poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Nie rozmnażajcie się - czyli jak polska debata bioetyczna stała się areną absurdu

 Doktor Stefan, lekarz ginekolog z ponad trzydziestoletnią praktyką zawodową i zarazem zażywny sześćdziesięciolatek, bębnił nerwowo palcami po biurku. Z grafiku dostarczonego mu przez recepcjonistkę wynikało, że do pierwszej po południu miał zapisane aż trzy wizyty. "Więcej niż średnia -  pomyślał z niezadowoleniem, ale zaraz skierował myśli ku bardziej optymistycznym interpretacjom niedalekiej przyszłości - może to będą mięśniaki macicy albo przynajmniej cytologie?". W tej samej chwili drzwi gabinetu otworzyły się i stanęła w nich pierwsza pacjentka.
Trzydziestosześcioletnia Barbara od pewnego czasu myślała o dziecku. Do tej pory ciąża jakoś uciekała poza widnokrąg zainteresowań Barbary i Michała, jej męża. Wiadomo - najpierw jakaś praca, uzyskanie zdolności kredytowej, przede wszystkim zaś poznali się dopiero trzy lata wcześniej, więc rozmowy o ewentualnej ciąży zaczęli toczyć całkiem niedawno. No ale kości zostały rzucone, decyzja podjęta, koleżanki poinformowane o potrzebie odłożenia niemowlęcych ubranek. Wcześniej chcieli zrobić szereg badań prekoncepcyjnych, pogadać o suplementacji kwasu foliowego, takie tam wyzwania zaprzątające umysł odpowiedzialnych ludzi pragnących być rodzicami. Barbara pełna dobrych przeczuć wkroczyła w sterylną przestrzeń gabinetu ginekologicznego.
Ledwie przywitała się i objaśniła cel swojej wizyty, doktor Stefan poczuł, że oto sprawdzają się jego najgorsze prewizje. Kolejna nawiedzona kandydatka na matkę. Spojrzał krytycznie na pacjentkę i  - który to już raz w tym gabinecie? - rozpoczął od pytania zasadniczego:

- Ale w ogóle dlaczego chce pani być matką? Czy zdaje sobie pani sprawę z ryzyka wiążącego się z ciążą?

Barbara się stropiła. Nigdy dotąd nie myślała o tym w taki sposób. No ciąża i dziecko - normalna rzecz, prawda?
Doktor Stefan sięgnął jednak poza biurko po tabelkę estymacji ryzyka płodowego zespołu Downa w zależności od wieku matki i przesunął ją w kierunku Barbary oskarżycielskim gestem:

Tabela l. Ryzyko wystąpienia zespołu Downa w zależności od wieku matki
Wiek matki (w latach)Ryzyko urodzenia dziecka z zespołem DownaRyzyko zespołu Downa u płodu w drugim trymestrze ciąży
161:15721:1257
201:15281:1222
251:13511:1081
301:9091:727
311:7961:637
321:6831:546
331:5741:459
341:4741:379
351:3841:307
361:3071:246
371:2421:194
381:1891:151
391:1461:117
401:1121:90
411:851:68
421:651:52
431:491:39
441:371:30
451:281:22



- Zrozumiałbym jeszcze, gdyby przyszła tu pani w wieku szesnastu lat. Wprawdzie podejmowanie ryzyka jeden do tysiąca pięćset siedemdziesięciu dwóch jest co najmniej nierozsądne, ale w pani podeszłym wieku to ryzyko wzrasta prawie sześciokrotnie!

Barbara poczuła się nieszczególnie. Podjęła słabą próbę obrony:

- Nie rozumiem, większość moich znajomych zachodzi w ciążę po trzydziestce i to są zdrowe dzieci, nie dzieje się nic nadzwyczajnego....

- Szanowna pani! - żachnął się doktor Stefan - proszę mi oszczędzić osobistych anegdot,  ja pani przedstawiam twarde statystyki! Albo rozmawiamy o faktach albo o wyobrażeniach. Co więcej widzę z pani karty, że ma pani cukrzycę. Sądzę, że to kończy temat?

- Nie rozumiem - nie zrozumiała Barbara - co to ma w ogóle do rzeczy? Chce mi pan powiedzieć, ze kobiety z cukrzycą nie zachodzą w ciążę? Jestem pod opieką prof. Kowalskiej, pod stałą kontrolą metaboliczną....

- Nie, nie, nie - zaśmiał się posępnie doktor Stefan - pani zupełnie nic nie rozumie. Może opowiem pani o badaniach prospektywnych Miodovnika i Sutherlanda: u kobiet z cukrzycą ryzyko poronienia ciąży wzrasta do 29,5% w stosunku do grupy kontrolnej! Chce pani narazić życie poczęte na śmierć? Świadomie? Nie czuje pani ciężaru tej intencjonalnej zbrodni? Zakładając nawet, że pomogę pani w dokonaniu tego procederu, dam skierowania na badania i ustalimy, kiedy ma pani owulację, aby mogła pani zajść w ciążę; zakładając, że jakimś statystycznym cudem pani dziecko nie będzie mieć zespołu Downa - nadal narazi pani swoje dziecko na ryzyko wad wrodzonych, które dla pani grupy wzrasta dwu- trzykrotnie w porównaniu z grupą kobiet zdrowych. I to wykazał szereg badań począwszy od Greena w 1989, Becerry w 1990, Wender- Ożechowskiej z 1994 i wielu innych. Czy pani jest w ogóle świadoma faktu, że u noworodków matek z cukrzycą wady wrodzone są diagnozowane z częstością od 2,7% do 16,8% w zależności od badania i grupy?! I co mi pani na to powie?

- Pan mi tu opowiada jakieś bzdury! - zdenerwowała się Barbara - Ciąża i dziecko to nie są luksusy dostępne jedynie ludziom całkowicie zdrowym, w ogóle to nie ma takich ludzi, którzy nigdy by na nic nie zachorowali i nie mieli żadnej choroby w rodzinie. Pan ma chyba podejście eugeniczne!

Doktor Stefan westchnął głęboko. Ileż to razy toczył już w swoim gabinecie podobne rozmowy rozjaśniając maluczkim bezwzględne prawa medycyny i statystyki.  A przecież mógł ten czas przeznaczyć na rzeczy naprawdę wzniosłe: obserwację lęgu sikorek czubatek lub uczestnictwo w kolejnej konferencji rekolekcyjnej z cenionym genetykiem rekomendowanym przez sam Episkopat. Niestety, życie stawiało go wciąż przed trudem tłumaczenia pacjentom, jak rzeczy się naprawdę mają.

- Proszę pani - zaczął doktor Stefan specjalnym tonem zarezerwowanym dla naprawdę irytujących i upierdliwych pacjentek - nawet jeśli para jest całkowicie zdrowa, a to się czasem zdarza w przyrodzie, choć ja bym raczej użył poprawniejszej formy: "para niewystarczająco zdiagnozowana", to nadal pozostają nam badania Hertiga i Leridona, słyszała pani o nich?

- Nie- odpowiedziała skołowana Barbara - i nie wiem, czy chcę usłyszeć, pan mi może po prostu da skierowanie na badania w kierunku cytomegalii i różyczki, co?

- zaraz do tego dojdziemy - odparł cierpliwie doktor Stefan- Więc wracając do Hertiga oraz Frencha i Biermana - tu doktor Stefan sięgnął po kolejny wydruk i wręczył go pani Barbarze:





 - dzięki temu wykresowi opracowanemu przez niejakiego Henriego Leridona na podstawie dwóch wspomnianych, największych badań nad poronieniem, możemy zobaczyć, że w początkowym okresie rozwoju ludzkiego zarodka, a więc między 8-10 dniem od zapłodnienia, ponad 50% embrionów ulegnie unicestwieniu. Nazwijmy rzeczy po imieniu: ulegnie Holokaustowi. Ponad 50% ludzkiej populacji zginie jeszcze przed narodzinami! Zostaną wydalone wraz z, proszę mi wybaczyć użycie tego terminu, miesiączką kobiety. Urodzi się jedynie ponad 30% embrionów.  Każdego roku ponad 200 milionów ludzi zginie tylko dlatego, ponieważ ich nieodpowiedzialni rodzice zdecydowali się współżyć.

Barbara poruszyła się na krześle niespokojnie.
- pan próbuje mi powiedzieć, że ludzie nie powinni się w ogóle rozmnażać, ponieważ mogą poronić wczesną ciążę? - spytała z niedowierzaniem

- Ja tylko przedstawiam pani fakty - odparł skromnie doktor Stefan - Wnioski może pani wyciągnąć samodzielnie.

- To jakieś niedorzeczności! Gdybyśmy przestali rodzić dzieci uleglibyśmy zagładzie jako gatunek! - krzyknęła ze złością pani Barbara -  Chciałby pan, aby wszyscy zaczęli stosować teraz antykoncepcję, aby nie dopuścić do zapłodnienia i ewentualnego ryzyka poronienia?

- Nie "ewentualnego" tylko w ponad połowie przypadków - skorygował doktor Stefan stanowczo - I nie, nie uważam, aby antykoncepcja była właściwym rozwiązaniem. Przede wszystkim nie ma antykoncepcji stuprocentowo skutecznej, więc zawsze istnieje ryzyko, że nowy człowiek jednak się pocznie, a więc również że umrze. Poza tym antykoncepcja obciąża zdrowotnie kobietę i czyni ją seksualną niewolnicą mężczyzny, dostępną każdego dnia w roku. Nie, to nie jest odpowiednie wyjście.

- To co, powinnam adoptować, tak? - zawołała pani Barbara doprowadzona do ostateczności - Bo pewnie mi pan teraz powie o tysiącach sierotek w domach dziecka, które trzeba stamtąd zabrać zamiast zachodzić w ciążę!

- niekoniecznie, proszę pani - powiedział doktor Stefan  i potarł czoło zmęczonym gestem - Adopcja również niczego tu nie rozwiązuje. Po pierwsze wskutek ciągłej kopulacji dzieci nadal giną w łonach swoich matek, a te które przeżyją pierwsze tygodnie nadal są narażane na wady wrodzone. Tak więc zasadniczy problem etyczny wcale nie zostaje rozwiązany. Po drugie czy pani wie, o ile częściej takie ciąże są powikłane? Zachodzące przypadkowo w ciążę kobiety nie dbają o swoje zdrowie, nie rzucają nałogów, ponad połowa dzieci oddawanych do adopcji ma alkoholowy zespół płodowy, jak wykazują raporty towarzystw naukowych, a jeśli nawet nie jest to pełnoobjawowy FAS to zostają przecież FAE, PAE, ARND i inne zaburzenia rozwojowe związane ze spożywaniem alkoholu przez ciężarną... Wspieranie adopcji prowadzi niestety do wspierania niekontrolowanego rozrodu i trwałego unieszczęśliwiania społeczeństwa. Tak, tę ścieżkę również bym pani odradzał.

- To co ja mam zrobić?- spytała zdezorientowana Barbara - Jakie ma niby być to odpowiednie wyjście?


