach? Sądzę, że stoi za tym parę dobrych przyczyn. Zanim je skrótowo omówię muszę się upewnić, czy już dziś rzygaliście? Nie?
Jednym z powodów może być zatem ten, że zaczynamy się bać o swoje życie i życie bliskich osób, ponieważ planowana nowelizacja ustawy antyaborcyjnej zakłada możliwość uratowania życia kobiety jedynie w sytuacji "bezpośredniego zagrożenia".
DOWÓD
"Podobnie trudno uznać za prawidłowe twierdzenie, że wynikłe z ciąży zagrożenie dla zdrowia matki usprawiedliwia spowodowanie śmierci dziecka poczętego. (...) w świetle współczesnych standardów medycznych aborcja nie może zostać w żadnych okolicznościach uznana za niezbędną dla ratowania życia matki. W efekcie, o spełnieniu przesłanki niezbędności można by mówić wyłącznie w sytuacji, kiedy przeprowadzenie zabiegu aborcji byłoby jedynym możliwym sposobem, który obiektywnie umożliwiałby uratowanie życia matki"
(Czyli: och, jest pani w ciąży pozamacicznej? Soraski, dopóki jajowód nie pęknie i nie nastąpi zapalenie otrzewnej nic nie mogę zrobić, pani życie nie jest bezpośrednio zagrożone)
Druga możliwa przyczyna: leciuteńko nas wkurwia, iż gwałciciel, który sprokurował ciążę, jest nazywany RODZICEM dziecka poczętego, zaś my w tej ciąży będące nie możemy jej przerwać, ponieważ dziecko nie jest winne grzechów OJCA.
Dowód:
"Co więcej, o ile zgwałcenie stanowi zachowanie przestępne i karygodne, a jego ofiara przeżywa cierpienie tak fizyczne jak i psychiczne, to koncentrując się na zagadnieniu sytuacji psychicznej ofiary zgwałcenia, nie można tracić z pola widzenia problemu jeszcze jednej – równie ważnej – osoby, czyli dziecka, które w żaden sposób nie ponosi winy za czyn, który jego ojciec wyrządził jego matce. W sytuacji dokonania aborcji, powstaje jeszcze większe zło, bowiem dziecko staje się kolejną ofiarą tej dramatycznej sytuacji.
Ustawowe odebranie prawa do życia tym dzieciom poczętym, których ojciec (lub rodzice) podejrzewany jest o popełnienie czynu zabronionego, stanowi niedopuszczalny we współczesnym systemie prawnym powrót do odpowiedzialności karnej za winy cudze."
Trzecia hipoteza. Być może kobiety nie chcą rodzić płodów z anencefalią:
...będą jednak musiały, ponieważ zgodnie z proponowaną NOWELĄ do ustawy:
"Art. 152. § 1. Kto powoduje śmierć dziecka poczętego, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5."Jednocześnie projektodawcy wyjaśniają:
Czwartym powodem może być wynikający ze znowelizowanych zapisów zakaz in vitro:
"Życie ludzkie nie może być pozbawione ochrony tylko dlatego, że obarcza je ciężkie i nieodwracalne upośledzenie bądź nieuleczalna i śmiertelna choroba."
"Art. 1. Każdy człowiek ma przyrodzone prawo do życia od chwili poczęcia, to jest połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej. Życie i zdrowie dziecka od jego poczęcia pozostają pod ochroną prawa"czyli: zakazana zostaje diagnostyka preimplantacyjna, ponieważ wymaga "uszkodzenia ciała dziecka poczętego" = zarodka, czyli pobrania z zarodka jednej komórki, co wprawdzie nie wyrządzi szkody zlepkowi komórek, jednak jest naruszeniem jego ciała składającego się póki co z paru blastomerów. Tym sposobem załatwiamy PGD.
§ 24. Dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej.
Art. 157a. § 1. Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. § 2. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa nieumyślnie"
Teraz w jaki sposób załatwimy zwykłe in vitro.
Utworzenie zarodka poprzez połączenie jaja i plemnika zgodnie z powyższymi zapisami może być legalne jedynie wtedy, jeśli ten zarodek się rozwinie i da ciążę, co stanie się udziałem ok. 30% zarodków, pozostałe obumrą z powodów naturalnych i tak samo stałoby się w jajowodzie. Żaden lekarz nie jest w stanie zagwarantować przeżycia zarodka, ponieważ jest to fizycznie i biologicznie niemożliwe. Zatem pójdzie do pierdla.
Piątą przyczyną jest ta, że dostęp do badań prenatalnych zostaje ograniczony, a roniąca ciążę kobieta jest protekcjonalnie pouczana i podejrzewana o celowe jej przerwanie z tytułu nie dość ostrożnego zachowania się, przy czym zostaje obarczona obrzydliwym poczuciem winy za poronienie:
"3.16. Wyłączenie karalności matki, która nieumyślnie spowodowała śmierć dziecka poczętego
Wyłączenie to dotyczy nieumyślnej formy czynów, polegającej co do zasady na niedochowaniu przez matkę dziecka poczętego ostrożności, jakiej wymaga się od osoby w jej stanie.Projektowane przepisy oznaczają, że ustawodawca traktuje takie zachowanie jako bezprawne i zawinione, jednak wyłącza matkę spod groźby sankcji, biorąc pod uwagę, iż w zazwyczaj utrata dziecka w takiej sytuacji jest sama w sobie źródłem cierpienia matki, która chciała dziecka, a w wyniku swojego nieroztropnego zachowania doprowadziła do jego śmierci lub uszkodzenia jego ciała."Jednym słowem jest wspaniale i cieszymy się wszyscy, iż polski Episkopat zamiast zajmować się
Komunikat Prezydium KEP w sprawie pełnej ochrony życia człowieka
Życie każdego człowieka jest chronione piątym przykazaniem Dekalogu: „Nie zabijaj!”. Dlatego stanowisko katolików w tym względzie jest jasne i niezmienne: należy chronić od poczęcia do naturalnej śmierci życie każdego człowieka.
W kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję.
Myślę, że dla wielu księży mogło się dziś wydać szokujące, iż polskie kobiety poza macicą, którą należy kontrolować, i rękami, którymi mogą trzymać szmaty do mycia okien w świątyni lub układać bukiety na ołtarz, okazało się mieć również coś nieprzewidzianego: własne zdanie. I ono nie jest zbieżne ze zdaniem kilkunastu tysięcy mężczyzn w sutannach ani młodych łebków z ruchów narodowych, którzy co do jednego - choć wszyscy wyszli z macic swoich matek - nie zasłużyli na to, aby się urodzić, skoro w dorosłym wieku chcą torturować kobiety i dziewczynki.
Stąd właśnie wziął się ten wkurw. I nieprędko się skończy, bo demonstracje dopiero się zaczęły. Kościelne przebudzenie też.
poniedziałek, 15 lutego 2016
Narodowy Program Wspierania Prokreacji
Najpierw się zareklamuję: jeśli ktoś chciałby poczytać więcej aktualnych notek i do tego w lakierowanej okładce, to może to zrobić za 30 złotych z kawałkiem (i pewnie mniej za ebooka) tutaj.
Stanowi to także wyjaśnienie, czemu blog w ostatnich miesiącach nieco strupieszał.
Tymczasem w kraju i w środowisku osób niezamierzenie bezdzietnych wydarzyło się sporo ważnych rzeczy począwszy od zmiany rządu i związanej z nią decyzji nowego Ministra zdrowia o wygaszeniu programu refundacji in vitro aż po ogłoszenie planów zupełnie nowego programu wspierania prokreacji, który będzie kosztować summa summarum tyle samo co in vitro, ale którego medyczna zasadność jest wyłącznie wątpliwa. Jednocześnie Minister twierdzi, że refundacja in vitro była za droga i Polski na ten wydatek nie stać. Przypomnijmy: trzyletni program refundacji in vitro kosztował 300 mln zł, przystąpiło do niego ponad 17 tysięcy par, urodziło się 3700 dzieci, kolejne są w drodze.
Okazuje się jednak, że pieniądz pieniądzowi nierówny, jeśli jedną złotówkę opromienia statystyka, a drugą ideologiczny Duch Święty, jak stało się to z nowym programem Ministerstwa zdrowia o nazwie "Narodowy Program Wspierania Prokreacji":
Jak powszechnie wiemy, brak plemników w spermie u mężczyzny po terapii przeciwnowotworowej bierze się z noszenia ciasnych majtek i chodzenia na imprezy, a nie z naświetlań i chemioterapii, które zniszczyły jego gonady ratując mu jednocześnie życie. Czym zgrzeszyły kobiety chorujące na nowotwór tego niestety minister Pinkas nie wyjaśnia, może jednak czynność jajnikowa wygasła im od jedzenia chipsów, a nie radioterapii? Edukacja jest w zasadzie dobrym pomysłem. Możemy na przykład poinformować pacjentów onkologicznych, że w wyniku leczenia prawdopodobnie ich płodność zostanie zniszczona, ale zamiast ją zabezpieczyć i zamrozić ich gamety przed naświetlaniami, a po wyleczeniu zaproponować refundowane in vitro, kupimy im luźne gacie w kratkę.
W jaki sposób "fatalny styl życia" (poza paleniem papierosów) ma wpłynąć na pojawienie się lub zniknięcie zespołu Klinefeltera czy endometriozy u kobiet, tego Pinkas też nie wyjaśnia, możemy jednak przyjąć na słowo, że wydanie paru milionów na "naukę o przestrzeganiu zasad dbania o siebie" załatwi nam te problemy hurtem, a przy okazji wygeneruje nagrodę Nobla dla Pinkasa. Ostatecznie będzie pierwszym człowiekiem, który dowiedzie, że niepłodności zaawansowanej o podłożu genetycznym lub poonkologicznym można zapobiec pogadankami w liceach.
Na razie jednak mamy wyszarpać tylko parę milionów z budżetu i choć nadal pozostajemy nieskuteczni, to wciąż tańsi niż refundacja in vitro. Na tym jednak kreatywność się nie kończy (podkreślenie moje):
Dobra i mądra porada to jest właśnie to, czego brakowało milionom niepłodnych ludzi przed rokiem 1978, kiedy to Steptoe i Edwards wykonali pierwsze udane zapłodnienie pozaustrojowe zakończone narodzinami dziecka. Ci wszyscy ludzie oraz lekarze, u których się leczyli, niewątpliwie cierpieli z powodu braku dobrych i mądrych porad, a nie z powodu braku istnienia skutecznej terapii. To elementarne, Watsonie. Oferowano im wprawdzie wszystko to, co medycyna konwencjonalna oferować mogła, czyli farmakoterapię, gruntowną diagnostykę, laparoskopię, histeroskopię, sonohisterosalpingografię, operacje żylaków powrózka nasiennego, monitoring cyklu i tak dalej, jednakże czego brakowało? Tak, zgadliście: dobrej i mądrej porady.
Dlatego właśnie niedrożne jajowody nie dawały się udrożnić, a endometrioza wchodziła na otrzewną i uszkadzała jajniki. Gdyby jednak poklepać ich czule po ramieniu i zacytować - no nie wiem - Johna Locka albo Paulo Coelho, terapia na pewno zakończyłaby się sukcesem, a zapłodniona komórka jajowa przewędrowała po ramieniu wprost do macicy i tam się zagnieździła.
Istnieje też alternatywna historia i mówi ona o tym, że Steptoe i Edwards (a dokładniej: niezliczone zespoły naukowe, które pracowały nad tym samym projektem, ale albo nie osiągnęły sukcesu, albo zablokowano im prace z powodu odmów komisji bioetycznych, o czym pisze Zdzisława Piątek w tej książce) właśnie dlatego podjęli prace nad zapłodnieniem pozaustrojowym, ponieważ dobre i mądre porady zwyczajnie nie działały w gros przypadków niepłodności zaawansowanej.
Dziś jesteśmy 38 lat dalej i wiemy, że metoda in vitro działa, a dla 30 tysięcy polskich par jest jedyną szansą na dziecko. To są właśnie pary z niepłodnością zaawansowaną. Trzysta milionów, które zainwestowaliśmy w program refundacyjny, przyniosły efekt 31% ciąż w przeliczeniu na transfer zarodka, czego dowodzą oficjalne statystyki Programu refundacyjnego dostępne tutaj. Na poziomie liczb bezwzględnych mówimy o trzech tysiącach siedmiuset noworodków, które nie urodziłyby się bez pomocy medycyny w latach 2013 - 2016, przy czym dane pochodzą ze stycznia 2016, więc od tej pory urodziły się kolejne dzieci i pojawiły się kolejne ciąże. Prawdopodobnie dobijemy do pięciu tysięcy narodzin nowych obywateli, jednak nie powiększymy już tej liczby, jeżeli do dyspozycji pozostaną nam dobre porady, diagnostyka i dostęp do leków, czyli to co mieliśmy do roku 1978 i z czym nie mogliśmy skutecznie pomóc najciężej chorym.
Oczywiście od 1978 medycyna i nauka poszły do przodu, diagnostyka się znacząco poprawiła, ale nie zmienia to faktu, że uzyskanie diagnozy jeszcze nikogo nie wyleczyło.
Pinkas mówi jednak o "odpowiedniej terapii", choć nie wiadomo, za czyje pieniądze ją wdroży, skoro wyda równowartość 300 milionów publicznych pieniędzy na program diagnozowania niepłodności, hospitalizacji chorych i rozwoju poradni andrologicznych. Z poradniami andrologicznymi jest w ogóle dość zabawnie, bo męskiej niepłodności zazwyczaj się nie leczy, gdyż nie ma to udokumentowanego terapeutycznego sensu. Terapie suplementacyjne nie mają udowodnionej skuteczności, terapie hormonalne mogą pomóc garstce mężczyzn, operacje żylaków powrózka nasiennego nie przekładają się na wzrost odsetka ciąż, genetyka z definicji jest nieuleczalna, a ponad 70% przypadków męskiej niepłodności ma podłoże idiopatyczne niezależnie od liczby działających poradni andrologicznych, co nas wraca do alternatywy "albo przyjmujecie państwo postawę wyczekującą, albo robimy inseminację/in vitro".
Jeszcze zabawniejsza jest koncepcja hospitalizacji w diagnostyce i terapii choroby, która charakteryzuje się niemal wyłączną ambulatoryjnością zabiegów.
Oczywiście każdego można położyć do łóżka i zgarnąć za to rozliczenie w NFZcie, pytanie jeszcze: w jakim konkretnie celu?
Laparoskopia jest zabiegiem ambulatoryjnym, tak samo histeroskopia i histerosalpingografia. Inseminacja trwa 15 minut i wymaga fotela ginekologicznego. Punkcja jajników przy in vitro wymaga wprawdzie anestezji i sali zabiegowej, ale trwa 30 minut, pacjentka wraca do domu tego samego dnia, zresztą za publiczną kasę nie będziemy już przecież wykonywać in vitro. To może obserwacja cyklu wymaga hospitalizacji? Pobranie krwi na badania hormonalne? Zbadanie moczu?
Tak się właśnie generuje koszty. Skoro do wydania jest 300 milionów i będzie można się do nich dobrać, niewątpliwie je wydamy. Do czasu programu refundacyjnego niektóre szpitale wykonywały niezliczoną ilość kompletnie zbędnych badań (wiedząc przy tym, że są one zbędne) tylko dlatego, bo NFZ za nie płacił. Robiono więc badania chomiczych komórek jajowych (serio), zalewano jajowody pacjentek kontrastami przy trzeciej próbie HSG, ingerowano enty raz w jajowód podczas laparoskopii (ryzykując realnym obniżeniem rezerwy jajnikowej pacjentek), a wszystko to dlatego, że skutecznych terapii akurat nie refundowano, więc wykonywano te nieskuteczne, ale za to uwzględnione przez NFZ.
Była to oczywista systemowa patologia, którą teraz powtórzymy pod nową nazwą Narodowego Programu Prokreacji zachęcającego finansowo szpitale do marnotrawienia publicznych środków, tym razem już w sposób zaplanowany.
I po co to wszystko? Ponieważ in vitro ideologicznie śmierdzi, więc nawet udowodniona naukowo, a potwierdzona wreszcie polską praktyką publiczną skuteczność tej metody, nie stanowi obecnie argumentu dla Ministerstwa zdrowia. Bitwa nie toczy się więc o racjonalność mierzoną analizami ekonomicznymi i zdrowotnymi, a wyłącznie o bliskość do zakrystii.