Doprawdy, to nigdy nie były łatwe rozmowy. Nie lubił ich przeprowadzać. Pacjenci z reguły nie myśleli racjonalnie, a najgorsze były właśnie kobiety po trzydziestce. Cechowały się wysoką emocjonalnością, która na doktorze Stefanie wywierała jak najgorsze wrażenie. To było wręcz wulgarne, ta ich energia i determinacja, aby zachodzić w ciążę bez brania pod uwagę wszystkich czynników ryzyka począwszy od groźby wewnątrzmacicznego morderstwa, a skończywszy na ryzyku obarczenia potomstwa wadami wrodzonymi i genetycznymi.
Częstotliwość wad wrodzonych w populacji polskiej wynosiła 40 na 1000 porodów, więc aż 16 tysięcy noworodków rodziło się każdego roku z tym piętnem. Częstotliwość wystąpienia Zespołu Beckwitha Wiedemanna wynosiła 1 na 30 tysięcy porodów, każdego roku aż 13 noworodków miało taką diagnozę. I to wszystko u ludzi wyłącznie płodnych! Z niepłodnymi było jeszcze gorzej - raz na cztery lata rodził się jeden noworodek z zespołem Beckwitha Wiedemanna urodzony w wyniku in vitro (ok. 2500 porodów rocznie). Nie mówiąc już o zespole Downa, najczęstszej populacyjnie przyczynie upośledzenia. A do tego przecież dochodziły powikłania ciążowe, niektóre kobiety wciąż jeszcze miały kaprys rodzić przez cesarskie cięcie zwiększające ryzyko zakażeń pooperacyjnych. Chorowały poza tym na cukrzycę ciężarnych, gestozę, zdarzały się łożyska przodujące i porody wcześniacze wymagające późniejszej rehabilitacji na oddziale neonatologicznym. Jeszcze w roku 2010 r. w Polsce urodziło się przedwcześnie ponad 27 000 dzieci, co stanowiło 6,7% wszystkich żywych urodzeń. Większość z nich wymagała opieki medycznej, niektóre zmagały się z retinopatią i porażeniem mózgowym. Kobietom w ciąży sypało się zdrowie, pogarszała kondycja stawów, pogarszał się stan obciążonego organizmu. I to wszystko z jakiego powodu? Ponieważ ludzie nie potrafili powstrzymać się od ruchów frykcyjnych! Ludzki egoizm porażał go i zasmucał. Cywilizacja śmierci pozbawiała tych ludzi moralnych kompasów, obserwował to każdego dnia swojej praktyki zawodowej.
Szczęśliwie był rok 2020 i coraz więcej profesjonalistów  budziło się z etycznego letargu odmawiając ludziom pomocy ginekologicznej, aby powstrzymać ich od zachodzenia w ciążę.
Początki nie były łatwe.
Po tym, kiedy zwolennicy, tfu! metody in vitro zaczęli podnosić głowę i wskazywać, że ciąża jako taka jest gigantycznym czynnikiem ryzyka, więc nieuprawnione jest ciągłe wyciąganie argumentów przeciwko prokreacji niepłodnych, skoro sama biologia ludzkiego rozrodu działa przeciwko człowiekowi, również ludzie prawicy, nieulękli synowie i córy polskiego Kościoła musieli się w końcu zmierzyć ze statystykami.
Badania Hertiga były gorzką pigułką. Trzeba było ją przełknąć i porzucić w końcu ten tchórzliwy argument o tym, że "natura nie zna moralności, poronienia naturalne to coś zupełnie innego". Nie, ludzie ginęli! Codziennie ginęły zygoty, ponieważ dopuszczono do ich powstania w łonach matek. Codziennie rodziły się chore dzieci, ponieważ ich rodzice przekazywali im wadliwe geny lub zwyczajnie - i jakże nieodpowiedzialnie!- stawali w złych miejscach szeregu statystycznego.
Nie można było dłużej chować głowy w piasek i uciekać w argument o "naturze". Czyż nie próbujemy ratować tych, których zaatakowała natura w postaci powodzi czy nowotworu? Czyż nie wynaleźliśmy antybiotyków i szczepień, aby chronić ludzi przed naturą? Dlaczego więc embriony miałyby być mniej cenne i mniej chronione przed naturą, skoro chronimy ich starszych braci? Przecież zarodki to ludzie od momentu poczęcia! Trzeba było zmierzyć się z problemem i przyjąć odważnie Wnioski wynikające z Twierdzenia.
Potem odezwali się pozostali chorzy sądząc, że zastraszą moralną większość: kobiety z cukrzycą, kobiety po 35 roku życia, ludzie z nowotworami w rodzinie usiłowali szachować lekarzy i etyków argumentami, że potencjalne, teoretyczne ryzyko urodzenia chorego dziecka nie może być powodem odbierania im prawa do bycia rodzicami.
Właściwie dobrze, że się wtedy odezwali, myślał refleksyjnie doktor Stefan, popchnęło to debatę do przodu i skłoniło do zwrócenia uwagi na fakt, że problem jest szerszy. Nie dotyczył tylko in vitro i niepłodnych, dotyczył wszystkich.
Sytuacja wymagała drastycznych kroków. Aby przeciwdziałać moralnej Pladze i zgonom blastocyst należało powstrzymać polską populację przed rozmnażaniem. Polska na razie była pionierem, ale należało się spodziewać, że pozostałe kraje Europy wezmą w przyszłości przykład z Chrystusa Narodów i zauważą, jak szalenie niebezpiecznym przedsięwzięciem jest ludzka ciąża i jak straszliwe konsekwencje ma każdorazowe zapłodnienie.

***

09 kwietnia 2015 roku odbyło się w polskim Sejmie pierwsze czytanie czterech projektów ustaw dotyczących prawnej regulacji zapłodnienia pozaustrojowego. Posłowie Prawa i Sprawiedliwości oraz posłowie niezrzeszeni, ale o proweniencji ultraprawicowej, przez pięć godzin dzielili się z wysokości sejmowej mównicy obawami związanymi ze zdrowiem dzieci urodzonych in vitro.  Relację możecie przeczytać tutaj. Statystyki latały niczym wróbelki, wielokrotności ryzyka ciążowego były szacowane z nonszalancją nastolatka opowiadającego o długości swojego prącia. Pytano o obywatelstwo zarodka i wskazywano, że zygota jest człowiekiem (to niepodważalny fakt naukowy!). Dowodzono, że zdrowy noworodek urodzony dzięki in vitro jest w zasadzie aberracją. Nie wyjaśniono wprawdzie, w jaki sposób postulat ochrony zarodka i jego "przyrodzona godność ludzka" ma się do wystąpienia pustego jaja płodowego czy zaśniadu groniastego, ale nie bądźmy nazbyt dociekliwi. 

Takie debaty pokazują, iż grupa ludzi niepłodnych traktowana zaczyna być jako społeczna subkategoria będąca rozsadnikiem nieracjonalnych żądań (chcą mieć dzieci) i nazwanych zagrożeń (ich dzieci są chore ponieważ rodzice są niepłodni i dopuścili do zajścia w ciążę). Tymczasem ciąża sama w sobie jest czynnikiem ryzyka dla każdej kobiety i dla każdego płodu. Dotyczy to zarówno ciąż osób płodnych, ale będących jednocześnie osobami cierpiącymi z powodu innych schorzeń, jak również ciąż osób płodnych i w pełni zdrowych. Wziąwszy pod uwagę, iż każdy Polak jest przeciętnie nosicielem 3 mutacji autosomalnie recesywnych oraz fakt, że ponad 90% ciąż z zespołem Downa wykrywanych jest u kobiet poniżej 35 roku życia (bo to najbardziej aktywna prokreacyjnie grupa) żadna ciężarna i żaden przyszły ojciec nie powinni czuć się bezpiecznie. Ogniskowanie problemu wad wrodzonych i powikłań w grupie niepłodnych czyni ich być może pożądanymi w społeczeństwie kozłami ofiarnymi, którzy wynoszą na swoich grzbietach poza miasto zbiorowe lęki dotyczące kondycji zdrowotnej populacji, ale nie przybliża nas w żaden sposób do prawdy: wszyscy jesteśmy zagrożeni, każdy w innym stopniu, ale z drugiej strony wystarczy spotkać drugiego nosiciela mutacji w tym samym genie, aby ryzyko urodzenia chorego dziecka wyniosło 25%. A to dużo, dużo więcej niż najbardziej konserwatywne wyliczenia dotyczące wystąpienia syndromu Beckwitha Wiedemanna u dzieci urodzonych w wyniku in vitro ( OR: 3,0).

Jeżeli jednak Twierdzenie o tym, iż zarodek jest człowiekiem jest prawdziwe, unieśmy ciężar finalnego Wniosku: każda kopulacja zakończona zapłodnieniem jest potencjalnie zabójcza dla zygoty. Nieliczni ocaleńcy będą narażeni na wystąpienie wad wrodzonych, zakażeń wewnątrzmacicznych, porodu wcześniaczego. 
Jeżeli Twierdzenie o tym, iż ciąża u pary niepłodnej wiąże się z podwyższonym ryzykiem dla dziecka jest prawdziwe, unieśmy ciężar Wniosku dla każdej pozostałej grupy chorych:  kopulacja ludzi niebędących bezwzględnie zdrowymi wiąże się z podniesionym ryzykiem wystąpienia wad wrodzonych u płodu.
Więcej, wystarczy starać się o ciążę dłużej niż rok i zajść w nią spontanicznie po tym czasie, aby od razu wskoczyć do grupy podwyższonego ryzyka:




I wcale nie potrzebujemy do tego wyciągać z rękawa in vitro, nespa.
Każdą grupę - w tym grupę ludzi doskonale płodnych - można w ten sposób udupić począwszy od ryzyka ZD wzrastającego z wiekiem matki, przez ryzyko wad wrodzonych w populacji ogólnej, przez nosicielstwo mutacji, wreszcie dochodząc do określonych jednostek chorobowych (cukrzyca, niepłodność, epilepsja, schizofrenia etc.) i wskazując na ich korelację z poronieniami, zagrożeniem okołociążowym i okołoporodowym oraz z ryzykiem dla dalszego rozwoju dzieci.
Ale o tym wcale w Sejmie nie mówiono.

Co z tym teraz zrobimy, drogi Szerloku?

***

Doktor Stefan zapatrzył się w okno. Kobieta wciąż czekała na odpowiedź, a przecież powinna się jej domyśleć. Czyżby była aż taką idiotką? Zerknął ponownie w papiery: 36 lat, cukrzyca. Sprawa była najzupełniej oczywista.
- Proszę pani - zaczął życzliwie - Proszę mnie nie posądzać o brak uczuć. Doskonale zdaję sobie sprawę z potrzeby rodzicielstwa u dwójki kochających się ludzi. Są przecież inne wyjścia, równie piękne w swoich założeniach, a niewiążące się z ryzykiem dla dzieci.

Śmiałym ruchem wyciągnął z segregatora ostatnią ulotkę, którą zwykł wręczać swoim pacjentkom:



- I zalecam celibat - dodał ciepło - Szczęść Boże!


***


bibliografia dla ciekawych:


Zacznijcie od Toby'ego Orda i jego wspaniałego eseju filozoficznego "Plaga". Znajdziecie go tu:
http://pbc.biaman.pl/Content/15564/archeus10-srodek.pdf

 Poza tym:

 Miodovnik M., Mimouni F., Siddiqi T. A., Khoury J., Berk M. A., Spontaneous abortions in repeat diabetic pregnancies: a relationship with glycemic control. Obstet Gynecol 1990;75(1):75-78.
Sutherland H. W., Pritchard C. W., Increased incidence of spontaneous abortion in pregnancies complicated by maternal diabetes mellitus. Am. J. Obstet. Gynecol. 1987;156(1):135-138.
F. E. French, J. E. Bierman, Probabilities of fetal mortality, Public Health Report, 77 (10), 1962, 835-837.
A. T. Hertig, The overall problem with man, W: K. Bernischke (red.) Comparative aspect of reproduction failure, Springer-Verlag, New York 1967, 11-41.
H. Leridon, Human fertility: the basic components, University of Chicago Press, Chicago 1977.


http://www.rejestrwad.pl/

http://www.biol.uw.edu.pl/sknn/pliki/archiwum0910/fas.pdf

http://ciaza.mp.pl/porod/show.html?id=75436

http://diabetologiaonline.pl/lekarz_diabeto_adoz,info,64,0.html

http://www.libramed.pl/wpg/NumeryArchiwalne/05/06.html

http://www.ndss.org/Down-Syndrome/What-Is-Down-Syndrome/
 

 
 
 




piątek, 27 marca 2015

kandydat Duda i in vitro



Kandydat Duda chce zostać prezydentem Polski, jednak droga do celu najeżona jest licznymi przeszkodami i jedną z nich jest konieczność wykazania się przez kandydata poglądem na każdą dziedzinę życia. I to właśnie z tej okazji pomówimy o in vitro.

Poglądy kandydata Dudy odznaczają się w tej materii, jakby to ująć, pewną labilnością.
Zaczęło się od oświadczenia, iż poglądy kandydata Dudy na in vitro są zgodne ze stanowiskiem polskiego Episkopatu (09 marca, "Jeden na jeden", TVN24), co wprawdzie wyjaśnia, dlaczego Episkopat powinien lubić pana Andrzeja, ale nie wyjaśnia, czemu pan Andrzej chciałby być akurat prezydentem Polski, a nie głową Watykanu. Kilka godzin później sztabowcy najwyraźniej zorientowali się, iż po złożeniu hołdu Episkopatowi czas na zmiękczenie w duchu relatywizmu i szacunku dla wyników sondaży społecznych. Dlatego jeszcze tego samego dnia podczas konferencji prasowej Duda utoczył okrągłe i zgoła przeciwne od poprzedniego zdanie:

Rozumiem tych rodziców, małżonków, którzy z różnych przyczyn dzieci mieć nie mogą
To miłe. Kandydat Duda rozumie niepłodnych, wprawdzie jedynie małżonków, ale od czegoś, prawda, trzeba zacząć. Przyciśnięty przez reporterów wyznał jednak:

Proszę się nie dziwić, że jako prezydent Rzeczypospolitej, który ma takie poglądy a nie inne, który jest człowiekiem wierzącym, ja się nie waham tego powiedzieć, jestem przeciw tego typu rozwiązaniom.

Rozumiem Was, ale nie podpiszę. Leczcie się, ale nie powinniście. Wspieram poszukiwania rozwiązania problemu, z tym że jestem przeciwny tym rozwiązaniom.
Spójność tych komunikatów uwodzi: w 2012 roku Duda podpisał projekt obywatelski Inicjatywy Contra In Vitro, którego celem była penalizacja in vitro w Polsce i wsadzanie ludzi do więzień. Tych samych ludzi, których pan Andrzej obecnie w roku 2015 deklaruje, że rozumie.
Gdyby ludzie w Polsce faktycznie byli traktowani jako intelektualnie i moralnie zdolni do podejmowania decyzji o sobie samych, historia polskiego ustawodawstwa wyglądałaby zgoła inaczej. Dlatego właśnie w retoryce Andrzeja Dudy i, nazwijmy to, prawicowej myśli etycznej, pacjenci poddający się procedurze in vitro występują w roli potencjalnych morderców, a nie intencjonalnych rodziców.
Zostawmy jednak wprowadzenie i przejdźmy do rozmowy Macieja Zakrockiego z TokFM z Kandydatem Dudą. Tak się niefortunnie złożyło, iż właśnie tego dnia jechałam samochodem słuchając radia, kompletnie uwięziona w blaszanej puszce i bez możliwości zapalenia papierosa, rąbnięcia pięścią w stół oraz przekazania panu Andrzejowi kilku ciepłych słów komentarza.  Ale są blogi. Dlatego słowo po słowie będziemy dekonstruować:

Maciej Zakrocki: Obecnie nie mamy żadnej ustawy regulującej in vitro, a procedury dotyczące in vitro mają miejsce. Istnieją w próżni prawnej. Czy według pana nie jest lepszy projekt porządkujący również kwestię ochrony zarodków niż brak jakichkolwiek przepisów?


Andrzej Duda: Ten projekt jest niezwykle liberalny i zgodzić się z nim nie mogę. Mówię "nie" w odniesieniu do konkretnych rozwiązań, które w tym projekcie są proponowane. Oczywiście, dziś panuje "wolna amerykanka", ale jeśli projekt zostanie uchwalony, to ta "wolna amerykanka" zostanie w dużej części prawnie usankcjonowana. A projekt nie zapewnia ochrony życia.

"projekt jest niezwykle liberalny"


tak, dopuszcza metodę in vitro i nie wsadza za nią ludzi do pierdla. Na tym polega jego zaawansowany liberalizm.

"jeśli projekt zostanie uchwalony to ta "wolna amerykanka zostanie w dużej części prawnie usankcjonowana"

nie, ale poważnie, sięgnijmy do Słownika Języka Polskiego PWN, bo mamy niejaki problem z mową ojczystą:

 wolnoamerykanka
1. «walka, zwykle zapaśnicza, w której wszystkie chwyty są dozwolone»
2. pot. «sposób postępowania polegający na nieprzestrzeganiu żadnych norm»



Kandydat Duda wnosi, iż przyjęcie legislacyjnych norm w zakresie dopuszczalności wykonywania procedury in vitro doprowadzi do prawnego usankcjonowania nieprzestrzegania żadnych norm. Jeszcze prościej: prawo, eliminując szary rynek, wesprze szary rynek. Wykonaj rozbiór zdania w duchu "Logiki praktycznej" Ziembińskiego. Funny fact: Andrzej Duda ma wykształcenie prawnicze, a nawet posiada stopień doktorski.

"projekt nie zapewnia ochrony życia"

Projekt ustawy przewiduje, iż zabronione staje się niszczenie zarodków o zachowanym potencjale rozwojowym. Odwołując się do treści projektu i uściślając, czym jest zachowany potencjał rozwojowy:

Rozdział 3, Postępowanie z komórkami rozrodczymi i zarodkami w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji, Art. 23.


2. Zarodkiem zdolnym do prawidłowego rozwoju jest zarodek, spełniający łącznie następujące warunki: l) tempo i sekwencja podziału komórek, stopień rozwoju w odniesieniu do wieku zarodka, budowa morfologiczna uprawdopodobniają prawidłowy rozwój;
2) nie stwierdzono u niego wady, która skutkowałaby ciężkim i nieodwracalnym upośledzeniem albo nieuleczalną chorobą.
3. Niedopuszczalne jest niszczenie zarodków zdolnych do prawidłowego rozwoju powstałych w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji nieprzeniesionych do organizmu biorczyni.

Projekt wprowadza również do Kodeksu karnego kary za niszczenie zarodków:


Art. 83. Kto niszczy zarodek zdolny do prawidłowego rozwoju powstały w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5.

Mimo to kandydat Duda uważa, iż projekt nie zapewnia ochrony życia. Interesujące. No ale idźmyż dalej, co tam nam jeszcze pan Andrzej wyperorował:

Andrzej Duda: Nadal mamy sześć prób [zapłodnienia - red.] i zamrażanie [zarodków - red.]. Dzisiaj nikt nie jest w stanie określić skutków zamrażania. Sprowadza się to do niszczenia życia. Ja się z tym nie zgadzam. Podstawową kwestią jest zakaz mrożenia.

 Kandydat Duda przyjął, iż skoro on nie rozumie mechanizmu fizjologii mrożenia embrionów to wynika z tego automatycznie duży kwantyfikator: NIKT nie rozumie. Bez przesady, panie Andrzeju, ktoś panu jednak ten tytuł doktorski dał i nie ma powodu do nazywania siebie nikim.

Kriokonserwacja ludzkich gamet ma prawie 200 lat historii i zaczęła się od obserwacji, iż zamrożone w śniegu plemniki po ogrzaniu ponownie wykazują ruch. Wiemy także, że przy gwałtownym schładzaniu gamet i zarodków uszkodzeniu mogą ulec błony lipidowe czy wrzeciono podziałowe. Jeśli zaś schładzamy komórkę do bardzo niskich temperatur to mogą w niej powstać szkodliwe kryształy lodu. Dlatego własnie stosujemy krioprotektanty obniżające punkt krystalizacji wody, zaawansowaną aparaturę i ultraszybkie zamrażanie (tzw. witryfikację, która eliminuje kryształy). Wszystkie te metody są wystandaryzowane. Rzućmy okiem na skrótową historię mrożenia w embriologii i na jego skutki:




Autor pracy Rok wydania, publikacja wydarzenie
Bunge Richard i Sherman 1953
Bunge, R.G. and Sherman, J.K. (1953) Fertilizing capacity of frozen human spermatozoa. Nature, 172, 767–768.
pierwsza ciąża po inseminacji nasieniem, które uprzednio zostało zamrożone. Dziś mrożenie nasienia jest standardową techniką stosowaną na całym świecie.
Alan Trounson, Linda Mohr 1983

Trounson, A. and Mohr, L., Human pregnancy following cryopreservation., thawing and transfer of an eight-cell embryo. Nature. 305, 707, 1983
pierwsza ciąża otrzymana po transferze wcześniej zamrożonego zarodka
Christopher Chen 1986
Chen C., 1986 Pregnancy after human oocyte cryopreservation. Lancet 1884–886




pierwsza ciąża uzyskana po transferze zarodka z zamrożonej komórki jajowej  





jak widać w tabelce dziś mrozimy już nie tylko plemniki, które akurat mrozi się łatwo i przyjemnie, a poza tym mrozi się je również z powodów bezpieczeństwa (okres inkubacji wielu chorób zakaźnych wynosi ok. 6 miesięcy, dlatego nasienie dawców się zamraża i sezonuje, a następnie ponownie bada). Mrożenie nasienia jest stosowaną od lat 50-tych metodą zachowywania płodności u mężczyzn poddających się terapiom onkologicznym. Dzięki zamrożeniu nasienia i metodzie in vitro mogą zostać w przyszłości ojcami mimo utraty płodności wskutek radioterapii. Czyż to nie wielki sukces medycyny i nauki? Andrzej Duda tak nie sądzi.
Mrozimy również zarodki, komórki jajowe, a nawet tkankę jajnikową, co ma wielkie znaczenie dla młodych kobiet chorujących na nowotwory, jak również stanowi obiecującą szansę dla dziewcząt z zespołem Turnera.
Ale rozumiecie: dzisiaj nikt nie jest w stanie określić skutków zamrażania.
"Hej, ale zaraz!" - zawoła jakiś szczupły blondynek z ostatniego rzędu, który ma słabość do pana Andrzeja - "panu Jędrkowi chodzi o dzieci! Nie znamy skutków mrożenia dla zdrowia dzieci!".
No niestety. Znamy.
Co gorsza już wczesne prace (np. Wennerholma z 1998 publikowana w Lancecie) nie znalazły różnic między kondycją dzieci urodzonych z zamrożonych zarodków i tymi, które w stadium zarodkowym transferowano "na świeżo". Dalej było jeszcze gorzej: badania Kallena z 2005 roku, Wanga z 2005 i Shiha z 2008 wykazały, iż w porównaniu z grupą "świeżaków" dzieci urodzone w wyniku zamrożenia zarodków mają się ogólnie lepiej. Rzadziej występowało urodzenie wcześniacze, a masa urodzeniowa noworodków z zamrażarek była wyższa. Smuteczek. Potem zresztą doprowadziło to do wielkiej naukowej debaty i wysunięcia hipotezy, że przyszłością światowego in vitro będzie rutynowe mrożenie zarodków i transferowanie ich do macicy w kolejnych cyklach. Dlaczego? Ponieważ zaczęto łączyć lepszą kondycję dzieci po kriotransferach (transferach mrożonych zarodków) z faktem lepszej kondycji ciążowej i okołoporodowej kobiet, co z kolei doprowadziło do światłego wniosku (i zważ, czytelniku, jak bardzo jest to logiczne - aż dziwne, że wcześniej nikt na to nie wpadł, prawda?), iż uspokojony organizm i wyciszone endometrium w macicy stwarza lepsze szanse zarodkowi, niż transferowanie go na świeżo do organizmu matki wymęczonego właśnie intensywną stymulacją hormonalną. I dlatego właśnie dzieci urodzone z mrożonych zarodków mają się ogólnie lepiej wewnątrzmacicznie, a co za tym idzie - również i zewnątrzmacicznie, kiedy się już urodzą.
Jak to ujął obrazowo pewien profesor ginekologii: "przez lata koncentrowaliśmy się na doskonaleniu samolotów i szkoleniu pilotów zapominając, że pas startowy - czyli kondycja macicy i dobrostan organizmu kobiety - są kluczowe dla bezpiecznego wylądowania samolotu".
Celowo zamieszczam tę anegdotkę, ponieważ język prostych porównań może być łatwiej aplikowalny na możliwości poznawcze zwolenników Andrzeja Dudy. To tak jak z samolocikiem, pamiętajcie, kochani.
No to teraz przejdźmy do rozważań nad naturą. Natura jest ulubionym argumentem w dyskusji o in vitro, więc nie mogło jej zabraknąć również w przemyśleniach kandydata Dudy:

Metoda in vitro wzbudza moje ogromne wątpliwości. To jest sprzeczne z naturą. Zapłodnienie odbywa się w warunkach całkowicie sztucznych. Nie ma naturalnych elementów, gdzie występuje konkurencja ogromnej ilości plemników, gdzie wygrywa ten najsilniejszy z milionów. Tutaj tego nie ma. To próba poprawiania pana Boga. Akt zapłodnienia ma też swoje znaczenie psychologiczne. To akt miłości.


No dobrze, od czego by tu zacząć młóckę? I to nęci, i to kusi.
Może od sprzeczności z naturą, to elementarne, Watsonie. Był Pan szczepiony, Panie Andrzejku? Antybiotyk Pan brał? Ktoś w rodzinie nosi okulary, endoprotezę, bierze insulinę? Nie ma sensu chyba komentować tego szerzej. Powoływanie się na naturę w czasach zaawansowanej medycyny, której beneficjentem ostatecznie był, jest lub będzie każdy z nas, jest niedorzeczne, poza tym że nierzetelne.


Zapłodnienie odbywa się w warunkach całkowicie sztucznych


Dodajmy, że przez 3 do 5 dni. Ciąża u człowieka trwa 266 dni. Prosty rachunek pozwala odkryć, iż 261 dni tej ciąży zarodek, a następnie płód spędzi w środowisku całkowicie naturalnym, jakim jest macica. Wydaje się jednak, że to nie wystarcza. Tych 5 dni rozwoju do blastocysty warunkuje nie tylko poglądy Dudy na naturalność, ale również prawdopodobnie przyszłe życie dziecka i kolejnych pokoleń.



Nie ma naturalnych elementów, gdzie występuje konkurencja ogromnej ilości plemników, gdzie wygrywa ten najsilniejszy z milionów. Tutaj tego nie ma.


No i niespodzianka, mały niedouczku.
Zapłodnienie in vitro przeprowadzone z sukcesem pierwszy raz przez Steptoe i Edwardsa w 1978 roku było - o czym dziś wiele osób zupełnie nie wie - metodą dedykowaną kobietom z niedrożnymi jajowodami. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ dopuszczenie do IVF wymagało w pełni płodnego partnera, którego plemniki będą zdolne przeniknąć do komórki jajowej i pokonać przeszkody. To nie była metoda adresowana do par, w których to mężczyzna był niepłodny - a takich par jest połowa spośród wszystkich niepłodnych. Dla nich urodzenie Louise Brown nie zmieniło zupełnie nic. Przedstawiana dziś w mediach grafika ilustrująca zapłodnienie in vitro, wyglądająca z reguły mniej więcej tak:




nie ilustruje wcale zapłodnienia in vitro, a zapłodnienie in vitro ICSI, co na polski tłumaczy się wdzięcznie jako "docytoplazmatyczna iniekcja plemnika". Dość łatwo rozszyfrować ten termin patrząc na zdjęcie, prawda? W tej małej pipetko-igiełce znajduje się właśnie plemnik, który laborant aplikuje bezpośrednio do komórki jajowej.