Stanowi to także wyjaśnienie, czemu blog w ostatnich miesiącach nieco strupieszał.
Tymczasem w kraju i w środowisku osób niezamierzenie bezdzietnych wydarzyło się sporo ważnych rzeczy począwszy od zmiany rządu i związanej z nią decyzji nowego Ministra zdrowia o wygaszeniu programu refundacji in vitro aż po ogłoszenie planów zupełnie nowego programu wspierania prokreacji, który będzie kosztować summa summarum tyle samo co in vitro, ale którego medyczna zasadność jest wyłącznie wątpliwa. Jednocześnie Minister twierdzi, że refundacja in vitro była za droga i Polski na ten wydatek nie stać. Przypomnijmy: trzyletni program refundacji in vitro kosztował 300 mln zł, przystąpiło do niego ponad 17 tysięcy par, urodziło się 3700 dzieci, kolejne są w drodze.
Okazuje się jednak, że pieniądz pieniądzowi nierówny, jeśli jedną złotówkę opromienia statystyka, a drugą ideologiczny Duch Święty, jak stało się to z nowym programem Ministerstwa zdrowia o nazwie "Narodowy Program Wspierania Prokreacji":
- Ten ruch będzie kosztować kilka milionów złotych. Obejmie kampanię edukacyjną, materiały dla szkół, studentów czy spoty reklamowe. Chodzi głównie o edukację, której obecnie bardzo brakuje - podkreśla odpowiedzialny za program wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas. - To powinna być wiedza, co zrobić, żeby nie mieć problemu z płodnością, w dużej mierze powinno to dotyczyć mężczyzn, którzy mają z tym problem. Chodzi o fatalny styl życia, ubierania się, choćby w obcisłą bieliznę, nieprzestrzeganie pewnych racjonalnych zasad dbania o siebie - wylicza.
Jak powszechnie wiemy, brak plemników w spermie u mężczyzny po terapii przeciwnowotworowej bierze się z noszenia ciasnych majtek i chodzenia na imprezy, a nie z naświetlań i chemioterapii, które zniszczyły jego gonady ratując mu jednocześnie życie. Czym zgrzeszyły kobiety chorujące na nowotwór tego niestety minister Pinkas nie wyjaśnia, może jednak czynność jajnikowa wygasła im od jedzenia chipsów, a nie radioterapii? Edukacja jest w zasadzie dobrym pomysłem. Możemy na przykład poinformować pacjentów onkologicznych, że w wyniku leczenia prawdopodobnie ich płodność zostanie zniszczona, ale zamiast ją zabezpieczyć i zamrozić ich gamety przed naświetlaniami, a po wyleczeniu zaproponować refundowane in vitro, kupimy im luźne gacie w kratkę.
W jaki sposób "fatalny styl życia" (poza paleniem papierosów) ma wpłynąć na pojawienie się lub zniknięcie zespołu Klinefeltera czy endometriozy u kobiet, tego Pinkas też nie wyjaśnia, możemy jednak przyjąć na słowo, że wydanie paru milionów na "naukę o przestrzeganiu zasad dbania o siebie" załatwi nam te problemy hurtem, a przy okazji wygeneruje nagrodę Nobla dla Pinkasa. Ostatecznie będzie pierwszym człowiekiem, który dowiedzie, że niepłodności zaawansowanej o podłożu genetycznym lub poonkologicznym można zapobiec pogadankami w liceach.
Na razie jednak mamy wyszarpać tylko parę milionów z budżetu i choć nadal pozostajemy nieskuteczni, to wciąż tańsi niż refundacja in vitro. Na tym jednak kreatywność się nie kończy (podkreślenie moje):
Na kolejny etap Ministerstwo Zdrowia planuje przeznaczyć dokładnie taką ilość środków, jaką poprzedni rząd zaplanował na refundację zapłodnienia pozaustrojowego. Etapem tym będzie start klinik referencyjnych.
- Będą stosowały uznane na świecie metody diagnostyczne i terapeutyczne - mówi Pinkas. - Będziemy wdrażać te technologie, które są uzasadnione klinicznie, stworzymy poradnie andrologiczne, lekarze będą mieli odpowiednie narzędzia, dostęp do odpowiednich leków, ale także do dobrej, mądrej porady, jeżeli będzie potrzeba to pacjenci będą hospitalizowani w ośrodkach referencyjnych, gdzie zastosowana zostanie pełna diagnostyka i oczywiście odpowiednia terapia.
Dobra i mądra porada to jest właśnie to, czego brakowało milionom niepłodnych ludzi przed rokiem 1978, kiedy to Steptoe i Edwards wykonali pierwsze udane zapłodnienie pozaustrojowe zakończone narodzinami dziecka. Ci wszyscy ludzie oraz lekarze, u których się leczyli, niewątpliwie cierpieli z powodu braku dobrych i mądrych porad, a nie z powodu braku istnienia skutecznej terapii. To elementarne, Watsonie. Oferowano im wprawdzie wszystko to, co medycyna konwencjonalna oferować mogła, czyli farmakoterapię, gruntowną diagnostykę, laparoskopię, histeroskopię, sonohisterosalpingografię, operacje żylaków powrózka nasiennego, monitoring cyklu i tak dalej, jednakże czego brakowało? Tak, zgadliście: dobrej i mądrej porady.
Dlatego właśnie niedrożne jajowody nie dawały się udrożnić, a endometrioza wchodziła na otrzewną i uszkadzała jajniki. Gdyby jednak poklepać ich czule po ramieniu i zacytować - no nie wiem - Johna Locka albo Paulo Coelho, terapia na pewno zakończyłaby się sukcesem, a zapłodniona komórka jajowa przewędrowała po ramieniu wprost do macicy i tam się zagnieździła.
Istnieje też alternatywna historia i mówi ona o tym, że Steptoe i Edwards (a dokładniej: niezliczone zespoły naukowe, które pracowały nad tym samym projektem, ale albo nie osiągnęły sukcesu, albo zablokowano im prace z powodu odmów komisji bioetycznych, o czym pisze Zdzisława Piątek w tej książce) właśnie dlatego podjęli prace nad zapłodnieniem pozaustrojowym, ponieważ dobre i mądre porady zwyczajnie nie działały w gros przypadków niepłodności zaawansowanej.
Dziś jesteśmy 38 lat dalej i wiemy, że metoda in vitro działa, a dla 30 tysięcy polskich par jest jedyną szansą na dziecko. To są właśnie pary z niepłodnością zaawansowaną. Trzysta milionów, które zainwestowaliśmy w program refundacyjny, przyniosły efekt 31% ciąż w przeliczeniu na transfer zarodka, czego dowodzą oficjalne statystyki Programu refundacyjnego dostępne tutaj. Na poziomie liczb bezwzględnych mówimy o trzech tysiącach siedmiuset noworodków, które nie urodziłyby się bez pomocy medycyny w latach 2013 - 2016, przy czym dane pochodzą ze stycznia 2016, więc od tej pory urodziły się kolejne dzieci i pojawiły się kolejne ciąże. Prawdopodobnie dobijemy do pięciu tysięcy narodzin nowych obywateli, jednak nie powiększymy już tej liczby, jeżeli do dyspozycji pozostaną nam dobre porady, diagnostyka i dostęp do leków, czyli to co mieliśmy do roku 1978 i z czym nie mogliśmy skutecznie pomóc najciężej chorym.
Oczywiście od 1978 medycyna i nauka poszły do przodu, diagnostyka się znacząco poprawiła, ale nie zmienia to faktu, że uzyskanie diagnozy jeszcze nikogo nie wyleczyło.
Pinkas mówi jednak o "odpowiedniej terapii", choć nie wiadomo, za czyje pieniądze ją wdroży, skoro wyda równowartość 300 milionów publicznych pieniędzy na program diagnozowania niepłodności, hospitalizacji chorych i rozwoju poradni andrologicznych. Z poradniami andrologicznymi jest w ogóle dość zabawnie, bo męskiej niepłodności zazwyczaj się nie leczy, gdyż nie ma to udokumentowanego terapeutycznego sensu. Terapie suplementacyjne nie mają udowodnionej skuteczności, terapie hormonalne mogą pomóc garstce mężczyzn, operacje żylaków powrózka nasiennego nie przekładają się na wzrost odsetka ciąż, genetyka z definicji jest nieuleczalna, a ponad 70% przypadków męskiej niepłodności ma podłoże idiopatyczne niezależnie od liczby działających poradni andrologicznych, co nas wraca do alternatywy "albo przyjmujecie państwo postawę wyczekującą, albo robimy inseminację/in vitro".
Jeszcze zabawniejsza jest koncepcja hospitalizacji w diagnostyce i terapii choroby, która charakteryzuje się niemal wyłączną ambulatoryjnością zabiegów.
Oczywiście każdego można położyć do łóżka i zgarnąć za to rozliczenie w NFZcie, pytanie jeszcze: w jakim konkretnie celu?
Laparoskopia jest zabiegiem ambulatoryjnym, tak samo histeroskopia i histerosalpingografia. Inseminacja trwa 15 minut i wymaga fotela ginekologicznego. Punkcja jajników przy in vitro wymaga wprawdzie anestezji i sali zabiegowej, ale trwa 30 minut, pacjentka wraca do domu tego samego dnia, zresztą za publiczną kasę nie będziemy już przecież wykonywać in vitro. To może obserwacja cyklu wymaga hospitalizacji? Pobranie krwi na badania hormonalne? Zbadanie moczu?
Tak się właśnie generuje koszty. Skoro do wydania jest 300 milionów i będzie można się do nich dobrać, niewątpliwie je wydamy. Do czasu programu refundacyjnego niektóre szpitale wykonywały niezliczoną ilość kompletnie zbędnych badań (wiedząc przy tym, że są one zbędne) tylko dlatego, bo NFZ za nie płacił. Robiono więc badania chomiczych komórek jajowych (serio), zalewano jajowody pacjentek kontrastami przy trzeciej próbie HSG, ingerowano enty raz w jajowód podczas laparoskopii (ryzykując realnym obniżeniem rezerwy jajnikowej pacjentek), a wszystko to dlatego, że skutecznych terapii akurat nie refundowano, więc wykonywano te nieskuteczne, ale za to uwzględnione przez NFZ.
Była to oczywista systemowa patologia, którą teraz powtórzymy pod nową nazwą Narodowego Programu Prokreacji zachęcającego finansowo szpitale do marnotrawienia publicznych środków, tym razem już w sposób zaplanowany.
I po co to wszystko? Ponieważ in vitro ideologicznie śmierdzi, więc nawet udowodniona naukowo, a potwierdzona wreszcie polską praktyką publiczną skuteczność tej metody, nie stanowi obecnie argumentu dla Ministerstwa zdrowia. Bitwa nie toczy się więc o racjonalność mierzoną analizami ekonomicznymi i zdrowotnymi, a wyłącznie o bliskość do zakrystii.
piątek, 10 lipca 2015
wrota piekieł
Dziś ma się odbyć głosowanie w senacie nad przyjęciem Ustawy o leczeniu niepłodności, którą przegłosował już sejm. W dniu głosowania w sejmie, pozytywnego dla Ustawy, otworzyliśmy z mężem szampana. Oglądając relację z dyskusji senackiej i czytając stenogramy upewniłam się, że nie powinnam była tamtego dnia wznosić toastu.
Dla większości Polaków dyskusja o in vitro nabrała znamion sporu symbolicznego i zastępczego jednocześnie. Widzialnym tego znakiem była zupełna społeczna nieskuteczność odwołania do in vitro w kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego. Tak, Andrzej Duda chciał penalizacji metody in vitro, ale otwórzmy nowy rozdział, Polsce potrzeba zmian. Poza tym in vitro dotyczy garstki.
Przeciwnie, ograniczanie wolności dotyczy nas wszystkich niezależnie od tego, na którym poziomie zachodzi. Sytuacja, w której aktywny polityk wspiera penalizację jednej z metod leczenia stosowanej od 38 lat na całym świecie, której efektem stały się narodziny ponad sześciu milionów ludzi oraz szczęście ich rodziców, dziadków, kuzynów i przyjaciół (proszę dodać sobie kolejne miliony), powinna być sytuacją groźną dla każdego kraju, który ma inne plany aniżeli zostanie satelickim państwem Watykanu.
Polsce ten scenariusz najwidoczniej nie zagraża.
Senat się wziął za ustawę i udowadnia nam wszystkim dobitnie, że nigdy nie powinniśmy go likwidować, jest bowiem ostatnią deską ratunku dla dobrego imienia sejmu. Bo niżej upaść chyba już nie można.
Debatuje się więc w senacie nad tym, czy dzieci można wymodlić i czy „środki koncepcyjne” wywołują niepłodność. Pyta się zupełnie serio, czy dzieci ludzi bezpłodnych przekażą bezpłodność dalej (bezpłodność to całkowita niemożność prokreacji, określa ją na przykład brak macicy lub brak plemników w nasieniu, in vitro tu nie pomoże, genetycznych dzieci nie będzie). Grozi „otwarciem wrót piekielnych” i grzechem onanizmu. Dla przypomnienia: tak, wciąż jesteśmy w XXI wieku i mieszkamy w kraju, który zgodnie z Konstytucją jest krajem neutralnym światopoglądowo. Chyba wyłącznie deklaratywnie.
Jeden z najbardziej konserwatywnych porządków prawnych, austriacki, właśnie się zliberalizował: można mrozić zarodki, dozwolone jest dawstwo, z inseminacji i in vitro mogą korzystać również kobiety samotne i pary homoseksualne. Włochy od 2004 roku walczą z fatalnym włoskim prawem, tak zwaną Ustawą 40, która doprowadziła ich do Trybunału Praw Człowieka (Włochy przegrały) i szeregu wyroków Sądu Konstytucyjnego. Obecnie we Włoszech można już mrozić zarodki, wykonywać diagnostykę na zarodkach i stosować dawstwo. Niemcy są tak skuteczne w swoim prawie bioetycznym, że obywatele niemieccy krążą po całej Europie szukając leczenia za granicami kraju, aby mieć w ogóle szansę na dziecko i nie stracić przy tym własnego zdrowia.
To wszystko ponownie nie dotyczy Polski i poziomu wiedzy medycznej naszych posłów i senatorów. Pod przykrywką „etycznego kompromisu” próbuje się nam wciskać rozwiązania, które w innych legislacjach europejskich zostały całkowicie skompromitowane: właśnie we Włoszech, w Austrii i w Niemczech. Za które obywatele tych krajów płacili zwiększonym odsetkiem poronień, ciążami mnogimi i dziećmi trafiającymi na oddziały intensywnej opieki neonatologicznej, ponieważ w imię świętej ideologii transferowano po trzy zarodki narażając dzieci na konsekwencje wcześniactwa. A kobiety płaciły zdrowiem.
Dziś wiemy i mamy na to ponad 37 tysięcy zrecenzowanych publikacji, że metoda in vitro jest metodą bezpieczną, mrożenie zarodków jest dla nich bezpieczne i zwiększa ich szanse, że dzieci urodzone w wyniku in vitro nie różnią się niczym od dzieci osób płodnych. Ryzykiem ciążowym jest sama niepłodność rodzica i jego na ogół wyższy wiek, ponieważ niepłodność trwa długo, diagnozuje się ją czasem latami i kiedy człowiek dociera w końcu do ginekologa, nie ma 25 lat, a raczej znajduje się w grupie 35-40.
Wiemy też – i to od lat 60tych, od badań Hertiga i Leridona- iż popularne określenie „negatywnej selekcji zarodków” dotyczy każdego z nas. Za każdym z nas stoi statystycznie 3-5 embrionów sprokurowanych przez naszych rodziców, które obumarły w macicach naszych matek i zostały wydalone wraz z miesiączką. Ponieważ owszem, NATURA SELEKCJONUJE. Lub Bóg, jeśli ktoś woli. I dotyczy to każdego żyjącego ssaka, do czego nie potrzeba było zapłodnienia in vitro, Wystarczył mechanizm ewolucji rozrodu. Na 100% zapłodnień urodzi się jedynie 30% dzieci, reszta zarodków będzie mieć uszkodzenia chromosomalne, nie będzie mieć potencjału stania się człowiekiem i po prostu się nie rozwinie. Metoda in vitro nie wprowadza tu żadnej nowości: jedne zarodki się rozwiną i urodzą, inne obumrą na szkle i się nie urodzą.