Ale początki in vitro były zupełnie inne.
Wtedy pobierano od kobiety komórki jajowe, a od jej partnera - nasienie. Komórki umieszczano na szalce Petriego i wlewano do nich chmurę plemników. Wyglądało to tak:



Dalej działała w zasadzie czysta natura: plemniki musiały przejść proces naturalnej kapacytacji i reakcji akrosomowej, które - w dużym skrócie - umożliwiają osiągnięcie zdolności do penetracji otoczki komórki jajowej. Plemnikom zajmuje to ok. 6 godzin. Siłowały się więc w płynie pęcherzykowym, ale żeby mogły ukończyć pomyślnie proces zapłodnienia musiało ich być a) dużo b) dużo dobrej jakości (morfologia) c) dużo ruchliwych.
Zważywszy na fakt, iż męska płodność spada od kilkudziesięciu lat, a połowa przypadków niepłodności jest spowodowana tzw. czynnikiem męskim polegającym z grubsza na tym, iż plemniki nie spełniają punktu a), b) lub c) albo wszystkich łącznie, pozostawianie tych nieruchawych i nielicznych plemników na szkiełku z jajem nie zmieniało niczego. Dojrzała, pulchna i piękna księżycowa komórka czekała na spóźnionych gości, aż w końcu - zniechęcona - degradowała się, ponieważ żaden z gości nie przybył.
Zapłodnienia nie było, zarodka nie było i dziecka też nie było.
Niemniej klasyczne in vitro było i jest właśnie odwzorowaniem- dobrze, użyjmy tego słowa - naturalnego procesu zapłodnienia. Odkąd Edwards i Steptoe opracowali tę metodę, zmieniło się tylko to, że  plemniki się siłowały z jajem na szkle, a nie w bańce jajowodu. Dokładnie jak winszował sobie Andrzejek: najsilniejszy z milionów wygrywał.
Co w tym czasie mogły zrobić pary, w których niepłodność leżała po stronie mężczyzny?
Dla par z czynnikiem męskim przez lata jedynym wyjściem było skorzystanie z nasienia dawcy. Albo bezdzietność.
I wtedy przyszedł rok 1994, w którym niejaki Alan Trounson (tak, widzieliście jego nazwisko w tabelce wyżej. Ten facet to miał dar do epokowych odkryć medycznych i do dobrych zespołów badawczych!) wymyślił metodę ICSI.
Trounson przekonał najpierw siebie, a potem cały świat, że plemniki nie muszą być silne, liczne ani szybkie. Wystarczy ich nawet kilka w nasieniu. To co musimy zrobić to ułatwić plemnikowi zadanie i po prostu zaaplikować go bezpośrednio do komórki jajowej. Voila! Dziewięć miesięcy później urodził się zdrowy chłopczyk.
Od tego czasu metoda ICSI jest wykonywana na całym świecie, a medycyna może pomagać również niepłodnym mężczyznom, nie tylko kobietom.
I to jest dopiero cud! Swego czasu zadawałam pytanie lekarzom specjalizującym się w leczeniu niepłodności, jakie wydarzenie w tej dziedzinie medycyny uważają za kamień milowy. Większość głosów była oddawana właśnie na ICSI. Najpełniej wyraził to pewien lekarz z Białegostoku:

"ICSI to było PUFF! Wielkie WOW! Nigdy już potem żadne odkrycie nie zmieniło tak wiele dla tak wielu! Wie pani, co czułem kiedy musiałem odsyłać ludzi do banków nasienia? Jak się zmieniały ich twarze?! I nagle im mówię "damy radę, pomożemy! będziecie mieli swoje biologiczne dziecko!"


No ale Andrzej Duda uważa, że to nienaturalne. A skoro Duda tak uważa to zmienia to oczywiście wszystko. Na przykład anuluje narodziny paru milionów dzieciaków na całym świecie.

Akt zapłodnienia ma też swoje znaczenie psychologiczne. To akt miłości.

Koniecznie powiedz to ofiarom gwałtów, chłopcze.





***





i na koniec parę publikacji, jeśli ktoś chce się bliżej zapoznać:

Wang YA, Chapman M, Black D, Sullivan EA, (2008) 24th Annual Meeting of the ESHRE, What type of transferred embryos gives the best perinatal outcome? (Hum Reprod, Barcelona, Spain), p i40.

Kallen B, Finnstrom O,  Nygren KG, Olausson PO, (2005) In vitro fertilization (IVF) in Sweden: infant outcome after different IVF fertilization methods. Fertil Steril84:611–617.  


Shih W, Rushford DD, Bourne H, Garrett C, McBain JC, Healy DL, Baker HW
(2008)Factors affecting low birthweight after assisted reproduction technology: difference between transfer of fresh and cryopreserved embryos suggests an adverse effect of oocyte collection. Hum Reprod 23:1644–1653




















 




























niedziela, 8 lutego 2015

Co się wydarzyło w Policach czyli koszmar minionego lata

Opinia publiczna w ostatnich tygodniach została poruszona informacją o pomyłce, do której doszło w laboratorium embriologicznym Kliniki Medycyny Rozrodu i Ginekologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Policach: podczas zapłodnienia in vitro w ramach ministerialnego programu pomylono komórki jajowe u pacjentki, w efekcie czego pacjentka urodziła córkę niebędącą jej genetycznym dzieckiem (źródło).
Ekspertami w tej sprawie zwyczajowo stali się dr Tomasz Terlikowski i niejaki pan Zajkowski reprezentujący Warszawskich Obrońców Życia i Rodziny (źródło). Wspominam o tym z sentymentu, albowiem notka nie byłaby kompletna bez przynajmniej jednego przywołania nazwiska Terlikowskiego. Nie o moralnych rozdrapach pana redaktora będę jednak pisać, te są przewidywalne.
W całym wydarzeniu na głębszą refleksję, w moim poczuciu, zasługują inne pytania, którym chciałabym się przyjrzeć. Wylistujmy je dla porządku:

1. Czy metoda in vitro jest obciążona ryzykiem błędu w większym stopniu niż metody z innych obszarów medycyny?
2. Do ilu pomyłek przy procedurze in vitro doszło dotąd w Polsce?
3. Dlaczego sprawa przedostała się do mediów?

Zacznę od pytania trzeciego. W ostatnich tygodniach byłam na urlopie, co odcięło mnie skutecznie od polskiej rzeczywistości. Jednak zaraz po powrocie na łono umiłowanej ojczyzny musiałam nadrobić zaległości, więc otrzymałam w powyższej sprawie wiele briefów od rozmaitych ludzi, którzy mieli już czas na wstępną analizę i racjonalizację. Co mnie zdumiało, w niektórych reakcjach występował retoryczny okrzyk: kto miał interes w tym, aby o sprawie dowiedziały się media? Po co to rozdmuchiwać? Już i tak wydarzyło się nieszczęście dwójki ludzi, uszanujmy tę tragedię.
Ściślej rzecz biorąc nieszczęście, o którym mowa, dotyczy większej ilości ludzi, ponieważ nie znamy odpowiedzi na pytanie, gdzie finalnie trafiły komórki jajowe pacjentki, czy powstały z nich jakieś zarodki, a jeśli tak - komu zostały implantowane i czy druga pacjentka jest tego faktu świadoma? Co z tą drugą rodziną, jeśli istnieje? Co z dzieckiem, jeśli się urodziło? Co z zamrożonymi zarodkami obu par, jeśli doszło do ich powstania?
Doświadczenie nauczyło mnie ponadto, że ilekroć pojawiają się wołania o szacunek dla tragedii i milczenie nad trumną, tylekroć sprawie warto przyjrzeć się bliżej, ponieważ prawdopodobnie jest tam wiele do wyartykułowania. 
(Poza tym doświadczenie nauczyło mnie również tego, aby nie wkładać jajek do mikrofalówki. Naprawdę nigdy tego nie róbcie. To nie jest dobry pomysł)

Wracając jednak do rodziców chorej dziewczynki: zostali oni rodzicami w sierpniu 2014 roku. Ponieważ dziecko okazało się być obciążone licznymi wadami wykonano u dziecka i rodziców standardowe badania genetyczne, w wyniku których - poza informacjami o znaczeniu klinicznym - uzyskano również wiedzę o tym, że dziewczynka nie jest genetyczną córką swojej matki. Chciałabym to podkreślić: uzyskanie tej informacji było niejako skutkiem ubocznym przeprowadzania zaleconych badań genetycznych. Gdyby dziecko urodziło się zdrowe wspomniana para prawdopodobnie nie nabyłaby wiedzy o tym, iż w trakcie procedur biotechnologicznych doszło do zamiany komórek jajowych pacjentki.

Mamy luty. Jak łatwo policzyć od momentu wykrycia pomyłki do momentu publicznego ujawnienia tej wiedzy upłynęło pół roku. Być może przeciekła prokuratura, być może do mediów zadzwonił ktoś z grona lekarskiego. Nie ma to w tej chwili większego znaczenia poza zaakcentowaniem faktu, iż opinia publiczna dowiedziała się o sprawie za pośrednictwem dziennikarzy lokalnej prasy, a nie od prokuratury czy rzecznika Ministerstwa Zdrowia.

Zobaczmy teraz, jak zdarzenia niepożądane w medycynie rozrodu są traktowane w innych krajach Europy.
Brytyjska HFEA (Human Fertility and Embryology Authority) nadzorująca procedury jakości i zachowania bezpieczeństwa w ośrodkach leczenia niepłodności w Wielkiej Brytanii, wydała w ubiegłoroczne wakacje raport dotyczący właśnie zdarzeń niepożądanych (pełna treść raportu HFEA). Nie był on omawiany w polskich mediach (za wyjątkiem dwóch portali ultrakatolickich oraz portalu Medycyna Praktyczna, przy czym w przypadku mp.pl pełna treść artykułu dostępna jest jedynie dla lekarzy). Nadrobię teraz to zaniedbanie. Z raportu dowiadujemy się kilku istotnych rzeczy:

1. Ośrodki leczenia niepłodności monitoruje się na poziomie centralnym. To nie jest oczywiste, jak widzimy na polskim przykładzie.

2. Monitoruje się je w sposób nieco bardziej staranny niż poprzez kontrole w ramach polskiego programu refundacji IVF, które są - ale nie zachłyśnijcie się z emocji! - władne policzyć ilość komór laminarnych w placówce oraz liczbę zatrudnionego personelu. Oczywiście jedynie w tych ośrodkach, które realizują program refundacyjny czyli w 31 ośrodkach na 44 istniejące i działające.
Co za władza, co za moc, co za kompletność działań kontrolnych!
Ponieważ Polska od 9 lat nie wdrożyła europejskich dyrektyw technicznych regulujących zasady kodowania, przetwarzania, konserwowania, przechowywania i dystrybucji tkanek i komórek ludzkich (są to dyrektywy 2004/23/WE, 2006/17/WE i 2006/86/WE tu można się z nimi zapoznać ), kontrole ministerialne niewiele więcej mogą.
Jedna z przywołanych dyrektyw, jest to dyrektywa 2006/86/WE, dotyczy dokładnie "wymagań dotyczących możliwości śledzenia, powiadamiania o poważnych i niepożądanych reakcjach i zdarzeniach" odnoszących się właśnie do tkanek i komórek ludzkich, w tym do ludzkich komórek rozrodczych. Polska jest ostatnim krajem UE, który ani dyrektyw nie wdrożył, ani nie zainstalował komplementarnego prawa krajowego w tym zakresie, np. w postaci ustawy dedykowanej leczeniu niepłodności. Naturalnie Komisja Europejska regularnie nas w tej sprawie monituje, ponagla i grozi palcem. 
Ale na ogół mamy ważniejsze sprawy na głowie: Euro 2012, krzyż w Sejmie i zagrożenie genderyzmem. Nie ma w tym niczyjej złej woli, polscy politycy naprawdę nie mają czasu na coś tak błahego, jak zajęcie się bezpieczeństwem pacjentów, w tym  nadzorowaniem bezpieczeństwa pobieranych ludzkich gamet i zarodków realną ochroną życia poczętego, które jest tak drogie sercom prawicowych posłanek i posłów. Deklaratywnie oczywiście.
Gdyby dyrektywy zostały wdrożone i/lub przyjęto ustawę o leczeniu niepłodności, kontrole byłyby obowiązkowe i obejmowałyby wszystkie polskie ośrodki, a raporty kontrolne musiałyby być dostępne publicznie.