Człowiek nie ma na to żadnego wpływu, więc przestańcie obdarowywać nas pomysłami w rodzaju transferowania obumarłych zarodków (senator Hatka) w nadziei, że jednak cudownie zmartwychwstaną w macicy.
Grupa dojrzałych pań i panów senatorów udowadnia nam od dwóch dni, że zdrowie obywateli jest zerową wartością w obliczu instrukcji Polskiego Episkopatu. Grzmi, iż sprzeciwia się „wielokrotnym ejakulacjom kobiet” (senator Ryszka).
Jestem matką dwóch synów i osobą niepłodną. Dzięki metodzie in vitro urodził się mój młodszy syn.
Przez szereg lat aktywnie walczyłam, aby zmieniać społeczną świadomość i podnosić poziom wiedzy.
Stowarzyszenie NASZ BOCIAN, którego jestem członkinią i przewodniczącą, organizowało wysłuchania w Sejmie pokazujące, w jaki sposób stosuje się mowę nienawiści wobec naszych dzieci. Pokazywaliśmy slajdy i ulotki polskich organizacji związanych z Kościołem katolickim, które przyrównywały niepłodne kobiety do inseminowanych krów i informowały, iż „wylewamy dzieci do kibla”. Przedstawialiśmy relacje samych dzieci mówiących o tym, że te słowa nie padają w próżnię, że realnie ranią i odbierają im poczucie godności.
Przynosiliśmy głos od 90 tysięcy pacjentów i rodziców adopcyjnych skupionych wokół naszego Stowarzyszenia na największym europejskim portalu dla osób niepłodnych.
Politycy najwidoczniej woleli słuchać kogoś innego. Nie nas- ludzi, którzy ich wybierali.
To nie zapłodnienie na szkle odbiera nam naszą godność. To wy ją nam odbieracie, szanowni senatorowie RP, udowadniając po raz kolejny, że wcale nie służycie 78% waszych obywateli popierających metodę in vitro. Służycie swoim księżom proboszczom i własnej ignorancji choć nie wybieraliśmy was w tym celu- wybieraliśmy was, abyście chronili nasze wolności i dobra obywatelskie, a przynajmniej abyście nam ich nie odbierali.
Godność odbieracie nam również wy, szanowni hierarchowie polskiego Kościoła katolickiego. Diagnozowaliście u naszych dzieci „bruzdy dotykowe”, nazywaliście je „realizacją idei Frankensteina”. Zawsze z tym samym świątobliwym grymasem troski nad naszymi rodzinami i ich godnością, choć lepiej byście się przysłużyli godności człowieka zajmując się sprawą księdza, którego kochanka rodziła dziecko na plebanii, podczas gdy ojciec tego dziecka słuchał muzyki w pokoju obok i nie udzielił jej pomocy. Dziecko zmarło. Ksiądz został odesłany do innej parafii. Tyle o wysokich standardach moralnych, których głosicielami jesteście mając swoje kurialne dywany wypiętrzone ukrytymi pod nimi brudami. I wcale nie zamierzacie się z nich rozliczać, za to wchodzicie do naszych domów oceniając, kto z nas ma godność, a kto jej nie ma.
Mam dość. W tym kraju nie ma miejsca dla mojej rodziny i dla każdej rodziny, która nie wpisuje się w idealistyczny model sakramentalnego, płodnego małżeństwa z dwójką dzieci.
Mam nadzieję, ze inni też będą mieli dość. Że zobaczycie wreszcie ludzi wychodzących z niedzielnych nabożeństw i mówiących wam głośno podczas kazania „wara od moich dzieci! Nie macie prawa!”. Że usłyszycie kiedyś w senacie i w sejmie głos wściekłego rodzica i dotrze do was bezmiar naszego gniewu, na który pracowaliście przez lata lekceważąc nasze opinie, nasze uczucia, nasze potrzeby. Wierzę, że przyjdzie dzień, w którym nawet wasz ksiądz proboszcz nie zagwarantuje wam potrzebnego przedwyborczego poparcia agitując z ambony w dniu wyborów. Być może wtedy się ogarniecie i zdobędziecie na spóźnioną refleksję, że postawiliście na złego konia: trzeba było stawiać na własnych obywateli, a nie na grupę bezżennych i bezdzietnych duchownych, którzy od 25 lat szantażują nas politycznie i zmieniają Polskę w skansen, a nie w kraj przyjazny ludziom wraz z całą ich różnorodnością. Kraj, w którym chciałoby się mieszkać i żyć.
Nie wiem, jak przebiegnie dzisiejsze głosowanie. Ja jednak wstydzę się za was już dziś. Jako matka, jako obywatelka, jako kobieta i jako działaczka pacjencka. Jako człowiek.
Mam dość. W tym kraju nie ma miejsca dla mojej rodziny i dla każdej rodziny, która nie wpisuje się w idealistyczny model sakramentalnego, płodnego małżeństwa z dwójką dzieci.
Mam nadzieję, ze inni też będą mieli dość. Że zobaczycie wreszcie ludzi wychodzących z niedzielnych nabożeństw i mówiących wam głośno podczas kazania „wara od moich dzieci! Nie macie prawa!”. Że usłyszycie kiedyś w senacie i w sejmie głos wściekłego rodzica i dotrze do was bezmiar naszego gniewu, na który pracowaliście przez lata lekceważąc nasze opinie, nasze uczucia, nasze potrzeby. Wierzę, że przyjdzie dzień, w którym nawet wasz ksiądz proboszcz nie zagwarantuje wam potrzebnego przedwyborczego poparcia agitując z ambony w dniu wyborów. Być może wtedy się ogarniecie i zdobędziecie na spóźnioną refleksję, że postawiliście na złego konia: trzeba było stawiać na własnych obywateli, a nie na grupę bezżennych i bezdzietnych duchownych, którzy od 25 lat szantażują nas politycznie i zmieniają Polskę w skansen, a nie w kraj przyjazny ludziom wraz z całą ich różnorodnością. Kraj, w którym chciałoby się mieszkać i żyć.
Nie wiem, jak przebiegnie dzisiejsze głosowanie. Ja jednak wstydzę się za was już dziś. Jako matka, jako obywatelka, jako kobieta i jako działaczka pacjencka. Jako człowiek.
środa, 10 czerwca 2015
missing the fertility train
Taki tytuł będzie mieć jedna z sesji na tegorocznym kongresie ESHRE (Europejskiego Towarzystwa Ludzkiego Rozrodu i Embriologii), więc pomyślałam, że bardzo ładnie nam nawiązuje do spotu, nad którym pastwi się aktualnie połowa znanych mi Internetów (drugą połowę najwidoczniej omijam).
Spot wyprodukowała Fundacja Mamy i Taty znana skądinąd z realistycznych postulatów zakazania rozwodów w pierwszym roku trwania małżeństwa (źródło) albo pisząca odezwy w sprawie zablokowania konwencji antyprzemocowej. Spot możecie obejrzeć tutaj, jeśli jakimś cudem jeszcze go nie widzieliście:
Tym razem Fundacja postanowiła się zająć kobietami bezdzietnymi. Gdyż albowiem dzieci rodzą się w wyniku partenogenezy. Co więcej te kobiety jeżdżą sobie do Paryża i budują domy, ale nie znalazły w agendzie czasu na dziecko. Suki.
Niepłodność z powodów społecznych owszem, istnieje.
Ma jednak nieco więcej składowych niż odkładanie rodzicielstwa na później z powodu kredytu na trzeci dom w Konstancinie.
mieszkanie i praca
Jeśli jeszcze nie zorientowaliście się, żyjemy w kraju, w którym ponad 41% ludzi w przedziale 24-35 lat mieszka z rodzicami (dane Eurostatu). Czy to pierogi mamusi są takie smaczne, czy może niedzielne mięsiwo przyrządzane przez papę wyśmienicie smakuje? Hm, a może wynika to jednak z faktu, że taka na przykład firma InPost (jej szef firmuje obecnie nową partię nowoczesna.pl, pod której rządami będzie nam się żyło dostatniej, bardziej przedsiębiorczo i dostaniemy kasę na start-upy) zatrudnia ponad 92% pracowników na tzw. umowy śmieciowe? Nic tylko kiecę zadzierać i lecieć rodzić te dzieci, prawda? Anno Domini 2015 nie mówimy już o ludziach, ludzie są passe, liczą się zasoby ludzkie, elastyczność, przedsiębiorczość, bezpłatne staże, rotacyjność tychże zasobów i takie tam różne, z których powinniście zasadniczo wyczytać, że nie będzie żadnego bezpieczeństwa pracy, pasożyty, czasy komuny minęły.