3. Właśnie. Wyniki raportu są dostępne publicznie

Na chwilę zatrzymam się nad tym ostatnim przymiotnikiem. Publicznie. To oznacza, że błędy wynikające z naruszenia procedur i/lub czynnika ludzkiego wydarzające się w zaciszu centrów leczenia niepłodności są rozpoznawane przez HFEA jako informacja publiczna. Wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi interes publiczny, a ochrona zdrowia się do niego zalicza, mamy prawo o jego naruszeniu wiedzieć. Mamy także prawo do zapoznania się z propozycją działań naprawczych, zaradczych i egzekucyjnych.
Naturalnie aby można było zachować procedurę bezpieczeństwa trzeba najpierw ją mieć, następnie wdrożyć, a potem przestrzegać, weryfikować i kontrolować.
Polskie ośrodki w swojej znakomitej większości posiadają wdrożone systemy zarządzania jakością w medycynie ISO 9001:2008, posiadają również wewnętrzne systemy znakowania i monitorowania ścieżki każdej próbki materiału genetycznego,w tym zarodków. To bardzo piękne, drogi Watsonie, wręcz elementarne, że tak się dzieje.
Co z tego wynika dla pacjentów i społeczeństwa - niewiele. 
Głównie wiedza o tym, że taki system został wdrożony, ponieważ ośrodki z reguły informują o tym na swoich stronach internetowych. W końcu jest się czym chwalić. 
Opinia publiczna nie otrzymuje jednak informacji o ewentualnych zdarzeniach niepożądanych, jeśli do nich dojdzie. Nie ma takiego obowiązku spoczywającego na ośrodkach. Poszczególne systemy wewnętrzne nie są również kontrolowane zewnętrznie i nie komunikują się między sobą centralnie, co oznacza na przykład, iż jeśli do ośrodka X zgłosi się dawca nasienia będący nosicielem genetycznej choroby Y, która ujawni się u jego potomstwa, to wiedza o tym zdarzeniu pozostanie wyłączną wiedzą personelu ośrodka X. O ile rodzice dadzą ośrodkowi taką informację zwrotną, ponieważ obecnie nie mają tego obowiązku.
Nieświadomy dawca może zatem pójść do ośrodków V i Q, gdzie ponownie odda nasienie, z którego skorzystają kolejne pary i nie dowiedzą się o tym, że dawca jest już genetycznym ojcem chorego potomstwa, nie ma bowiem obowiązku zgłaszania takich zdarzeń, krajowej procedury monitorowania ich częstości, wreszcie systemowej możliwości zapobieżenia ich wystąpieniu w przyszłości. 
W efekcie ryzyko popełnienia pomyłki i wystąpienia zdarzenia niepożądanego zwiększa się zamiast zmniejszać.

Polska fatalna debata o in vitro - poza wieloma aspektami, których nie będę teraz omawiać, a o których można by napisać grube księgi - zaowocowała społeczną polaryzacją stanowisk, a co się z nią wiąże: upraszczaniem poglądów i redukcją ich złożoności do prostego bonmotu, który można wcisnąć do telewizyjnej anegdoty w nadziei, że w montażu nas nie potną.
Jednym z takich zredukowanych poglądów wyrażanych publicznie jest pogląd, iż powinniśmy dać czynić lekarzom co lekarskie i nie upolityczniać in vitro. 
Można zobaczyć w tym przekonaniu medyczny paternalizm, można zobaczyć niechęć do dialogu, ja jednak sądzę, iż kryje się za tym przede wszystkim lęk o to, iż dalsze upolitycznienie in vitro spowoduje delegalizację tej metody, odebranie pacjentom prawa do leczenia się, a lekarzom - prawa do wykonywania zawodu w ramach swojej specjalności. Skutki będą więc dotkliwe społecznie i godzące również w wartości prawnoczłowiecze.
Nawet jeśli ten lęk jest łatwo zrozumiały to wiąże się z nim bardzo poważny skutek uboczny wyrażający się w przymusowej admiracji zachowania status quo, bo alternatywy są bardzo ryzykowne.

Tak, nie wszystko zawsze idzie dobrze; tak, regulacje byłyby potrzebne; tak, kontrola by się przydała, jeśli jednak zaczniemy głośno mówić o nadużyciach i błędach medycznych dostarczymy argumentacyjnej amunicji przeciwnikom in vitro. A wtedy nic nie będzie już nigdy i w ogóle.
Tym samym mimochodem zgadzamy się zapłacenie za status quo właśnie wartościami prawnoczłowieczymi: prawem człowieka do bezpieczeństwa w leczeniu, prawem do informacji i staniem na straży obu tych praw. 
Zgadzamy się również w konsekwencji na dalszą polaryzację i na obsadzanie siebie w roli zwolenników bądź przeciwników in vitro, przez co odsuwa się od nas perspektywa postrzegania i dyskutowania o medycynie wspomaganego rozrodu, jako gałęzi wiedzy nieposiadającej stałego, aksjologicznego atrybutu.  Sami  betonujemy paradygmat emocjonalnej, lękowej debaty o in vitro i patrzymy później ze zdumieniem ku wylotowi studni zastanawiając się, kto nas do cholery do niej wsadził.

Wprawdzie nie wiem, czy jawność w każdych okolicznościach jest dobra, ale nie znam uczciwszej alternatywy. Dopóki jej nie poznam będę się trzymać twardo przekonania o tym, iż o nadużyciach trzeba mówić publicznie, ponieważ zdrowie jest sprawą publiczną i jakość świadczenia usług medycznych również jest sprawą publiczną.

 Wróćmy do raportu HFEA i monitorowania zdarzeń niepożądanych. W ciągu 12 - 24 godzin od wystąpienia zdarzenia niepożądanego w leczeniu niepłodności, ośrodek jest zobowiązany zaraportować ten fakt HFEA. Następnie HFEA klasyfikuje zaraportowane zdarzenia niepożądane przypisując je do trzech odrębnych kategorii:

kategoria A: najpoważniejsze przypadki zdarzeń niepożądanych występujące bardzo rzadko i odnoszące się przykładowo do pomyłek w transferze embrionów, śmierci pacjenta lub zdarzenia mającego wpływ na dużą grupę pacjentów. Reakcja i kontrola HFEA są natychmiastowe, z wydarzenia powstaje dostępny publicznie raport oraz podejmowane są działania naprawcze.

kategoria B: poważne zdarzenia lub niepożądane reakcje odnoszące się przykładowo do naruszenia danych osobowych pacjenta, incydentalnej utraty embrionów, pogorszenia jakości uzyskanych zarodków w wyniku błędu technicznego laboratorium. W takim przypadku HFEA wymaga przeprowadzenia przez ośrodek we własnym zakresie postępowani ustalającego i wyjaśniającego przyczyny zdarzenia, oraz dostarczenia raportu z postępowania do HFEA w ciągu 10 dni. HFEA może podjąć działania kontrolne, a w każdym przypadku analizuje raport i obliguje następnie ośrodek do wdrożenia wytycznych przygotowanych przez HFEA, aby zapobiec dalszym nieprawidłowościom.

kategoria C:  reakcje lub zdarzenia niepożądane odnoszące się przykładowo do wystąpienia u pacjentek łagodnego zespołu hiperstymulacji OHSS czy uszkodzenia pobranych komórek jajowych pacjentki w trakcie procedur laboratoryjnych. Co dzieje się dalej? HFEA rejestruje zdarzenie w swojej bazie i choć nie wymaga od ośrodka złożenia raportu z przeprowadzonego dochodzenia w tej sprawie, to oczekuje, iż ośrodek takie dochodzenie przeprowadzi w celu poprawienia własnych procedur bezpieczeństwa. Zdarzenie zostaje odnotowane przez HFEA i udostępnione zespołowi kontrolującemu ośrodek.


Raporty są dostępne publicznie na stronach HFEA.
Z ostatniego raportu możemy się dowiedzieć, iż w latach 2010 - 2012  na ponad 120 tysięcy przeprowadzonych zabiegów in vitro do zdarzeń niepożądanych doszło w 1679 przypadkach, czyli w przypadku 1% zabiegów wystąpiło zdarzenie niepożądane. Były to odpowiednio:

- 3 przypadki w kategorii A
- 714 w kategorii B
- 815 w kategorii C

Ponadto w 65 przypadkach komisja stwierdziła po przyjrzeniu się sprawie, że nie doszło do błędu, zaś w 82 przypadkach doszło do zdarzenia niepożądanego, które nie zaskutkowało uszkodzeniem, urazem ani chorobą, ponieważ ryzyko zostało odpowiednio wcześnie wykryte przez ośrodek.
Widzimy więc jak mniej więcej monitorowanie ośrodków leczenia niepłodności i sprawozdawanie wyników monitorowania działa na Wyspach. Przypomnijmy sobie teraz, w jaki sposób dowiedzieliśmy się o zdarzeniu niepożądanym typu A w szpitalu Policach:

Prokuratura: odmówiła zajęcia się sprawą stwierdzając, że nie doszło do utraty życia ani zdrowia
Ministerstwo Zdrowia: najpierw rzecznik MZ, Krzysztof Bąk, zapowiedział w styczniu (sic!), że Ministerstwo Zdrowia wyda komunikat w tej sprawie. Następnie Minister Zdrowia, Bartosz Arłukowicz, cofnął szpitalowi w Policach status realizatora programu ministerialnego z 30 dniowym okresem karencji i poinformował, iż zawiadomił prokuraturę o tej sprawie
Szpital w Policach: początkowo odmówił komentarza, po erupcji zainteresowania medialnego "postanowił sprawdzić, czy doszło do niezachowania obowiązujących procedur"
Dyrektywy unijne i ustawa o leczeniu niepłodności: nadal nie funkcjonują w polskiej rzeczywistości prawnej, a najczęstszą odpowiedzią polityków partii rządzącej i koalicyjnej na pytanie dotyczące ustawy, bywa chełpliwe przypomnienie, iż przecież mamy refundację in vitro. Alleluja więc i nie bulgotać z uwagami na temat braku centralnego systemu nadzoru, certyfikacji i kontroli.

Teraz chciałabym, aby każdy z czytelników, który dotrwał do tego momentu, rozważył pewną myśl: czy jest możliwe, aby w Polsce, w której procedurę IVF wykonuje się od 1987 roku nie doszło przez 28 lat do więcej niż dwóch ujawnionych publicznie poważnych zdarzeń niepożądanych (przypadek w Policach oraz śmierć pacjentki podczas narkozy przy zabiegu IVF ponad 10 lat temu w Krakowie)? Jesteśmy lepsi od Brytyjczyków w zachowywaniu jakości w biotechnologii? Serio? Szczególnie, że tej jakości na poziomie centralnym nie kontrolujemy?
A jeśli doszło - czy powinniśmy o tym wiedzieć czy nie? Czy prawo do wiedzy może ustąpić przed lękiem o reakcję prawicowych publicystów i polityków?
Wreszcie: czy to, że do takich wydarzeń dochodzi jest winą procedury in vitro czy wspólnego zaniedbania, którego dopuszczamy nie rozliczając rządu z obowiązku regulacji prawnych metody in vitro? 
O wiele łatwiej jest prowadzić ożywioną rozmowę na tematy bezpieczne: legalności in vitro, prawa do rodzicielstwa, idiotycznych wypowiedzi polskiego Episkopatu, zamiast rozmowy o skutkach braku ustawy, o nieprzestrzeganiu praw pacjenta, wreszcie o daniu carte blanche medycynie wspomaganego rozrodu, jako symbolowi obietnicy nadziei i szczęścia, bo w końcu działa na rzecz wyższego dobra.
Nie musimy więc jej sprawdzać i możemy oddać lekarzom co lekarskie. W końcu nie są tacy jak inni ludzie i na pewno nie popełnią błędu.

Nigdy nie powiem, że lekarze pracujący w ośrodkach leczenia niepłodności nie wykonują dobrej roboty. Wykonują.
I powinni być w swojej pracy systemowo kontrolowani jak ich koleżanki i koledzy pracujący z ludzkimi narządami, tkankami i komórkami. Z faktu, iż w 2005 roku wykreślono z Ustawy transplantacyjnej medycynę rozrodu za pomocą jednego eleganckiego ruchu:


2. Przepisów ustawy nie stosuje się do:
1) pobierania, przeszczepiania komórek rozrodczych, gonad, tkanek zarodkowych i płodowych oraz narządów rozrodczych lub ich części;
nie wynika etycznie zupełnie nic dla zmniejszenia odpowiedzialności kolejnych rządów za funkcjonowanie tej dziedziny medycyny, w tym działanie (a właściwie brak działania) mechanizmów kontrolnych. Co najwyżej może wynikać interesujące pytanie, dlaczego w roku 2005, kiedy Polską rządził jeszcze Sojusz Lewicy Demokratycznej, okrojono tekst ustawy i narażono pacjentów podchodzących do in vitro? 
Od tamtego czasu  Dyrektywy obowiązują całość transplantologii z wyłączeniem ludzkich komórek rozrodczych i zarodków. Jeśli będziecie kiedyś pić kawę z Leszkiem Millerem możecie go o to zapytać.

Zawodowo spotykam się z niepłodnymi parami, wobec których - wedle ich relacji -  doszło do zaniedbań niemających swojego odpowiednika w ustawie o Prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta, ani w Ustawie o zawodzie lekarza. Te prawa i przepisy są spisane w dokumentach szczegółowych: projektach ustaw o leczeniu niepłodności; w wymaganiach, które nakładają na kraj członkowski dyrektywy transplantacyjne. Dopóki nie są implementowane do prawa krajowego dopóty pacjenci najczęściej nie mają jak się bronić ani udowodnić, iż zdrowie i bezpieczeństwo ich samych lub dzieci zostały narażone. Nie można uczynić ośrodkowi zarzutu z niedbałości, której przepisy prawa krajowego wciąż nie rozpoznają jako niedbałości.