No więc nie mamy stabilnej pracy. I nie mamy mieszkania, które moglibyśmy sobie za tę pracę kupić, gdyż nie mamy również zdolności kredytowej. Często nie mamy także kapitału społecznego, aby postarać się o jedno i drugie.
plemniki i jajeczko
Drugą składową jest brak partnera.
W przeciwieństwie do galaktyki, w której żyją ludzie z Fundacji Mamy i Taty, większość homo sapiens żyjących na Ziemi uważa posiadanie partnera/rki za dość istotny czynnik sprokurowania potomka.
Oczywiście mogłybyśmy - my, kobiety - pójść do banku spermy. W końcu jak szaleć w imię dobra narodu to szaleć. Jednocześnie za chwilę w życie wejdzie nam prawdopodobnie ustawa o leczeniu niepłodności, która w obecnym kształcie zakazuje stosowania technologii rozrodu w przypadku kobiet samotnych. Musisz mieć faceta, przykro mi. Jeśli go nie masz, zostaniesz bezdzietną suką. Również mi przykro. Możesz ewentualnie zrobić sobie dzidziusia na boczku, wtedy też będziesz suką, ale nieco mniejszą (POZBAWIĆ DZIECKO OJCA?!!). Jeśli przypadkiem jesteś kobietą samotną i do tego niepłodną, nie ma dla ciebie wyjścia poza oswojeniem swojej sukowatości i pogodzeniem się z nią.
(Nie wiem, czy Was również tak fascynuje niespójność tych wszystkich konserwatywnych komunikatów? Jest tylko jedna narracja i jest nią heteroseksualne małżeństwo z dwójką dzieci, oboje pracują, oboje mają mieszkanie, oboje głosują, oboje chodzą do kościoła. Nie mieścisz się w tej narracji - wypierdalaj do Norwegii)
Porzucając tę dygresję, wierzcie lub nie, ale są ludzie, którzy znajdują swoją drugą połowę po trzydziestym roku życia. Płodność kobiety zaczyna spadać po 35 roku życia. Co z nimi? Ach, zapomniałam, już ustaliliśmy, że to suki.
niepłodność
Trzecią składową jest niepłodność. Przydarza się co szóstej parze. Do namalowanego obrazka naszego kraju dodajcie również dość dramatyczny stan wiedzy o ludzkiej płodności, na przykład zachęca się nas do naprotechnologii, a lekarze każą badać poziom prolaktyny (spędziłam wczoraj pół dnia w Sejmie, gdzie niejaki poseł Hoc, lekarz z zawodu, apelował właśnie o badanie prolaktyny jako najlepszego prognostyka niepłodności. Dla Waszej informacji: oznaczanie poziomu prolaktyny jako rutynowe badanie niepłodnościowe zostało zarzucone na początku lat dwutysięcznych, ponieważ niczego nie wnosi do diagnostyki i mamy na to rekomendacje. Zasadne jest tam, gdzie kobieta nie miesiączkuje. I nie myślcie sobie, ze pan Hoc nie praktykuje, skoro jest posłem na sejm. Owszem, praktykuje. I owszem, zapewne wciska ten kit swoim pacjentkom, które mają sporą szansę znaleźć się za parę lat na miejscu bohaterki tego spotu, ponieważ ktoś im ukradł czas rozrodczy wysyłając na bezsensowne i niezgodne ze współczesną wiedzą medyczną badania diagnostyczne).
Gdybym miała dostawać złotówkę za każdą wysłuchaną historię o wieloletniej bezdzietności z powodu ignorancji lekarzy, a czasem po prostu ze zwykłej chęci lekarskiego zysku (pacjentka niepłodna jest złotą kurą - regularny monitoring cyklu, usg, regulacja leków... nic tylko zbierać jaja i robić z nich złotą jajecznicę) mogłabym sama sfinansować kampanię społeczną na dowolny temat, na przykład:
Ona i on siedzą na kanapie, on mówi "myśleliśmy o dziecku, ale zanim dorobiliśmy się etatów moja żona skończyła 37 lat i jest coraz ciężej. Straciliśmy trzy lata na bezsensowne i nieskuteczne leczenie. Zresztą szef mówi, że i tak by ją zwolnił po macierzyńskim". W tle meblościanka i stolik lack z Ikei, wymowne świadectwo luksusu proporcjonalnego do zarobków
galopująca starość
Bohaterka spotu ma na oko 30- 35 lat. To nie jest wiek na przyobleczenie trumiennego giezła. To nie jest wiek na odzianie swoich jajników w takowe. To wiek, w którym spokojnie można mieć dzieci. I tak będzie gdzieś do 40 roku życia, potem też będzie można je mieć, choć może mniej spokojnie. Kolejna kula w płot.
sprawdź menopauzę w rodzinie
...radzi blogerka Segritta. Rodzinny wywiad ma zaopatrzyć kobietę w wiedzę, ile ma biologicznego luzu zanim jej jajniki zamienią się w poskręcane strączki. Do tego czasu hulaj dusza, piekła nie ma. Niestety Segritta głupio radzi: matkami kobiet z Zespołem Turnera są kobiety w pełni płodne. Matkami kobiet, którym przydarzy się przedwczesne wygasanie czynności jajników są również kobiety w pełni płodne. Na tym skończę wymienianie przykładów, konkluzja jest chyba jasna. Dociekliwym podam, że jedynym pewnym sposobem na oszacowanie swojej rezerwy jest wykonanie badania AMH i FSH oraz ocena pęcherzyków antralnych podczas USG. Warto również nadmienić, że badanie AMH nie jest refundowane przez NFZ, co wraca nas ponownie do przesłania spotu: inwestujcie w demografię, ale za swoją kasę.
nie każdy chce mieć dzieci
To na tyle jasne, że nie rozwijam. Z punktu widzenia dobra dziecka zdecydowanie lepiej jest, aby mieli je rodzice rozpoznający emocjonalną potrzebę bycia rodzicami, a nie ci, których zmusi do tego społeczna norma.
macica czyni kobietę
Niektóre kobiety rodzą się z zespołem MRKH wiążącym się z brakiem macicy. Inne ją tracą w wyniku histerektomii. Nie przestają być od tego kobietami. Tomasz Terlikowski uważa wprawdzie, iż:
Ale zostawmy panu Tomkowi jego własne porno, niech chłopak ma. W końcu niewiele ma.
mam dom, ale nie mam na in vitro
Bohaterką spotu została młoda kobieta sukcesu, którą stać na chatę pod miastem i wypady do Paryża, jednak z powodów dla mnie zupełnie niejasnych "nie zdążyła zostać mamą" i sytuacja ta nosi znamiona trwałości, zupełnie jak gdyby koszt leczenia metodą IVF wynosił równowartość siedmiu mercedesów. Otóż wynosi ok. 7 tysięcy złotych za procedurę i ok. 1000-2000 zł za leki, które od lipca 2014 roku są refundowane do poziomu 70% ich wartości. Czy autorzy spotu mogliby więc przestać żenić kit?