W 2015 roku medycyna rozrodu zajmuje się diagnostyką preimplantacyjną i in vitro z mitochondrialnym DNA z komórki dawczyni, bioetycy zastanawiają się nad granicami prawa do leczenia wszystkich stron zaangażowanych w proces, antropologia kultury analizuje ewoluujące paradygmaty rodzicielstwa i pokrewieństwa. W polskich mediach jednak możemy obserwować  monotematyczność wygrywania nuty in vitro: oto refleksje na temat in vitro Beaty Kempy, oto kolejny gość w koloratce i poruszająca historia niepłodnej pary z obowiązkowym pokazaniem twarzy dziecka, aby wzruszyć widza. Często dwa zdania lekarza o Noblu dla Edwardsa i niesieniu szczęścia niepłodnym pacjentom. Klamrą materiału na ogół jest pytanie o to, czy metoda in vitro powinna być legalna i czy Polacy ją akceptują. U redaktora Lisa nadal króluje Tomasz Terlikowski w charakterze uniwersalnego autorytetu.

Tymczasem czasy rozmawiania o legalności versus nielegalności in vitro minęły. Nawet jeśli  jeśli widzowie wciąż włączają odbiornik i jeszcze poświęcają znużoną uwagę takim występom, jesteśmy już biotechnologicznie i bioetycznie dekady dalej. Legislacyjnie jednak wciąż tkwimy w tym samym punkcie.
Prawo do bezpieczeństwa w medycynie nie jest w 2015 roku w Europie żadnym luksusem. Należy się pacjentowi jak psu miska i nie można zawartości tej miski uczynić obiektem handlu wymiennego: jeśli pies zacznie zbyt głośno szczekać to właściciel odbierze mu miskę, więc lepiej trzymać pysk na kłódkę i godzić się na łańcuch.
Na koniec więc zacytuję komentarz Sally Cheshire, szefowej HFEA, odnoszący się do publikowanego raportu:

"While we do what we can to ensure IVF is error free, mistakes do sometimes happen, as they do in any area of medicine. What's most important is learning the lessons from errors made to minimise the chance of their happening again – this is not about naming and shaming'.


Nie bardzo rozumiem więc, w jaki sposób osiągnęliśmy w Polsce stan, w którym rozumienie prawa pacjenta do bezpieczeństwa w leczeniu wymaga głębokiego namysłu.
A jeśli już komuś przyzwoitość sprawia sporą trudność to zawsze zostaje Konstytucja RP i wynikające z niej prawo do ochrony zdrowia.
Nadal jednak powyższa wykładnia nie dotyczy najwidoczniej raportowania zdarzeń niepożądanych w medycynie rozrodu, co do których prokuratura, politycy, a nawet minister zdrowia zdają się uważać, iż w Polsce po prostu nie zachodzą i nie trzeba ich ustawowo śledzić.
W Wielkiej Brytanii najwyraźniej tak. Ale Polska to zupełnie inny przypadek. Tu można finansować procedurę in vitro bez regulacji prawnych i poczytywać to jeszcze rządowi za sukces. Tu również można dalej pokazywać w reportażach twarze dzieci urodzonych dzięki in vitro sądząc, że to zamknie sprawę i rozwieje wątpliwości. Bo w końcu dzieci się rodzą, prawo do leczenia jest realizowane. O nadużyciach porozmawiamy innym razem.
Albo i nie porozmawiamy.




***

ps. gdyby kogoś interesowały te trzy przypadki kategorii A, a nie chce mu się czytać raportu HFEA:
- pierwszy przypadek dotyczył pomylenia próbek spermy dawcy. Para posiadała już dziecko dzięku procedurze dawstwa nasienia i starała się o drugie dziecko przy wykorzystaniu materiału genetycznego od tego samego dawcy, aby dzieci były swoim naturalnym rodzeństwem. Klinika pomyliła próbki materiału genetycznego dwóch dawców
- przypadek drugi dotyczył zanieczyszczenia zarodków 11 par "resztkami komórkowymi", prawdopodobnie spermą
- przypadek trzeci dotyczył przedwczesnego wyjęcia próbki zamrożonego nasienia przez pracownika kliniki.










niedziela, 27 kwietnia 2014

dlaczego naprotechnologia?

Zaczęłam pisać tę notkę parę tysięcy snickersów temu, po czym wydała mi się strasznie nieaktualna (nawet uwzględniając mój zwyczajowy refleks szachisty w komentowaniu bieżących wydarzeń) i porzuciłam ją gdzieś między piętnastą wizytą w serwisie instytutu im. Pawła VI a dwusetną wizytą w PubMedzie. Ponieważ jednak dotyczy naprotechnologii wiedziałam, że wieki jeszcze przemówią, bo naprotechnologia dla polskiego Kościoła jest niczym Elvis Presley dla sprzedawców pamiątek w Memphis: wiecznie żywa i przynosząca dochody.
Zaczynając notkę od jakiegoś naprawdę ważnego pytania, wybierzmy może takie:
Po co polskiemu episkopatowi metoda, która trzydzieści osiem lat od daty powstania doczekała się jedynie czterech recenzowanych badań w PubMedzie?  Funny fact: ilekroć aktualizuję swoją wiedzę i wklepuję "naprotechnology" w pasek wyszukiwania, baza uprzejmie mnie pyta, czy na pewno nie miałam na myśli "nanotechnology", która przynajmniej ma 45 tysięcy badań i większość ludzi kojarzy, czym jest. Niestety za każdym razem rozczarowuję PubMed i też nad tym ubolewam.
W każdym razie powody atencji Kościoła katolickiego są niebłahe: przesunięcie uwagi z wstydliwego dysonansu między deklaratywnym humanizmem doktrynalnym i realnym upokorzeniem pacjentów na holistyczną metodę z gatunku "krawaty wiążę, kreuję ciąże".

Czas pokazał, że są również dwa inne, całkiem niezłe powody, dla których warto porozmawiać po raz kolejny o naprotechnologii:

Pierwszym z nich jest przekonanie radnych Częstochowy, że skoro od roku 2012 dofinansowują kwotą 3000 zł leczenie metodą in vitro to sprawiedliwość społeczna wymaga teraz podobnej uprzejmości wobec naprotechnologii. W 2014 roku słowo stało się ciałem i możecie przeczytać o postępach prac w tym oto artykule.
Jak donoszą moje doskonale poinformowane, opłacane czekoladkami Lindt źródła, autorki programu naprotechnologicznego zastanawiały się na sesji rady miasta, co dokładnie wciągnąć na listę dofinansowań, ponieważ jeszcze nie rozpracowały, które hormony są refundowane przez fundusz, a które nie. To wprawdzie nie pogłębia jakoś specjalnie moich wątpliwości wobec tego programu - nie da się pogłębić Rowu Mariańskiego - niemniej pokazuje fachowość sił stojących za programem, które nie chcą lub nie umieją dotrzeć do wykazu świadczeń gwarantowanych w przypadku badań diagnostycznych oraz warunków ich realizacji. Cóż mogę rzec, tę właśnie grupę ludzi zwanych ekspertami władze Częstochowy w przyszłości wynagrodzą finansowo za napisanie programu zdrowotnego.
Nie jest to jedyny punkt tej historii, którego nie rozumiem.

Drugi powód stanowi prawdopodobna chęć prezydenta Częstochowy wykazania poprzez ten program, iż naprotechnologia nie jest alternatywą dla IVF, ponieważ efekty programu naprotechnologicznego będą mizerne, ergo: radni racjonalnie wydali pieniądze na in vitro, ergo: warto to robić dalej.
Tak się jednak zaskakująco składa, że wykazanie powyższego nastąpiło już w roku 2008, w którym dr Philip Boyle opublikował jedną z czerech istniejących prac o naprotechnologii, legendarną dziś "Outcomes from treatment of infertility with natural procreative technology in an Irish general practice" . Dr Boyle w  ciągu pięciu lat prowadzenia badań dowiódł, iż wskaźnik ciąż w grupie badanej wynosi 52,8%, co się wszystkim naturalnie bardzo spodobało i prawdopodobnie dlatego zapomnieli wspomnieć, iż do wyliczenia zastosowano model Kaplana-Meiera, który szacuje wartości hipotetyczne. Rzeczywisty, skumulowany wskaźnik ciąż w tej grupie wyniósł albowiem 25,5% w ciągu 24 miesięcy (dowód), co jest wynikiem raczej mało optymistycznym, szczególnie, iż z grupy badanej na samym początku odrzucono mężczyzn z azoospermią i kobiety z niską rezerwą jajnikową.
Tu nadmieńmy, iż głównym lekiem stosowanym przez lekarzy naprotechnologów był cytrynian klomifenu sprzedawany w Polsce pod nazwą niezwykle popularnego clostilbegytu, którego skuteczność w generowaniu ciąż u subfertylnych pacjentek jest szacowana na 60% w okresie półrocznego stosowania (np. Wołczyński 2005), więc tym bardziej należy się zadumać nad propozycją naprotechnologii, która jest czterokrotnie dłuższa, nieporównanie bardziej droga oraz o połowę mniej skuteczna.
Tym samym radni Częstochowy naprawdę nie muszą wyrzucać w błoto kilkuset tysięcy złotych, skoro skuteczność naprotechnologii już znamy.

Teraz zostawmy na moment kwestię Częstochowy i w dniu największego wydarzenia w historii współczesnej Polski, tj. kanonizacji Wielkiego Polaka, porozmawiajmy o tym, jaki Kościół katolicki miał onegdaj pomysł na niepłodność, skąd ten pomysł się wziął i dlaczego finalnie zatriumfowała naprotechnologia. Oraz co wspólnego miał z tym Jan Paweł II.


W roku 1987 będącym rokiem narodzin pierwszego polskiego dziecka urodzonego dzięki metodzie in vitro, Kongregacja Nauki Wiary wydała instrukcję Donum Vitae określającą stanowisko Kościoła katolickiego wobec godności życia ludzkiego.
Znalazło się w niej zdanie, które zbyt rzadko jest cytowane, a którego implikacje mogłyby być potężne:
Nie można dopuścić sztucznego zapłodnienia homologicznego wewnątrz małżeństwa za wyjątkiem przypadku, w którym środek techniczny nie zastępuje aktu małżeńskiego, lecz służy jako ułatwienie i pomoc do osiągnięcia jego naturalnego celu
Kluczowy w tym zdaniu jest warunek "za wyjątkiem przypadku" umieszczony w kontekście sztucznego zapłodnienia homologicznego, czyli tłumacząc na język zrozumiały: inseminacji nasieniem partnera (w tym przypadku oczywiście męża).
To zdanie otwiera furtkę doktrynalną dla trzech metod wspomaganego rozrodu, z których mogliby korzystać katoliccy małżonkowie pozostając w zgodzie z wykładnią swojego Kościoła. Tymi metodami są:

1. LTOT: low tubal ovum transfer
Metoda polegająca na pobraniu komórki jajowej z jajników kobiety i przeniesieniu ich do dolnej części jajowodu, co umożliwia po pierwsze późniejsze zapłodnienie in vivo, a po drugie potencjalnie może ominąć czynnik niedrożnych jajowodów. Aby nie być gołosłowną warto przytoczyć na przykład to badanie, prowadzone wprawdzie na małpach, niemniej świadczące o tym, iż w roku 1980  koncepcja była rozważana na tyle serio, aby zwać ją "alternatywą dla in vitro" i aby doczekała się zainteresowania medycyny konwencjonalnej.
Kościół katolicki również zwrócił na nią uwagę, na poparcie czego Archidiecezja Dubuque przytacza liczne świadectwa, w tym  dokument z konferencji The Gift of Life. The Proceedings of a National Conference on the Vatican Instruction on Reproductive Ethics and Technology, która odbyła się właśnie w Omaha, w Instytucie im. Pawła VI:

this procedure was judged to be morally acceptable by Archbishop Daniel Pilarczyk of Cincinnati in 1983 (5) as well as being supported by theological opinion

(biskup ma polskobrzmiące nazwisko, nasi tu byli, cieszymy się?)

ale uzupełnił uczciwie:

LTOT is no longer used because of unsatisfactory success rates.

co jest zresztą zgodne z prawdą, więc tyle na ten temat.

2. GIFT- gamete intra-fallopian transfer

Metoda polegająca z grubsza na tym samym, co LTOT, a więc umożliwiająca finalnie poczęcie in vivo poprzez umieszczenie pobranej wcześniej komórki jajowej i pobranego nasienia w jajowodzie kobiety, gdzie gamety męskie i żeńskie powinny się połączyć. Jest to metoda, wobec której Kongregacja Nauki i Wiary nie zajęła ostatecznego stanowiska i tu właśnie przywoływany jest w teologicznych interpretacjach zacytowany już fragment Donum Vitae.
GIFT jest dziś rzadko wykonywany, czego powody wyjaśnia dyplomatycznie HFEA, a są nimi niska skuteczność. 
Tym samym drugie zdanie, które czytelnik powinien umieścić teraz w notatkach, brzmi "GIFT- ani tak, ani nie, ale generalnie można się tą metodą ART posłużyć rozważając ją przy pomocy spowiednika i własnego sumienia".

3. inseminacja homologiczna przy użyciu prezerwatywy perforowanej

Opisana przeze mnie szerzej w tej notce, że się bezczelnie wypromuję, i będąca jednocześnie metodą a) stosowaną współcześnie b) posiadającą dowody skuteczności (choć najnowszy raport NICE zaleca zaprzestanie stosowania inseminacji i wykonywanie w jej miejsce in vitro). To, co warto wiedzieć w tym punkcie to to, że skuteczność inseminacji waha się w granicach 10-20% na jeden cykl (a więc wciąż są to lepsze raty niż skuteczność naprotechnologii: 25% na przestrzeni dwóch lat), i przy spełnieniu określonych warunków, mogłyby z niej korzystać również pary katolickie. Ale nie korzystają.
I tu przechodzimy do zasadniczej części notki.

Pytanie, które należy postawić, brzmi: dlaczego polski Episkopat będący w posiadaniu wiedzy, iż stosunkowo skuteczna, tania i udokumentowana pod kątem Evidence Based Medicine inseminacja homologiczna zaliczająca się do technik ART nie jest niezgodna z wykładnią Watykanu, woli promować eksperymentalną i drogą naprotechnologię? Dlaczego w końcu nie promuje tych nieszczęsnych GIFTu i LTOTu, które w konkretnych przypadkach klinicznych (np. wrogości śluzu szyjkowego dla plemników, nieswoistych zrostach jajowodowych) mogłyby być bardzo pomocne parom i skuteczne właśnie przez swoją inwazyjność, której naprotechnologia nie posiada, bo opiera się na upładnianiu kobiety i współżyciu w określone dni?

Zanim odpowiemy na to pytanie zanurzmy się najpierw we wzniosłość Donum Vitae i przypomnijmy sobie, w jaki sposób powinno się odbyć misterium poczęcia nowego życia ludzkiego:



Małżonkowie wyrażają wobec siebie wzajemną miłość osobową "w języku ciała", który zawiera w sobie wyraźne "znaczenie oblubieńcze" i rodzicielskie zarazem(43). Akt małżeński, w którym małżonkowie objawiają sobie wzajemnie dar z siebie, wyraża równocześnie otwartość na dar życia; jest aktem nierozerwalnie cielesnym i duchowym. To właśnie w swoim ciele i przez swoje ciało, małżonkowie dopełniają małżeństwo i mogą stać się ojcem i matką. Aby uszanować język ciała i jego naturalne bogactwo, jedność małżeńska powinna urzeczywistniać się w szacunku dla otwartości na rodzicielstwo.
Zrodzenie osoby ludzkiej powinno być zatem owocem i zwieńczeniem miłości oblubieńczej. Tak więc pochodzenie istoty ludzkiej jest wynikiem przekazywania życia "związanego nie tylko z jednością biologiczną, lecz również duchową rodziców złączonych węzłem małżeńskim"(44). Zapłodnienie dokonane poza ciałem małżonków zostaje tym samym pozbawione znaczeń i wartości, które wyrażają się w języku ciała i w zjednoczeniu osób ludzkich.

Teraz osuszcie oczy chusteczkami, ponieważ będziemy analizować krok po kroku procedurę inseminacji homologicznej (której Kongregacja zostawia otwartą furtkę), a to będzie zdecydowanie mniej wzniosłe, więc RODZICU! UPEWNIJ SIĘ, CZY TWOJE DZIECKO NIE ZAGLĄDA CI PRZEZ RAMIĘ!




Zostałeś ostrzeżony.

Tomasz i Katarzyna są niepłodni, ale nie chcą popełnić grzechu korzystając z metod ART, których KK nie akceptuje. Wybierają więc IUI, aby uszanować jedność, zwieńczyć miłość oblubieńczą i przemówić językiem ciała.
Lekarz wręcza Tomaszowi prezerwatywę kauczukową informując, że Tomasz sam już sobie zrobi w niej dziurki tuż przed stosunkiem aktem małżeńskim. Z tym, że inseminacja jest umówiona na godzinę 16.00 i laborant będzie czekać, więc bzykajcie się szybko!
Tomasz udaje się z małżonką do alkowy. Przed nimi wyzwanie: odbyć akt małżeński zachowując przytomność jego duchowego wymiaru i składając sobie wzajemnie dar z siebie samych:
- utrzymać erekcję
- doprowadzić do ejakulacji
-  dopilnować by ejakulat znalazł się w całości w prezerwatywie
- nie spóźnić się na czwartą do laboratorium, ponieważ nasienie trzeba jeszcze odwirować i spreparować.

Ale ale! Nie może przy tym umknąć najważniejsze: Katarzyna i Tomasz podczas aktu małżeńskiego są zobowiązani pamiętać, iż celem ich seksu jest przekazanie życia dalej (co umożliwia dziurka zrobiona w prezerwatywie), choć oboje są przy tym doskonale świadomi, iż gdyby tylko przekazanie życia dalej było w ich przypadku możliwe naturalnie, to nie musieliby się upokarzać stosunkiem na czas, jazdą do kliniki ze świeżym nasieniem i rozkładaniem nóg przed lekarzem, które nastąpi chwilę później.
Tak więc docierają w końcu do kliniki, a czas nie jest ich sprzymierzeńcem (od ejakulacji do przekazania nasienia laboratorium nie może minąć więcej niż godzina), spędzają w niej ok. 2 godzin czekając na przygotowanie nasienia, a następnie Katarzyna jest proszona do gabinetu, w którym spreparowane nasienie Tomasza zostaje umieszczone w jej macicy za pomocą miękkiego cewnika dzięki pomocy lekarza.
To nie jest niegodziwa inseminacja klasyczna! To jest "dopełnienie aktu małżeńskiego", którego właściwy początek odbył się dwie i pół godziny wcześniej, zaś lekarz nie inseminuje Katarzyny, a jedynie "ułatwia i pomaga osiągnięcie naturalnego celu aktu małżeńskiego".
W ten sposób realizuje się bezgrzeszność poczęcia przyszłego dziecka Katarzyny i Tomasza, nie będą musieli się spowiadać.
Sytuacja pary podchodzącej do klasycznej inseminacji różni się jedynie tym, że nie jest ona zobligowana do odbycia stosunku seksualnego przez zabiegiem inseminacji; mężczyzna może oddać nasienie drogą masturbacji (również w domu) i nikogo się tu nie mami wizjami "dopełniania aktu małżeńskiego", za to później chłoszcze zarzutem, iż potraktowali się wzajemnie bez szacunku odmawiając swojemu potencjalnemu dziecku godności poczęcia.
Perforowana prezerwatywa jednak tę godność dziecka ochroni.

Zestawienie poruszających terminów w rodzaju miłości oblubieńczej i godności, z namacalnym i dławiącym upokorzeniem dwójki ludzi, których zmusza się do emocjonalnej i intencjonalnej schizofrenii, jest działaniem zabójczym w swojej demaskacji.
Sądzę, że właśnie dlatego katoliccy niepłodni nie są zainteresowani stosowaniem tych trzech metod (abstrahując od klinicznej skuteczności każdej z nich), natomiast teolodzy i duchowni nie są zainteresowani popularyzacją technik, które obnażają dysonans między pompatycznymi deklaracjami, a ich praktyczną realizacją.
Cena grzechu i konieczności wyspowiadania się z niego wydaje się bardzo atrakcyjnym kosztem w obliczu możliwości zachowania intymności i prywatności, które i tak są nadszarpnięte samym procesem leczenia. I nie, procedura in vitro, inseminacja czy laparoskopia nie różnią się zasadniczo w swojej medycznej antropologii od dowolnej procedury medycznej wymagającej obnażenia i wpuszczenia profesjonalisty w intymność swojej fizjologii. To niemal nigdy nie jest łatwe ani przyjemne, a godność pacjenta z założonym workiem stomijnym jest omawiana z o wiele mniejszą pasją, niż godność niepłodnej pary i jej planowanego dziecka.

Tu właśnie niczym Deus ex machina zstępuje nam na scenę naprotechnologia. Owszem, posiada zaledwie cztery publikacje naukowe na swoim koncie. Pozostaje metodą eksperymentalną o niskiej skuteczności. Oferuje adopcję, jako piąty stopień tzw. terapeutycznych schodów Hilgersa. Pełny cykl jej leczenia wynosi 24 miesiące, absurdalnie długi okres w świetle ustalenia, iż najważniejszym prognostykiem w terapii niepłodności jest czas jej trwania i wiek kobiety. Jest droga i jej koszt się kumuluje z kolejnymi miesiącami: testy nietolerancji pokarmowych zalecane standardowo w terapii NaPro kosztują od 600 zł do 1700 zł, do tego podręcznik (200 zł), wizyty lekarskie (150-250 zł), wizyty u instruktorki (50-100 zł). Jest bezradna wobec niepłodności męskiej, z czym walczą liczne wykresy przedstawiane na kongresach naprotechnologicznych dowodzące, że z próżnego Salomon naleje. Mają te wykresy jeden mały defekt: wszystkie pochodzą z wewnętrznych zasobów prywatnej dokumentacji komercyjnych klinik naprotechnologicznych, a na straży utrzymania ich niejawności stoi zastrzeżenie znaku towarowego "NaProTechnology", przez co żaden niezależny, czyli niezwiązany z naprotechnologią, zespół badawczy nie ma prawa prowadzić prac nad tą metodą i weryfikować jej hipotez.

...ale naprotechnologia prześlizguje się po fizjologizmach w sposób subtelny. Badaj śluz. Czerp radość ze zbliżeń. Realizuj pryncypium miłości oblubieńczej. Tajemnice alkowy należą do was. Żadnej masturbacji.
Możecie unosić się na łagodnej fali Dignitas Personae i nigdy nie zostać skonfrontowani z czymś tak odrażającym, jak prawda, że godność waszego dziecka jest opłacana walutą waginalnej koszerności, a nie walutą waszej miłości i pragnienia rodzicielstwa.
Od kwietnia będziecie mogli sobie to jeszcze sfinansować dzięki pieniądzom samorządu, bo kto bogatemu zabroni: może Śląski Uniwersytet Medyczny nauczać homeopatii, to czemu samorząd nie miałby dotować eksperymentalnych metod leczenia niepłodności?

W tym wszystkim jest jeszcze jeden haczyk, którego chyba prezydent Matyjaszczyk nie wyłapał. Na radnych tym bardziej nie liczę.
Zatem dwa słowa o selekcji pacjentów przystępujących do metody naprotechnologii.
To nie są ludzie z zaawansowaną niepłodnością, bo tacy wiedzą, że naprotechnologia im nie pomoże i udają się albo do ośrodków leczenia niepłodności, albo do ośrodków adopcyjnych. Nie jest przypadkiem, że największy katolicki serwis dla osób niepłodnych adonai.pl, lubujący się zresztą w tytułach "in vitro to morderstwo", walczy również z naprotechnologią uważając ją za cyniczną kradzież czasu u par faktycznie niepłodnych.
Naprotechnologia jest przeznaczona dla par subfertylnych, a więc takich, które posiadają ograniczenie płodności, ale z niewielką pomocą medycyny (regulacja hormonalna, monitoring cyklu) zajdą w ciążę w sposób naturalny we własnej sypialni. Zaszliby w tę ciążę przy pomocy rejonowego ginekologa, zaszliby dzięki NaPro i zajdą w nią pijąc zioła ojca Sroki. Oraz jedząc mozarellę bez GMO, uprawiając jogę i wpierniczając fast food.
Wiedzą o tym zarówno niepłodni katolicy jak i niepłodni nie-katolicy. Nie wiedzą o tym radni i dlatego opowiadają głupoty o ambicji mierzenia skuteczności obu metod, która to próba z pewnością zakończy się miażdżącym sukcesem naprotechnologii, bo par subfertylnych jest zwyczajnie więcej niż niepłodnych i obie te grupy dobrze wiedzą, co w naprotechnologii znajdą, a czego nie mają po co szukać.
Prezydent Matyjaszczyk być może i tak na tym zyska, ponieważ każdy częstochowski noworodek urodzony dzięki zapomodze z miejskiej kasy okaże się ostatecznie być skuteczniejszym narzędziem marketingowym niż piętnaście spotów Armanda Ryfińskiego.
Dla ludzi niepłodnych, którzy potrzebują  pomocy zaawansowanej medycyny, będzie to symboliczne Waterloo, ponieważ doprawdy nie wiem, kto wówczas zamknie usta rozentuzjazmowanemu Terlikowskiemu, który będzie wprawdzie pieprzyć trzy po trzy jak zawsze, ale tym razem wymachując statystykami z Częstochowy. I będzie w tym bardzo przekonujący dla tych wszystkich, którzy nie mają większego pojęcia, gdzie są jajowody i co znaczy ejakulacja. Czyli dla niemal wszystkich.

aha, wyżej obiecałam, że pojawi się gdzieś nawiązanie do Jana Pawła II. W porządku, oto ono: ludzka twarz Kościoła i głębia filozofii miłości to właśnie zasługi Jana Pawła II. Wielu go z tego powodu miłuje. Być może większość. Istnieją jednak ludzie widzący właśnie w ludzkiej twarzy Kościoła wyjątkową perfidię, ponieważ znają dalszy ciąg historii.
Dla niepłodnych katolików jest ona gorzka.