Problem finansowy przy ivf zaczyna się na poziomie "nie mam zdolności kredytowej, nie mam zamożnej rodziny i przyjaciół, nie mam czego sprzedać w lombardzie". Przed refundacją in vitro (od lipca 2013) ten poziom dotyczył znakomitej większości par. Ale to nie one zostały sportretowane w spocie. Sportretowano w nim przedstawicielkę klasy uprzywilejowanej, którą akurat na leczenie stać. Zdecydujcie się więc, ludzie z Fundacji Mama i Tata, czego jeszcze nie zdążyliście sprawdzić na etapie analizy społecznej i ekonomicznej, zanim bielmo misji ideologicznej przysłoniło wam realia.
młot na kobiety
podsumowując:
- Ministerstwo Zdrowia (oraz żadne inne) nigdy nie zorganizowało kampanii społecznej dotyczącej profilaktyki niepłodności i promocji płodności;
- nie uczymy naszych dzieci podstawowych informacji o mechanicznej antykoncepcji tj. prezerwatywy, które skutecznie zapobiegają przenoszeniu chorób wenerycznych, jak również nie uczymy ich potrzeby konsultacji dermatologicznych i ginekologicznych, przez co rosną ich szanse na niepłodność w wieku dorosłym spowodowaną powikłaniami po STDs (sexual transmitted diseases);
- utrzymujemy kierunek polityki ekonomicznej nastawiony na elastyczność zatrudnienia i dopieszczanie Lewiatana, przez co ludzie znający angielski dają łyżwę do krajów z lepszym socjalem, a ludzie bez znajomości angielskiego zaczynają się go uczyć, bo etat w Polsce staje się dobrem coraz bardziej luksusowym;
- tacierzyński istnieje głównie na papierze, żłobków jest za mało, zawodowa dyskryminacja matek istnieje;
- odpowiedzią na niepłodność padającą z ław sejmowych jest naprotechnologia (metoda o niskiej skuteczności, bez wiarygodnych badań, za to z aprobatą Watykanu)
- nieściągalność alimentów w Polsce sięga 80% i nie wygląda na to, aby kogokolwiek poza samotnymi matkami i środowiskami kobiecymi to na serio martwiło
.... i na to wszystko proponuje nam się cienką kampanię społeczną zachęcającą kobiety do rodzenia dzieci w imię nie wiem czego i kogo, bo na pewno nie zdrowego rozsądku w takich okolicznościach społecznych, jakie od dawna mamy w Polsce.
Osobiście interesuje mnie jeszcze, skąd Fundacja Mamy i Taty pozyskuje środki finansowe na kolejne kampanie (jedna bardziej kuriozalna od drugiej, a każda z bombastycznymi patronatami m.in. Ministerstwa Sprawiedliwości czy Rzecznika Praw Dziecka, że o lukratywnej Cisowiance nie wspomnę). Mnie nigdy nie było dane to szczęście, ale niepłodność zawsze sprzedawała się gorzej niż kopanie kobiet będące, jak się zdaje, ulubionym sportem narodowym. Zawsze więc się znajdzie jakiś darczyńca.
A wracając do tytułu sesji na ESHRE -tak, problem istnieje, choć w Polsce mimo wszystko jeszcze nie jest dotkliwy (średnia wiekowa pierworódki wynosi ok. 27-28 lat). Jego rozwiązanie jest w teorii proste: należy przekonać ludzi, że rodzicielstwo jest jednym z planów realizowanych równolegle do kariery, zdobywania wykształcenia i stabilizacji życiowej. Taki zamysł towarzyszył zapewne twórcom spotu. Czego zabrakło? Ludzi w miejsce "kobiet", a nade wszystko pamięci o tym, że zastraszanie perspektywą braku dziecka nie przekona nikogo, kto wciąż nie ma za co się utrzymać, bo własny kraj daje mu na to nikłe szanse.
Z tego powodu zapewne wciąż nie wpadliśmy na lepszy demograficzny pomysł niż zakaz aborcji i brak dofinansowania antykoncepcji. Jaki kraj, takie spoty.
Spot wyprodukowała Fundacja Mamy i Taty znana skądinąd z realistycznych postulatów zakazania rozwodów w pierwszym roku trwania małżeństwa (źródło) albo pisząca odezwy w sprawie zablokowania konwencji antyprzemocowej. Spot możecie obejrzeć tutaj, jeśli jakimś cudem jeszcze go nie widzieliście:
Tym razem Fundacja postanowiła się zająć kobietami bezdzietnymi. Gdyż albowiem dzieci rodzą się w wyniku partenogenezy. Co więcej te kobiety jeżdżą sobie do Paryża i budują domy, ale nie znalazły w agendzie czasu na dziecko. Suki.
Niepłodność z powodów społecznych owszem, istnieje.
Ma jednak nieco więcej składowych niż odkładanie rodzicielstwa na później z powodu kredytu na trzeci dom w Konstancinie.
mieszkanie i praca
Jeśli jeszcze nie zorientowaliście się, żyjemy w kraju, w którym ponad 41% ludzi w przedziale 24-35 lat mieszka z rodzicami (dane Eurostatu). Czy to pierogi mamusi są takie smaczne, czy może niedzielne mięsiwo przyrządzane przez papę wyśmienicie smakuje? Hm, a może wynika to jednak z faktu, że taka na przykład firma InPost (jej szef firmuje obecnie nową partię nowoczesna.pl, pod której rządami będzie nam się żyło dostatniej, bardziej przedsiębiorczo i dostaniemy kasę na start-upy) zatrudnia ponad 92% pracowników na tzw. umowy śmieciowe? Nic tylko kiecę zadzierać i lecieć rodzić te dzieci, prawda? Anno Domini 2015 nie mówimy już o ludziach, ludzie są passe, liczą się zasoby ludzkie, elastyczność, przedsiębiorczość, bezpłatne staże, rotacyjność tychże zasobów i takie tam różne, z których powinniście zasadniczo wyczytać, że nie będzie żadnego bezpieczeństwa pracy, pasożyty, czasy komuny minęły.
No więc nie mamy stabilnej pracy. I nie mamy mieszkania, które moglibyśmy sobie za tę pracę kupić, gdyż nie mamy również zdolności kredytowej. Często nie mamy także kapitału społecznego, aby postarać się o jedno i drugie.
plemniki i jajeczko
Drugą składową jest brak partnera.
W przeciwieństwie do galaktyki, w której żyją ludzie z Fundacji Mamy i Taty, większość homo sapiens żyjących na Ziemi uważa posiadanie partnera/rki za dość istotny czynnik sprokurowania potomka.
Oczywiście mogłybyśmy - my, kobiety - pójść do banku spermy. W końcu jak szaleć w imię dobra narodu to szaleć. Jednocześnie za chwilę w życie wejdzie nam prawdopodobnie ustawa o leczeniu niepłodności, która w obecnym kształcie zakazuje stosowania technologii rozrodu w przypadku kobiet samotnych. Musisz mieć faceta, przykro mi. Jeśli go nie masz, zostaniesz bezdzietną suką. Również mi przykro. Możesz ewentualnie zrobić sobie dzidziusia na boczku, wtedy też będziesz suką, ale nieco mniejszą (POZBAWIĆ DZIECKO OJCA?!!). Jeśli przypadkiem jesteś kobietą samotną i do tego niepłodną, nie ma dla ciebie wyjścia poza oswojeniem swojej sukowatości i pogodzeniem się z nią.
(Nie wiem, czy Was również tak fascynuje niespójność tych wszystkich konserwatywnych komunikatów? Jest tylko jedna narracja i jest nią heteroseksualne małżeństwo z dwójką dzieci, oboje pracują, oboje mają mieszkanie, oboje głosują, oboje chodzą do kościoła. Nie mieścisz się w tej narracji - wypierdalaj do Norwegii)
Porzucając tę dygresję, wierzcie lub nie, ale są ludzie, którzy znajdują swoją drugą połowę po trzydziestym roku życia. Płodność kobiety zaczyna spadać po 35 roku życia. Co z nimi? Ach, zapomniałam, już ustaliliśmy, że to suki.
niepłodność
Trzecią składową jest niepłodność. Przydarza się co szóstej parze. Do namalowanego obrazka naszego kraju dodajcie również dość dramatyczny stan wiedzy o ludzkiej płodności, na przykład zachęca się nas do naprotechnologii, a lekarze każą badać poziom prolaktyny (spędziłam wczoraj pół dnia w Sejmie, gdzie niejaki poseł Hoc, lekarz z zawodu, apelował właśnie o badanie prolaktyny jako najlepszego prognostyka niepłodności. Dla Waszej informacji: oznaczanie poziomu prolaktyny jako rutynowe badanie niepłodnościowe zostało zarzucone na początku lat dwutysięcznych, ponieważ niczego nie wnosi do diagnostyki i mamy na to rekomendacje. Zasadne jest tam, gdzie kobieta nie miesiączkuje. I nie myślcie sobie, ze pan Hoc nie praktykuje, skoro jest posłem na sejm. Owszem, praktykuje. I owszem, zapewne wciska ten kit swoim pacjentkom, które mają sporą szansę znaleźć się za parę lat na miejscu bohaterki tego spotu, ponieważ ktoś im ukradł czas rozrodczy wysyłając na bezsensowne i niezgodne ze współczesną wiedzą medyczną badania diagnostyczne).