środa, 5 lutego 2014

Widoczki


Tymczasem w zupełnie innej czasoprzestrzeni pewna para oczekująca na dziecko otrzymała wiadomość z Instytucji, że dziecko jest i czeka. Zdrowa, grzeczna dziewczynka, pięć lat. Para wypytuje dokładnie o wywiad rodzinny, sprawdza dokumentację, dziecko ma cztery lata i za sobą pobyty w różnych placówkach. Wszystko w porządku.
Instytucje zapewniają, że wywiad nieobciążony, dziecko podczas obserwacji w pogotowiu rodzinnym i w rodzinie zastępczej nie sprawiało żadnych kłopotów. Para podpisuje zatem papiery i zabiera dziewczynkę do domu. Mijają dni i niepokój zaczyna narastać. Dziewczynka nie mówi, jest agresywna wobec otoczenia, w tym wobec adoptowanego syna pary, chłopczyk chodzi poturbowany, zaczyna się moczyć. Narastają więc wpisy w rodzinnym grafiku: logopeda, pediatra, ośrodek wczesnej interwencji, neurolog... Rezonans, badania neurologiczne. Mnożą się kolejne opisy: opóźniony rozwój psychofizyczny, zaburzony rozwój sensomotoryczny, cztery punkty w czteropunktowej skali dysmorfii, obecny odruch Moro, uszkodzenie okolic przedczołowych, zmniejszone jądro ogoniaste, agenezja ciała modzelowatego, zmniejszona masa hipokampa i móżdżku. Nie wyliczam pozostałych elementów uszkodzeń i zaburzeń. Jest to pełnoobjawowy FAS z upośledzeniem umysłowym.
Na dalszych etapach tej historii okaże się, że Instytucje okłamały rodziców zatajając przed nimi faktyczną sytuację dziecka, co mogło wynikać - tu już jedynie moje dywagacje - z zaniedbań obserwacyjnych w pogotowiu i rodzinie zastępczej, albo też z celowego czyszczenia dzieciom dokumentacji, aby móc je potem łatwiej wypuścić do adopcji. Temu ostatniemu zjawisku poświęcono reportaż. Na rzecz  drugiej tezy przemawia też fakt, iż para jeszcze przed podjęciem decyzji zwracała uwagę na wyróżnialne rysy twarzy dziecka dopatrując się w nich charakterystycznego wyglądu FASu, dla przypomnienia:

 

ale była uspokajana przez obie Instytucje, że "wszystkie dzieci z tej rodziny mają taką egzotyczną urodę i dziewczynka jest po prostu podobna do rodzeństwa". Przypomnę: cztery punkty w skali dysmorfii FAS to maksimum, bardziej pełnoobjawowej dysmorfii twarzy mieć już nie można. Zostawmy otwartym pytanie, czy można być pracownikiem społecznym pracującym przy opiece zastępczej i nie rozpoznać FASu.
"Rodzeństwo", co wychodzi na jaw po wizycie u rejonowego pediatry znającego rodzinę biologiczną, to dziesięcioro chłopców i dziewcząt, nasza dziewczynka jest jedenasta. Wszystkie dzieci, które zostały w rodzinie, mają pełny FAS. O dzieciach przekazanych do adopcji trudno coś powiedzieć, pediatra nie zna ich dokumentacji. Rodzice to nietrzeźwiejący alkoholicy. W tym przewrotnym sensie dziewczynka faktycznie jest do rodzeństwa podobna. Jest też trwale niepełnosprawna.

Półtora miesiąca temu większość z nas usłyszała pamiętną wypowiedź Katarzyny Bratkowskiej o planie "usunięcia ciąży w wigilię". Nie będę analizować reakcji medialnych i społecznych, uczyniono to w wielu miejscach (Michalski, slwstr, najtrafniejsza moim zdaniem Dunin).
Napiszę więc o innym zjawisku: nieodwracalnym zabieraniu dzieciom życia poprzez powoływanie je do życia przez ludzi, którzy tych dzieci mieć nie chcą.
W wyniku zakazu aborcji z powodów społecznych, w wyniku braku edukacji seksualnej, w wyniku zakazu sterylizacji, w wyniku braku dostępu do bezpłatnej antykoncepcji wspieramy moralną nędzę i nie bierzemy za nią żadnej odpowiedzialności poza pozorną. Prowadzimy domy opieki, ośrodki specjalistyczne i szereg instytucjonalnych form anihilacji niechcianych dzieci z przestrzeni publicznej. Nie lubimy widzieć w tym pasywnej bezwzględności. Część z nas się domyśla, że legalizacja aborcji jest nieunikniona, jeśli nie chcemy generować kolejnych krzywd - niezależnie od tego, jak bardzo sami jesteśmy aborcji przeciwni. Część z nas podejrzewa już, że nawet najlepszy system edukacyjny i zdrowotny nie będzie w stanie zredukować społecznej potrzeby aborcji do zera. Niektórzy rozumieją wreszcie, że aborcji nie da się wyeliminować: można ją jedynie przenieść w podziemie i zwiększyć odsetek dzieci w beczkach.
Mimo tej wiedzy wolimy wierzyć, że nie musimy tego problemu rozstrzygać i że na razie może zostać tak jak jest. I że nikt za to nie zapłaci. Albo przynajmniej nie pokaże nam rachunku.

Język, którym publicznie mówimy o ciążach, dzieciach, adopcjach, aborcjach to język życia. Ale czyje konkretnie to życie? Wasze życie? Moje życie? Życie konkretnego dziecka?
Okazuje się, że chodzi o życie jako ideę; o przetrwalnik cywilizacji życia, probierz humanizmu i co tam jeszcze.
Ilekroć ktoś próbuje konkretyzować: kto zapłaci czynsz Alicji Tysiąc? Dlaczego niechciana ciąża stała się w Polsce karą? tylekroć okazuje się, że popełnia publiczny nietakt. Nie jest nietaktem przerwać ciążę w sposób dyskretny za pośrednictwem ogłoszenia w gazecie; nietaktem jest powiedzieć o tym głośno i zgłosić żądanie zmian systemowych.
Życie rzeczywiste to życie jedenaściorga dzieci, na których poczęciu i urodzeniu nikomu nie zależało. Ta prawda jest tak wstydliwa, że czołowi dziennikarze tego kraju mają czelność mówić o antykoncepcji i o palących policzkach. Szkoda, że nie opowiedzą, jaką przyszłość zaplanowali dla pięciolatki z pełnoobjawowym FASem.
Dlaczego nie podzielą się z nami projektem, co zrobić z konkretnymi chorymi dziećmi, które w najlepszym przypadku trafiają do ośrodka dziennego dla osób niepełnosprawnych? Czy red. Olejnik ma pomysł, w jaki sposób nie dopuścić do poczęcia i urodzenia dwunastego dziecka w tej rodzinie? Chciałabym posłuchać Tomasza Terlikowskiego i czegoś o godności życia poczętego oraz świętym akcie małżeńskim. Chciałabym, aby Terlikowski zszedł do barłogu i denaturatu. Spojrzał w twarze tych dzieci i powiedział im "Bóg was chciał. Nie ma przypadków. Aborcja byłaby gorsza niż dożywocie w ośrodku pomocy społecznej".
To konkretne dziecko nie będzie mieć szczęśliwego życia. Nie przyjedzie amerykańska Lucy do Wilkowyj ani żaden inny bohater z M jak Miłość. Tu nie pomoże Wielka Orkiestra ani Caritas.

Niektórzy hipokryci roją sobie, że problem, który narasta, a który zamietli pod dywan, zostanie potem rozwiązany rękami instytucji opiekuńczych i wychowawczych bądź rękami rodzin zastępczych i adopcyjnych. Niechciane dzieci zagospodaruje się na rynku wtórnym. Dlaczego piszę o tym w tak obrzydliwy, przedmiotowy sposób? Ponieważ właśnie w taki sposób traktuje się w Polsce te dzieci.
Apeluje się więc do sumień niepłodnych par nazywając je egoistami, ponieważ wybierają niegodziwą metodę in vitro, zamiast darmowo i po cichu rozwiązać strukturalny problem polskiej polityki społecznej, zdrowotnej i edukacyjnej.
A co się dzieje naprawdę z dziećmi? Według danych, na które powołuje się rzecznik praw dziecka, 77.2% adopcji zawiązuje się obecnie za pośrednictwem adopcji ze wskazaniem. Czyli: bez kontroli ośrodków adopcyjnych i bez asysty psychologicznej. Jest to prawdopodobnie szara strefa, w której dochodzi do handlu ludźmi, na co (poza wyjątkami) nie ma dowodów, bo żadna ze stron nie ma interesu w ujawnianiu czynu karalnego. To zjawisko powoduje, że do adopcji klasycznej mogą w efekcie trafiać dzieci mniej operatywnych rodziców biologicznych. Dzieci par operatywnych bowiem, a więc na przykład trzeźwych, są rozchwytywane jeszcze na etapie ciąży ich biologicznych matek, które przez Internet rozpoczynają poszukiwania wypłacalnych rodziców. Na ogół dbają wtedy o dobrą jakość dostarczanego towaru, ponieważ powodzenie transakcji jest z nią ściśle związane. Zysk dziecka jest niewątpliwy, na przykład nie zostanie upośledzone w życiu płodowym. Za to zostanie sprzedane.
Dzieci, których losy potoczyły się inaczej, zostaną w  ośrodkach i rodzinach zastępczych zawodowych, w których obecnie przebywa ich ponad 36 tysięcy. Nie lubimy jednak o tym mówić, ponieważ to są żywe dzieci i na ogół nie są to ładne dzieci.
Czy jest im tam źle? Bez przesady - jedzenie mają i ubranie też. Fragment raportu NIK:

Zdarza się, że do domów dziecka trafiają młodociani przestępcy, którzy powinni znaleźć się w placówce typowo resocjalizacyjnej. Ma to destrukcyjny wpływ na pozostałych wychowanków. Tylko w 3 z 28 skontrolowanych instytucji nie odnotowano aktów wandalizmu, agresji i przemocy, wymagających interwencji policji. (...) Znakomita większość skontrolowanych instytucji odpowiedzialnych za opiekę nad dziećmi nie miała pełnej wiedzy o swoich podopiecznych. We wszystkich stwierdzono rozległe braki w dokumentacji.

Poza tym mogły trafić do beczek.

W czasach mojego dzieciństwa grywałam w widoczki. Należało wykopać dołek w ziemi, położyć w nim jakieś kwiatki i błyskotki, nałożyć na to szkiełko i ponownie zakopać. Potem palcem wierciło się dziurkę i oto był widoczek. W tym konkretnym widoczku widzimy, że ratujemy jako kraj bardzo wiele żyć i nigdy nie koronujemy Chrystusa na Króla Polski, bo nie jest nam potrzebny. Mamy 460 Chrystusów, którzy codziennie wysyłają innych na śmierć za sprawę.
Jeśli przesuniemy palec trochę dalej to zobaczymy, że każdy z nas, kto nie mówi głośno o faktycznej cenie kompromisu moralnego realizowanego Polsce od lat dziewięćdziesiątych, ma paluchy powalane brudem. Mówię serio. Każdy z nas ponosi cząstkową odpowiedzialność za zniszczenie życia tych jedenaściorga dzieci. To my pozwoliliśmy na brak alternatywy.
W tej notce nie chodzi o afirmowanie aborcji. Można być jej całkowicie przeciwnym w swoim prywatnym życiu. Ale każdy, kto wierzy, że możliwy jest świat bez aborcji i bez krzywdy dzieci jednocześnie, łudzi się.

*

 Para rozważając dalsze kroki spotyka na jednej z konsultacji w MOPSie rodziców zastępczych czworga dzieci z FASem: po sześciu miesiącach musiano rozwiązać rodzinę zastępczą i umieścić dzieci w oddzielnych placówkach, ponieważ najstarsze dziecko molestowało seksualnie młodszą trójkę. Cała czwórka wchodziła ponadto w konflikt z prawem, w tym jedno z dzieci fizycznie zagrażało ich biologicznemu dziecku.

W styczniu rodzina zastępcza dla dziewczynki z FASem została na wniosek rodziców rozwiązana.
Nie znam dalszych losów dziecka.


zmieniłam szczegóły dotyczące historii tej rodziny ze względu na ryzyko identyfikacji, której zapewne by sobie nie życzyli