Gdybym miała dostawać złotówkę za każdą wysłuchaną historię o wieloletniej bezdzietności z powodu ignorancji lekarzy, a czasem po prostu ze zwykłej chęci lekarskiego zysku (pacjentka niepłodna jest złotą kurą - regularny monitoring cyklu, usg, regulacja leków... nic tylko zbierać jaja i robić z nich złotą jajecznicę) mogłabym sama sfinansować kampanię społeczną na dowolny temat, na przykład:
Ona i on siedzą na kanapie, on mówi "myśleliśmy o dziecku, ale zanim dorobiliśmy się etatów moja żona skończyła 37 lat i jest coraz ciężej. Straciliśmy trzy lata na bezsensowne i nieskuteczne leczenie. Zresztą szef mówi, że i tak by ją zwolnił po macierzyńskim". W tle meblościanka i stolik lack z Ikei, wymowne świadectwo luksusu proporcjonalnego do zarobków
galopująca starość
Bohaterka spotu ma na oko 30- 35 lat. To nie jest wiek na przyobleczenie trumiennego giezła. To nie jest wiek na odzianie swoich jajników w takowe. To wiek, w którym spokojnie można mieć dzieci. I tak będzie gdzieś do 40 roku życia, potem też będzie można je mieć, choć może mniej spokojnie. Kolejna kula w płot.
sprawdź menopauzę w rodzinie
...radzi blogerka Segritta. Rodzinny wywiad ma zaopatrzyć kobietę w wiedzę, ile ma biologicznego luzu zanim jej jajniki zamienią się w poskręcane strączki. Do tego czasu hulaj dusza, piekła nie ma. Niestety Segritta głupio radzi: matkami kobiet z Zespołem Turnera są kobiety w pełni płodne. Matkami kobiet, którym przydarzy się przedwczesne wygasanie czynności jajników są również kobiety w pełni płodne. Na tym skończę wymienianie przykładów, konkluzja jest chyba jasna. Dociekliwym podam, że jedynym pewnym sposobem na oszacowanie swojej rezerwy jest wykonanie badania AMH i FSH oraz ocena pęcherzyków antralnych podczas USG. Warto również nadmienić, że badanie AMH nie jest refundowane przez NFZ, co wraca nas ponownie do przesłania spotu: inwestujcie w demografię, ale za swoją kasę.
nie każdy chce mieć dzieci
To na tyle jasne, że nie rozwijam. Z punktu widzenia dobra dziecka zdecydowanie lepiej jest, aby mieli je rodzice rozpoznający emocjonalną potrzebę bycia rodzicami, a nie ci, których zmusi do tego społeczna norma.
macica czyni kobietę
Niektóre kobiety rodzą się z zespołem MRKH wiążącym się z brakiem macicy. Inne ją tracą w wyniku histerektomii. Nie przestają być od tego kobietami. Tomasz Terlikowski uważa wprawdzie, iż:
Szczęśliwy mężczyzna to ten, którego małżonka jest jak płodny szczep winny, a szczęśliwa kobieta to ta, która nie obawia się swojej płodności, bo ufa swojemu mężowi.
Ale zostawmy panu Tomkowi jego własne porno, niech chłopak ma. W końcu niewiele ma.
mam dom, ale nie mam na in vitro
Bohaterką spotu została młoda kobieta sukcesu, którą stać na chatę pod miastem i wypady do Paryża, jednak z powodów dla mnie zupełnie niejasnych "nie zdążyła zostać mamą" i sytuacja ta nosi znamiona trwałości, zupełnie jak gdyby koszt leczenia metodą IVF wynosił równowartość siedmiu mercedesów. Otóż wynosi ok. 7 tysięcy złotych za procedurę i ok. 1000-2000 zł za leki, które od lipca 2014 roku są refundowane do poziomu 70% ich wartości. Czy autorzy spotu mogliby więc przestać żenić kit?
Problem finansowy przy ivf zaczyna się na poziomie "nie mam zdolności kredytowej, nie mam zamożnej rodziny i przyjaciół, nie mam czego sprzedać w lombardzie". Przed refundacją in vitro (od lipca 2013) ten poziom dotyczył znakomitej większości par. Ale to nie one zostały sportretowane w spocie. Sportretowano w nim przedstawicielkę klasy uprzywilejowanej, którą akurat na leczenie stać. Zdecydujcie się więc, ludzie z Fundacji Mama i Tata, czego jeszcze nie zdążyliście sprawdzić na etapie analizy społecznej i ekonomicznej, zanim bielmo misji ideologicznej przysłoniło wam realia.
młot na kobiety
podsumowując:
- Ministerstwo Zdrowia (oraz żadne inne) nigdy nie zorganizowało kampanii społecznej dotyczącej profilaktyki niepłodności i promocji płodności;
- nie uczymy naszych dzieci podstawowych informacji o mechanicznej antykoncepcji tj. prezerwatywy, które skutecznie zapobiegają przenoszeniu chorób wenerycznych, jak również nie uczymy ich potrzeby konsultacji dermatologicznych i ginekologicznych, przez co rosną ich szanse na niepłodność w wieku dorosłym spowodowaną powikłaniami po STDs (sexual transmitted diseases);
- utrzymujemy kierunek polityki ekonomicznej nastawiony na elastyczność zatrudnienia i dopieszczanie Lewiatana, przez co ludzie znający angielski dają łyżwę do krajów z lepszym socjalem, a ludzie bez znajomości angielskiego zaczynają się go uczyć, bo etat w Polsce staje się dobrem coraz bardziej luksusowym;
- tacierzyński istnieje głównie na papierze, żłobków jest za mało, zawodowa dyskryminacja matek istnieje;
- odpowiedzią na niepłodność padającą z ław sejmowych jest naprotechnologia (metoda o niskiej skuteczności, bez wiarygodnych badań, za to z aprobatą Watykanu)
- nieściągalność alimentów w Polsce sięga 80% i nie wygląda na to, aby kogokolwiek poza samotnymi matkami i środowiskami kobiecymi to na serio martwiło
.... i na to wszystko proponuje nam się cienką kampanię społeczną zachęcającą kobiety do rodzenia dzieci w imię nie wiem czego i kogo, bo na pewno nie zdrowego rozsądku w takich okolicznościach społecznych, jakie od dawna mamy w Polsce.
Osobiście interesuje mnie jeszcze, skąd Fundacja Mamy i Taty pozyskuje środki finansowe na kolejne kampanie (jedna bardziej kuriozalna od drugiej, a każda z bombastycznymi patronatami m.in. Ministerstwa Sprawiedliwości czy Rzecznika Praw Dziecka, że o lukratywnej Cisowiance nie wspomnę). Mnie nigdy nie było dane to szczęście, ale niepłodność zawsze sprzedawała się gorzej niż kopanie kobiet będące, jak się zdaje, ulubionym sportem narodowym. Zawsze więc się znajdzie jakiś darczyńca.
A wracając do tytułu sesji na ESHRE -tak, problem istnieje, choć w Polsce mimo wszystko jeszcze nie jest dotkliwy (średnia wiekowa pierworódki wynosi ok. 27-28 lat). Jego rozwiązanie jest w teorii proste: należy przekonać ludzi, że rodzicielstwo jest jednym z planów realizowanych równolegle do kariery, zdobywania wykształcenia i stabilizacji życiowej. Taki zamysł towarzyszył zapewne twórcom spotu. Czego zabrakło? Ludzi w miejsce "kobiet", a nade wszystko pamięci o tym, że zastraszanie perspektywą braku dziecka nie przekona nikogo, kto wciąż nie ma za co się utrzymać, bo własny kraj daje mu na to nikłe szanse.
Z tego powodu zapewne wciąż nie wpadliśmy na lepszy demograficzny pomysł niż zakaz aborcji i brak dofinansowania antykoncepcji. Jaki kraj, takie spoty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










